'Wciąż śnię, że jestem tam' - wspomnienia pani Jadwigi Koc

Wspomnienia, reportaże, relacje ....
Danuta M.
ŚREDNIO - ZAAWANSOWANY UŻYTKOWNIK
ŚREDNIO - ZAAWANSOWANY UŻYTKOWNIK
Posty: 13
Rejestracja: pt sie 29, 2008 21:58
Lokalizacja: Wrocław

'Wciąż śnię, że jestem tam' - wspomnienia pani Jadwigi Koc

Postautor: Danuta M. » czw lut 05, 2009 22:23

.
    Wciąż śnię, że jestem tam, to tytuł wspomnień pani Jadwigi Koc spisanych przez panią Mariolę Wolańską, i wydrukowanych w Gazecie Lubuskiej w latach siedemdziesiątych. Jako że pojawiło się w nich nazwisko moich przodków (Ikanowicz), wycinek z tej gazety przechowujemy razem z innymi pamiątkami rodzinnymi. Myślę, że strona internetowa rodziny Stankiewicz, to dobre miejsce na odświeżenie wspomnień pani Jadwigi. Na forum zagląda wiele osób posiadających korzenie na Kresach. Może ktoś wywodzący się z Wileńszczyzny znajdzie tu cząstkę siebie, albo cząstkę kogoś ze swojej rodziny, a może znajdzie chociażby znajomo brzmiące nazwiska czy też nazwy miejscowości.

    Pani Mariola Wolańska pisze na wstępie:
    'Z Jadwigą Koc spotkałam się, gdy przyszła do redakcji prosić nas o pomoc w odzyskaniu piwnicy. Była cała w czerni. Mała, drobna i pełna temperamentu, mimo podeszłego wieku. Przy okazji opowiedziała swe dzieje'.

    Dalej to już historia sprzed lat. Pani Jadwiga Koc opowiada:

    Mieszkałam z mężem na Wileńszczyźnie w jego rodzinnej wsi, która leżała w miejscu, gdzie Serwecz staczała się do Wilii. Stąd wzięła się nazwa wsi - Sutoki. Ojciec mój, biedny wyrobnik we dworze w Obodowcach, nie dał mnie za żonę jakiemuś parobkowi ze dworu, lecz gospodarzowi. Cóż to było jednak za gospodarstwo, skoro nie dało się niego wyżyć.
    Serwecz, Kostyki i Ludwinów, trzy blisko siebie położone wsie, stanowiły przed wojną majątek Kozła-Poklewskiego. W 1939 r. w majątku powstał kołchoz, a w 1941 r. wszystko zabrali Niemcy. W Serweczy była hodowla bydła, w Kostykach młyn, a w Ludwinowie ferma lisów. Pracowałam na tej fermie. Do Ludwinowa z Sutok prowadziła polna droga. Codziennie biegałam nią do pracy. Młoda byłam, dla 18-letniej dziewczyny przemknąć dwa kilometry to fraszka.
    Pewnego razu rankiem, gdy jak zwykle biegłam na fermę, drogę zastąpił mi Wowka:
    - Pamiętasz mnie? - zapytał
    Pamiętam. Dobrze pamiętałam pochody jeńców, których Niemcy pędzili przez naszą wieś. Obszarpani, brudni, wygłodzeni. Niektórzy ranni i chorzy. Właściwie to nie ludzie, lecz szkielety poganiane długimi pejczami przez strażników, szły do stacji kolejowej w Starej Wilejce. Był rok 1941. Wojna. I nam nie żyło się lekko, ale serce nie pozwalało zamknąć na to oczu.
    W pobliżu mostu na Serweczy droga ich wiodła nasypem. U stóp zbocza rosła olszyna. Było to dogodne miejsce do ucieczki. Wystarczyło w odpowiedniej chwili stoczyć się z nasypu w gęstwinę.
    Wowce udało się.
    Wynędzniałego zabrali do swego domu moi znajomi - Ikanowicze z Sosenki, sąsiedniej wsi. Kiedy Wowka nabrał trochę siły i utworzyła się w pobliżu partyzantka, poszedł do lasu.
    Wtedy na drodze dał mi płócienny woreczek czymś wypełniony i powiedział:
    - Jak nikt nie będzie widział, wrzuć to do pokarmu lisów. A gdyby coś się stało, uciekaj do starej smolarni koło leśniczówki Alory.
    Tego dnia nie wróciłam do męża. Zostałam w Ludwinowie, w domu noclegowym dla pracowników fermy. Gdy wszyscy usnęli, cicho wymknęłam się z pokoju, niby to 'za swoją potrzebą', i wrzuciłam woreczek do pojemnika, w którym było mięso przygotowane na karmę dla lisów.
    Rano, jak każdego innego dnia, nakarmiłam zwierzęta, sprzątnęłam klatki. Koło południa przyszedł do mnie znajomy, Paweł Krukowski, i powiedział:
    - Wiesz co Jadziu, z lisami coś się dzieje. Patrz, twoje też są już osowiałe. Niemcy wszystkich przesłuchują. Olga mówiła, że ty wychodziłaś w nocy.
    Fermę otaczał płot z drutem kolczastym. Krukowski był chłopem wysokim, słusznej budowy. Mówię mu:
    - Stawaj Paweł koło płotu i wyrzuć mnie.
    Weszłam mu na ramiona, potem hop, i byłam już po drugiej stronie ogrodzenia. Pobiegłam do Alorów. Nie chciałam, żeby ktoś cierpiał przeze mnie. Uciekając przyznałam się do winy.
    W tej części Wileńszczyzny działała tylko partyzantka radziecka Brygady Woroszyłowa im. Frunzego. Dowódcą był Jewgienij Fiedorowicz Mironowicz. Ogromne lasy i bagna, po których mógł poruszać się bezpiecznie tylko ten, kto na nich wyrósł, były doskonałym schronieniem dla partyzanckich oddziałów.
    Dwa lata i trzy miesiące, jako łącznik-zwiadowca pracowałam dla nich. Ciągle w drodze. Byle co jadłam, byle gdzie spałam. Zimą w ziemiankach wykopanych wśród bagien pełnych szczypiącego oczy dymu lub pod wykrotem drzewa skulona, jak zając pod miedzą. Latem w stogu siana.
    To w stogu siana znaleźli mnie Niemcy. Niosłam wieści do Rabonia i usnęłam w polu. Tak, bili. Bardzo. Ciężko wspominać ... Proszę popatrzeć na zdjęcia, nie miałam kiedyś tak zniekształconego nosa, powykręcanych palców. Co dwie godziny przesłuchiwali, chcieli znać fakty, nazwiska, miejsca. Okulary przykryły defekt urody, ale kalectwo zostało. Jestem inwalidką wojenną I grupy. Do dziś nie mogę słuchać spokojnie niemieckiej mowy, bo zawsze wracają natrętne wspomnienia... Miszki, małego i grubego, którego SS-mani powiesili dla zabawy, przyjaciółki mojej siostry, Tatarki, która nocą, ranna wyczołgała się z rodzinnego grobu i została za włosy przyciągnięta z powrotem na miejsce kaźni.
    Mimo wszystko miałam szczęście. Nasi odbili mnie. Podleczyli i znów Wołczonok - Wilczek - ruszył w drogę. Tak mnie nazywali w oddziale z powodu zajadłości z jaką walczyłam.
