Jak to za Gierka w pracy bywało...

Czy myślisz, że w przeszłości ludzie żyli inaczej?
Czy czasem nie wydaje Ci się, że zwrot: "historia lubi się powtarzać" - nie jest pozbawiony racji?

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Jak to za Gierka w pracy bywało...

Postautor: JanuszStankiewicz » czw cze 16, 2005 17:47

.
Już na wstępie zastrzegam się, że nie jestem żadnym „piewcą” socjalizmu (owszem czasem z rozrzewnieniem wspominam tamte lata, ale raczej pod kątem „osiągnięć” młodości…), a motorem postu jest raczej chęć porównania – nazwijmy ją szumnie – organizacji pracy wewnątrz jednostki.

Praktycznie całe swoje życie zawodowe pracuję i jestem blisko podstawowemu warsztatowi produkcyjnemu, jakim jest stanowisko pracy w przedsiębiorstwie.
Ogólnie mogę stwierdzić, że w tamtych czasach (określenie „tamte” – będzie odnosić się do czasów gospodarki socjalistycznej) zdecydowany prym wiodła kolejność zdarzeń i wysoka odpowiedzialność ludzi wykonujących swoją pracę – przynajmniej w aspekcie średniego dozoru technicznego jak i np. sfery księgowości. Wszystko było ustawione na nogach, a nie na „głowie”. Pracownik wiedział co ma robić, jak wykonywać swoje zadania, a wg. mnie przepisy zarówno o prawach pracowniczych oraz np. podatkowych były przejrzyste i czytelne dla wszystkich. W porównaniu z dzisiejszą „kombinatoryką” księgową oraz brakiem przestrzegania podstawowych przywilejów pracowniczych – zdaje mi się, że bardziej żyję w „małpiarni”, w której przewodnik stada (czytaj prezes, kierownik) postępuje według własnej woli, a nie przepisów. Ta dowolność interpretacyjna, z jednoczesną nieumiejętnością zarządzania i podejmowania decyzji jest czasem na tyle dotkliwa, że po pewnym czasie następuje ciąg zdarzeń zmierzających nieuchronnie do konfliktów i czasem do tragicznego, nieodwracalnego procesu bankructwa firmy.

W wewnętrznej organizacji występowały procedury, umożliwiające konkretną realizację zadania. Dzisiaj tą namiastką są unijne normy np. dotyczące zarządzania jakością (ISO 9000), a mnie to o tyle śmieszy, że odkrywany jest „na nowo” świat, który w socjalizmie istniał, ale został zaprzepaszczony, a to poprzez definitywną likwidację całej branży mechanicznej (ponoć nie dochodowej?), a to poprzez zmianę obyczajów wewnątrz firmowych, a to wreszcie poprzez dorwanie się do władzy - nadawanych przez kolesiów z ministerstwa i także zdaje się po kluczu partyjnym – nieudaczników (a może raczej „nie-douczników”), którzy nie mieli zielonego pojęcia o działalności firmy produkcyjnej, a jedyną ich rolą pozostał proces likwidacji – czytaj wykupywania za grosze co wartościowszego majątku firmy, a tym samym ustawienia się w swoim życiu i przejścia do grona ludzi majętnych. Ten proces – o którym wszyscy wiedzą - jest bardzo rzadko podnoszony w mediach, bo właściwie kto ma go podnosić, jeżeli wszystkie publikatory opanowane są przez grono 20% społeczeństwa czyli właściwie „tych” ludzi, a pozostałe 80 % ma tyle do gadania co bzykająca pszczoła…
Nie wybielajmy: kiedyś też kradli to co się dało, ale w mniejszym zakresie i nie na taką skalę…

