"Memento mori"

Zapraszam do dyskusji i umieszczania swoich wypowiedzi na różne tematy, które Państwa nurtują, a o których chcielibyście usłyszeć opinię innych...
JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

"Memento mori"

Postautor: JanuszStankiewicz » wt cze 07, 2005 17:45

.
Będąc zakonnikiem w klasztorze i oddając się Bogu, mawiał Pan Wołodyjowski – „memento mori” – był wtedy człowiekiem wysoce nieszczęśliwym z powodu nieudanych miłości i braku perspektyw na „żeniaczkę”. Dopiero nadchodząca wojna i namowy Zagłoby, wyrwały go z ubioru mniszego i spowodowały zmianę sposobu życia. Jednakże, nawet będąc już komputowym wojskowym, także często powtarzał te słowa…

Wołodyjowskiemu było „łatwo” przyjmować te słowa, ponieważ codziennie musiał stanąć naprzeciwko możliwości odejścia z tego świata. Wojna zawsze niosła ze sobą „kosę” i była okresem „żniw” dla kostuchy. Pocieszeniem i jednocześnie zaszczytem dla ówczesnego żołnierza była chwalebna śmierć na polu chwały, a świadkowie tejże nie raz wspominali męstwo, oddanie i dawali świadectwo zacności życia poległego w boju. Te bohaterskie „zejście w chwale” stawało się pierwszoplanowym zadaniem wielu ludzi, Polaków, których losy powiązane były z wojennymi wydarzeniami w dziejach kraju. Stawiani byli za wzór patriotyzmu i walki o słuszną sprawę.
Dzisiaj nie trzeba i raczej nie ma możliwości, toczyć walk, z rozlicznymi nieprzyjaciółmi, na polach bitew i jakby sens wymowy słowa „patriotyzm” został troszeczkę zakurzony przez dzisiejszą technicyzację społeczeństwa i konsumpcyjne „ustawienie” do życia (zresztą jak to mówią – „ryba psuje się od głowy” …), a i nie ma już potrzeby (?) dokonywania chwalebnych czynów, które niosłyby znamiona poświęcenia dla „idei”.
Pozostawiając, do osobnego wywodu, dzisiejsze pojmowanie patriotycznego bohaterstwa i jego wczorajszego i dzisiejszego postrzegania, chciałbym zaprezentować badania przeprowadzone przez CBOS, których rezultaty i opis mogą Państwo przeczytać w linku: http://www.stankiewicz.e.pl/rozne/pos.htm

......

Śmierć sama w sobie jest zdarzeniem, które nie ominie nikogo z nas, przychodzi czasem niepostrzeżenie, a czasem długo musimy na nią „zapracować”.
Te traumatyczne doznania przeszedłem i ja w całej swej duchowej wymowie, kiedy dotknąłem zimnego już ciała własnego ojca i zrozumiałem, że On dalej jest ze mną i dalej będzie do mnie mówił, może już nie słowami, ale wspomnieniem i pamięcią o Nim.

Historia dawała nam przykłady godnego zejścia władców, ale też wiele obrazów zwłok rozszarpywanych przez padlinożerców. Zawsze śmierć była z nami i za sprawą własnego charakteru, odbieramy ją w nam tylko znany sposób. Nie jestem piewcą, ani tym bardziej satanistą, abym dostrzegał w tym zdarzeniu, jakiś szczególny charakter wymagający „czczenia”, nie mniej, tak jak urodziny i wiele innych wydarzeń rodzinnych, które dzieją się na oczach ogółu rodziny, tak samo i odejście z tego świata nie powinno być pozbawione otoczki „rodzinności”. Z przerażeniem bowiem czytam, że:

"Miejscem umierania staje się szpital, a szeroka gama usług związanych z pochówkiem pozwala w miarę szybko i dość bezrefleksyjnie, bo bez osobistego zaangażowania się w sprawy związane z pogrzebem, przejść nad żałobą do porządku dziennego"
Wierze w te słowa, które opracowano na podstawie sondy, ponieważ kilka razy miałem okazję w swoim życiu dostrzec tego typu reakcje. Oczywiście jestem głęboko negatywnie poruszony takim pojmowaniem pogrzebu i daleko mi do tego typu reakcji, a mam w tym wymiarze pewne osobiste doświadczenia, nie mniej zastanawiają mnie nie same skutki, o których czytamy, ale przyczyny takiego sposobu podejścia do ostatniej drogi.
Czy to jest zły sposób wychowania, brak szacunku, ucieczka przed myślami, że i nas to spotka, czy tylko zwykły brak „mody” w dzisiejszym szaleńczo zaganianym społeczeństwie?
Globalnie odbierany i „uświęcony” pogrzeb naszego Papieża, nie może być tutaj uznany jako powszechnie przyjmowana celebracja, ponieważ w większości innych przypadków taki rytuał ma raczej charakter czysto techniczny niż duchowy. Zatem co sprawia, że nie potrafimy z odpowiednią charyzmą przyjąć odejścia bliskiego nam człowieka?

Istnieje przynajmniej jeszcze jeden wymiar – własne życie - w rozumieniu i przyjmowaniu tego co nieuchronne...
Jakże inaczej wygląda świat, kiedy zdajemy sobie sprawę, że z chwilą naszego, własnego odejścia inni dalej jadą samochodem, załatwiają sprawy bieżące, wypoczywają na plaży, a to co my po sobie zostawiamy, zarówno w wymiarze duchowym jak i materialnym – nam jest już zupełnie nieprzydatne…
Nie namawiam do zaniechania dbałości o potomnych (czytaj - dorobienia się majątku dla zstępnych…) ale tylko zwracam uwagę na to jaki ja i Ty, czytelniku, pozostaniesz we wspomnieniach ludzi, którzy dalej będą chodzić po materialnym świecie. Czy przypadkiem nie powinniśmy na tyle dużo zrobić dla nich ( a przynajmniej nie zaszkodzić), aby choć pamięć o nas została na troszkę dłużej niż tych kilka chwil spędzonych nad naszą trumną?, bo co tak naprawdę po nas pozostaje – miliony na koncie, czy raczej wartości duchowe?
Jedni krzykną - „miliony”, drudzy – nieliczni –„duch”; którzy z nich są bliżsi obiektywnej prawdy ?, a ta najprawdziwsza z prawd brzmi: - że co i kto by nie krzyknął, to i tak - za trzy pokolenia nikt już o Tobie nie będzie pamiętał?

Czy Jan Paweł II nie apelował, aby w każdej chwili własnego życia pamiętać o tym, że jesteśmy śmiertelni?, aby także pamiętać o tym, że to my własnym życiem dajemy świadectwo i pozostawiamy spuściznę po sobie ?, że kiedyś może ktoś o nas szybko zapomni, lub będzie mówił jak to wiele zła czyniliśmy w swoim życiu ?
Któryś raz z rzędu stwierdzam, że te wszystkie nauki Papieża idą „w las” – płacząc nad jego ciałem, za chwilę ocieramy łzy i robimy dokładnie tak samo jak wcześniej, a czasem spotykamy się z już chyba kardynalnie wielkim, patologicznym zjawiskiem, jakim jest nawet prokurowane przez ludzi teoretycznie niosących pomoc, zadawanie śmierci bezbronnym chorym…
Nie jestem „papistą” w sensie imperatywnym, nie przyjmuję nauk wiary zupełnie bezkrytycznie, ale właśnie Ona wytycza sens działania i podaje kierunek „jak powinno być”. I nie ma tu znaczenia, czy chodzisz do kościoła, czy nie – Ty sam stanowisz przykład bycia człowiekiem, lub rozszarpującym padły organizm – sępem.

………….

Cieszę się „życiem”, jestem człowiek w miarę szczęśliwym, jeszcze zdrowym, a do pełni wszechogarniającej mnie radości brakuje mi tylko przeszłej młodości, nie mniej zawsze przypomina mi się pewna sztuka teatralna, tytułu nie wspomnę, w której Janusz Gajos, grający postać głównego bohatera – Rosjanina, z czasów niedaleko odległych od naszych, prosty człowiek, podejmuje decyzję o zakończeniu swojego życia w gronie świadków; a kiedy siedzi samotnie w przeddzień wydarzenia, po raz pierwszy w życiu rozmyśla nad istotą życia i śmierci; zastanawia się i głęboko rozważa chwilę tuż przed i tuż po śmierci – wypowiada słowa: „tik – tak”.

W krótkiej chwili „tik” – jeszcze jesteś;
W następnej chwili „tak” – już cię nie ma …

……..
Maleńki, króciutki moment pomiędzy „tik” i „tak” …

……..

„tik” … „tak” …..

……..

Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

cd

Postautor: JanuszStankiewicz » śr lis 30, 2005 16:28

.
Czytając "Kalendarz polski" napisany przez Pana Józefa Szczypkę, zwróciłem uwagę na opis ceremoniałów pogrzebowych w dawnych czasach.
" NA ZADUSZKI

Kiedy w ten dzień pala się smutne chybotliwe, światełka, powracamy pamięcią do zmarłych. Ożywają oni w płomykach listopadowego wieczoru i toczą wielki milczący dialog z naszymi myślami. Są zawsze od nas mądrzejsi o swoją śmierć, choć przypominają nam się we wciąż nie ociekłych strumieniach życia, w jakichś scenach i obrazach o czasem zbyt już zawikłanej chronologii i niejasnym układzie, a jednak nadal realnych, wypełnionych trwaniem i spiętych mocno z pulsującą materią świata. Zdają się krążyć wśród naszych zamyślonych postaci tak, jak kiedyś krążyli niewidzialnie i bezszelestnie wśród innych ludzi, innych pokoleń, innych swoich następców. Bo Zaduszki zawsze były świętem owego przenikania czy też więzi dwu światów: tego żywego i tego zmarłych. Nasi przodkowie wierzyli, że nawet wówczas ci, co odeszli, odwiedzają swoje domy, że zaglądają do tak samo już odeszłych krewniaków,- że słuchają nabożeństw odprawianych w ten dzień przez nieżyjących księży, że wręcz jedzą, popijają i weselą się, jak gdyby całkiem udało im się zdobyć na powrót Krainę doczesności.
Czy zresztą już zwyczaje towarzyszące śmierci, a wreszcie pogrzeby nie zawierały w sobie pewnych elementów świadczących o wierze, że zmarli nie różnią się od nas zbytnio i że w istocie ich reakcje, potrzeby, pragnienia są podobne? Przenieśmy się na dawną wieś, dziewiętnastowieczną wieś z melancholijnych obrazów Gierymskiego, Kotsisa czy Szermentowskiego, którzy tak wstrząsająco umieli przedstawić pogrzeby chłopskie, wieś z czarną chorągwią, zwitkiem trzasek albo wiekiem trumny wystawionym przed chałupą, tymi znakami, że tutaj, w którejś izdebce z otwartymi oknami, leży zmarły. Po co otworzono te okna? Dlaczego wyrwano nawet kawał strzechy aż dach zieje dziurą? Dziś może będziemy skłonni widzieć w tym płasko zabieg klimatyzacyjny, a przecież niegdyś miało to cel nie tak pospolity. Oto chciano umożliwić duszy wyjście z domostwa, by czasem, opuściwszy ciało, nie zabłąkała się ona gdzieś na strychu lub w starej komorze, aby później straszyć ludzi wieczorami. Zwłaszcza gdy wynoszono trumnę, te okna, a nawet drzwiczki od pieca musiały być szeroko otwarte: dusza bowiem powinna móc swobodnie powędrować za ciałem; nieznane zaś są drogi, które wybierze, żeby to uczynić. A jak postępowano przy samej śmierci? Jak z kolei przygotowywano zmarłego na spotkanie z wiecznością?
Przychodził ksiądz, spowiadał; wygładzał niejako sumienie parafianina i namaszczał go świętymi olejami. Tak. Ale nieraz wysiłki dobrodzieja jakby nie wystarczały i śmierć trwała długo, co mogło na sądzie ostatecznym być poczytane za dowód grzesznego życia. Trzeba ją było więc przyśpieszyć i uczynić lżejszą. Dlatego zdarzało się, że umierającemu wyciągano poduszkę spod głowy, kładziono go na podłodze i okadzano ziołami, by przy nieustającym wtórze modlitewnych śpiewów, z gromnicą w dłoni, łatwiej się dostał przed Piotrową bramę. Niekiedy sam umierający, jeśli jeszcze zdołał, pomagał ludziom w tych śpiewaniach choćby szeptem, zwłaszcza że niektóre wyraźnie były formułowane w jego imieniu:
    Żegnam cię, mój świecie wesoły,
    Już idę w śmiertelne popioły,
    rwie się życia przędza
    a czas w grób zapędza –