    O, te blizny na nogach też pozostały z tamtych czasów. Nasi poszli spalić młyn w Kostykach. Nie brałam udziału w tej akcji. Mąż wyszedł dowiedzieć się co się stało.
    - W Kostykach koło młyna zabili czterech partyzantów - powiedział, gdy wrócił. Wybiegłam z domu, jak stałam. Była późna jesień i rzeka przy brzegach zamarzała. Zapomniałam włożyć buty. Biegłam boso, pękający lód ciął łydki. Nic nie czułam. Dopiero w Alorach zorientowałam się, że moje nogi krwawią.
    W operacji zniszczenia tekturowni w Rajówce sama brałam udział. Kiedyś w tej wsi mieszkała moja ciotka. Znałam teren, dlatego mnie wybrano. Maszyny tekturowni napędzane były wodą z rzeki Uszy, na której korycie właściciel zakładu - Bohdanowicz, zrobił kilka wodospadów. Hitlerowcy, gdy zajęli zakład, ulepszyli go i pogłębili wodospady.
    Akcja rozpoczęła się nad ranem. Część naszych poszła zniszczyć wodospady, inni obstawili teren, a ja z moim towarzyszem miałam za zadanie wysadzić urządzenia. On miał włożyć ładunek między obracające się walce, których było kilka różnej wielkości. Stałam obok, gdy próbował to zrobić. Wodospady musiały być już rozbite, gdyż poziom wody zaczął się podnosić i walce kręciły się coraz wolniej. Nie wiem jak to się stało, ale chyba ręką chciał przytrzymać urządzenie. Widziałam tylko, jak maszyna powoli wkręcała go do środka. Uciekłam. Niedaleko zdążyłam odbiec, gdy rozległ się wybuch.
    Bałam się. Jakże często strach był gościem tamtych dni.
    W Kraśnym nad Uszą skrzynkę kontaktową mieliśmy u akuszerki. Pewnego razu zastukałam do jej sieni. Drzwi otworzył SS-man. Czerwony na twarzy, pijany. Po chwili obok niego stanęła akuszerka, też pijana. Struchlałam, ale mówię hasło: 'przyszłam zrobić abort'. Akuszerka odsunęła Niemca w głąb chaty i krzyknęła : 'Ty bladź, uciekaj zaraz stąd. Nachodzą mnie te...' Nie wiedziałam co myśleć. Po której ona jest stronie? Czy trafiłam w dobre miejsce? Dopiero, gdy dodała ciszej: 'Przyjdź za godzinę', odetchnęłam. Potem dowiedziałam się, że ona od tego Niemca wyciągała różne wiadomości, które nam przekazywała.
    Informatorów mieliśmy wielu. Jednym z nich był również szewc z Baturyna. Kiedyś idę do niego, a na jego podwórku pełno czarnej policji niemieckiej. Cofnąć się nie mogłam. Goniliby. Idę więc dalej i czuję, że włosy stają mi dęba. 'Co robić? Co robić?' - myślę. Wyszłam z lasu niedomyta, nieuczesana, okryta obszarpaną suknią z samodziału, a na nogach miałam szmaty i łapcie z łyka. Prawdę mówiąc nie różniłam się od żebraczek wędrujących wtedy po wsiach. Włosy miałam gęste i kędzierzawe, które nie myte sterczały we wszystkie strony. Nietrudno było mi udać wariatkę. Śmiejąc się weszłam na podwórko.
    - Dokąd? Czego chce? - rozległy się głosy.
    Łapcie mi się zepsuły. Szewc naprawi - wyjąkałam.
    Czarne mundury zatrzęsły się od śmiechu. Zimne lufy popchnęły mnie do chaty szewca, w której przygarbiony staruszek naprawiał buty oficera SS. Nie podnosząc oczu znad kopyta zapytał po co przyszłam.
    - Dziadźka, naprawicie moje łapcie - prosiłam. - Wbijcie choć jednego żelaznego gwoździka.
    Hasłem było słowo 'Żelazny' od imienia Żelazowego, dowódcy naszego oddziału.
    - Przyjdź później - odparł szewc - to ci nie jednego, a dwa gwoździe wbiję.
    Wyszłam. Niemcy wciąż śmiali się z 'wariatki', co do szewca przychodzi z łapciami.
    Czterdzieści dwa lata minęły od tamtych czasów, a ja gdy zamknę oczy, wciąż śnię, że jestem tam, na Wileńszczyźnie - gdzie tymi nogami przemierzyłam dziesiątki kilometrów. Nosiłam wieści do Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i innych partyzanckich oddziałów. Ponad dwa lata wciąż w drodze. Zawsze niepewna jutra.
    A dziś młodzi mówią, że nikt nie kazał mi walczyć. Kazało sumienie, krzywda ludzka. Poczucie sprawiedliwości, które wyniosłam z rodzinnego domu Iwaszkiewiczów. Tak, jestem spokrewniona z tym wielkim pisarzem. Mój dziad i ojciec Jarosława Iwaszkiewicza, to rodzeni bracia. Losy ich były jednak niepodobne.

Wróć do „WSPOMNIENIA, REPORTAŻE, RELACJE”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość