<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Różne informacje - część I

  • Motyw wsi w malarstwie polskim
  • Dawne miary i jednostki
  • Pieniądz w rękach naszych przodków
  • Ziemia w społeczności wiejskiej Mazowsza
  • Właściciele Ziemscy - 1929 - woj. warszawskie A - K
  • Właściciele Ziemscy - 1929 - woj. warszawskie L - Ż
  • Jan Matejko "Ubiory w Polsce 1200-1795" -wybór
  • Okiem cudzoziemca
  • Konstanty Laszczka - notka biograficzna
  • "Ludzie luźni" wg. B.Baranowskiego i Z.Turskiej
  • Nietolerancja, zabobon i procesy czarownic
  • Humor ludowy; Anegdoty z dawnej Polski
  • Order VIRTUTI MILITARI
  • Bitwa o Monte Cassino – fakty IV fazy bitwy
  • Zbiegostwo chłopów w dawnej Polsce
  • Pawiak
  • Kapliczki wg. Janusza Hochleitnera
  • Archidiakonat Warszawski - opis z roku 1603
  • Kościoły Warszawskie
  • Archidiecezja płocka w XVIII wieku
  • Diecezja mińska
  • Dekanat dobrzyński, lipnowski i rypiński

  •  

    PAWIAK

    1835 –1944

    (opracowano na podstawie ulotki Muzeum Więzienia „PAWIAK”)

     

     

    „Łatwo jest mówić o Polsce

    trudniej dla niej pracować

    jeszcze trudniej umrzeć

    a najtrudniej cierpieć”

    (napis wydrapany na ścianie

    celi Gestapo w Alei Szucha)

     

     

    Duże fragmenty XIX i XX-wiecznej historii Polski pisane były przez zaborców i okupantów w więzieniach, obozach i miejscach kaźni – od Szlisselburga i Sybiru przez Łubiankę i Butyrki, aż do Katynia, od Montelupich w Krakowie, foryu VII w Poznaniu i Zamku Lubelskiego, przez Piaśnicę, Wawer i Palmiry aż do Stutthofu, Majdanka i Auschwitz....

                W tym zestawieniu nazw budzących grozę Pawiak zajmuje miejsce szczególne. Już pod zaborem rosyjskim był on (obok X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej) najważniejszym carskim więzieniem politycznym. To tu więziony był dyktator powstania styczniowego Romuald Traugutt (stracony na stokach Cytadeli Warszawskiej w 1864), tutaj powstał „Mazur Kajdaniarski” Ludwika Waryńskiego (1885-1886), stąd Organizacja Bojowa Polskiej Partii Socjalistycznej uwolniła 10 więźniów, którym groziła kara śmierci (1906)...

    W okresie okupacji niemieckiej Pawiak był największym niemieckim więzieniem politycznym na terenia okupowanej Polski. Od 2 X 1939 r. Do 21 VIII 1944 r. Przeszło przezeń ok. 100 000 więźniów (ponad 10% ludności Warszawy), z których ok. 37 000 zostało zamordowanych, a resztę wywieziono do obozów koncentracyjnych i innych miejsc odosobnienia w Niemczech: średnio raz lub dwa  razy w miesiącu odchodziły stąd transporty do obozów, a codziennie ginęło 20 więźniów...

    Obok osławionej siedziby Gestapo w Alei Szucha jest Pawiak symbolem martyrologii ludności Warszawy i symbolem zagłady elity narodu polskiego pod okupacją niemiecką, ale także symbolem oporu i walki przeciwko narzuconej siłą obcej władzy. Walki prowadzonej przez Polskie Państwo Podziemne (którego wielu żołnierzy tu rozpoczynało swą męczeńską drogę i którego żołnierze dokonywali w odwet zamachów na najbardziej okrutnych funkcjonariuszy okupacyjnego aparatu terroru). I tej walki najtrudniejszej  - oporu stawianego przez więźniów, wspomaganych przez polskich strażników więziennych, więźniów funkcyjnych, lekarzy, kobiety z patronatu Opieki nad Więźniami, pracowników komórek więziennych różnych pionów kontrwywiadu polski Podziemnej...

    Miejsce to w wyjątkowo tragiczny sposób dokumentuje przesłanie, iż nie ma takich murów, za którymi nie można czuć się wolnym i za którymi nie można być solidarnym z innymi.

    Niech pozostanie ostrzeżeniem przed przemocą i nienawiścią.

    Niech pozostanie pomnikiem człowieczeństwa najwyższej próby.



     

    Droga przez Pawiak

    (opracowanio na podstawie książki „A droga ich wiodła przez Pawiak” Reginy Domańskiej)

     

     

    Droga mojego dziadka wiodła przez Pawiak...

     

    Wybrałem fragmenty z ww. książki opisujące niektóre aspekty codzienności więziennej w okresie ok. 1942 r. Nawet nie bardzo mogę sobie wyobrazić, że dla mojego dziadka były to realne przeżycia...

     




    Plan więzienia Pawiak wg. Barbary Ciszewskiej


    ..........

     

    Okres III - listopad 1940 r.-15 października 1942 r.

     

    Okres ten obejmuje prawie dwa lata, w czasie których zaszły w więzieniu zmiany. zmierzające zdecydowanie do zaostrzenia reżimu więziennego i maksymalnego odcięcia Pawiaka od kontaktów z miastem. W listopadzie 1940 r. rozpoczął pracę pierwszy niemiecki komendant SS-Obersturmfiihrer Otto Gottschalk, były naczelnik więzienia w Rzeszy. W tym czasie przydzielono również pierwszych pięćdziesięciu esesmanów, którzy objęli służbę na oddziałach obok strażników polskich. Wszystkie ważniejsze posterunki, obsługiwane

    dotąd przez straż polską, zajęli wachmajstrzy, w tym także służbę przy bramie. Na zewnętrznych posterunkach (wieżyczkach strażniczych) strażnicy polscy mogli pełnić służbę tylko do godziny 20, w godzinach nocnych przejmowali ją wachmajstrzy niemieccy. Utworzono dwie kancelarie: jedną dla niemieckiego komendanta w gmachu Serbii, drugą - w budynku Pawiaka - dla jego zastępcy, którym był w tym czasie SS-Oberscharfiihrer (młodszy sierżant) Hans Fehlhaber o przezwisku "Waluś”, znany z okrucieństwa wobec więźniów. Administracja polska funkcjonowała nadal, choć w ograniczonym zakresie. Polscy strażnicy pracowali na oddziałach w charakterze pomocników niemieckich wachmajstrów.

    W ciągu 1941 r. sytuacja w więzieniu nadal się pogarszała. W dalszym ciągu Niemcy dokonywali licznych aresztowań i tajnych egzekucji. Latem tego roku napływ aresztowanych był szczególnie duży. Wielu więźniów zapadło na ostre biegunki głodowe, niezmiernie uciążliwe w warunkach więziennych. Wyżywienie więźniów w minimalnym stopniu zaspokajało potrzeby organizmu, a' przysyłanie paczek przez rodziny stale ograniczano. W tym też czasie pojawiły się pierwsze wypadki zachorowań na tyfus plamisty.

    Dnia 21 marca 1941 r. przybył nowy komendant, SS-Untersturmfiihrer (podporucznik) Spengler. Przez kilka miesięcy w 1941 r. zastępcą był SS-Rottenfiihrer (starszy szeregowiec) Franz Giinther. W kwietniu tego roku ogłoszono nowy, bardzo zaostrzony regulamin więzienny. Wprowadzono cały szereg ograniczeń. Zawieszono działalność biblioteki, a pod koniec roku wydano zakaz czytania książek. Zostały one złożone w tzw. budynku dla internowanych, a następnie, w 1943 r., na polecenie zastępcy komendanta SS-Sturmscherfuhrera Gerharda Hiersemanna, spalone w kotłowni więziennej. Zabroniono również praktyk religijnych. Od listopada lub grudnia tego roku do początku roku następnego funkcję komendanta przejął SS-Untersturrnfiihrer Helmuth Heiss, przybyły do Warszawy w połowie 1941 r. z Innsbrucku. Następnie na krótko (prawdopodobnie od wiosny do lipca 1942 r.) stanowisko to objął SS-Obersturrnfiihrer Gottlieb Hohmann, zastępcą zaś od 22 września 1941 r. został sadysta i narkoman, starszy wachmajster SS-Scharfiihrer (plutonowy) Franz Biirkl, jeden z najokrutniejszych wachmajstrów Pawiaka. Za zbrodnie popełnione na więźniach zastrzelony został 7 września 1943 r. z wyroku polskiego podziemia.

    Od stycznia 1942 r. (lub od końca 1941 r.) zastępcą komendanta został również sekretarz kryminalny SS-Sturmscharfiihrer Gerhard Hiersemann, znany z wyrafinowanych metod szykanowania więźniów.

    Po ucieczce czterech więźniów w dniu 3 marca 1942 r. wraz ze strażnikiem polskim Bronisławem Kuczorskim Niemcy uzyskali jeszcze jedno potwierdzenie istnienia powiązań i współdziałania polskich funkcjonariuszy z więźniami. Przekonali się, że nie mogą oczekiwać pomocy i aprobaty dla swych poczynań ze strony polskiego personelu. Zrealizowali więc dawno zamierzoną czystkę wśród straży więziennej, aresztując 5 i 10 marca 28 funkcjonariuszy oraz 14 marca cztery strażniczki i podkomisarkę straży więziennej. Po tych aresztowaniach, jak również po późniejszych, przeprowadzonych w kwietniu 1942 r., w historii Pawiaka rozpoczął się najgorszy okres. Przeniesiono bowiem część pozostałych strażników polskich do innych więzień. Służbę na oddziałach objęli wyłącznie esesmani i Ukraińcy w służbie niemieckiej. Pozostawiono jedynie kilkudziesięciu polskich funkcjonariuszy, którzy byli majstrami w warsztatach więziennych, kotłowni, łaźni itp. Od tego czasu żaden polski strażnik nie pełnił już służby na oddziałach.

    Jesienią 1942 r. na Serbię przyjęto dwie pierwsze wachmajsterki niemieckie, postanowiono także, że na oddziale II oprócz polskiej oddziałowej będzie zawsze pełnił służbę wachmajster ukraiński. Wyrazem zaostrzenia metod śledztwa w stosunku do kobiet był fakt umieszczenia więźniarek po raz pierwszy w czerwcu 1942 r. w izolatkach na oddziale męskim, a nie na Serbii.

    Od 1 lipca 1942 r. policja bezpieczeństwa pozbawiła Zarząd Zakładów Karnych dotychczasowych uprawnień w stosunku do Pawiaka, przejmując to więzienie pod swą wyłączną administrację.

    W ciągu całego tego okresu więźniom dokuczał głód, szczególnie dotkliwy od końca maja 1942 r. Dzienne wyżywienie składało się bowiem z 200-gramowej porcji chleba i rozwodnionej zupy bez tłuszczu. Władze więzienne zabroniły Patronatowi dostarczania żywności na tzw. wypiski.

    W drugiej połowie 1942 r. warunki pobytu w więzieniu, zwłaszcza na oddziale męskim, uległy dalszemu pogorszeniu. Niemiecki i ukraiński personel okrutnie obchodził się z więźniami. Coraz częściej zdarzały się wypadki skazywania na ciemnicę, coraz więcej samowolnych mordów popełnianych przez wachmajstrów na więźniach. Równocześnie stale wzrastała liczba więźniów torturowanych, zabijanych podczas przesłuchań, więcej było wypadków śmierci wskutek urazów doznanych podczas badań. W szpitalach przebywało po kilkudziesięciu chorych wskutek ciężkiego pobicia w czasie przesłuchań. Mnóstwo pobitych i torturowanych nie otrzymywało pomocy lekarskiej, gdyż w tym czasie wyszło specjalne zarządzenie zabraniające opatrywania pobitych w czasie "śledztwa". Okazanie pomocy skatowanemu czy torturowanemu więźniowi mogło nastąpić tylko po uzyskaniu specjalnego zezwolenia. Za "samowolnie" udzieloną pomoc lekarzom groziły surowe sankcje.

    W okresie tym przeprowadzano masowe tajne egzekucje w lasach otaczających Warszawę. Wzrosła także liczba transportów do obozów koncentracyjnych. W dniu 22 września 1941 r. odszedł pierwszy transport kobiet do obozu koncentracyjnego w Ravensbriick, następny zaś 30 maja 1942 r. Do Oświęcimia pierwszy transport kobiet wysłano 25 sierpnia 1942 r.

    11 sierpnia tegoż roku Hohmann oddelegowany został do Mogilewa, na Pawiak zaś przybył nowy komendant, inspektor policji SS-Obersturmfiihrer Herbert Junk. Znów zaostrzył się znacznie reżim więzienny. Surowo przestrzegano zakazu udzielania pomocy więźniom pobitym i storturowanym. Sprowadzono na Pawiak wilczury: Arasa, Kastora i Rolfa, i przydzielono trzem najgorszym wachmajstrom. Odtąd więźniowie przeżywali nowe katusze - szczucie psami.

    A oto dane z dokumentu konspiracyjnego, które wprawdzie odnoszą się do wszystkich więzień warszawskich, ale w niemałym stopniu dotyczą Pawiaka. Dokument ten podaje jako ilustrację warunków pobytu w więzieniach, iż w 1940 r. dostarczono 126 zwłok więźniów do Zakładu Medycyny Sądowej w Warszawie przy ul. Oczki, w 1941 r. - 148, a w pierwszym półroczu 1942 r. - 189 zwłok.

     

    .....

     

     

    Pierwsze dni na Pawiaku

     

    Sposób, w jaki przeprowadzano aresztowanie, miał wywołać przerażenie więźnia, zabić w nim wolę oporu, sparaliżować myślenie. Cały ceremoniał zatrzymania miał uczynić z człowieka istotę bezwolną, poddającą się zarówno śledczemu reżimowi, jak i woli gestapowskich referentów. Zatrzymany w .miejscu pracy, u znajomych czy rodziny, w trakcie ulicznej łapanki, w lokalu konspiracyjnym czy we własnym domu, był bity, kopany, popychany i ponaglany do pośpiechu. W mieszkaniu aresztowanego odbywała się rewizja, przeprowadzana w sposób brutalny. Policjanci nigdy nie legitymowali się jakimkolwiek dokumentem i biada odważnemu, który zapytałby o nakaz rewizji lub aresztowania. Świadczy o tym przytoczone przez Tadeusza Reka wydarzenie: (...) do naszej celi wpychają jeszcze jednego człowieka, Adama Grabiańskiego, który od zabierających go z domu gestapowców zażądał nakazu aresztowania. Najpierw na miejscu został brutalnie potraktowany i następnie na Pawiaku zamknięty w ciemnicy o chlebie i wodzie. Był w Warszawie sędzią grodzkim do września 1939 r.

    Nierzadko w czasie rewizji funkcjonariusze policji bezpieczeństwa przywłaszczali sobie cenniejsze przedmioty. Często w mieszkaniu urządzano "kocioł", tzn. dyżurujący w nim przez kilka dni policjanci zatrzymywali każdego, kto przyszedł do danego lokalu. Ten sposób aresztowania sprawiał, że duża część osób osadzonych na Pawiaku znajdowała się w więzieniu tylko dlatego, że przypadkowo przebywała lub przybyła do lokalu,

    gdzie przeprowadzano aresztowanie.

    Do roku 1943 aresztowanych przewożono tak zwaną "budą". Był to ciężarowy samochód kryty brezentem. Mieściło się w nim ok. 30 aresztowanych.

    Kilkunastu z nas - relacjonuje Jan Barcikowski, aresztowany 15 kwietnia 1941 r. - siedziało na ławkach pod małymi okienkami, umieszczonymi w brezentowym pokryciu z obydwu stron wozu. Reszta stała. Na ławce ustawionej w poprzek i na oparciu zamykającym tył samochodu siedziało czterech eskortujących nas gestapowców. Lufy automatycznych pistoletów skierowane były do wnętrza (...) samochód wjechał na dziedziniec Pawiaka i zatrzymał się przed wejściem do kancelarii. W tyle samochodu stanął wysoki, opasły gestapowiec i krzyknął groźnie: "Wysiadać, żywo!" Wszyscy ruszyli z pośpiechem do tyłu wozu i wyskakiwali na brukowane podwórze. Opieszały dostawał muskularną pięścią po karku. Przy niezręcznym skoku i upadku podnoszono każdego kopniakiem. Przedostatni aresztowany - Żyd - wyjątkowo ucierpiał. Niezręcznością swoją rozjuszył gestapowca. Z rozkrwawioną i podrapaną o bruk twarzą ledwie doczołgał się do szeregu, w którym ustawiono zwiezionych (...) po niskich kamiennych schodach weszliśmy do obszernej kancelarii.

    W kancelarii więźniowie byli zmuszeni ustawić się twarzą do ściany. Niezastosowanie się do tego polecenia powodowało bicie po głowie i kopanie. Ustawienie więźniów w ten sposób było przemyślaną, trudną do zniesienia torturą psychiczną, z upodobaniem stosowaną przez gestapowców przy wielu okazjach. W kancelarii następowało spisywanie personaliów, po czym więzień zostawał sprowadzony przez wewnętrzne schody do sutereny, w mrok długiego korytarza, wydającego się o wiele dłuższym, niż był w rzeczywistości, i umieszczony w celi przejściowej, której jedynym umeblowaniem była wąska ławka i przymocowane do ściany żelazne łóżko bez siennika. Prowadzono go następnie przez dziedziniec do kancelarii, znajdującej się przy magazynie depozytów, gdzie pozostawiał pieniądze, zegarek, wieczne pióro itp., a także posiadane kosztowności. Uprzedzany był przez wachmajstra, że zatrzymanie czegokolwiek spowoduje surowe represje. Następnie więzień wracał do mrocznego korytarza oddziału VII, gdzie mieściła się kwarantanna. Przechodził tam szczegółową rewizję osobistą, podczas której odbierano mu nawet niezbędne drobiazgi, jak scyzoryk, papierosy, zapalniczkę, portmonetkę, notes, ołówek itp., Ogołoconemu ze wszystkiego golono ,głowę do samej skóry i w dalszym ciągu w asyście wachmajstra kierowano do łaźni. Tutaj wszystkie rzeczy, jakie miał na' sobie i ze sobą w chwili aresztowania, oprócz przedmiotów skórzanych i jedzenia, podlegały dezynfekcji. Po kąpieli pod prysznicem więzień otrzymywał z "parówki" pomiętą i zniszczoną odzież. Bezustannie ponaglany, przechodził na wspomniany oddział kwarantanny, gdzie po przeglądzie lekarskim umieszczano go w celi kwarantannowej. Zgodnie z regulaminem przebywał w niej czternaście dni. Termin ten nie był jednak ściśle przestrzegany, zwłaszcza w okresie dużego przepełnienia Pawiaka. Po ponownych oględzinach lekarskich przenoszono więźniów na oddziały stałe w miarę zwalniania się miejsc.

    Okres kwarantanny był dla więźniów okresem bardzo trudnym. Przystosowanie się do zupełnie innych warunków życia oraz uświadomienie sobie w pełni faktu utraty wolności wymagało wielkiej odporności psychicznej. Dlatego też stosowane na tym oddziale szykanowanie i terroryzowanie więźniów oraz ostre kary za najmniejsze przewinienie były szczególnie mocno odczuwane.

    Na wachmajstrów nie przydzielano wyszkolonych ani wysokich stopniem funkcjonariuszy. Szczególnie na oddziale kwarantanny służbę pełnili specjalnie dobierani przez władze więzienne najbrutalniejsi wachmajstrzy o skłonnościach zdecydowanie sadystycznych. Chodziło bowiem o to, aby przez grubiańskie i okrutne obchodzenie się z więźniami oraz poniżanie ich "przygotować" nowo przybyłych do zeznań. Jak wyglądało przyjęcie nowych więźniów na oddział VII Pawiaka w grudniu 1940 r., możemy się dowiedzieć z najbardziej ,kompetentnego źródła, bo z protokołu przesłuchania konfidenta gestapo Richarda Mączyńskiego (Volksdeutsch), przeprowadzonego przez komisarza kryminalnego SS-Hauptsturmfiihrera Husunga w dniu 16 czerwca 1941 r. Mączyński zeznał, iż każdy nowo przybyły więzień był bity przez wachmajstrów pejczem.. Szczególnie wyróżniał się bestialskim katowaniem SS-Unterscharfiihrer (kapral) Hans Mohr i SS-Mann Walter Kreisel. Pejcze posiadali wówczas wszyscy wachmajstrzy, gdyż zamawiali je w szewskim warsztacie więziennym. Choć po objęciu kierownictwa więzienia SS-Obersturmfiihrer Spengler zabronił używania pejczy, to jednak wachmajstrzy nadal katowali więźniów, uważając tylko, aby komendanta nie było w pobliżu.

    Kobiety po spisaniu personaliów w kancelarii na Pawiaku i oddaniu rzeczy wartościowych do depozytu przeprowadzane były przez wachmajstrów na Serbię, gdzie po dłuższym lub krótszym pobycie w celi przejściowej następowały kąpiel i dezynfekcja ubrania oraz osadzenie w celi na oddziale l, gdzie odbywały kwarantannę. Przyznać trzeba, że na oddziale kobiecym, na którym przez długi czas pracowały polskie strażniczki a służba niemiecka była stosunkowo mniej liczna, reżim więzienny, choć stale się zaostrzał, nigdy nie był tak okrutny jak na oddziale męskim.            .

    Cele na oddziałach kwarantanny, zarówno na Pawiaku jak i na Serbii, były przeważnie małe, mroczne i zimne. Zakratowane okienko znajdowało się pod sufitem na poziomie podwórza. Więźniowie spali na betonowej podłodze, często bez sienników, w "mijanego", ściśnięci, bez możności swobodnego poruszania się, niekiedy bez możności położenia się nawet na podłodze. Zimą i latem dokuczał brak powietrza, gdyż małe okienka, nie zawsze otwierane, nie były w stanie zapewnić dopływu niezbędnej ilości tlenu. W celi przeznaczonej na cztery osoby siedziało 18-20 więźniów pisze w swej relacji z kwietnia 1965 r. Marian Sobieszczański - a w celi dziesięcioosobowej, dokąd mnie później przeniesiono, było 40-50. Warunki były straszne. Przepełnienie, upał, okna pozamykane. Siedzieliśmy spoceni, porozbierani, każdy zmaltretowany po przesłuchaniu. Niemożność umycia się, brak osobistych drobiazgów, mydła, szczoteczki do zębów itp. były udręką. Do jedzenia zupy i picia kawy więźniowie otrzymywali jedynie miskę aluminiową, pogniecioną, brudną, często

    dziurawą. Łyżek prawie nie było, te zaś, których używano, najczęściej drewniane, zużyte przez poprzedników, przechowywane były jak skarb. Na pogarszanie się samopoczucia wpływały pełzające po ścianach, niezwykle dokuczliwe pluskwy i ogromne ilości pcheł, na

    które urządzano bezustanne "polowania".            .

    Pierwsze dni pobytu na Pawiaku - relacjonuje w listopadzie 1976 r. Zbigniew Koczanowicz - były wyjątkowo ciężkie. Szok od chwili aresztowania trwał. Fizyczny ból od uderzenia pejczem, nocleg na betonowej podłodze, gliniany razowiec, blaszanka czarnej lury, wszystko to, łącznie z obawą, czy obok na ziemi nie siedzi prowokator, wtyczka więzienna - to wszystko nie sprzyjało nawiązywaniu kontaktów z towarzyszami z celi.

    Na nakazie przyjęcia więźnia widniało czasem słowo Einzelhaft (areszt odosobniony, izolacja). Wówczas umieszczano go w celi pojedynczej, izolując od kontaktów z innymi, czego skrupulatnie pilnowali wachmajstrzy. Kobiety również umieszczano w izolatkach. Bywały wypadki osadzania ich w izolacji w więzieniu męskim. Nakaz izolacji dotyczył zwykle więźniów poważnie obciążonych, podejrzanych o pełnienie ważnych funkcji w organizacjach konspiracyjnych. Izolowanie z reguły szło w parze z zakazem otrzymywania paczek żywnościowych i prawie zawsze z zakazem korespondencji. Czasem także pociągało za sobą pozbawienie spaceru i ograniczenie głodowej porcji posiłków do połowy. W wielu wypadkach zabraniano również udzielania pomocy lekarskiej. Szczególnie dotyczyło to izolatów pobitych lub storturowanych w czasie przesłuchań. Izolacja bywała stosowana przez gestapo jako metoda śledcza, mająca nakłonić więźnia do składania zeznań.

                Więźniowie przebywający w izolacji nie byli pozostawieni samym sobie - wbrew życzeniu władz gestapowskich. Każda więźniarka i każdy więzień funkcyjny wykonujący na terenie więzienia jakieś prace, np. korytarzowi, rozdzielający posiłki, przy okazji otwarcia celi, kolumna sanitarna przy okazji przeglądu sanitarnego czy podania leku, starali się, choćby uśmiechem, jeśli nie można było w danym momencie inaczej, okazać swą życzliwość, szepnąć ukradkiem krzepiące słowo, przekazać pocieszającą wiadomość, podrzucić smaczniejszy kęs.

    Ogromna większość więźniów przebywała w celach ogólnych, lecz niektórych od razu po przybyciu umieszczano w karcerach, zwanych również ciemnicami, bez koca, bez siennika, o chlebie i wodzie, bądź też dostarczając im jedynie połowę głodowej racji dziennej. W ślad za każdym więźniem przekazywana była na oddział jego karta ewidencyjna, tzw. celkówka, na której oznaczony był m. in. referat gestapo, który zajmował się jego sprawą. Celkówki znajdowały się w kancelarii oddziału, na którym przebywał więzień. Stąd też pisarz oddziałowy, a za jego pośrednictwem także i inni więźniowie zawsze mogli w razie potrzeby ustalić, jakiego rodzaju sprawą obciążony jest dany więzień. Na celkówce znajdowały się również uwagi odnośnie do stopnia izolowania, np. isoliert (izolować), streng isoliert (ścisła izolacja), Vorsicht, isoliert (uwaga, izolować), getrent zu halten (trzymać osobno), gute Behandlung (dobre traktowanie). Ostatnia uwaga mogła dotyczyć tylko więźniów, którzy załamali się w śledztwie bądź zgodzili się na współpracę z gestapo.

    Każdy oddział był odizolowany od pozostałych. Posiadał swoją własną kancelarię i w zasadzie nie miał żadnej styczności z innymi oddziałami. Zależny był w pierwszym rzędzie od dwóch wachmajstrów pełniących na nim służbę, którzy zmieniali się co dwanaście godzin. Do wykonywania różnych koniecznych prac, jak rozdzielanie posiłków, sprzątanie korytarza, ubikacji, dyżurki wachmajstrów, a przede wszystkim prowadzenia kancelarii powoływani byli specjalni więźniowie funkcyjni: pisarze do kancelarii oddziałowej, korytarzowi do sprzątania korytarzy i rozdzielania posiłków itp. Rola funkcyjnych była trudna. Musieli oni bowiem stale manewrować między wachmajstrem a więźniami, aby nie narażając się esesmanom, w miarę możności nieść pomoc współtowarzyszom.

    Człowiek wyrwany ze środowiska rodzinnego, niejednokrotnie z walki, pełen troski o bliskich, o wykonywaną na wolności pracę, brutalnie wepchnięty do celi, bity i poniewierany, stale głodny - musiał nauczyć się żyć w nie znanych mu dotąd, a tak okrutnych warunkach. Jeśli trafiał do celi ogólnej, łatwiej mógł dostosować się do nowej, trudnej sytuacji, gdyż na ogół spotykał się z życzliwością i pomocą innych, doświadczonych więźniów i więźniarek. Jakże jednak ciężkie było położenie osób zamkniętych w izolacji, często przecież zupełnie młodych dziewcząt i chłopców!

    Cele na oddziałach stałych różniły się od cel w podziemiu. Były bowiem o wiele jaśniejsze od ponurych, piwnicznych pomieszczeń kwarantanny. Więźniowie czuli się w nich nieco lepiej, ponieważ najczęściej posiadali już, przysłane w pierwszej paczce odzieżowej, naj niezbędniejsze przedmioty użytku osobistego, jak również miskę lub menażkę, a czasem nawet łyżkę. Wyposażenie celi, w najlepszym wypadku, składało się z pryczy lub łóżek żelaznych podnoszonych rano (w nocy zajmowały one całą płaszczyznę podłogi), lub też sienników uszytych z worków parcianych, zawierających słomę startą na miał przez poprzednie pokolenia więźniów. Najgorsza była noc, ponieważ słoma i troszkę podartych sienników nie wystarczało dla wszystkich. N a słomie leżeli tylko pobici i chorzy

    relacjonuje były więzień Stanisław Szymański: prymitywny stolik z nie heblowanego drzewa, jeden lub dwa taborety, miska do mycia, kibel (paracha), czasami ,szafka - dopełniały umeblowania celi. Wyposażenie cel było bardzo niejednolite. Władze więzienne nie miały bowiem zwyczaju uzupełniać niezbędnego sprzętu, jeśli się zużył. Koców ani prześcieradeł nie wydawano. Można było mieć własne, o ile rodzina przesłała je w paczce. Więźniowie nie mogli umyć się należycie, ponieważ w celi był tylko jeden dzbanek, napełniany w najlepszym razie dwa razy dziennie. Nie dawano ręczników ani mydła.

    Po rannym apelu wypuszczano więźniów z poszczególnych cel do ubikacji, znajdującej się na końcu korytarza. Stał tam więzień funkcyjny, tzw. korytarzowy, na okrzyk którego: "prawa wolna" lub "lewa wolna", z kolejnej celi wypadali więźniowie, biegnąc do wskazanej ubikacji. Wszystko to odbywało się wśród krzyków i wrzasków wachmajstrów, nieustannie zmuszających do pośpiechu więźniów. Mieli oni równocześnie opróżnić i umyć zabrany z celi kibel i miskę oraz napełnić dzbanek wodą. Umywalek i kranów było zaledwie parę. ]?o kilku minutach wszyscy musieli wracać do cel, niezależnie od tego, czy zdążyli załatwić potrzeby fizj0lugiczne i oczyścić zabrane z celi przedmioty. Po apelu porannym - wspomina Jan Kozerski: wypędzono nas do sąsiedniego klozetu, gdzie można było pod kranem umyć twarz i ręce, ale nie miałem mydła, ani ręcznika. Wycierałem się jedyną chusteczką do nosa, jaką miale m przy sobie, susząc ją za pazuchą.

    Pobyt w celi był nieustanną udręką, gdyż warunki sanitarne były w więzieniu okropne, cele brudne i zatłoczone, pełne zaduchu i insektów. Atakowały one ludzi nawet w dzień, dotkliwie kąsając skórę i pozostawiając swędzące ślady. Dezynfekcje bywały rzadko, bo tylko dwukrotnie w ciągu całej okupacji kolumny dezynfekcyjne spoza więzienia przeprowadziły odpluskwianie pomieszczeń więziennych za pomocą gazowania.

    Latem, w czasie upałów, warunki życia w celach znacznie się pogarszały. Władze gestapowskie wymagały czystości, więźniowie zaś nie mieli żadnych środków ani możliwości jej utrzymania. Powodowało to dodatkowe kary i szykany. Wachmajstrzy bowiem kontrolowali czystość cel i jeśli stwierdzili faktyczny czy wyimaginowany kurz lub. nieład, srogo upominali, a najczęściej stosowali kary dla całej celi w postaci "żabek" (skoki w głębokim przysiadzie), "padnij-powstań" lub chodzenie po korytarzu na łokciach i kolanach.

    Sprzątanie cel należało do dyżurnych. Za porządek odpowiadał starosta (starościna) celi, którego obowiązkiem było również meldowanie stanu celi podczas porannego i wieczornego apelu. (Meldunek brzmiał: Ich melde gehorsam Zelle Nr... belegt mit... Hiiftlinge. Alle anwesend (Melduję posłusznie, cela Nr... zajęta przez ... więźniów. Są wszyscy). Podczas apelu więźniowie ustawiali się w dwuszeregu lub piątkami. Obowiązywało równanie i krycie jak w wojsku. Wynoszenie śmieci z Serbii do zbiorników znajdujących się na podwórzu Pawiaka było niebywałą okazją dla kobiet, szczególnie dla tych, które miały tam bliskich lub współtowarzyszy pracy konspiracyjnej i liczyły na szczęśliwy traf, że przypadkowo ich zobaczą. Jedną z niewielu "przyjemności" życia więziennego były kąpiele odbywające się raz na dwa tygodnie oraz spacery po dziedzińcu więziennym. Na Serbii trwały one przez cały okres okupacji (z niewielkimi przerwami), na Pawiaku natomiast skasowano je w drugiej połowie 1942 r.

    Sposób, w jaki więźniowie starali się rekompensować brak ruchu, opisuje Adam Grzymała-Siedlecki: od czasu, gdy komendantura Pawiaka zniosła półgodzinne dla więźniów spacery na wolnym powietrzu, powstał w celach zwyczaj urządzania ma1'SZU zbiorowego w kółku po wnętrzu tychże cel. Na czele kroczył zawsze ktoś, kogo obowiązkiem było "trzymać rytm", więc od czasu do czasu zawołać: lewa, prawa, lewa, prawa! i obliczać dystans: pięćset kroków, tysiąc, dwa tysiące.

    Rozmieszczana w całym więzieniu młodzież została pod koniec 1940 r. przeniesiona do specjalnie dla niej przeznaczonych cel. Na Pawiaku były to cele: 172, 188, a następnie 173, a na Serbii kaplica. W celach tych umieszczeni zostali chłopcy i dziewczęta W wieku od 14 do 18 lat. Polska straż więzienna przemycała tam jednakże, i starszych. Zasadniczo poza "szpitalką", tj. dodatkowYJ11 posiłkiem z kuchni Patronatu przeznaczonym dla chorych, celom młodocianych nie przysługiwały żadne przywileje. Jedynie więźniowie funkcyjni i służba więzienna starali się bardziej opiekować małolatkami niż więźniami dorosłymi i w miarę możności organizowali im zajęcia. Na Serbii specjalna więźniarka, nauczycielka gimnastyki Zofia Karpowiczowa, zajmowała się dziewczętami. Czy cele te zorganizowano, aby izolować młodzież od "zgubnych" wpływów dorosłych więźniów politycznych, czy też - jak mówiono na Pawiaku - z powodu komisji, która miała przybyć, nie wiadomo. Jak dowiodła praktyka, władzom więziennym nie wodziło o stworzenie młodzieży lepszych warunków, gdyż w pomieszczeniach tych było tak samo głodno i ciasno jak i w całym więzieniu. Po jakimś czasie cele dla młodocianych zostały zlikwidowane.

    W pierwszych dniach pobytu na Pawiaku każdy aresztowany, o ile nie miał zakazu korespondencji, mógł wysłać do rodziny kartkę pocztową zawierającą wydrukowaną informację w języku niemiecki~ i polskim, iż krewni mogą przekazać mu pieniądze na wskazany na kartce adres. Na przekazie pocztowym konieczne było podanie danych personalnych więźnia i numeru jego depozytu. Poczta przyjmowała wpłaty po okazaniu przesłanej przez więźnia kartki. Po odbyciu kwarantanny więźniom pozwalano napisać do rodziny kartkę pocztową lub list w języku niemieckim. Korespondencja ta podlegała cenzurze kancelarii więziennej, a od sierpnia 1941 r., wskutek zaostrzenia regulaminu więziennego, cenzurę korespondencji, zarówno od jak i do więźnia, przeprowadzał referent gestapo, prowadzący jego sprawę. Nic więc dziwnego, że listy więźniów były stereotypowe, zawierały jedynie pozdrowienia, prośby o przesłanie paczki, informacje o niezmiennie dobrym stanie zdrowia i doskonałym samopoczuciu. Najczęściej powtarzało się w nich: Jestem zdrów, czuję się dobrze i mam nadzieję, że i wy jesteście zdrowi.

    Więźniowie na ogół znosili cierpliwie ciężkie warunki odosobnienia i długotrwałe ostre badania. Jednakże bezczynność i niepewność lasu, bezsilność i przedłużający się po/byt w więzieniu oraz dochodzące wieści o transportach na egzekucje powodowały stan stałego napięcia nerwowego i przygnębienia. Najgorszą jednak udręką było poniżanie godności osobistej poprzez nieludzkie traktowanie.

    Najistotniejsze i najczęściej zadawane przez więźniów pytanie, które musiało pozostać bez odpowiedzi, zawierało się w kilku słowach: Co przyniesie jutro? Uciekano się więc do wróżb, jeśli nawet nie traktowano ich poważnie. Ogromnym powodzeniem cieszyły się osoby

    umiejące z ręki lub z kart przepowiedzieć przyszłość, potwierdzić skryte nadzieje na powrót do domu, do bliskich i tak drogich sercu, gdy utrata ich stała się czymś prawie namacalnym, choć tak trudnym _do uwierzenia. Nadzieje budziły równie z sny, których tłumaczenie było sztuką ciągle udoskonalaną i zawsze zaprawioną optymizmem. W snach najczęściej objawiały się buty, które rzekomo wróżyły drogę, a więc wyjście na wolność.

    Więźniowie tęsknili do widoku wolnej przestrzeni, słońca i powietrza. Marzyli o chwili, kiedy znowu będą mogli być sami, bowiem przymus ciągłego obcowania z ludźmi był dla niektórych ogromną torturą. Przygnębiająco działało ciągle to samo otoczenie: brudne, odrapane ściany, umieszczone wysoko, zakratowane okienko, nie dające ani światła, ani powietrza, drzwi bez klamek. Wszystko to stwarzało niezwykle ciężką atmosferę, której bardziej świadome lub żywotne jednostki starały się przeciwdziałać.

    W zależności od wykształcenia więźniowie organizowali w celi naukę języków (bez podręczników), wykłady z różnych dziedzin wiedzy, opowiadano o swej pracy, życiu, odbytych podróżach, przeczytanych książkach, filmach, sztukach teatralnych. Więźniowie grali w karty, w szachy zrobione z kartonu z otrzymywanych paczek i z chleba.

    , (...) dostaliśmy paczki. Z kartonów porobiliśmy karty i szachownice dzięki przemyconemu ołówkowi. Z chleba ulepiliśmy figurki szachowe, z których połowę posypało się proszkiem do zębów (...) Grywałem z bratem i innymi więźniami w szachy, w karty - pisze w swej relacji znajdującej się w Muzeum Więzienia "Pawiak" Kazimierz Zięborak.

    Kobiety potrafiły w większym stopniu niż mężczyźni przystosować się do życia w zamknięciu. Starały się zmienić je choć w drobnych szczegółach. Umiały lepiej niż mężczyźni wypełniać sobie czas najrozmaitszymi drobnymi zajęciami, które pozwalały na chwilowe oderwanie myśli od więziennej rzeczywistości i na krótkotrwałe odprężenie psychiczne. Postawa więźniarek znajdowała pewien wyraz w ich wyglądzie, przy czym dbałość o wygląd zewnętrzny była czynnikiem samoobrony, wykładnikiem odporności psychicznej i postawy, którą odzwierciedlały słowa: My się im nie damy! Przez cały czas pobytu w więzieniu - relacjonuje Kazimiera Wagnerowa-Kamińska - kładłam nacisk na wyglqd zewnętrzny tak swój, jak i koleżanek. Wypominałam zaniedbania, tłumaczqc, jaki to ma zły wpływ na nasze samopoczucie. W dokumentach konspiracyjnych o sytuacji na Pawiaku niejednokrotnie podkreślano wyjątkowo dzielne zachowanie kobiet zarówno w celi więziennej, jak i podczas przesłuchań w gestapo.

    Do dziś ten okres zachowuję w pamięci - podaje Maria Horodyska w relacji napisanej dla Muzeum Więzienia "Pawiak" w 1977 r. - jako jedyny, kiedy w tak dużym skupisku kobiet nie było miejsca na swary, kłótnie, babskie zawiści, intrygi i obmowy. Zwłaszcza zaś imponował mi ten szczególny rodzaj godności, żeby z bolesnych spraw osobistych i konspiracyjnych nie robić jawnej tragedii. Każda przeżywała je na swój sposób, ale nigdy nie mówiło się o nich w szerszym gronie. Natomiast dobre chwile dzieliłyśmy wspólnie. Każde wyjście na wolność oblewałyśmy łzami niekłamanej radości. Każdym listem i paczką z domu cieszyłyśmy się wszystkie jak własnym.

    Życie w celi nasuwało wiele problemów pomnożonych jeszcze przez grozę przesłuchań, niepewność losu swego i najbliższych, ciągłe egzekucje i troskę o pracę konspiracyjną. Rozmyślając o tych problemach łatwo było utracić równowagę psychiczną. Jednakże w przyjaznej atmosferze celi zawsze znalazło się dobre słowo, pocieszająca, choć często zmyślona wiadomość. Wszystko to rozpraszało złe myśli, pozwalało odetchnąć ludzką życzliwością. Na Serbii w wytwarzaniu dobrego nastroju celowała długoletnia więźniarka lekarka pracująca w kolumnie sanitarnej, Irena Kononowicz, nazywana przez więźniarki "Nono". Dr Nono wchodząc do cel z lekarstwem, lub też dla dokonania przeglądu sanitarnego, zawsze pełna pogody i życzliwości dla ludzi, miała w zapasie mnóstwo rozweselających anegdot, nieprawdopodobnych historyjek, optymistycznych wiadomości, na które tak bardzo czekały więźniarki. Z tytułu pełnionej funkcji mogła bez większych trudności odwiedzać cele, zawsze wyglądana i oczekiwana z wielką niecierpliwością.

    Choć rozmowy o jedzeniu w czasie głodu to okrucieństwo popełniane wobec siebie .i innych, jednak więźniowie nie mogli powstrzymać się od rozmów na temat wyszukanych i wykwintnych potraw czy sposobów przyrządzania ulubionych dań przy równoczesnym

    akompaniamencie "marsza" głodowego kiszek. Rozmowy te jaskrawo odbiegały od więziennej codzienności. Otrzymywane bowiem przez więźniów posiłki były bardzo niesmaczne i niewystarczające zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym. Nic więc dziwnego, że we wszystkich wspomnieniach i relacjach określane są jako" wyjątkowo ohydne" lub "podłe". Zupę nazywali więźniowie mętną wodą, w której pływały twarde, czarne kluchy. Jedna ohyda, zwana przez więźniów padalcami.

    Zupę gotowano z liści buraków (w 1941 r.), albo też z brukwi białej lub żółtej, zaprawionej mąką. W 1943 r. wyżywienie w porównaniu z poprzednimi latami uchodziło za dobre, jednakże więzień Michał PachoIski, aresztowany w maju 1943 r., zeznał po wojnie: Odżywiano nas kaszą z margaryną, barszczem przypominającym wodę z brudnej sadzawki, kawą i małymi kawałkami chleba.

    Jako całodzienne wyżywienie więźniowie otrzymywali na śniadanie o godz. 7 pół litra nie słodzonej, czarnej kawy zbożowej i całodzienną porcję chleba wagi 250 g, okresami zmniejszaną do 120 g. Na obiad o godz.12 dawano 3/4 litra zupy bez tłuszczu (z buraków, brukwi, robaczywego grochu, kapusty, mąki drzewnej). Na kolację o godz. 17 - nie słodzoną kawę zbożową, a raz w tygodniu taką samą zupę jak na obiad.

    Najgorszym okresem pod względem wyżywienia była druga połowa 1941 r.. oraz cały rok 1942, ponieważ dzienną porcję chleba zmniejszono wówczas do 120 g, a następnie pozbawiono więźniów dodatkowych obiadów Patronatu, tzw. szpitalek. Szpital na oddziale męskim otrzymywał przeważnie ok. 150 porcji na ok. 83 chorych, szpital na Serbii - 60-70 porcji na 39 chorych. Część tych posiłków rozdzielana była wśród więźniów młodocianych oraz dłużej przebywających na Pawiaku, wycieńczonych i wygłodzonych. Łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo głodowała większość więźniów, gdy porównamy liczbę osadzanych w więzieniu w tym okresie - wynosiła nie mniej niż 1500-1800 mężczyzny i ok. 300-500 kobiet - z liczbą "szpitalek".

    Niemieckie władze więzienne nie przewidywały żadnych dodatkowych posiłków. W dokumencie konspiracyjnym (w CA KC PZPR, sygn. 202/1, t. 31) z tego okresu stwierdza się: Gorzka, czarna namiastka kawy rano i na wieczór, kawałek chleba i talerz wodnistej zupy z brukwi - oto całe wyżywienie więźnia Pawiaka. Pomoc Patronatu była więc niezbędnie potrzebna i trwała aż do wydania przez władze niemieckie nakazu zlikwidowania kuchni szpitalnej.

    Lekarze więźniowie obliczają, że wydawane więźniom pożywienie dostarczało 500-800 kalorii, a w najlepszym okresie (lata 1943-1944) - 900-.1000 kalorii, podczas gdy dla prawidłowego funkcjonowania organizmu dorosłego człowieka konieczne jest ok. 1750 kalorii, co stanowi ilość niezbędną dla podtrzymania czynności życiowych w stanie zupełnego spoczynku. Pozbawienie człowieka tej minimalnej ilości kalorii powoduje groźne dla zdrowia spalanie własnych tkanek dla pokrycia wydatku energii. Po stosunkowo krótkim czasie więźniowie, poza innymi udręczeniami, doznawali niezwykle dokuczliwego, nigdy ich nie opuszczającego uczucia głodu. Z każdym dniem tracili siły. Dłuższy pobyt w tych warunkach doprowadzał do biegunki głodowej i obrzęków. Było nawet sześć wypadków śmierci głodowej na oddziałach męskich, a na Serbii dwa. Niedożywienie organizmu wywoływało również stan niepokoju i zdenerwowania, dodatkowo obniżający odporność psychiczną więźnia. Od połowy 1941 r. oraz w 1942 r., szczególnie w październiku i listopadzie, wskutek bardzo licznych przypadków zachorowań, władze więzienne zmuszone były zgodzić się na wydawanie przez lekarzy więziennych zezwoleń na częstsze, niż było to przewidziane w.. regulaminie, wychodzenie do ubikacji. Głodujący więźniowie pisali dramatyczne grypsy do rodzin:. Kochani! (...) Ratujcie mnie, głodny jestem,

    paczki, nic nie dostałem (...) Jeść! Pieniądze w depozycie odebrane, nic nie mam. Jestem izolowany. Mam bardzo źle. Konam z głodu! A śmierć głodowa jest najgorsza (...).

    (...) Dostałem paczkę ubrania. Doprowadziła mnie ona do szału. Z głodu kręci mi się we łbie, a tu ślą mi skarpety! Mamo, Heniu, Jurku, nigdy nie będziecie znali tego głodu, który mnie po trzech tygodniach wierci dziury w brzuchy! Brukiew jem, ale po każdym posiłku czuję większy głód niż przedtem (...) Czy wy wiecie, co to jest być głodnym? Co to są żabki? Co to jest dziennie 15 dekagramów chleba na dwa posiłki? (...) Jeść, bo się powieszę!

    Jak bardzo ludzie byli wyniszczeni głodem, świadczy znajdujący się w aktach konspiracyjnych wstępny meldunek o powieszeniu 16 października 1942 r. Na peryferiach Warszawy 50 więźniów: Wychudzenie powieszonych (...) zdaje się przemawiać za tym, że stracono tu więźniów z Pawiaka. Prof. Mieczysław Michałowicz, aresztowany 10 listopada 1942 r., zeznał na procesie gubernatora dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera, że w ciągu 12 dni stracił na Pawiaku dziewięć kilo.

    W końcu 1942 r. wyżywienie nieco się poprawiło. Dzięki usilnym staraniom Patronatu uzyskano zgodę władz niemieckich na dostarczanie co sobotę po bochenku chleba dla każdego więźnia. Jednak ogromne wygładzenie powodowało, że większość więźniów zjadała  cały chleb w ciągu jednego dnia.

    Od wiosny 1943 r., wskutek nieustannych starań Patronatu, wyżywienie uległa znacznej poprawie. Zupy stały się gęstsze i treściwsze. Gotowano je czasami na końskich kościach z kaszą i kartoflami. Porcja dzienna chleba wzrosła da 250-300 g, a na kolację częściej wydawana była zupa lub kawa z dodatkową porcją chleba. Więźniom, którzy nie otrzymywali paczek od rodzin, Patronat posyłał paczki zawierające cebulę, cukier, chleb, marmoladę oraz papierosy (dla pracujących, ponieważ innym więźniom nie walna była palić).

    Wyżywienie więźniów byłaby lepsze, gdyby władze więzienne nie ograniczały paczek od rodzin. Niestety, jedynie w 1939 r. więźniowie magli otrzymywać paczki bez ograniczeń, a także spożywać dostarczane przez krewnych obiady. Rodziny częsta podchodziły pad mury Pawiaka, przynosząc jedzenie i ubranie. Przesyłanie paczek w końcu 1939 r. została zabronione. Okresami zakazy te anulowano lub dotyczyły one jedynie pewnych grup więźniów. Np. w 1941 r. wstrzymana paczki dla izolatów. Niekiedy żywność i ubranie, a także papierosy otrzymywać magli jedynie więźniowie funkcyjni.

    Choć w wielu wypadkach paczki, ze względu na ciężką sytuację polskich rodzin, były raczej dowodem pamięci niż formą dożywiania, więźniowie bardzo odczuwali ich brak. Na jesieni 1941 r. uzależniano otrzymywanie paczek od zgody referatu gestapo prowadzącego sprawę więźnia. Później warunek ten zniesiono, lecz za to ograniczona poważnie liczbę i wagę paczek. Od 20 sierpnia 1942 r. można była otrzymywać jedną paczkę żywnościową w miesiącu a wadze nie przekraczającej 2 kg. Taki stan rzeczy utrzymywał się w zasadzie do końca okupacji.

    Sposób przekazywania paczek również ulegał zmianom. Na początku przyjmowano je przy bramie więzienia, a następnie, po zamknięciu bram getta, w wyznaczane dni tygodnia, według alfabetycznej kolejności nazwisk, w komisariacie policji polskiej przy ul. Krochmalnej 56, a czasem przy Daniłowiczowskiej 10. Do sierpnia 1942 r. można była również przekazywać paczki pocztą. W okresach względnej swobody w przesyłaniu paczek każdy więzień mógł otrzymać jednorozowo - poza żywnością - także paczkę higieniczną i odzieżową. Od 1943 dostarczanie takich paczek nie było ograniczone.

     

     

     

    Przesłuchiwania więźniów

     

    Przesłuchiwania odbywały się przeważnie w siedzibie Urzędu Komendanta Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa przy al. Szucha 25, dokąd przewożono więźniów bądź bezpośrednio po aresztowaniu, bądź po krótszym lub dłuższym pobycie na Pawiaku. Trudno było dopatrzeć się jakichkolwiek reguł, jeśli chodzi o termin pierwszego przesłuchania. Bywało, że więźniowie miesiącami przebywali na Pawiaku nie będąc przesłuchiwani, a nawet wywożono ich do obozów koncentracyjnych i na egzekucje bez przesłuchania. Najczęściej jednak zabierano na badania od razu po aresztowaniu bądź w pierwszych dniach lub miesiącach pobytu na Pawiaku. Funkcjonariusze gestapo ustalali i zgłaszali na piśmie nazwiska więźniów, którzy mieli być dostarczeni następnego dnia z Pawiaka do gmachu w al. Szucha.

    Codziennie przed godz. 8 rano samochód ciężarowy przykryty brezentem, zwany popularnie "budą", załadowany więźniami, wyjeżdżał z Pawiaka, konwojowany przez policję ulicami: Nalewki, Bielańska, plac Teatralny, Wierzbowa, plac Marszałka Piłsudskiego (obecnie

    Zwycięstwa), Królewska, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Al. Ujazdowskie, al. Szucha. W południe część więźniów wracała na Pawiak, "buda" zaś przewoziła następną partię na popołudniowe przesłuchania. Po odbiciu więźniów pod Arsenałem (26 marca 1943 r.) "buda" została obudowana mocnymi ścianami, a drzwi zabezpieczone grubą sztabą żelazną. Wzmocniono także konwój. Wieczorem wywołano, że ci a ci jutro jadą na przesłuchanie na Szucha. Rano budzeni byli przed piątą, goleni, "kawę" pili w biegu, następnie godzinę-później czekali przed kancelarią więzienną. Jechali "budą" i zostawali zamknięci w jednym z trzech "tramwaj" (w rzeczywistości było ich cztery - R. D.) w podziemiach na Szucha, czekając cały dzień, ażeby wrócić bez przesłuchania na Pawiak. Można było wrócić pobitym, można też było nie wrócić wcale. W "budzie" wożono zwykle ok. 30 osób. Mężczyźni w głębi "budy", kobiety bliżej wejścia, przy wejściu dwaj żandarmi z nabitą bronią. Obok szofera gestapowca siedział również gestapowiec z bronią. W czasie jazdy (...) nie wolno było porozumiewać się między sobą . Po przewiezieniu do gmachu policji bezpieczeństwa więźniowie wprowadzani byli do pozbawionych okien pomieszczeń znajdujących się w suterenie, zwanych "tramwajami". Były to cztery zbiorowe cele, zamknięte od strony korytarza żelaznymi kratami. Nazwa "tramwaje" przylgnęła do nich ze względu na ustawienie krzeseł tak jak w tramwaju - dwoma rzędami wzdłuż ścian. 'Więźniowie czekający tam na wezwanie zmuszeni byli siedzieć jeden za drugim, tyłem do kraty, za którą przechadzali się funkcjonariusze policji bezpieczeństwa. Na ścianie, do której zwrócone były twarze więźniów, widniał napis: Sprechen und rauchen streng

    verboten (rozmowy i palenie surowo wzbronione). Wprawdzie nie było napisu, że nie wolno zwracać twarzy w stronę korytarza, ale jakiekolwiek słowo lub ruch zauważony przez dyżurującego esesmana powodował bicie, kopanie bądź mordercze "żabki". Grozę i niepokój, jaki odczuwali oczekujący na badania, potęgował niewątpliwie widok skatowanych podczas przesłuchań bądź postrzelonych podczas aresztowania, których brutalnie wpychano i wrzucano do "tramwajów". W bezpośrednim sąsiedztwie "tramwajów" znajdowała się kancelaria przeznaczona' dla dyżurującego funkcjonariusza gestapo. Często do uszu więźniów dochodziły odgłosy nieludzkich krzyków oraz jęki bitych i katowanych w tej kancelarii, przeplatające się z dźwiękami skocznych melodii, płynących z nastawionego na cały regulator aparatu radiowego, znajdującego się na korytarzu. W wąskim korytarzu oddzielonym drzwiami od "tramwajów" znajdowało się dziesięć cel izolatek. Cele te oraz łączący je korytarz zostały zaadoptowane z sali, która przed wojną służyła za magazyn czasopism wydawanych przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia publicznego. W izolatkach ,osadzano najczęściej na okres prowadzenia śledztwa aresztowanych w ważnych sprawach, lub też takich więźniów, na zeznaniach których gestapo wyjątkowo zależało. Przetrzymywano ich w al. Szucha, aby uniemożliwić im jakikolwiek kontakt ze światem. Uwięzionym wmawiano czasem przy badaniach, ze wspólnie aresztowany z nim człowiek nie żyje, aby badany obciążył w zeznaniach rzekomego nieboszczyka. Więźniowie umieszczani w tych celach byli często zakuci w kajdany. Głodzono ich, lub też karmiono słonymi śledziami nie dając pić. Przesłuchiwano po 50 i więcej razy. Ciężko pobici, chorzy, pozbawieni jakiegokolwiek posłania, przebywa w celach-izolatkach tygodniami i miesiącami. Niektórzy spośród nich po jakimś czasie przewożeni byli na Pawiak bądź włączani bezpośrednio w transporty do obozów koncentracyjnych lub na egzekucje. Ginęli także w okolicznościach opisanych w grypsie więziennej komórki informacyjnej Delegatury Rządu: Nie jest rzadkością, że kogoś przywożą z Szucha razem z przesłuchiwanymi i zamiast do rias (tj. na Pawiak - R. D.) wyprowadzają go zaraz w ruiny (...)

    Zarówno "tramwaje", jak i izolatki stanowiły podręczne więzienie (Hausgefćingnis) warszawskiego Urzędu Komendanta Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa. Zgodnie z zarządzeniem tego urzędu cele-izolatki służyć miały do przetrzymywania więźniów tylko nocą, a w celach zbiorowych, "tramwajach", przebywać mieli aresztowani znajdujący się w gmachu gestapo w okresie ich przesłuchiwania. Nie było to jednak przestrzegane, gdyż częstokroć, jak wspomniano, więźniowie siedzieli w izolatkach tygodniami, a nawet miesiącami, w "tramwajach" zaś także nocami.

    Czekających w "tramwajach" wzywano na badania od godz. 9. Na pierwszym przesłuchaniu więzień musiał szczegółowo opowiedzieć swój życiorys, jak również wysłuchać zapewnień referenta o tym, jak dobrze jest on poinformowany o nielegalnej pracy przesłuchiwanego, który rzekomo przez cały czas był śledzony. Padały zwykle słowa: My i tak wszystko wiemy! Słowa budzące przerażenie i niepokój. Od wytrzymałości psychicznej więźnia zależało, czy w nie uwierzył, czy zdołał przemóc w sobie lęk. Cytowany już więzień Kazimierz Szpotański podaje: Początkowo ton jest grzeczny i uprzejmy, naraz po którejś z odpowiedzi drze się "du Wgst"! (kłamiesz!) i rozpoczyna się katowanie. Przejście od tonu wytwornego do bicia to jedno mgnienie oka. Gestapowiec przesłuchujący poczęstuje papierosem. Jeśli więzień papierosa nie weźmie, dostaje w twarz, że śmie odmówić, jeśli weźmie, dostaje w twarz, że śmie wziąć. Gestapowiec przesłuchujący poczęstował papierosem, sam służył więźniowi ogniem. Za chwilę wchodzi inny i wali nahajem więźnia, jak on śmie w obecności jego szefa palić papierosa, równocześnie przesłuchujący gestapowiec pisze protokół zeznań, jakby nie widział, że obok niego biją w straszny sposób jego przesłuchiwanego. W tym samym pokoju siedzi stenotypistka Niemka, pisze na maszynie, nic jej nie przeszkadza, że obok niej zabijają człowieka.

    Jeśli więzień nie przyznawał się do stawianych zarzutów, zaprzeczał lub odmawiał zeznań - bito go. Jeśli nawet niektórzy wskutek wyczerpania nerwowego i potwornych cierpień załamywali się, i tak nie przynosiło im to ulgi. Przyznanie się do winy czy wydanie tajemnic konspiracyjnych powodowało dalsze przesłuchiwania dla wydobycia nowych zeznań i nowe bicie. Bicie było metodą najpospolitszą, powszechnie stosowaną. Nierzadko też przeprowadzano tzw. zaostrzone przesłuchania, na których stosowanie powinien wyrazić

    zgodę RSHA (Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy). W stosunku do Polaków nie było to przestrzegane. W trakcie badań przecinano wargi, zgniatano nosy, wybijano zęby. Bito po opuszkach palców, wyłamywano ręce, łamano żebra, bito w krocze i w nerki. Bito gumowymi pałkami, pejczami, stalowymi prętami, nahajkami zawierającymi w środku drut bądź innymi przedmiotami znajdującymi się w danym momencie pod ręką. Wszystko to odbywało się przy akompaniamencie wrzasków i gróźb. Wieszano ofiary w tzw. słupek. Opis tortury słupka znajdujemy w zeznaniu Michała Pacholskiego złożonym przed Główną Komisją Badania Zbroni Hitlerowskich w Polsce: Przebywający ze mną w celi nie znanego mi nazwiska Polak, aresztowany w Kijowie, opowiadał, że podczas badania na Szucha spięto mu ręce kajdankami, założono za kolana, pod kolana podłożono kij oparty na biurkach i w tej pozycji badano go, bijąc w nielitościwy sposób.

    Jeśli więzień tracił przytomność, polewano go wodą i bicie trwało dalej, aż do następnej utraty przytomności. Głównym celem, do którego dążyli gestapowcy, było doprowadzenie do załamania się psychicznego więźnia i wydobycie, poprzez zadawanie cierpień fizycznych, potrzebnych im informacji, których konsekwencją były najczęściej dalsze aresztowania.

    Nieznany więzień, bestialsko katowany, po przewiezieniu z al. Szucha na Pawiak przesłał gryps, który znalazł się w aktach konspiracyjnych: Jestem izolowany. Mam bardzo źle (...) Badany byłem do dziś trzy razy: 20 i 30 stycznia, 20 lutego (1941 r. - R.D.). Zeznania odbywały się w czasie tortur. Pierwszy raz rozebrano mnie do koszuli i bito po głowie tępymi narzędziami. Kontuzjowano lewą stronę głowy. Po całym ciele bito mnie pałką gumową i młotkiem. Kilkakrotnie traciłem przytomność. Oprawców było dziewięciu. Bito mnie na zmianę kilka godzin, przedkładając różne dowody (...) Następnym razem, 30 stycznia, rozebrano mnie do naga i znów powtarzano bijąc szereg pytań z pierwszego badania (...) Bito przy tym pałkami gumowymi i batem zakończonym ciężarkami z żelaza. "

    ....... 


     


    Zobacz listę osób, z którymi został aresztowany mój dziadek,  a później wywieziony do Oświęcimia: 
    LINK

     


    Zobacz listę więźniów Pawiaka: 
    LINK


     

     


     

    PAWIAK
     
    sierpień 2005 r.





     

    Tablice pamiątkowe w Muzeum na Pawiaku
     
    sierpień 2005 r.








    14 sierpnia - 2 listopada 2005 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005