    bije pierwsza godzina.
    Żegnam was, rodzice kochani,
    znajomi, krewni i poddani,
    za łaskę dziękuję,
    z opieki kwituję –
    bije druga godzina.
    Żegnam was, mili przyjaciele,
    mnie czas pod głaz grobowy ściele,
    gdy śmiertelne oczy
    wieczny sen zamroczy -
    bije trzecia godzina.
Tych „godzin” było dwanaście. Dwie ostatnie brzmiały tak:
    Żegnam was, najmilsze zabawy,
    wewnętrzne i powierzchowne sprawy,
    już nie wolno będzie
    jeść, pić na urzędzie,
    intratę rachować,
    w szkatułę pakować -
    bije jedenasta godzina.
    Żegnam was, godziny cukrowe,
    Momenta i dni koronowe,
    już zegar wychodzi,
    index nie zawodzi,
    do wiecznego spania
    śmierć duszę wygania
    już dwunasta godzina.
Ten pożegnalny śpiew umierającego (wyuczony pewnie w Kościele) wyda nam się dziś czymś dziwnym tub zgoła okrutnym jako zwyczaj. Czymże jednak dla człowieka wierzącego w Sąd Boski, życie wieczne i ciał zmartwychwstanie była śmierć? Prawda, wyprawą w nie całkiem odgadnione i pojmowane, ale przecież wyprawą w świat wolny, lepszy, wspanialszy i sprawiedliwszy, wyprawą przygotowaną, oczekiwaną i naturalną. Ludzie traktowali śmierć zwyczajnie, jak urodziny, zabawy młodości; ożenek czy starość. Choć obcując z kostuchą nie mogli pozbyć się uczucia lęku czy pewnych doskwierających boleśnie pytań,w istocie nie widzieli w niej niczego, co należałoby ukrywać, wydelikacać,zakłamywać. Umierającemu, jeśli zachowywał jeszcze przytomność umysłu, mówiono wprost, że pogrzeb będzie miał taki a taki, zbijano niemal na jego oczach trumnę (chyba, że sam już się o nią przedtem postarał), a wreszcie dopilnowywano, by przed zgonem nie zaniechał sporządzenia czy też aktualizacji testamentu. Po śmierci nie wolno było trzymać zmarłego z otwartymi oczyma, bo mógłby kogoś spośród Żywych "wypatrzyć" i pociągnąć za sobą, nie bacząc, że jest jeszcze na to czas. W wielu okolicach zmarły (i zmarła) musiał być ubrany w płócienny czecheł albo giezło, w specjalną koszulę śmiertelną, a wszędzie dając mu taki lub inny strój na ostatnią drogę należało przyjrzeć się, czy przy szyciu nie porobiono węzełków, gdyż mogłyby się w nich usadowić grzechy czy nawet nieco zdezorientowana po śmierci, a godna innego miejsca dusza.
Trumna nie mogła mieć sęków w wieku i nie zbijano jej kiedyś gwoździami. To pierwsze dlatego, że sęki, a raczej otwory po nich stanowiłyby okna dla nieboszczyka, co było niepożądane, a po drugie znów dlatego, że gwoździe jako rzeczy trwalsze niż wszystko inne nie rozpadłyby się wraz ze zmarłym i nie stały jak on prochem, co również uważano za niestosowne czy zgoła niebezpieczne.. .
Zaczynały bić dzwony. Do domu żałoby, gdzie zegar powinien być zatrzymany (chyba, że się zatrzymał sam...), a lustra zasłonięte, przychodzili krewni i znajomi, ściągało też liczne towarzystwo proszalne, babcie, dziadkowie, kaleki.
W "pustą noc", a więc w ostatnią noc przed pogrzebem, czuwano przy zmarłym, starając się raczej powstrzymać od łez, by mu nie "ciążyły". Żegnano go zdrowaśkami, litaniami, wiecznymi odpoczywaniami. Żegnano chórem starych lamentów, w których przepięknie odzywało się dalekie, zgięte w przebłaganiu i trosce Średniowiecze: ,
    Ciało, ciało, coś działało, na mnieś duszę nic nie dbało, o Jezu!
    Ciało ,leży żeby glina, czarci stoją żeby trzcina, o Jezu!
    Wychodź duszo z tego ciała, juźeś się tam namieszkała, o Jezu!
    Dusza z ciała wyleciała, nie wiedziała, gdzie pójść miała, o Jezu!
    Uchwyć-że się płaszcza mego, zawiodę cię do rajskiego, o Jezu!
    Tam pukała kołatała: gdzież ja będę nocowała, o Jezu!
    Matka Boska usłyszała i na Pietra zawołała, o Jezu!
    Pawle, Pietrze naści klucze, pewnie dusza do roju chce, o Jezu!
    Pawle, Pietrze, nie puszczajcie, wprzódy jej się zapytajcie, o Jezu!
    Spytaj jej się, Pawle, Pietrze, czy ona się spowiadała, o Jezu!
    Adyć ja się spowiadała, święty olej na się brała, ą Jezu!
    Spytaj się jej, Pawle, Pietrze, czy ona ubogim dała, o Jezu!
    Adyć ja ubogim dała i zawdy ich przywitała, o Jezu!
    Pawle, Pietrze, daj jej rejestr, niech se spojrzy, co na nim jest, . o Jezu!
    Ona na rejestr wejrzała, wielkim głosem zapłakała, ,o Jezu!
Śpiew taki, dobywający się żałośnie z pogrążonej w ciemnościach chałupy, w której tylko mżyły świeczuszki rozstawione wokół trumny, był introdukcją do właściwego pożegnania, do pogrzebu. Kiedy wynoszono trumnę, by złożyć ją na mary, jak i dziś trzykrotnie uderzano nią o próg, o ową granicę, za którą zmarły, opuszczając swój dom, jakby nareszcie otrząsał się z mizernych spraw świata tego. Ktoś zapobiegliwie kładł na progu siekierę, a wnet także sprzątał izdebkę, palił pierzynę nieboszczyka, wywracał ławy i stoły, aby śmierć nie śmiała tu rychło zachodzić. W Poznańskiem, gdy zmarł gospodarz, trumnę obnoszono wokół obejścia i przystając z nią obok stajni, obory, chlewka czy uli pocieszano dobytek, że przecież nie zginie z głodu, bo karmić teraz będzie inny gospodarz. "Nie smućcie się pszczółki - powiadano na4>przykład - pan was pożegnał... I już dróżką sunął kondukt: kto żyw, śpiewając, szedł za mozolnie poskrzypującą furką, na której często widać było tylko te cztery proste, nieheblowane deski, maźnięte u góry czarną smołą na krzyż. Przy najbliższym krzyżu kondukt przystawał. Otwierano trumnę i rozlegał się głos któregoś z bardziej szanowanych, a przy tym wymownych gospodarzy:
    „-[Najdroższy sąsiedzie, coś jest umarły, a oczy się twoje na wieki wieków zawarły! Z glinyś sie począł, z prochu ziemskiego, ale juz wies, ze w ten proch sie obrócisz jako i my dnia niewiadomego. Teraz cie więc zegnamy w tym tu zgromadzeniu, bo juz posedeś mizerny człowiece, ku Boskiemu przeznaceniu. Teraz i ty zegnas pięknie żonę bardzo strapioną i dziatek osieroconych grono. Teraz sie w wielkiej boleści niepokois, kto tyz bedzie uzywota pracy twoji. Teraz sie zegnas z tymi nasymi domami i tą drogą, coś tyła chadzał zyjący między nami. Teraz zostawiasz i te zagony, a one po swojemu rzewecki płaczą, ze gospodarza więcej juz rano w połednie ani wieczorem nię zobaczą. Teraz, drogi kumie i najlepszy sąsiadku, koń twój, spoźryj ino, jest osowiały, a i bydlęta insze, choć bezrozumne to stworzenia, wiele się nacierpiały, Teraz może się sam i boisz sądu strasliwego, jak obacy dusa twoja Boga Sprawiedliwego. Teraz moze bedzies narzekać: o, nieszczęsna matusiu, coś mnie porodziła, lepiej żebyś mnie była w pierwszym kąpaniu utopiła. Teraz moze medytujes.: o, nieszczęsne ciało, coś sobie dokazywało i samych dobrości na świecie żądało. Ale idź, duso, na święty sąd ustanowiony. osądzi cie Paniezus z kaźdej przecie strony; Idź, skoroś se zasłuzyła do jasnego nieba, ale, skoroś zła, przepaści piekielnych i ognia wielkiego ci trzeba. A w tę chwilusie jedną jedyną, kiedy dusa odchodząca sie unosi, moimi niegodnymi usty najpokorniej o przebaczenie prosi. Wy wszystkie, wiemy chrześcijanie, co tu nad tą trumną stojacie, rzeknijcie, czy dusy onej przebączacie i cy zawziątki na drogiego sąsiada zmarłego nie macie?"[/list]
    Wśród szlochów odzywały się głosy zebranych: .
      .. - Nie pamiętamy, co by nam nieboscyk sąsiad krzywdowali i nie mamy do niego żadnej złości...
      - Niech ma jego dusa odpocynek wieczny i widzi wszystkie Boskie jasności..
.

A potem kościół. Nie zawsze... Przykre, ale bywało, iż pleban nie kwapił się do pochówku lub ledwo kropnął tylko trumnę przed bramą cmentarza, gdy zmarły był, biedakiem. Potępiano od dawna te praktyki. Takie synody, jak włocławski w 1568 roku, lub przemyski w 1624 oraz 1745, groziły surowymi karami kościelnymi zbyt interesownym dobrodziejom i nakazywały im grzebać nędzarzy, nawet gdyby sami księża musieli wykosztować się dla nich na trumnę. Po egzekwiach wyruszano na cmentarz, który dawniej przylegał po prostu do kościoła, i tam następowały ostatnie ceremonie. Trumnę grzebano przodem na wschód, a wszyscy obecni, wyjąwszy rodzinę, rzucali na nią potrzykroć nawilgłe, jakby żyjące i wciąż nie znające swego kresu. grudki ziemi.
Stypa, którą nazywano też Bożym obiadem lub poczęsnem, kończyła ten dzień modlitw, płaczów i markotnych pogadywań.
Królowa Maria Ludwika, kiedy umierała na Zamku w Warszawie, westchnęła przy udzielaniu jej absolucji:
- Ergo moriendum...
Co można przetłumaczyć: a więc trzeba umierać. W słowach naszej monarchini tkwiło może zdziwienie czy żal, iż nie przeżyje już tej jednej majowej nocy (działo się to w maju 1667 roku), ale przecież wiedziała ona doskonale: umierać trzeba i umierają wszyscy. Pogrzeby pańskie odbywały się jednak inaczej. Wielkie żałobne orszaki, kiry przemieszane ze złotem, krągłe, namaszczone mowy. Błyszczące ornamentami trumny wznosiły, się na castra doloris, "zamkach boleści", które, wysokie i spiętrzone, przypominały nie tyle katafalki, ile właśnie zamki, dziwne, groźne budowle wykonane z herbów, proporcy, broni, inskrypcji, alegorii. Tanatos żądał przepychu... Podczas mszy wjeżdżał na koniu czarny rycerz, łamał przed castrum kopię i z łoskotem zwalał się na posadzkę. Wyobrażał zmarłego króla, hetmana, dygnitarza, a że nieraz jedna osoba najwidoczniej nie oddałaby w pełni wielkości i dostojeństwa zmarłego, wpadali do kościoła również inni jeźdźcy. Znowu łamali kopie, szpady czy pałasze albo rzucali chorągwie i buńczuki, a kiedy umarł ktoś ostatni z rodu, łamali jeszcze herb.
Niezwykły był pogrzeb Barbary Radziwiłłówny. Przez trzy wiosenne tygodnie 1551 roku Zygmunt August podążał to konno, to pieszo za kolebką z jej trumną, odprowadzając królową z Krakowa do Wilna. Mijano wsie i miasteczka, bory i pustkowia. Przemierzano długie ziemie naszej przeszłej Rzeczypospolitej. O czym myślał ów smutny, czarno odziany mężczyzna, W którym nikt prawie nie mógł rozpoznać króla, jeśli przedtem nie został o tym powiadomiony? W pięknych wileńskich czasach ta, którą teraz wywoził martwą z niewdzięcznego Krakowa, ileż razy mu pisała, że "daj Panie Boże WKM długo fortunne zdrowie" albo że śle "mały upomineczek na znak najmniejszych a wiecznych służb moich". Wciąż docierały wówczas "smaczne nowiny" od nieszczęsnej lub zjawiała się ona sama, nie bojąc się "paskwilusów", "pletliwych wieści" i tego, że przecież ich wielkie miłowanie, acz potem przeistoczone w matrimonium, drażniło wszystkich. Ach, z jakim trudem udało mu się wprowadzić ją na Wawel i uczynić królową cum magno splendore et cum magna pompa! A teraz?
Koła chrzęściły monotonnie. Kondukt posuwał się z cichym śpiewem, powoli i ostrożnie. Astrolog jeszcze przed Radomiem ostrzegał, że należy się spodziewać strasznych ogni na drodze, (bano się, że to mogą być wybryki czarownicy, którą zawarto właśnie w trumnie brzeskiej. Król- czyż to był król ten udręczony żałobnik? - takie się niepokoił. Ale przecież nic już nie mogłosię" stać gorszego niż to, co się stało: Jej Królewska Miłość wczora XVIII hora Panu Bogu duszę dała... podle zwyczaju chrześcijańskiego unctione sacri olei accepta". Tak zanotował kancelista 9 maja 1551 roku i teraz tylko ten chrzęst, kurz, wiośniana zieleń, tłumki gapiów. Dzwony odzywające się nagle w każdej z mijanych miejscowości, jakby je zrywano ze snu, i mała kolebka z-tą, która, umierając w ciemnej i dusznej, foetoris plena komnacie, błagała małżonka na dwie godziny przed zgonem, żeby pogrzebał ją tam, skąd przyjechała po koronę i po śmierć.


W porównaniu do omawianych w poprzednim pościej zjawisk dnia współczesnego, jakże różne i zarazem takie "czułe" i ciepłe" były kiedyś pożegnania naszych najbliższych...

):huh Janusz Stankiewicz

Ryszard
ŚREDNIO - ZAAWANSOWANY UŻYTKOWNIK
ŚREDNIO - ZAAWANSOWANY UŻYTKOWNIK
Posty: 11
Rejestracja: ndz cze 18, 2006 09:33
Lokalizacja: Gdańsk
Kontaktowanie:

Postautor: Ryszard » śr cze 21, 2006 12:45

To są dwie całkiem różne sprawy - śmierć bliskich i śmierć własna.

Myśląc o śmierci własnej, zawsze uważałem, że przyjdzie na nią pora i mógłbym umrzeć już niedługo - tak po czterdziestce, a po czterdziestce myślałem, że do 50 przydałoby się pożyć. A na pewno nie teraz pora umierać, przynajmiej żeby to było po wystawieniu jakiejś dużej faktury, a przed zapłaceniem podatku :), albo jak dzieci zdadzą maturę, albo co innego. W którymś momencie (może po tej wizycie w hospicjum, a może po tej serii pogrzebów) zdałem sobie sprawę, że jestem gotowy, że mogę choćby i teraz. Ot, tak. Z drugiej strony widząc, jak większość ludzi reaguje na własny koniec, gdy kostucha obwieszcza termin, to wcale nie mam pewności czy nie będę histeryzował. Dlatego nigdy nie obwieszczam swej odwagi wobec śmierci. To jedyne z zyciu zdarzenie, które każdy przeżyje na 100%, ale tylko raz i doświadczeniem nikt się podpierać nie będzie.


Wróć do „POROZMAWIAJMY O ...”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Google [Bot] i 3 gości