Wszyscy pracodawcy życzą sobie, od swoich pracowników, umiejętności posługiwania się językiem angielskim – i bardzo dobrze tylko, że pamiętajmy o tym, że nie tylko władanie obcym językiem mówi nam o inteligencji pracownika, ale niestety bardzo często bywa na odwrót… Położenie skali punktowej na znajomość obczyzny nie służy najlepiej… Nie mam zamiaru być drugim Dyzmą, który twierdził, że w Polsce należy posługiwać się językiem polskim, ale chyba zanotowałbym w tym lansowaniu obczyzny przerost fantazji nad zdrowym rozsądkiem ( a może jest to specjalne wydanie dyskryminacji ludzi po 40-ce, którzy jak wiadomo w czasach własnej młodości, nie mieli okazji uczyć się innego języka niż rosyjski?)
Istnieją oczywiście stanowiska pracy, które wymagają biegłego posługiwania się obcymi wyrazami, ale ile ich jest niezbędnych w gospodarce?: – 10 % ?- może 20 % ?, a czytając ogłoszenia o pracy zdaje mi się, że my już nie żyjemy w Polsce tylko np. w Anglii.
Rozumiem, że nadwyżka siły roboczej, występującej na rynku pracy jakby kształtuje i zwiększa wymogi podawane do ubiegania się o pracę, ale czy przypadkiem troszkę nie przesadzają w tym względzie nasi pracodawcy? Sądzę, że bardzo…. W przeszłości wiadomo było jedno (ja nie mówię o występujących czasem patologiach obejmowania stanowiska po kluczu partyjnym – mówię o rzeczywistości tej „zwykłej” i „codziennej”..), że objęcie stanowiska kierowniczego wymagało „pochwalenia się” dyplomem – którego posiadaczem zresztą nie było zbyt liczne grono ludzi. Sam pamiętam, że w socjalizmie studenci byli traktowani jakoś inaczej, na zasadzie „dziwaka”, któremu uczyć się chce. Wyrazem braku dbałości o „inteligencję” było to, że z reguły zarabiali oni mniej niż zwykły szary człowiek na produkcji. Z braku zainteresowania społecznego (podkreślam, że słowo magister wiązało się z niską pensją i zamknięciem drogi do tzw. dorabianiu na boku) uczelnie nie były tak oblegane jak dzisiaj, ale z kolei poziom wykształcenia był zapewne większy niż w dzisiejszych szkołach prywatnych.
Ten kto chciał mieć dyplom robił to tylko i wyłącznie z własnej chęci, zapału i tak naprawdę tylko dla siebie, dla własnego zwiększenia wiedzy

Boleje także nad sposobem dostosowywania się do pracy: otóż w przeszłości z reguły nowy pracownik miał sposobność nabywania stosownej wiedzy i doświadczenia zawodowego od ludzi starszych – oni przekazywali tą wiedzę. W dzisiejszym świecie zawiść o swoje stanowisko jest tak ogromna, że nie ma wcale tego zjawiska, a wprowadzenie młodego człowieka to raczej rzucenie go na głęboką wodę i jego samotne, powolne kształtowanie się według własnych tylko doświadczeń. Sądzę, że ten sposób, skądinąd wymuszony poprzez warunki, wpływa bardzo negatywnie na działalność firmy. Pomijam tutaj fakt, że sama firma nie jest zjawiskiem trwałym i bezpiecznym, ponieważ często bywa tak, że zanim dobrze się rozejrzy ten młody człowiek w otaczającym go firmowym środowisku – to już właśnie firma przestaje istnieć…

Często powracam do anegdoty zasłyszanej w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, jak to wysłano pracownika w delegacje służbową z Warszawy do Gdańska, wpisując mu w rubryce środek transportu – „najtańszy”; nie było pracownika trzy tygodnie; wreszcie wrócił do zakładu z wypełnionym poleceniem; na pytanie przełożonego co robił przez tak długi okres czasu – wyjaśnił – „miałem najtańszym sposobem dostać się i wrócić z Gdańska - wybrałem zatem barkę rzeczną…”
Śmiejemy się ?
Rozejrzyj się wokół siebie, czy przypadkiem polecenia wydawane przez Twojego przełożonego nie mają właśnie takich znamion ? – tylko jeżeli Ty zechciałbyś je interpretować w sposób dosłowny – to dawno już byś nie pracował… Ta inwencja pracownicza, sama w sobie zresztą słuszna, czasem, niestety, powoduje wiele błędów i zwiększenie kosztów wykonania, a jest to spowodowana li tylko „nieumiejętnością” przekazania informacji „z góry na dół”…

Współczuję tym wszystkim młodym ludziom, którzy nauczeni po trzech latach licencjatu, albo nawet wychodzący z dyplomem magistra w specjalizacji zarządzania, a nie mających środków do własnej działalności są zdani na pracę jako pracownika najemnego, spotykają się w brutalnej rzeczywistości z zupełnie innym sposobem podejmowania decyzji niż ich w szkole nauczono. Ta konfrontacja np. z zarządem spółki, pełniącym swoją funkcję z nadania, a nie wiedzy i osiągnięć zawodowych, musi być głęboko frustracyjna i kształtująca złe nawyki organizacyjne, a pozostając pod wpływem tychże negatywnych zjawisk - w przyszłości będzie im zdecydowanie trudno wrócić to schematu działania - „tak jak powinno być”.

Staram się w swoich rozważaniach być obiektywnie nastawionym na ocenę pewnych zjawisk, ale może czasem coś „zabarwiam” pozytywnie lub negatywnie – nie mniej przedstawione dylematy są jedynie wierzchołkiem góry lodowej, której wielka powierzchnia podstawy topi się nieustannie i powoduje pogrążanie nas wszystkich w mętną otchłań paradoksów dziejących się w dzisiejszym środowisku pracy.

Podkreślam - nie chciałbym, aby wróciły tamte czasy, ale chciałbym, aby powróciło tamto poszanowanie i godność ludzka, którą, nie umiejąc utrzymać lub w wyniku społecznego przymusu, zgubiliśmy wszyscy….

):thumdown Janusz Stankiewicz

Wróć do „HISTORIA A TERAŹNIEJSZOŚĆ”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron