<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem

  • Zamek w Odrzykoniu: spojrzenie Ani
  • Odświeżanie pamięci
  • Ludzie i wydarzenia - "Wojna, która połączyła"
  • Zostają wspomnienia
  • Końskie w czasie okupacji
  • Wielcy zapomniani
  • Może ktoś wie ?
  • Zapiski Jana Forowicza
  • Życie partyzanckie - wspomnienia
  • Bliskie spotkania I stopnia
  • Jestem potomkiem hetmana wielkiego koronnego
  • Technikum Elektroniczno - Mechaniczne
  • Fantastyka w grafice młodych twórców
  • Stefan Kowalewicz - wspomnienie
  • Komorów - historia i dzień dzisiejszy
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 1
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 2
  • Józef Markowicz i jego rodzina w Komorowie
  • Kolejny 1 Września
  • Marysia
  • Wojenne losy Kresowiaka - Bronisław Adamowicz
  • Antoni Marceli Kostka 
  • Korzenie rodu Ejgierd
  • Zamyślenia katyńskie i wileńskie
  • Życie bez Ojca
  • Jan Siwiec
  • Był sobie człowiek
  • Eygierdowszczyzna
  • Wspomnienie o Walentym Nowaku
  • Śladami rodu Eygird
  • Śladami rodu Eygird cz. 2
  • Zabytkowy Komorów
  • Zabytkowy Komorów cz. 2
  • Zabytkowy Komorów cz. 3
  • Komorów - suplementy

  •  

    ŻYCIE  BEZ  OJCA

    Józef  Bocheński 

    ZAMORDOWALI  GO  SOWIECI  w  KATYNIU

    w 1940 r

     

    W     S     P     O    M     N    I    E    N    I    A

    o  POLAKU,  ŻOŁNIERZU  i  BOHATERZE,

    bo  BÓG  takiego  wyznaczył  mi  OJCA,

    zapisane  w  pamięci  dziecka  i  chłopca – odtworzone  przez

    dorosłego  już  człowieka, na  tle  jego całego  długiego życia

     

    2007r

     

     

    P o ś w i ę c a m

    OJCU  BOHATEROWI  z  1920 roku

    kpt.  JÓZEFOWI  BOCHEŃSKIEMU

    Kawalerowi Orderu Virtuti Militari nr 3634

    żołnierzowi   36  p.p.  Legii  Akademickiej

    zamordowanemu 22/23 kwietnia 1940  r

    przez sowieckich siepaczy w Katyniu

    oraz  mojej  MATCE – POLCE

    czekającej na JEGO powrót

    do ostatniego swego

    tchnienia

          Ë

                                                                    autor

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    1.  PRZEDMOWA

     

    Przyjaciele, znający mnie od wielu lat, namawiali mnie do spisania znanych mi dziejów rodziny i własnych przejść – szczególnie wojennych i z czasów powojennych, czyli okresu przebijania się w Kraju, opanowanym przez wszystko wiedzących prymitywistów, idących na pasku Moskwy. Przebijania się do prawa do życia, według wartości samemu wybranych, a nie narzuconych przez moskiewskich agentów.
    Przyjaciele z harcerstwa mówili mi: „Ty masz życiorys, którym można byłoby obdzielić kilka osób. Nie pozwól, aby ginęła pamięć o twoim rodzie i rodzinie. Może spisane wspomnienia pomogą młodszym pokoleniom zrozumieć, na czym polegała gehenna II Wojny Światowej. Może przestrzeże ich przed błędem spoczywania na laurach i zajmowania się tylko własnymi sprawami. Na Sądzie Ostatecznym będziemy sądzeni za grzech zaniechania obrony wartości chrześcijańskich i za grzech zaniechania pomocy. Wywodzisz się z harcerstwa o podstawach skautowych i nikt tego nie zmieni. Nikt nie cofnie przyrzeczenia harcerskiego[1] złożonego na grobach rozstrzelanych żołnierzy polskiego podziemia, a takie złożyłeś. Harcerze mieli zmienić Świat na lepszy[2], mieli nie zboczyć z kursu wyznaczonego przez lilię na kompasie”.

    Nie byłem przekonany, czy ktoś będzie czytał sagę[3] o moim rodzie – mojej rodzinie – moim Ojcu. Kiedy opisałem tragiczny fragment życia

    mojego Ojca – śmierć Jego w Katyniu, to dorosła córka doczytała tylko do połowy, bo nie miała czasu, na taką lekturę. Pomimo dokładania starań, aby córkę i syna wychować w duchu patriotycznym - poniosłem klęskę z córką i rozumiem innych rodziców, w ich staraniach i osiąganych nikłych wynikach.

    Byłem przeciwnikiem pisania o sobie, bo komu to potrzebne? Mnie - nie, bo przecież wiem, co było w moim życiu. Nieraz boję się wspomnień. Byłem przeciwnikiem pisania o sobie, bo jestem niby ziarenko piasku, a może i mniej? Może jestem tylko prochem, który powinien być strzepnięty ze stóp szlachetniejszych? Wiatr życia przewiewał, to ziarenko czy pył, od prawego rynsztoka życia - do lewego i na powrót. Szukałem soli życia, a znajdowałem stale błoto. Pryskało na mnie, a ja nie potrafiłem być nieprzemakalnym.

     

    Boże - jakże ja, będąc chłopcem, zazdrościłem innym chłopcom, że mieli ojców. Nie zazdrościłem ubrań, rowerów, wojaży, kieszonkowego, lepszego jedzenia – lecz tylko Ojca. Tak, zazdrościłem im tylko OJCA ….

    Mojego Ojca zamordowali w 1940r bandyci, noszący sowieckie mundury NKWD. Nawet gdy umrę - będę o tym pamiętał i będę wył - niczym wilk. Bez wstydu, że jak wilk…. Wstyd zamordowali bolszewicy - razem z moim Ojcem. Ja bym ich …. Panie daruj mi….

     

    Ostatnimi czasy prosiłem i błagałem Ojca naszego, Pana Wszystkich Czasów i Wszystkich Rzeczy - Tego, który Mojżeszowi ujawnił swoje Imię "JESTEM, KTÓRY JESTEM" - otóż prosiłem, abym mógł odejść, gdy Syn Waldemar stanie na nogach, bo dotychczas stale był niszczony przez nicponi i oszustów - obcych lub nawet, z kręgu bliskich jemu osób. Godność, upór i wytrwałość jego tłumaczyłem sobie tym, że pieczętujemy się herbem Rawa-Rawicz, podobno aż od 1102r (lub 1109r - Bitwa Na Psim Polu). Herb ten ród nasz cenił wielce i nie sponiewierał - tak jak czyniły to "moskiewskie pachołki", które w zębach niosły złote ruble do Petersburga, na opłaty za świadectwo carskie, że byli „błagonadiożni” – czyli konkretnie: że nie brali udziału w Powstaniu Styczniowym 1863r. A nie brali udziału, bo byli tchórzami i zdrajcami, a potem jeszcze czerpali z tego profity. Carskie pachołki postawiły ruble wyżej niż honor - wybrali „MIEĆ” niż „BYĆ”.

    Bocheńscy stawiali na „BYĆ”, a nie na „MIEĆ” – tak jak niegdyś zapisano ten nakaz Jezusa w Piśmie świętym i jak potwierdzał to, w XX już wieku, w każdej nauce i miejscu - największy z Polaków - Jan Paweł II.

    Bocheńscy - z pnia, z którego wyrosła gałąź dająca nam żywot - nie nieśli złotych rubli carowi i nie kłaniali się najeźdźcom. Jestem od 1830r  pierwszym ojcem, którego widzi syn - będąc sam dorosłym. Ojciec mój został podstępnie i zbójecko zamordowany w Katyniu, gdy ja miałem dziewiąty rok. Jego Ojca - bojowca PPWS - śmiertelnie postrzelili kozacy w rozruchach 1905r, gdy sam miał 5 lat. A Jego Dziad zginął w Powstaniu Styczniowym, a  carscy siepacze karnie wyrzucili dzieci i Wdowę z dworu szlacheckiego, który puścili z dymem. Dziad Dziada zginął w Powstaniu Listopadowym 1830r.

    Tak więc u Bocheńskich dzieci wychowywały osamotnione Matki, co z zacnych polskich domów się wywodziły. Pomimo przejść i cierpień, wychowywały synów na żołnierzy, a córki przygotowywały na następne zacne matki. Bocheńscy ginęli - bo musieli, jako nie przystosowani do praw mimikry[4]. Ginęli - bo mieli zbyt sztywny kark - kark i honor szlachecki – byli Polakami. Honor - cóż to jest? - stary atrybut[5] człowieczeństwa niewymienialny na dobra ziemskie? A może to tylko ułuda, niczym pustynna fata morgana?

     

                Pomimo wcześniejszej niechęci do pisania, jednak pod wpływem syna Waldemara przystąpiłem do pisania. Głównym celem jest wspomnienie mojego Ojca, człowieka prawego i zacnego - dla mnie bardzo ważnego Człowieka i BOHATERA i to nie tylko dla mnie bohatera. Przez to, że był żołnierzem w 1920r, że walczył z hordami bolszewickimi i brał udział w złamaniu uderzenia bandytów na Europę – jest BOHATEREM. Zaświadczało o tym wystrzelone płuco i szrama na plecach, ale i teraz, kiedy kości Jego stale są rozkopywane w lesie Katyńskim i nie ma już pleców ze szramą - mam świadectwo Jego bohaterstwa: to Wojenny Order Kawalerski Virtuti Militari

    nr 3634 i dwukrotnie nadany Krzyż Walecznych[6].

     

    Zwycięskie walki Polaków z bolszewikami, zostały uznane za 18-tą najważniejszą bitwę, która zadecydowała o przyszłości Europy, a nawet i Świata. Wojska Najjaśniejszej Rzeczpospolitej Polskiej, w XVIII wieku wymazanej na 123 lata z map europejskich, zagrodziły skutecznie drogę sowieckim siepaczom. Głównodowodzący Armii Czerwonej Michaił Tuchaczewski[7], wzywał: „Przez trupa jaśniepańskiej Polski, do ogólnoświatowego poża-

    ru”. W Niemczech wrzało wówczas i gdyby bolszewicy tam dotarli – dołączyliby do nich zrewoltowani żołnierze niemieccy.

     

    We Francji zawsze były tendencje komunistyczne – z pewnością Francuzi dołączyliby do bolszewików[8]. W Hiszpanii ruch komunistyczny był tak silny, że w 1931r powstała II republika, broniona w 1936 – 1939r przez komunistów z całego Świata. We Włoszech komuniści byli nie tak silni, ale byli.

     

                Temu wszystkiemu przeciwstawili się Polacy. Mój Ojciec był wtedy żołnierzem w stopniu sierżanta i został BOHATEREM, a tak niedawno był „poddanym” carskim i cierpiał z kolejnymi pokoleniami.

     

    „Błogosławieni, którzy łakną. Błogosławieni, którzy cierpią dla Imienia Mego”- powiedział Pan nasz (Mt 5.3-11). Panie, czy zaliczysz nasze stado do tych, co pasą się na łące Twojej Łaski? Bo przodkowie wiele łaknęli i cierpieli za chrześcijańską Polskę.  Panie, proszę o łaskę dla nich …

     

                 Intencją autora, który zapisał ponad 250 stron „Życia bez Ojca”, było pozostawienie śladu po człowieku, którego kochał bez granic, a może i

    więcej. Kochał miłością małego synka, dla którego Ojciec zasłaniał sobą cały Świat i dla którego był całym Światem. Miłość malucha i ta z najstarszego wieku komitywy Ojciec-syn, sięgała raptem poziomu 3-ej klasy szkoły powszechnej. I na tym poziomie pozostała, bo zabrakło Ideału Ojca, do którego można byłoby przyrównywać to, co następowało w życiu. A życie szło pod górę, politycznie zakosami i z błędami oraz wyrobiło przeświadczenie, według strof poety[9]:

                 „ Daremne żale, próżny trud,

    – Bezsilne złorzeczenia,

    – Przeżytych kształtów żaden cud,

    – Nie wróci do istnienia.

    – Trzeba z żywymi naprzód iść,

    – Po życie sięgać nowe ...”

     

    Ale miłość pozostała, ta z poziomu chłopca, któremu nie dano zapłakać nad grobem kochanego Ojca. Był taki czas, kiedy mógłbym z nienawiści wbić nóż w serce każdego bolszewika i … nie drgnęłaby mi ręka …. nie jestem pewien, czy i dzisiaj nie uczyniłbym tego. No, w Katyniu w 1989r podałem rękę Rosjaninowi podczas Mszy świętej, na wezwanie „przekażcie sobie znak pokoju”, ale bolszewik Putin[10] przekreśla wszystkie możliwości przebaczenia im. Putin nadal utrzymuje, że nie było to ludobójstwo.

     

    Tawariszcz Putin, to czto eto było? Oszipka? [11]Ale kto to jest Putin - zezwierzęcony okaz człowiekopodobny? - bo przecież to generał KGB (NKWD).

     

    Autor, w chwili pisania niniejszego, kończy 77 rok życia i jak to bywa ze starymi ludźmi - pouczającymi zawsze młodszych, nie mógł wyzwolić się od starczego pouczania – zawartego przy kolejnych opisach zaszłości, co z kolei wybija wspomnienia z rytmu kalendarium. Inaczej jednak nie wychodziło pisanie, kilkukrotnie rozpoczynane.

    Wybaczcie mi to, Ci z Was, którzy przeczytacie wspomnienia lub choćby rozpoczniecie ich czytanie. Nie pozwolono mi pogrzebać Ojca …

     

    W „Życiu bez Ojca” opowiedziałem nie piórem lecz sercem o losie mojej rodziny - polskiej rodziny – patrząc oczami dziecka kochającego Rodziców, ale Ojciec … był zawsze pierwszy, nieraz aż do niesprawiedliwości.

     

    Nie wstydzę się, że zmoczyłem dużo chusteczek, przy pisaniu tych wspomnień. Inaczej - musiałbym upijać się, żeby pisać i mógłbym już nie zdążyć zakończyć sagę rodu i rodziny. A czas już najwyższy, żeby zostawić Synowi, to, co zostało jeno nikłym śladem w zawodnej ludzkiej pamięci. Do tego – w pamięci 9-cio letniego chłopca. Później żyłem pozbawiony Ojca –zawdzięczając wszystko, do czego doszedłem Matce Polce. Też była dzielna.

     

    Czas już najwyższy do pisania, bo nikt nie zna dnia, ani godziny ….

     

     

    1. Drzewiej

     

    Przodkowie nasi pieczętowali się herbem[12] Rawa (Rawicz), który jest opisany przez: Andrzeja Kulikowskiego /RAWA/[13], Tadeusza Gajla /RAWICZ (Rawa)/[14], Alfreda Znamierowskiego /RAWICZ (Miedźwiada, Miedźwioda, Niedźwiada, Niedźwieda, Niedźwioda, Rawa, Rawic, Rawita)/[15], Mieczysława Paszkiewicza i Jerzego Kulczyckiego /RAWA/[16], Zbigniewa Leszczyca /RAWA/[17], Wiktora Wieniawę-Brodzikowskiego /RAWA/[18].

     

    Herbarze i tradycja rodzinna zachowały opis:

    • tarcza herbowa: w polu złotym na niedźwiedziu kroczącym, czarnym, siedząca jasna długowłosa panna w szacie czerwonej, z rozpostartymi ramionami, rozczesana, w koronie złotej,
    • hełm: bojowy,
    • korona: pięć pałek szlacheckich,
    • klejnot: między dwoma rogami jelenimi pół niedźwiedzia czarnego, zwróconego w lewo, z różą czerwoną w prawej łapie. Alfred Znamierowski podaje w „Herbarzu rodowym” odmianę klejnotu, jakoby dla Bocheńskich, ale w tradycji rodzinnej nieznanego: mąż zbrojny z trzema czarnymi piórami na hełmie, trzymający w prawicy proporzec srebrny z otokiem czerwonym,
    • labry: występują od pewnego momentu i zmieniają się w miarę upływu czasu.

    Herb należy do 10 najstarszych, wg badań i ustaleń J. Bieniaka. Herb Rawa jako taki, lub we wszystkich odmianach wymieniany jest w różnych źródłach, m. in. w: „Klejnotach” Długosza, „Stemmata Polonica”, „Codex Bergshammar”, w herbarzach: „Złotego Runa” i Marka Ambrożego.

     

    Odmiany herbu: wg herbarza Złotego Runa – panna z rozpostartymi ramionami stojąca przed niedźwiedziem. Podobnie herb przedstawia pieczęć Jakuba Grota z 1353 roku. W „Toison d’Or” panna jest bez korony. Ciekawa odmiana herbu RAWA znajduje się na jednym ze zworników katedry wawelskiej, gdzie niedźwiedź obejmuje, względnie niesie pannę, co tak zainspirowało Wacława Potockiego, że napisał wiersz na herb Rawicz. Pierwszy zapis sądowy pochodzi z 1394r[19]. Najwcześniejsza pieczęć z herbem w obecnej postaci pojawiła się u kasztelana sandomierskiego Prandoty z Miechowa w 1306r, a jego ojciec używał jeszcze tylko znaku własnościowego, przedstawiającego koło z czterema krzyżami, co odwzorowane jest na pieczęci z 1278r.

     

    Wszystko wskazuje na to, że ród nasz jest pochodzenia czeskiego i wywodzi się od Werszowców, którzy najpierw wymordowali Sławnikowiczów, a następnie zostali wytępieni przez księcia Świętopełka w 1108r, stąd wieść rodowa mogła trafnie przypisać uzyskanie pasów rycerskich i nadania herbu w 1102r (wg innych źródeł w 1109r) po bitwie Na Psim Polu[20], tym Werszowcom, którzy orężnie wsparli króla Bolesława III Krzywoustego w zwycięstwie nad armią niemiecką króla Henryka V.

    Po masakrze dokonanej przez księcia Świętopełka, niedobitki tego czeskiego potężnego niegdyś rodu schroniły się na Węgrzech i w Polsce, gdzie osiedli na Mazowszu nad rzeką Rawą, w dobrach nadanych za wojenne zasługi, przez króla Bolesława III Krzywoustego. Tamże pojawia się nazwa rodu w 1415r[21], po bitwie pod Grunwaldem w 1410r, kiedy to ród Rawiczów wystawił własną rodową chorągiew, pod dowództwem Krystyna z Ostrowa - kasztelana krakowskiego. Długosz zapisał z tego czasu, że chorągiew Rawiczów miała odmienne barwy: na czerwonym polu niedźwiedź niósł pannę z wiankiem na głowie. Godło w 1425r nosiło miano „Myedzwyada”.

     

    Według A. Kulikowskiego Rawici należeli do wybitnych rodów, odgrywających również dużą rolę polityczną. Mieli swoje główne siedziby w Małopolsce i na Mazowszu, lecz występowali i w innych dzielnicach.

     

    W 1413r podczas zjazdu w Horodle[22] i zawarcia unii polsko-litewskiej, Krystyn z Ostrowa i Jakub Grot z Jankowic, w imieniu Rawiczów adoptowali kasztelana wileńskiego Minigajłę. W tym czasie RAWĄ pieczętowało się prawie 250 rodzin - był to jeden z największych rodów heraldycznych.

    Minigajło miał w 1446r, po zatargu polsko-litewskim, odesłać herb przyjęty w Horodle w 1413r i wrócić do swojego starego znaku Łabędzia, nie mającego jednak nic wspólnego z polskim herbem Łabędź. Na Litwie RAWĄ pieczętowały się polskie domy szlacheckie tam osiadłe (Biedrzyckich, Dąbrowskich, Galimskich, Grądzkich, Olesińskich) oraz domy po mieczu od Minigajły, o nazwiskach litewsko-ruskich (Niemcewiczów, Skinderów, Nasuwów, Wołmińskich, kniaziów Sołomereckich).

     

    Według charakterystyki Długosza zawartej w „Klejnotach” Rawici byli surowi, odważni i okrutni, krewcy i gardzący niebezpieczeństwami, co odpowiadało Rawitom jemu współczesnym, a byli to: Łukasz Słupecki, Jakub Snopkowski i Piotr Grot, którzy niezbyt chlubnie zapisali się w historii rodu Rawitów i narazili na szwank ród mający takie postacie jak: waleczny wspomniany wcześniej pod Grunwaldem Krystyn z Ostrowa i Jakub Grot oraz mający jednego z najwybitniejszych w rodzie - Goworka[23] – opiekuna księcia Leszka Białego[24].

               Tak jak waleczny kasztelan krakowski Krystyn z Ostrowa i Jakub Grot z Jankowic stający zawsze w polskiej sprawie, tak i Bocheńscy już nie tak możni, ale odważni i waleczni, w XVII i XVIII wieku stali na straży polskich wschodnich rubieży, niczym Sienkiewicza Skrzetuski i Wołodyjowski.

     

    Brak jest zapisów jakichkolwiek, aby służyli w armii carskiej po rozbiorach Polski, co zdarzyło się jednak nawet Romualdowi Trauguttowi.

     

    Gdy Polska w 1918r odzyskała wymodloną i wywalczoną wolność – Bocheńscy stanęli w szeregach jej obrońców w Korpusie Ochrony Pogranicza[25] i Straży Granicznej[26], a wcześniej walczyli w legionach polskich i we wszystkich powstaniach narodowych. Płacili za to życiem we wschodnich strażnicach przedrozbiorowych, w powstaniach narodowych, w I Wojnie Światowej, w II Wojnie Światowej i po 17 września 1939r, tak jak mój Ojciec, zamordowany przez bandytów sowieckich 22/23 kwietnia 1940r w Katyniu.

     

     

    3.  Nim zaistniałem

     

    Ojciec mojego Ojca, był dla Bolesława Prusa (być może), protoplastą Wokulskiego - tyle, że Dziadek nie potrzebował woźnicy Wysockiego jak w „Lalce”, bo na ul. Kolejowej w Chełmie Lubelskim, wraz ze służbą trzymał, mocne konie i wielkie wozy z kołami wyższymi od człowieka. Zubożały szlachcic, z musu stał się „smal biznesmenem” na przełomie XIX i XX wieku - tyle, że nieprzewidywalny los, jak zwykle, poplątał życie Bocheńskim, bo Dziadek zmarł od kozackich kul w 1905r. Do tego czasu wozy Dziadkowe, były w stałym ruchu, z towarami hurtowo ciągnionymi, gdzieś od Morza Czarnego i na odwrót.

    Ojciec mój Józef, przyszedł na świat 19 marca 1899r (a 7 marca 1899r wg carskiego kalendarza, co nieraz plątało zapisy), jako syn Aleksandra i Wandy z domu Fogel (była córką pastora ewangelickiego). Gdy miał 5 lat, to zapamiętał złote pieniążki położone na powiekach Ojca swego, z ran zmarłego. A że był najmłodszy - jako trzeci z dzieci (Wacław, Helena, Józef) to, gdy podrósł "do szkół chodził" i ukończył 4 klasy gimnazjum rosyjskiego do wybuchu I Wojny Światowej. Rodzinę utrzymywał z pracy, o 10 lat starszy Wacław, z którym zmówiony mój Ojciec (młokos wówczas – miał 15 lat), w 1915r uciekł do Legionów Brygadiera Piłsudskiego. Wyszedł z domu przez okno, gdy Matka żegnała starszego syna Wacława w drzwiach - bo młodzi znów szli pod sztandary narodowe, by walczyć o Polskę, a Matki-Polki błogosławiły ich i ekspediowały. Ojciec z Legionów przysłał pocztówkę z przeproszeniem "Kochanej Mamusi". Matka Jego Wanda sama była zaangażowana w robotę polityczną w PPS, więc wybaczyła młokosowi - zresztą, co miała zrobić - kazać wrócić z frontu 15-sto letniemu żołnierzowi?  A gdyby nie posłuchał i nie wrócił, to co miałaby robić? Szukać Go na froncie, w strzeleckich okopach?

    Tak więc 5 października 1915r wstąpił do 2 pułku piechoty Legionów i walczył 17 miesięcy, w tym w kampanii wołyńskiej. Od prostego „leguna” dostąpił zaszczytu pełnienia funkcji dowódcy plutonu w 8 kompanii.[27]

                Oprócz okopowego strzelania i walki na bagnety, zaliczył Ojciec w 1917r internowanie w Szeklancze, jako skutki kryzysu przysięgowego i odmowy służby cesarzom, aż do nieudanej próby przejścia całego pułku na stronę rosyjską – do polskiego korpusu tam walczącego i za to od 16.02 do 01.11.1918r przebywał w karnym obozie dla jeńców, dla legionistów polskich w Huszt[28], lecz gdzieś tak na przyjazd Brygadiera Piłsudskiego do Warszawy - 10 listopada 1918r - był ponownie już pod jego rozkazami, w 6 Baonie Strzelców Warszawskich, wcześniej biorąc udział w rozbrajaniu okupantów, a miał wtedy „już i aż” 18 lat.

    Rok 1919 - to były stałe utarczki z bolszewikami, którzy przy cichym porozumieniu z Niemcami i według porozumienia z Traktatu Brzeskiego, zajmowali tereny opuszczane przez niemiecki Werhmaht, należący do Armii Ost. Niemcy i Rosjanie zawsze potrafili porozumieć się, gdy chodziło o straty dla Polski. Tak było przy rozbiorach Polski w XVIII wieku, przy opuszczaniu polskich rubieży po I Wojnie Światowej, 23 sierpnia 1939r - gdy podpisano IV rozbiór Polski, podczas Powstania Warszawskiego w 1944r – gdy sowieci wstrzymali ofensywę i przyglądali się zza Wisły na niszczenie Warszawy przez hitlerowców lub gdy teraz zaplanowano rurociąg do ropy po dnie Bałtyku.

    A zaraz był rok 1920 i walki, jakie odbył w ramach 6 baonu strzelców warszawskich – wcielonego następnie przez Naczelnego Wodza jako 2 baon do 36 pp Legii Akademickiej. Ojciec wspomina w życiorysie[29] walki w grupie „Bug” (grupa operacyjna walcząca na froncie ukraińskim), pod dowództwem pułkownika i następnie generała brygady Leona Berbeckiego.

                Niestety - 28.07.1920r wraz z całym 2 baonem 36 pp dostaje się do sowieckiej niewoli, gdzie najpierw przebywa w obozie jeńców, a następnie w więzieniu. Z więzienia uciekł i 24.03.1921r wraca do Polski - dostaje ponownie przydział do kompani cekaemów – w „Batalionie Śmierci” 36 pp LA - czyli takim, co to honorowo nie poddawał się.

    Kiedy osłaniał odwrót pułku pod Duniłowiczami, tam prawe płuco wystrzelili Mu bolszewicy kulą dum-dum. Oglądałem nieraz taką małą dziurkę na piersi i ściągniętą wielką szramę na plecach, pod łopatką. Gdy pytałem, „co to Tatusiu”, to odpowiadał, że opowie mi jak podrosnę, bo teraz jestem zbyt mały „knotek”. Nie opowiedział, bo nie zdążył. Opowieść przegrodziła zdradziecka kula, z pistoletu przyłożonego do potylicy. Przyłożonego przez bandytę, na rozkaż Stalina – super bandyty, z którym „porządni i kulturalni” Churchill i Roosevelt ściskali sobie ręce na spotkaniach w Jałcie, Teheranie i Poczdamie, w trakcie, których sprzedali nas bolszewikom. Sprzedali Polskę, która pierwsza stawiła opór Hitlerowi. Sprzedali najwierniejszego alianta. Za dolary, tak jak przedtem za ruble sprzedawali inni honor i naszą Ojczyznę, bo zawsze „pecunia non olet[30]” dla takich.

    Anglicy znani są z tego, że walczą do ostatniego żołnierza, tyle, że … kolonialnego, albo udają … Greka. Francuzi są podobni, a w 1939r nie chcieli walczyć za jakiś Gdańsk, aż Hitler odebrał defiladę po Łukiem Tryumfalnym w Paryżu. Powstanie paryskie wywołali wtedy, gdy u wrót stali Amerykanie, Anglicy i Polacy, a najdzielniejsi są w okolicy „Mulle Rouge”[31].

    Ojciec w stopniu starszego sierżanta dostał Order Virtuti Militari V kl. nr 3634, co odnotowano w historii i na Złotej Liście 36 pp Legii Akademickiej. W wydawnictwie historycznym o 36 pp Legii Akademickiej[32] napisano, że szczególną odwagą odznaczyli się dwaj sierżanci: Józef i Wacław Bocheńscy[33].

    Za tą wojnę „zarobił” ponadto dwukrotne odznaczenie Krzyżem Walecznych[34] i Krzyżem Niepodległości, pozostało zaś …. stargane zdrowie. Po postrzale kulą dum-dum wyżył tylko dlatego, że kiedy jego pułk, odbił utracony teren po kilku dniach, na którym ranny i nieprzytomny leżał Ojciec, to sanitariuszka odnalazła Go nieprzytomnego przy cekaemie. Pozostali z obsługi cekaemu nie żyli. Ta sanitariuszka nie przypadkiem szukała Ojca, bo to była żona stryja Wacława, który ożenił się z nią - córką rosyjskiego popa z pod Połocka, gdy nasi bili bolszewików. Gdy cofali się, to Jelizawieta cofała się też z mężem i z polskim lazaretem wojskowym, w którym kontynuowała służbę sanitarną, rozpoczętą w armii carskiej. Stryj Wacław opiekował się w Legionach 16-sto letnim bratem Józefem i tak już pozostało i w walkach 1920r, a opieka przeszła i na żonę stryja Jelizawietę. Sanitariuszka-szwagierka owinęła bandażami długi rosyjski bagnet i z żołnierzem-sanitariuszem przeczyściła ranę piersi, na wylot – tak mi to opowiedziała, gdy już dorosłem i zbierałem wieści o Ojcu. Rana bardzo krwawiła i wylatywały z niej skrzepy krwi. To mogło zabić rannego i …. mogło uratować dzięki oczyszczeniu rany z substancji nadających się do gangreny. Taki był czas i takie bywały metody. Lekarze zawyrokowali „przeżyje albo nie”, ale Jelizawieta (mówiono na nią: Liza) zdobyła zastrzyki do dożylnego odżywiania - więc przeżył, a ponadto był przecież młody i silny chęcią życia. Potem był szpital wojskowy i rekonwalescencja, nauka i w końcu przydział do 72 pp. jako podporucznika rezerwy (starszeństwo od 01. 07. 1925r). Ogółem w Legionach i WP był pięciokrotnie ranny w okresie 1915 – 1921r, w tym dwukrotnie ciężko.

    W okresie rekonwalescencji, Ojciec podjął naukę i pracę elektryka, a nowa to była dziedzina i z perspektywami. Wiek XIX był wiekiem pary – maszyny parowe ustawiano w fabrykach i wielkimi pędniami uruchamiano różne fabryczne maszyny. Jeszcze ja, podczas nauki w średniej szkole zawodowej w latach 50-tych, uczyłem się o pędniach i wałach, do przenoszenia ruchu i mocy. Uczyłem się operować dźwigniami do przenoszenia i regulowania ruchu i mocy. Przez pomieszczenia warsztatowe przebiegały pod sufitem wały pędne, a od nich zwisały długie obracające się pasy ze skóry.   W tokarkach zakładało się zestawy kół zębatych w celu otrzymania odpowiedniej prędkości obrotowej, przy toczeniu lub gwintowaniu. Wiek XX od początku zapowiadał się przełomem w napędach – zapowiadał się wiekiem elektryczności – zakończył się skokiem w elektronice. Stryj Wacław był „złotą rączką” w dziedzinie mechaniki i elektryczności, oraz dziedzin pokrewnych. Stryj szybko rozpoznał możliwość, jaką niosła elektryczność i z Ojcem zajął się elektryfikacją. W pewnym okresie czasu zajęli się kinotechniką i wyświetlali nawet filmy. W aparacie była silna żarówka łukowa, a napęd taśmy filmowej był ręczny, poprzez kręcenie korbą. Żarówka łukowa dawała silne światło, ale i dużo ciepła. Taśma filmowa była palna i to stwarzało niebezpieczeństwo pożaru. Trzeba było wyrobić sobie wyczucie odpowiednich obrotów i kręcić korbą z taką prędkością, aby uzyskać ruch na ekranie i nie dopuścić do przegrzania taśmy filmowej, która zapalała się w najmniej spodziewanych chwilach. Zawsze groził pożar i trzeba było liczyć się z paniką zebranych.

     

    Ojciec mieszkał w tym czasie w Warszawie przy Placu Mirowskim nr 4 m. 4, a blisko, na ul. Elektoralnej, mieszkała panna Halinka, pokazująca się na ulicy z pięknym warkoczem, gdy szła na pensję – jak wówczas zwano gimnazja dla dziewcząt z dobrych domów. I tak wpadła w oko i serce i pomimo wrednych zabiegów przyszłej szwagierki - ożenił się 12 października 1925r z panną Halinką Lewandowską (rodzice: Zofia i Aleksander - pracownik izby skarbowej i właściciel salonu meblowego z pracownią przy ul. Elektoralnej 37).

    Ojciec mój w 1921 i 1922r pracował w Oddziale II Ministerstwa Spraw Wojskowych, a od 01. 05. 1924r czyli jeszcze przed ślubem, rozpoczął pracę w Dowództwie Okręgu Korpusu I-ego i pracował tamże do 01. 12. 1928r, w Samodzielnym Referacie Informacyjnym jako oficer informacyjny.

    Żeby dowódca zezwolił na ślub, a koledzy oficerowie zaakceptowali nową panią w gronie rodzin oficerskich, to przed ślubem musiał Ojciec przedstawić narzeczoną. Według opowiadań Mamy, była bardzo stremowana jak weszła do sali, bo zobaczyła kilku oficerów z dowództwa za stołem – a wszyscy byli w galowych mundurach. Oficerowie wstali, a Ojciec wymienił imię i nazwisko narzeczonej oraz zawiadomił, że narzeczona jest panną. Narzeczona dygnęła przepisowo i przeraziła się, gdy ryknął gramofon walcem, który nie był grywany na pensji, na którą uczęszczała. Adiutant dowódcy skłonił się szarmancko, podał ramię i poprowadził na środek sali. Kandydatka na żonę oficera musiała umieć ładnie chodzić, będąc prowadzona przez mężczyznę. Szczęściem nałożono płytę z walcem angielskim, jaki był znany pannom z pensji. Adiutant stuknął obcasami i ujął pannę do tańca. Tańczyć trzeba było w niezbyt wielkim zbliżeniu i o zgrozo, pod okiem na pewno wytrawnych tancerzy. Potem poproszono Mamę do stołu, podano kieliszki, nalano wina i dowódca, ujmując kieliszek, zapytał po francusku, kim jest Jej ojciec i jaki ma posag. Mama znała rosyjski, bo Warszawa była w rosyjskim zaborze, a francuskiego i niemieckiego uczono na pensji, więc zdała egzamin z obcego języka, eleganckiego tańca i sposobu chodzenia. Żona oficera musiała prezentować się, a nie być gęsią, jakie ja widywałem, sam będąc w wojsku – tym LWP, gdzie w pierwszych latach PRLu mawiano: „nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera” „Niebłagonadiożni”, w tym i ja, dopowiadali: „mimo szczerych chęci, z gówna gwiazdki nie ukręci”, ale oni kręcili gwiazdki i takie mieliśmy wojsko. Wojsko liczne, uzbrojone w to, co u sowietów wychodziło z mody, bo nawet ta broń, gdy była nowa, to była już przestarzała. Chodziło przecież o wyniszczenie narodu polskiego, którego wojsko miało uderzyć w kierunku Holandii i przyjąć na siebie uderzenie atomowe zachodu.

    Wróćmy do tematu: Mama była ładną panną i pełną kobiecego wdzięku, a z domu i pensji wiedziała, że niewiasta nie chwyta za kieliszek, gdy mężczyzna bierze go w rękę. Dopiero, gdy jest wzniesiony toast, to jest znak do wzięcia i podniesienia kieliszka przez damę, z którego jednak nie wypija się wszystkiego za jednych haustem, jak to teraz: „do dna”.

    Niegdyś były zasady, które trzeba było przestrzegać. Po rozmowie, mającej zorientować środowisko o inteligencji panny, a więc o Sienkiewiczu, Matejce, Marii Curie-Skłodowskiej i obiadach czwartkowych króla Stanisława Poniatowskiego, dowódca ucałował dłoń panny Halinki i podał ją Ojcu, po czym wzniósł toast za pomyślność młodej pary. To był znak w banku, że egzamin wypadł pomyślnie i panna może podnieść swój kieliszek z winem. Dzisiaj pytanie o posag może wydawać się dziwnym pytaniem, ale kiedyś było ważne, żeby młode małżeństwo oficerskie nie jadało na parapecie okiennym, a żona oficera nie chodziła w cerowanych pończochach. Wiadomo było, że oficerowie tuż po wyzwoleniu Polski i okrutnej wojnie, nie są dobrze zagospodarowani, ani majętni, chyba, że ojcowie byli ziemianami lub fabrykantami (a tych nie było wielu). Oficerowie dwudziestolecia, to była elita, do której nie było łatwo przeniknąć. Można było być bohaterem z wojny, lecz bez matury zostawało się dożywotnio „żelaznym oficerem”, czyli chorążym.

     

    Z samym ślubem czynione były trudności, bo panna młoda nie miała ukończonych 21 lat, więc była potrzebna zgoda Ojca. Były to czasy, gdy córki potrzebowały zgody rodziców, aby odejść z domu, nawet do męża. Rodzice Mamy woleliby dla córki męża z jakimś pewniejszym fachem niż oficer, tym bardziej, że średnia córka też miała swoje zamiary wobec tego przystojnego kawalera i mąciła, jak to kobieta wobec innej kobiety „może być lojalna”, nawet będąc siostrą. Moja wybranka miała podobną „pomoc” ze strony swojej starszej siostry. W przypadku Mamy i Ojca przywoływano słowa znanej piosenki „Serce weźmie i pobiegnie, potem w krwawym boju legnie – skryj się za ścianę, skryj się za ścianę - zostaniesz wdową, zostaniesz wdową - skryj się skryj”. Prorokowano i wywróżono złowrogą przyszłość. Zwyciężyła jednak miłość kochającej się pary - na 16 szczęśliwych lat. Lecz Hydra[35] czekała na swój moment …

    W dniu ślubu, już przyszedł do domu fryzjer, koafiurę[36] panny młodej układać, a tu najmłodsza siostra w ryk, bo ona musi być uczesana pierwsza. Janka miała dopiero 10 lat, ale małpowata to była zawsze. A gdy podrosła, co nie co, nie pytała o zgodę rodziców, po prostu poszła w wielki świat, jako prekursorka nowoczesności. Mama Halina miała jednego męża, średnia Wanda dwóch mężczyzn, a najmłodsza Janka – no, ja nie podejmuje się ich wyliczyć.

    Ciocię zapamiętałem z tego, że zawsze z uśmiechem potrafiła zrobić przykrość. Kiedy była zaproszona przez nas w 1985r, to 17-sto letniej córce mojej Annie, powiedziała „życzliwie”, że ma zbyt szerokie usta, chociaż miała takie jak ma większość dziewcząt. Anna płakała przez parę miesięcy i widywałem ją długi czas przed lustrem, jak ćwiczyła robiąc buzię w „ciup”. Potem była uprzejma poinformować mnie, że mój Ojciec nie był dobry dla Mamy, chociaż widziałem Jego nienaganne postępowanie. Mama zawsze zaprzeczała takim  pomówieniom. Kiedy zmieniłem pracę w banku, na ponownie wybrana prace w biurze projektów, to rozpowiedziała rodzinie, że wyrzucono mnie z pracy w banku za łapówki i za kombinowane przydzielanie kredytów. A ja pracowałem w wydziale nadzoru pracy biur projektów od strony technicznej i nic nie miałem wspólnego z kredytami. A może aż szkoda? Po ślubie z Krystyną dopytywała, czy przypadkiem nie ma u nas nieporozumień, a kiedy twierdziłem, że jest OK., to stwierdzała, że nie ma małżeństw, w których wszystko i zawsze gra. Z rodziną wadziła się wiele lat o miejsce w grobie na cmentarzu na Powązkach i była uprzejma stwierdzić „To nawet ty Józiu masz więcej prawa tam spoczywać niż ta wredna Kaźka[37]”. Nie mogła wyjść z podziwu, gdy twierdziłem, że jest mi wszystko jedno, gdzie mnie pochowają, nawet gdyby to było pod płotem. Bo przecież jakie to ma znaczenie wobec Wieczności oczekiwania na Zmartwychwstanie? Kiedy moja Matka, a jej siostra umierała na raka, to przy mnie powiedziała do przyjaciółki, że ma wiele zmartwień, bo jej wilczyca Zaza jest bardzo chora, a i siostra umiera na raka. Czy nie zasłużyła na miano Cioci-małpy? Ale wracajmy do ślubu Rodziców.

    Gdy Państwo Młodzi już wsiadali do fiakra[38] do ślubu, to przybiegł zakrystianin[39] i powiedział, że ślubu nie będzie, bo Pan Młody jest już żonaty z Rosjanką. W dom panny młodej jakby piorun strzelił. Ojciec w taksówkę i do pułku macierzystego, którego dowództwo stacjonowało na ul. 11 Listopada. W tym pułku walczył w 1920r razem z bratem Wacławem i wszyscy znali Jelizawietę sanitariuszkę i żonę Wacława. Natychmiast zorganizowano delegację oficerów w mundurach, z orderami i przy szablach. Delegowani pojechali do kościoła samochodami pułku. Koledzy pułkowi byli zdumieni ludzką złośliwością. Gości na weselu przybyło znacznie i polała się strumieniem „woda ognista”, bo oficerowie stanowili towarzystwo (nie to, co dzisiaj), ale nie tylko strzelać umieli. Z przed wojny pozostały opisy wesołych oficerskich libacji i ciekawostki, dotyczące m. in. płk. Bolesława Wieniawy Długoszowskiego (późniejszego generała i ambasadora)[40].

    Koledzy oficerowie, przysięgli wtedy w kościele św. Karola Boromeusza koło Hal Mirowskich, na Krucyfiks i na obnażone szable, że żonaty z Rosjanką jest rodzony brat Wacław. Ksiądz przyjął przysięgę i postanowił udzielić ślubu Rodzicom, co też dokonał.

    Dzięki temu, od samego ołtarza Rodzice przez cały kościół szli szpalerem, pod skrzyżowanymi szablami – tak rozpoczęło się życie młodej pary i tak miało przebiegać bez zgrzytów, do zabójstwa Ojca w Katyniu. Bocheńscy zawsze stali na straży Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i jej składali daninę z życia. Nawet ten sprzeciw do udzielenia ślubu i konieczność przyjazdu kolegów oficerów z pułku, było zarządzone i sterowane ręką Boga, bo potrzebował ON wypróbowanych wykonawców zamysłu obalenia komunizmu na Świecie. Wiele bowiem zła musiało nastąpić i zostać okazane Światu, aby znaleźć następnych bohaterów, których krew przyniosła plon wolności, a działalność innych zainspirowana.

    Taka była wola Boża. Komunizm padł – lecz strzeżcie się naiwni, bo niejedna jest ręka, która zdejmowała i nadal chce zdejmować lub obalać Krzyże Chrystusowe.

     

    4.  Zapamiętane z pacholęctwa

     

    Matka moja do uzdrowisk musiała jeździć, ale wreszcie pomogły Druskienniki - znane paniom pragnącym mieć dzieci. Tak, więc ostatecznie 23 listopada 1930r urodziłem się ja syn - kolejny Józef, chociaż nie przyniosłem sobie takiego imienia w dniu urodzenia. Na cześć Komendanta Józefa Piłsudskiego - Mama musiała wycofać na chrzcie imię Andrzej, którym dla Niej zostałem dopiero przy bierzmowaniu w 1947r.

    Ojciec, już żonaty, na przełomie 1929/1930 roku pełnił służbę w Gdyni, która dopiero, co wystartowała do życia z pozycji małej wioski rybackiej. Pod koniec 1930r Mama przyjechała z Gdyni do rodziców w Warszawie, oczekując rozwiązania, co też nastąpiło 23 listopada w szpitalu na ul. Karowej. Tak urodziłem się Warszawiakiem zamiast „Kaszubem”, ale pierwsze lata spędziłem w Gdyni, tak jak i okres poczęcia, w piętrowym budynku przy ulicy poprzecznej do głównego traktu. Ta główna ulica miała chodniki z płyt, ale na tej naszej bocznej był piach, w którym utykał wózek, jakim byłem wożony. Nie potrafię powiedzieć, czy główny trakt to ul. Świętojańska czy Władysława IV, a moja ulica to chyba ul. 10 Lutego. Chyba – bo nazwa ulicy związana była z miesiącem, a ja pamiętam białe żagle, które mogłem często widywać przy Molu Południowym, przy którym jest zlokalizowana Wyższa Szkoła Morska. Pamiętam jeszcze mewy, muszelki i babki z piasku – rozmywane przez fale morskie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie ma nic trwałego na Ziemi, nawet położonego dużo dalej niż sięgają fale morskie.

    Pamiętam z Gdyni parę pasów, jakie dostałem od Ojca za to, że rzuciłem bułeczkę na podłogę zamiast ją zjeść. Właściwie to za to, że nie chciałem jej podnieść i położyć na stole, pomimo, że dostałem takie polecenie. Od

    tego czasu nigdy więcej nie rzucałem bułek na podłogę. Nie biłem też dziewczynek, bo dostałem drugie pasy, gdy miałem 5 lat i mieszkałem w Krakowie. Dostałem za to, że zbiłem dziewczynkę, która koniecznie chciała bawić się w wojsko z chłopcami, a przecież dziewczyny nie brano do wojska, więc „my 5-cio letni mężczyźni” nie mogliśmy przyjąć dziewczyny do wojska. Ojciec orzekł, że dziewczynek nie bije się, bo są do kochania, a przecież jak tu kochać taką, co przezywa i obsypuje piaskiem. Więc dostała parę klapsów, no… może kuksańców. Ojciec tłumaczył krótko, a w przypadku nieposłuszeństwa używał oficerskiego pasa głównego. Bardzo Go kochałem, – chociaż był rygorystą i po pracy miał zawsze na sobie oficerski pas główny z koalicyjką. Chociaż 3 razy pas tłumaczył mi konieczność przestrzegania regulaminów, to pamiętam, że bardzo piękny był ten pas z odznaką POS[41]. Ucałowałbym dzisiaj ojcową rękę za dyscyplinę, bo perswazje pomagają dopiero od pewnego wieku, a do tego czasu skutkuje najlepiej pas i męski rygor. Ojcowie nasi brali „na kobiercu” i na ludzi wyszli. A dzisiaj szkolna łobuzeria nauczycielowi zakłada śmietniczkę na głowę, brutalnie tyranizuje słabszych i uchybia godności dziewcząt, które będą niewiastami, a niewiastom najwięksi rycerze służyli i osłaniali ich godność.

    Mieszkając w Gdyni, m. in. dostałem od Ojca ryczkę do zabawy, tj. drewniany stołek, wykonany na zamówienie, z okuciami nie pozwalającymi na demontaż części składowych. Rozbiórka przedmiotów zabawowych i użytkowych sprawiała mi największą przyjemność. Może te badania, co i z czego jest zbudowane i jak działa – była wstępem do mojego późniejszego majsterkowania i zdobycia dyplomu inżynierskiego. Okuta ryczka wędrowała przez całą Polskę, podczas licznych przeprowadzek i przetrwała do wybuchu II Wojny Światowej. Niestety nie oparł się rozebraniu piękny zegarek, jaki Ojciec dostał w Jaśle na imieniny w 1937r. Musiałem dociec, dlaczego kółka zębate kręcą się z różną prędkością, ale wyskok sprężyny popsuł moje zamiary i zegarek jakby wybuchł mi w rękach. Zebrałem z podłogi zbyt mało części, żeby zegarmistrz mógł ponownie go złożyć. Wtedy oficerski pas główny wytłumaczył mi, żebym nigdy więcej nie rozbierał zegarów. To był trzeci raz. Różne przedmioty i podmioty rozbierałem w celach poznawczych, w wieku męskim nawet dziewczyny, ale zegarki … wszystkie pozostały bezpieczne i bez mojego zainteresowania.

    Osobiście uważam, że ojców trzeba kochać za ich męskie decyzje i męskie wychowanie chłopców. Co innego dziewczynki – te mogą być trzepane ścierkami kuchennymi przez mamy, chociaż nie raz i nie dwa lub trzy i więcej, powinny dostawać i pasem - byłyby lepsze w przyszłości. Zawsze „lepsze bite – niż zdechłe”, wiem to z autopsji, bo niestety mam na tym polu doświadczenie, z własną córką.

     

    Choć przyszedłem na świat w Warszawie, to nie czuję się Warszawiakiem – Bałtyk kocham i działa on na mnie jak narkotyk. Bieda w tym, że po II Wojnie Światowej nie stać mnie było na wojaże, w tym nad ukochane polskie morze. Tęsknię za Ojcem i morzem, ale bywało, że tęskniłem i za chlebem. Nawet takim czarnym chlebem, ale o tym później. Tęskniłem, bo brakowało często w moim chłopięcym życiu Ojca, chleba i morza.

                Od 1923r Ojciec pracował w DOK I, a od 1928r pełnił służbę w Straży Granicznej w Warszawie, około roku 1930 w Gdyni, rok 1935 pamiętam w Krakowie – dziwny tym, że 12 maja padał śnieg i bardzo płakali ludzie, bo umarł jeden z największych Polaków, Komendant Józef Piłsudski. W naszym domu nie mówiło się: Piłsudski czy nawet Józef Piłsudski. Nikt nie śmiałby popełnić taki nietakt. I chociaż o wielkich mówi się np. Adam Mickiewicz, Maria Curie-Skłodowska czy Roman Dmowski, to już o zasłużonych generałach mówimy generał Maczek, czy generał Anders. O Józefie Piłsudskim mówiło się w moim domu: Komendant Piłsudski, Marszałek Piłsudski, lub w skrócie: Marszałek lub najczęściej Komendant. Dla mojego Ojca, człowiek ten był Komendantem w Legionach Polskich i potem też zawsze był Komendantem. To, co uznawał Ojciec – było decyzją, co my mamy uważać.

                Wracając do miejsc zamieszkania, to po Krakowie było Jasło na Podkarpaciu, na przełomie 1935/36r. Częste przeprowadzki były spowodowane Ojca obowiązkami, a polegały one na wywiadzie wojskowym, nawet wtedy, gdy rozpoczął służbę w Straży Granicznej. Gdzieś w zakamarkach pamięci występują wspomnienia z Częstochowy i Poznania, ale kiedy to było i czy „w tym życiu” – to nie pamiętam. W Gdyni, Poznaniu, a może w Krakowie widywałem na przykład krasnoludki, które latały samolotami, a startowały z pod szafy lub biurka. Godzinami całymi poszukiwałem tych krasnoludkowych lotnisk, ale niczego nie znalazłem. Może były to tylko nocne sny, a poszukiwania na jawie? Więc tak też mogło być i ze wspomnieniami z Poznania czy Częstochowy – wyjaśnić mogłaby to Mama lub Ojciec, ale Ich już nie ma …

     

    *

     

    Na wschodniej granicy stał i zwalczał bandy bolszewickie Korpus Ochrony Pogranicza. Straż Graniczna została powołana do ochrony granic północnych, zachodnich i południowych, na których to ziemiach nie wolno było Polsce utrzymywać wojska zgodnie z traktatem Wersalskim. W tym celu odkomenderowano z wojska żołnierzy i oficerów do Straży Granicznej, pozostawiono im kolor mundurów jak w wojsku, ale wymieniono czapki z rogatywek na okrągłe, krój gwiazdek zmieniono ma czteroramienne i zmieniono nazwy stopni, podobnie zresztą jak w kawalerii, artylerii czy policji. Tak więc, w Straży Granicznej, sierżant był przodownikiem, chorąży i podporucznik – aspirantem, porucznik – podkomisarzem, kapitan – komisarzem, a major – nadkomisarzem.

    Dla zmylenia opinii europejskiej, ustalono podległość Straży Granicznej (w której służył Ojciec) do Ministerstwa Skarbu, gdzie w tym celu utworzono Departament Wojskowy, a podlegała też Ministerstwu Spraw Wewnętrznych i Ministerstwu Spraw Wojskowych. Ale mój Ojciec temu departamentowi i wszystkim ministerstwom podlegał tylko papierkowo, bo był oficerem wywiadu, a wywiad podlegał II Oddziałowi Sztabu Generalnego (t.zw.”dwójka”). Pamiętam Jego wyjazdy, co jakiś czas, na kilka dni do Warszawy. Zapewne bywał wtedy w MSW. Kiedy wyjeżdżał do Rawy Ruskiej, to nieobecność trwała ok. 2 tygodni. Pewnie bywał tam na szkoleniach w Szkole Straży Granicznej. Dokąd wyjeżdżał, to rozpoznawałem po tym, że do Rawy Ruskiej potrzebował t. zw. oleaty, czyli cięte kartki z kalki kreślarskiej do rysowania wycinków map. Wtedy byłem potrzebny do cięcia tych kartek i wybuchały spory z moją Mamą, która chciała sama ciąć kartki, żeby były cięte prostoliniowo. Ale Ojciec wyznaczał mnie do cięcia kartek, bo to „męskie wojskowe zajęcie”, jak mawiał.

    Ponadto zwróciłem uwagę, że po powrotach z Warszawy przekazywał Mamie wiadomości od Jej Rodziców, u których meldował się zawsze. Z Dziadkami był w dobrej komitywie, bo córka ich, a Jego żona, chwaliła sobie małżeństwo. I to jest klucz do szczęścia, o czym chyba nie wszyscy wiedzą. Opowiadał też o Babci Wandzie, która mieszkała ze stryjem Wacławem i jego żoną Lizą oraz ich dziećmi: Gienkiem i Irenką (Kocią). Jak rozumiałem, to te dwie kobiety niezbyt pałały do siebie sympatią, a ja byłem zbyt mały, żeby zauważyć, co odgrywało główną rolę, czy uparty wielkoruski charakter Rosjanki-prawosławnej Lizy, czy uparty charakter pepesowskiej działaczki - protestantki Babci Wandy, a może narzucanie synowej woli teściowej, może stałe doradzanie, „mieszanie” w garkach?. Babcia Wanda, sama protestantka, wychowała troje dzieci w rzymsko-katolickiej religii swojego męża Aleksandra – Ojca mojego Ojca. Była lojalna.

    Prawosławna Stryjenka Liza, wychowała dwoje dzieci w rzymsko-katolickiej religii swojego męża Wacława – Stryja mojego. Była lojalna.

    Dla kobiet ówczesnych, bardzo ważna była postawa męża, jego pozycja, jego zdanie. Kiedyś kobiety żony były lojalne wobec mężów i to było powodem, że małżeństwa były trwałe. Dzisiaj kobieta usiłuje dominować w małżeństwie i jak wskakuje kura na grzędę, tak żona musi wskoczyć na męża i kierować, a jak nie da się tego dokonać, to „ja mu pokażę” i rozpoczyna się wychowanie męża na różne sposoby Ciekawe, że „mądrzejsze” (wg siebie)  kobiety wychowują swoich mężów i synów, potem inne kobiety muszą wychowywać synów na wychowanych dopiero mężów. Czyżby profile wychowawcze zmieniały się co pokolenie ? Czy tez kobiety-żony nie mogą zrozumieć, że nie wszyscy muszą dawać owijać się wokół ich palca, udawać, że ich partnerki są ósmym cudem świata w kształtach i mądrości ? Wiem, że nie rozwiążę tego problemu – opisuję tylko jak postępowali moi Rodzice i byli szczęśliwi. Ktoś powie, że chłopiec mógł źle zobaczyć i zrozumieć ich postępowanie ? Moja Matka przed śmiercią twierdziła, że była szczęśliwa, kochana, szanowana doceniana. Pomimo, że słuchała swojego męża. Więc może „pies jest pogrzebany” gdzie indziej ? Widuję nieraz groteskowe sytuacje, gdy kobieta usiłuje pouczać mężczyznę, nawet w tym, czego sama nie rozumie, bo to nie jej, lecz męża domena. Kiedy mężczyzna ma wyższe wykształcenie od kobiety – jest wszystko dobrze, ale kiedy kobieta łyknęła więcej wiedzy, lub tylko ma papierek na to – to na ogół bywa marny los mężczyzny. Z życiowej praktyki wiem, że kobiety bardzo się kolegują ze sobą, ale przełożonego wolą mężczyznę. Podobno mężczyzna z reguły jest delikatniejszy wobec pań – tak mówiły mi koleżanki. Mama mówiła, że była 16 lat szczęśliwa z Ojcem, a przecież wyznawała regułę lojalności i podległości mężowi. Nie pamiętam nawet jednego przypadku, żeby było nieporozumienie między nimi i żebym słyszał podniesiony głos któregoś. Ojciec mówił do Mamy: „Halu – Haluś – kochana – laleczko - Mateczko”. Mama mówiła: „Józku lub Józeczku” i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek płakała na Niego. Mogę śmiało powiedzieć: „Daj Boże, żeby wszyscy małżonkowie byli tacy jak Oni i żeby tak się kochali”. Ja nie potrafiłem już być taki jak Ojciec, niech Bóg mi to wybaczy, bo starałem się. Pamiętam, że kiedy Mama zaproponowała, że może Babcia Wanda zamieszkałaby z nami, to Ojciec postanowił, że panią w naszym domu będzie moja Mama. Tak postanowił, chociaż wiedział, że moja Mama jest bardzo ugodowa, a może dlatego tak postanowił, że była właśnie ugodowa. Mama, co miesiąc przesyłała Babci Wandzie nieznaną mi kwotę pieniędzy, przesyłała, bo tak postanowił Ojciec.

    Kiedyś kobiety były lojalne wobec mężów, nie tylko w sprawach związanych fizycznie z małżeństwem, ale były lojalne we wszystkim, chociaż nieraz mogły być wykorzystywane na wzór lwa i lwicy (lew ryczy, bo „ma grzywę”, ale jest leniem i pierwszy konsumuje, to co upolowała lwica).

    A może to jednak jest wzór na trwałe małżeństwa, które były i prawie się skończyły. Dzisiaj 90% panien odchodzących z domu rodziców, powinno zostawiać kartkę na drzwiach: „Wyszłam za mąż – zaraz wracam”, na taki wzór jak ekspedientki piszą na drzwiach sklepów: „Wyszłam do banku – zaraz wracam”. W Piśmie świętym jest powiedziane: „Żony słuchajcie mężów swoich” i „Mężowie bądźcie dobrzy dla żon” i to jest ten „tajemniczy wzór” na trwałe małżeństwo. Moi Rodzice na pewno znali ten wzór i wątpię, żeby cokolwiek mogło Ich rozdzielić oprócz bolszewickiej zbójeckiej kuli. Prawem żołnierza jest paść w boju od kuli i chociaż jest to straszne, to mężczyzna musi być żołnierzem, by bronić Matkę i starego Ojca, Żonę, swoje dzieci – no, całą Ojczyznę, „bo w niej wszelko dobro się zamyka”[42].

    Nawet pluton egzekucyjny strzela do skazanego twarzą w twarz. Tylko zbrodniarz, ostatniej rangi w zbójeckim zawodzie, strzela podstępnie żołnierzowi w tył głowy. Tacy byli, są i pozostaną sowieccy bandyci. Nie mogą być inni, bo ich ideologia jest zbrodnicza – zbrodnicza nawet wobec własnych braci. Nie wychowają, nikogo innego niż bandyty, dopóki młodzieżowym ideałem będzie 10-cio letni bolszewicki szczeniak Pawlik Morozow[43].

     

    *

     

                Wracając do pracy w Straży Granicznej, to Ojciec 11. 12. 1928r  został mianowany aspirantem SG Śląskiego I. O. S. G. w Katowicach na stanowisku oficera informacyjnego – przysięgę służbową złożył 18. 01. 1928r – przydział na stanowisko miał z dnia 21. 12. 1928r. Przeniesienie do Pomorskiego I. O. w Czersku nastąpiło 05. 11. 1929r – do Inspektoratu Granicznego SG nr 5 w Gdyni. Egzamin ze służby granicznej złożył z wynikiem pomyślnym w Tczewie 02. 05 1930r.

    Od połowy 1930r jest na stanowisku podkomisarza, następnie przechodzi do służby w MOI SG w Krakowie, a od jesieni 1935r zostaje przydzielony do ZMIG SG w Jaśle, gdzie do wybuchu wojny zajmował stanowisko I z-cy kierownika- komendanta  inspektoratu (czyli kierował wywiadem).

     

    *

     

    W Gdyni Ojciec pilnował ogólnie przemytu, ale zwalniał zatrzymywanych marynarzy, którzy dla swoich dziewczyn przywozili parę par pończoch lub bielizny, czy skrzynkę pomarańcz dla dzieci. Kiedyś wracając późną nocą z portu, został napadnięty przez miejscowych rzezimiechów, w taki nagły sposób, że nie zdążył wyjąć pistoletu. Został poraniony nożem i wrzucony w kożuszku do portowego basenu, o stromych nadbrzeżach. Była wtedy pora zimowa, jednak wypłynął i wydostał się z wody, mocno krwawiąc. Wywiązało się zapalenie płuca, tego jednego, które Mu zostało. Leżał w domu w łóżku, z wysoką gorączką i wtedy przyszli marynarze o takich buźkach, że Mama przestraszyła się ich. Wsadzili nogę między drzwi i weszli do mieszkania – Ojciec był w sypialni i nic nie słyszał. Mama przestraszyła się, że chcą zbójecko dokończyć jego życie. A oni przyszli powiedzieć, że jak pan komisarz powie, kto Go poranił, to tamci nie pożyją do jutra, bo jeszcze dzisiaj będą mieli poderżnięte gardła. Bardzo byli niezadowoleni nie uzyskawszy nazwisk, bo nie mogli zadziałać, a szanowali przecież pana komisarza, szczególnie za to, że przepuszczał im ich drobne prezenty, które przecież nie stanowiły prawdziwego przemytu.

                Problemem nie był przemyt drobiazgów do Polski i z Polski do Prus Wschodnich czy Wolnego Miasta Gdańska. Największym problemem był dwustronny przemyt do i z Niemiec i to poważnych materiałów, z bronią włącznie. Na tym polu Ojciec tak się zapisał Niemcom, że natychmiast po zajęciu Jasła wypytywali o Niego. A było, za co, bo w końcówce pobytu w Gdyni, odkrył wywóz szkrapu. Szkrap, to zardzewiały złom żelazny, potrzebny do przemiany żelaza w stal, w gruszkach Bessemera i piecach Martenowskich. Dostarcza on tlen zawarty w rdzy (tlenek żelaza), który jest potrzebny do usuwania węgla poprzez wypalanie jego w procesie wytwarzania stali szlachetnych. Otóż wysoko postawieni oficerowie z kapitanatu portu, pozwalali na wywóz szkrapu do hut Kruppa w Hamburgu, zapewne na armaty na Polskę. Planowo miał on płynąć do Francji, jako część spłaty, za budowane dla nas kontrtorpedowce (niszczyciele najnowszej konstrukcji: Grom i Błyskawica). Naturalnie ruszyły do akcji pieniądze magnatów przemysłowych, zaangażowano przeciw Ojcu znanych adwokatów. Czyniono nagonkę prasową – Mama przechowywała artykuły pisane w brukowej prasie. Mój Ojciec rzekomo miał być pijakiem i łajdakiem, byle tylko podważyć zaufanie. A dzisiaj inaczej postępują „brukowce” i kancelarie bliźniaków? O „długich rękach w demokratycznej” II RP, najlepiej świadczyło to, że w trakcie procesu Ojciec został przeniesiony służbowo z Gdyni do Krakowa. Byle tylko utrudnić Jemu zbieranie materiałów dowodowych i stawanie na sprawach w sądzie.

    Adwokaci z Gdyni odmawiali pomocy prawnej Ojcu, bo obawiali się tych „długich rąk”. Kolega pułkowy Ojca wykradł potrzebne dokumenty z szaf kapitanatu portu (rękami marynarzy mających smykałkę do szaf pancernych) i wniósł je, bez zapowiedzi, na rozprawę. Od razu inaczej potoczył się proces. Po kilku latach, przeciąganego procesu, nareszcie zapadły wyroki więzienia, a kilku oficerów z kapitanatu portu popełniło samobójstwo, strzelając sobie w łeb, nie czekając nawet na wyrok. Poseł Tebinka podał się do dymisji. Kanty są teraz i były w dwudziestoleciu, ale wtedy potrafiono strzelić sobie w łeb. Dzisiaj nawet senatorzy ukrywają się, uciekają za granicę itp.

    Ojciec zwyciężył, za co dostał samodzielne stanowisko, ale na peryferiach Polski – w Jaśle. Taka była sprawiedliwość jak i dzisiaj, takie samo łapownictwo i gangsterskie metody. Po prostu został „kopnięty” na wyższe stanowisko, ale w „Polsce B”: a „dalsze jedziesz – tichsze budiesz”, jak mawiali Rosjanie wysyłając Polaków na Sybir, a pamiętali o tym i polscy włodarze. Pamiętam ogłoszenia z gazet tamtego okresu, o sprzedaży maści na szczury[44], o pracy dla młodych dziewczyn na zachodzie – zapewne w domach publicznych, o cudownych wynalazkach i towarach sprzedawanych tanio i to z dodawanymi darmowymi prezentami[45].

    Prawda jest taka, że Ojciec czekał bezskutecznie na podwyższenie stopnia służbowego, aż do 1939r, gdy awansowano wszystkich kawalerów Orderu Virtuti Militari na dwudziestolecie Niepodległości Polski, więc musieli awansować i Jego. Dostał wtedy stopień komisarza –odpowiednik kapitana – niestety nie zdążono wydać „Rocznika oficerskiego rezerwy” z nowymi mianowaniami, bo nadeszła wojna 1939r. Publikowane są dzisiaj wykazy zamordowanych oficerów, w różnych książkach, z podaniem stopni z 1934r. W ten sposób mojemu Ojcu przypisano stopień podkomisarza i podporucznika i umieszczono ten błąd nawet na tablicy w Katyniu.

    Kiedy napisałem książkę „ TYLKO NIE MOGĄ WRÓCIĆ ” (dowody w sprawie sowieckiego mordu w Katyniu),  najpierw w II obiegu, jako Andrzej Bochen Józefski, a w 1990r wydał ją syn mój Waldemar, wraz z kolegą Krzysztofem Łozińskim w wydawnictwie TEXT&ATU - już z moim nazwiskiem Józef Bocheński, to znaleźli się naukowcy, którzy przypisali ją dominikaninowi profesorowi filozofii z Fryburga o. dr Józefowi Marii Innocentemu Bocheńskiemu, piszącemu rozprawy naukowe jeszcze przed II Wojną Światową. Podano w wykazach Biblioteki Narodowej, że autor wymieniony jako Józef Bocheński powinien być zanotowany jako Józef Maria Bocheński. Nikt nie sprawdził i nie porównał dat urodzenia, lecz pochopnie i bez uzgodnienia „poprawił” imię autora i wyszło na to,  że ojciec profesor Józef Maria Innocenty Bocheński, pisząc się nieraz jako Landsdorf Bocheński, będąc omal rówieśnikiem mojego Ojca kpt. Józefa Bocheńskiego (różnica 3 lat) – był jakoby synem tegoż kapitana. Mój syn prostował autorstwo w Bibliotece Narodowej,   bo tam trafiła książka do zbiorów i do  Biblioteki Jagiellońskiej.  Piszę o tym dlatego, że Bocheńskim zawsze ktoś lub coś popaprze życie i sprawy. Co spaprano, to spaprano i wieść poszła w świat – teraz w różnych katalogach odczytuję, że zostałem „naukowo” ograbiony ze wspomnień o Ojcu i żmudnej pracy, jaką wykonałem i poświęciłem dla Niego i tysięcy oficerów polskich, zamordowanych przez bolszewików. Była to praca wykonana i opublikowana w czasach, gdy tylko wąskiemu kręgowi były znane wydane na zachodzie opracowania: Moszyńskiego, Swianiewicza i Czapskiego – w Anglii, a Zawodnego w USA. Nawet raport ambasadora USA przy Rządzie Polskim w Londynie, sir Owen O’Malleya – był utajniony w archiwach USA. Ja dotarłem do źródeł prawdy i na ich podstawie napisałem swoją pracę. Skradziono mi pracę pisaną sercem i miłością, na arkuszach wielokrotnie przepisywanych, bo atrament rozpływał się na kartach od kapiących łez. Łez, których nie wstydzę się. Łez, których nie udało się powstrzymać, zresztą nawet tego nie próbowałem, choć jestem oficerem i harcerzem-skautem (w rezerwie kapitanem saperów, a wcześniej porucznikiem artylerii i instruktorem harcerskim w stopniu podharcmistrza). W życiu musiałem zaciskać zęby i nie dawać się, ale mówiąc o Ojcu – łamał i nadal łamie mi się głos. Nie byłem na Jego pogrzebie i dla mnie On wciąż umiera. Przez długie lata nie było wolno wspominać Katynia i 17 września 1939r. Ja mówiłem i pisałem o Katyniu.

    Umieszczenie mojego opracowania i nazwiska, obok nazwisk najzacniejszych Polaków, wymienionych wyżej, to dla mnie powtórna nobilitacja, jaką Bocheńscy dostąpili przed wiekami, przy nadaniu im szlachectwa i klejnotu herbowego Rawa-Rawicz.

     

    *

    Dopiero w 2007r syn Waldemar zmobilizował nas do kwerendy w Archiwum Straży Granicznej w Szczecinie[46], na co dostaliśmy zezwolenie Komendanta Głównego Straży Granicznej gen. bryg. Mirosława Kuśmierczaka. Trafiliśmy do Centralnego Archiwum Wojskowego w Warszawie-Rembertowie, do Stowarzyszenia Weteranów Polskich Formacji Granicznych, do Sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa min. Andrzeja Przewoźnika, ale dopiero „rzut na taśmę” w postaci listu do Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i skierowanie sprawy, przez jego Gabinet, do płk. Wiesława Misztala (Dyrektora Departamentu Wojskowego Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych) sprawę zakończyło pomyślnym wynikiem: w dniu 9 listopada 2007r, na placu Marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie, odczytano mianowanie Ojca na stopień majora WP i nadkomisarza Straży Granicznej z okazji pośmiertnego awansowania wszystkich oficerów WP i funkcjonariuszy Straży Granicznej, Policji i Straży Więziennej – będących ofiarami sowieckiej zbrodni ludobójstwa, znanej jako Zbrodnia Katyńska z 1940r. Przez wiele lat stale wywlekano stopień podporucznika z 1925r i o mało co, a Ojciec dostałby awans na porucznika, co byłoby w rzeczywistości degradacją. Nie mogliśmy z Waldemarem pozwolić na takie „skaleczenie”, stąd nasze rozjazdy po archiwach i moje pisanie do różnych władz i instancji. Min. Przewoźnik odpowiedział, że rzeczywiście zaniżono stopień, bo … miał porucznika. Przysłowiowe: dziad swoje, a baba swoje – od 1938r czekała do podpisu ustawa nowelizacyjna dla Straży Granicznej, ale panowie ministrowie i dyrektorzy departamentów nie mogli dogadać się i ustawa czekała na podpis do wybuchu wojny. Taki bałaganik powodowało podleganie Straży Granicznej pod 3 decydentów, którzy jeden przed drugim, chcieli być  ważniejsi. A na granicach zaczynało coraz bardziej wrzeć. Dlatego w 1938r dodano do SG plutony wzmocnienia z regularnego wojska oraz pododdziały KOP, więc trzeba było ustalić, kto komu podlega: oficer SG z czteroramiennymi gwiazdkami oficerowi WP lub KOP z pięcioramiennymi gwiazdkami czy odwrotnie. Trzeba było ustalić kto dowodzi, a kto jest wzmocnieniem. Wprowadzono w życie fragmenty ustawy, regulujące równorzędność stopni, co znalazło odbicie w rozkazie komendanta Głównego Straży Granicznej gen. bryg. Waleriana Czumy. Tak więc komisarz Józef Bocheński został uznany kapitanem z chwilą mobilizacji, a nie porucznikiem. Nadanie charakteru bardziej zmilitaryzowanego Straży Granicznej zaczęło się od lata 1938r i zapamiętałem właśnie inną formułę meldunku z tego czasu: panie kapitanie, a nie panie komisarzu. Jednym słowem wprowadzono ustawę w życie, bo tego o no wymagało, tyle, że bez jej podpisania. Po słowiańsku.

    Kwerenda nasza i moje pisanie przyniosło skutek – uznano Ojca stopień kapitana, bo nie awansowałoby pośmiertnie na majora. To najlepszy dowód, a w stosunku do innych brnie się dalej w błędach – przykład: majora Zdzisława Rucińskiego „awansowano” do stopnia … majora, bo rodzina jego wymarła i nikt nie walczył tak jak my. Będziemy więc musieli i Jego „wywalczyć” na podpułkownika, bo jako nadkomisarz został awansowany pośmiertnie na inspektora Straży Granicznej. Jak panowie urzędnicy urzędolili, tak i urzędolą nadal.

    Ale wróćmy do czasów krakowskich.

     

    *

     

    Pamiętam jak w 1934r, któregoś popołudnia spacerowaliśmy po krakowskich Plantach, a z przeciwka szedł samotnie jakiś kapitan i pierwszy zasalutował mojemu Ojcu, który wtedy był porucznikiem. Ojciec powiedział: „To kapitan pilot Jerzy Bajan, o którym pisano w gazetach, że zwyciężył w Challenge”. Zapytałem, dlaczego on pierwszy salutował porucznikowi, skoro sam był kapitanem. Interesowało mnie to, bo wtedy zamierzałem być marszałkiem, a co najmniej generałem. Dowiedziałem się, że salutowanie należy do obowiązków, ale jest też grzecznościowym gestem, a przecież Ojciec mój szedł z kobietą i dzieckiem, a do tego miał order Virtuti Militari na mundurze. Oficerowie bardzo na takie rzeczy zwracali uwagę. Krzyże i medale przypinało się tylko w pewnych przypadkach stosowania gali lub do fotografii – nie tak jak obecnie wprowadzili zwyczaj sowieci, którzy wiele medali przypinają nawet do cywilnych marynarek. Ano, „co kraj, to obyczaj”, a właściwie: tu kultura europejska, a tam zwyczaje azjatyckie - przewracanie kobiet przy wchodzeniu do autobusu to normalna rzecz, pakowanie kanapek w gazetę też, przeganianie samochodami pieszych na pasach przejściowych – to norma, nie przepuszczanie karetek jadących na sygnale, branie ręką krojonej wędliny z półmiska, łapówki wszędzie i za wszystko, wywożenie ludzi w stepy i mrozy. Nawet zagładzanie i to nie tylko obcych, ale i swoich, na „lesopowałach”, w łagrach, kopalniach, przy budowie kanałów itd. itd. itd.

    *

     

                W Krakowie podczas spacerów, często zachodziliśmy na krakowski Rynek, gdzie Ojciec kupował Mamie - kwiatki, mnie - lody, a gołębiom – ziarna grochu. Brałem do rąk groch, a gołębie siadały mi na rękach, ramionach i głowie. Bardzo lubiłem, gdy wchodziliśmy do Sukiennic – tyle było tam ciekawych rzeczy do obejrzenia lub kupienia. A w okolicy świąt Bożego Narodzenia, oglądaliśmy szopki, jakich nie ma nigdzie w świecie. Słuchałem hejnału z wieży Kościoła Mariackiego, a kiedyś pogonił nas Lajkonik i chciał mnie uderzyć bacikiem. Pamiętam takie malutkie wagony tramwajowe, że mieściły się w bramach murów obronnych starego Krakowa, ale tylko pojedynczo, bo bramy w murach były wąskie. A na Plantach Ojciec kupował bajgiełki, „panieńską skórkę” lub orzeszki. Jak wiewiórki zobaczyły, że kupowało się orzeszki, u kupców z oszklonymi wózkami – to nie można było opędzić się od nich. Wiewiórki brały orzechy z ręki, nieraz po prostu siedząc na człowieku lub dziecku i biegły zakopać je wśród trawy. Natychmiast wracały po następne orzechy, a jak orzechy kończyły się, to zaglądały pyszczkami do kieszeni, wtedy Ojciec trzepał je gazetą, z czego nic sobie nie robiły.

     

    *

     

                Pewnego dnia pojechaliśmy motocyklem z koszem, na krakowskie Bielany i tam niedaleko stromego zbocza i klasztoru, Ojciec rozłożył wędkę, oplataną japońską jedwabną nitką i lakierowaną. Był zapalonym wędkarzem i chciał nauczyć mnie również tego sportu. Ja jednak wolałem swoją małą wędką gmerać między dużymi kamieniami, z których zrobiono regulujące Wisłę groble i zastawki. W pewnym momencie wysunęła się żmija z pośród kamieni i poczęła sunąć w moim kierunku. Patrzyłem zahipnotyzowany na ciemny zygzak na jej długim ciele i zygzakowaty ruch pełzania. Pierwszy raz widziałem takie stworzenie i nie zdawałem sobie sprawy z niebezpieczeństwa, mając wtedy 5 lat. Stałem jak wryty, nic nie mówiąc i podobno nie odpowiedziałem na pytanie Ojca, co spowodowało, że obrócił się i zobaczył całe niebezpieczeństwo. Wędką odrzucił żmiję, ale żmija rozeźliła się i wracała do nas, tym razem sycząc. Ojciec złamał wędkę na kolanie i posiekał nią żmiję, a z martwej odciął kawałek i zawiózł do laboratorium. Orzeczono, że była to żmija zygzakowata, która płoszona przez człowieka, powinna ratować się ucieczką i nie powinna być zabita. Ale odcień skóry wskazywał na żmiję, która złożyła jajka i pilnuje je do wylęgu,    więc w obronie potomstwa mogła zaatakować mniejszego i z bosymi nogami, czyli Ojcowego synka. Można było uciekać, albo odeprzeć atak żmii i tak się stało. Tyle tylko, że imieninowa piękna i droga wędka została połamana. Ojciec nie żałował wędki – byłem Ich jedynym synem, bo drugi urodził się martwy, a Mama nie mogła mieć więcej dzieci.

     

    *

    Główny prezent, jaki dostałem od Ojca w Krakowie, to był rowerek dziecięcy wykonany w warsztacie rowerowym, bo tak wtedy powstawały wszystkie rowery w Polsce. Obręcze były drewniane, wyginane z bardzo cienkiej drewnianej zwijanej taśmy. Takie obręcze były elastyczne do tego stopnia, że nie odczuwałem jazdy po nierównościach przedwojennych gruntowych dróg, lub podczas jazdy po kostce. Asfaltów na jezdniach nie pamiętam nigdzie. Kierownica była „na barana” tyle, że o mniejszej rozpiętości od męskiej. Tylko kobiece rowery miały kierownice „jaskółki”. Pedały były od roweru męskiego, więc wyglądały na duże. Szprychy zostały skrócone, a przekładnia „przelutowana na mosiądz”. Takich rowerków w 1935r było niewiele, a rok później w Jaśle, ludzie stawali na ulicach i pokazywali sobie palcem mnie, gdy jechałem rowerkiem. Ojciec kilka dni uczył mnie jazdy rowerowej po podwórzu domu przy ul. Lubelskiej. Miałem kilka stłuczeń kolan, ale byłem chłopakiem, więc poranione nogi to była fraszka. Tylko Mama biegała za nami i wołała „uważajcie, uważajcie”. A my śmieliśmy się, że biega jak kura za kurczętami. Mama dopiero w Jaśle uszyła sobie u krawcowej taką spódnicę – spodnie krótkie i nie chciała zostawać sama w domu. Zresztą jeździła rowerem tylko z nami na ryby, a tam się opalała. Dlaczego tylko z nami jeździła? Bo w Jaśle nie wypadało pani komisarzowej jeździć samotnie na rowerze. Kobiety tam nie jeździły rowerami, a pani Lala, żona dyrektora Polminu (uzyskiwanie i przeróbka ropy naftowej), która w pilotce i rękawiczkach prowadziła auto – była uznawana za „amazonkę” i nie była polecana paniom do naśladowania. W Jaśle wołano przez jezdnię, z chodnika na drugi chodnik: „całuję rączki pani komisarzowej” i o dziwo dla mnie, nikt rączek Mamie nie całował. Obowiązywały tam austriacko-galicyjskie zwyczaje i omal, że odróżniano tam panią „zawiadowcową szerokotorową” od pani „zawiadowcowej wąskotorowej”.

     

    *

     

                W 1935r, w 20 rocznicę ucieczki z rodzinnego domu do Legionów Polskich, Ojciec objechał rowerem szlak walk legionowych, z kolegą - też legionistą. Przywiózł piękne zdjęcia fotograficzne. Bardzo lubiłem je oglądać, a

    szczególnie taką fotografię obrazka z karykaturą, jak policjanci robią bałagan w chałupie wiejskiej podczas rewizji i drugie jeszcze lepsze, gdy Ojciec je zsiadłe mleko z nocnika używanego jako garnek w rusińskiej chacie.

    Właścicielom nocnika nawet do głowy nie przyszło, że do tak pięknego naczynia można byłoby siusiać, zamiast za chatą. Rusinami nazywaliśmy mniejszość ukraińską, mieszkającą przy wschodniej i południowej granicy Polski. Fotografie pokazywały wiejskie chaty bardzo różne od chat z krakowskiej wsi, bo rusińskie były jeszcze biedniejsze. Chłopi mieli długie brody i wyrzucone na spodnie lniane koszule, z zygzakami wężyków na stojących kołnierzykach. Były też fotografie łąk zalanych wodą i płynące na łodziach stogi siana. Oglądany krajobraz nie przypominał znajomych terenów Polski, ani znanych mi wtedy, ani poznanych później, gdy już dorosłem.

     

    *

     

    Pierwsze mieszkanie w Krakowie było w starym secesyjnym budynku, Mamie nie podobało się to mieszkanie, bo było pełne krakowskich francuzów, zwanych w Warszawie prusakami. Co miesiąc spaliśmy po dwie noce w hotelu, bo truciciele truli robaki świecami dymowymi, ale stale było bez zmian. Po każdej nocy, w nocniku zalanym piwem, pełno było utopionych robaków, które zaglądały do środka zwabione zapachem. Wchodziły na wierzch nocnika, po podstawionych patyczkach i wpadały do piwa, kiedy przechyliły się zbytnio do środka. Mama bała się robaków i brzydziła cokolwiek jeść, a lodówki (chłodziarki) nie były jeszcze w użytku domowym. Po kilku truciach i nikłych skutkach, przeprowadziliśmy się do budynku przy ul. Lubelskiej, gdzie na parterze od ulicy mieściły się biura Zachodnio-Małopolskiego Inspektoratu Okręgowego Straży Granicznej, a reszta domu 3-y piętrowego zamieszkiwana była przez rodziny oficerów i starszych podoficerów. My mieliśmy mieszkanie na wysokim parterze, z balkonem i oknami wychodzącymi na podwórze. Kiedyś siedząc na poręczy balkonu, odbierałem coś od koleżki z podwórka, przechyliłem się i spadłem głową na opaskę budynku, wykonaną z płyt betonowych. Skończyło się rozcięciem głowy wyczuwanym ręką do dzisiaj i jej szyciem.

     

    *

     

                Pamiętam jak obciąłem sobie koniuszek palca szprychą rowerową obracającego się koła – mój palec spoczywał wtedy na łańcuchu. Skończyło się szyciem palca w szpitalu. Kiedyś, przez okno kuchni wydałem koleżkom, pół tortu owocowego, jaki Mama kupiła na wizytę gości. Gdyby weszła do kuchni nieco później, to nie byłoby ani kawałka tortu, bo reszta podwórkowej czeredy stała za oknem i czekała na swoją kolejkę. Jeszcze innym razem wyczekałem, aż Mama ze służącą wejdą do pomieszczenia spiżarni i … przekręciłem klucz w zamku. Miałem uciechę, gdy zamknięte kobiety krzyczały, ale pot mnie oblał, gdy klucz nie chciał przekręcić się z powrotem. Po wielu, bardzo wielu próbach i po zmówieniu paciorka – klucz przekręcił się szczęśliwie. Gdyby tak przyszedł Ojciec – mogłoby być czwarte spotkanie z pasem oficerskim. Mama nie poskarżyła i sprawa przyschła. Można powiedzieć, że byłem ruchliwy i z fantazją, jak oceniał to Ojciec, ale Mama stale bała się, co nowego spsotuję. Ojciec mawiał spokojnie: „przecież to chłopak”, a chłopak jednego dnia zjechał rowerkiem po schodach – skończyło się olbrzymim poobijaniem.

     

    *

     

                Pamiętam jeszcze jak mój Ojciec maszerował w pierwszej czwórce, jako lewoskrzydłowy utrzymujący kierunek marszu kompanii legionistów, podczas Legionowego Zlotu na Błoniach Krakowskich i miał rozpięty kołnierz munduru, co nie zdarzało się przedtem nigdy. Pamiętam też jak Ojciec, Mama i ja nosiliśmy ziemię na Kopiec Marszałka Piłsudskiego – my z Mamą koszyczkami, a Ojciec woził taczką. Było tam bardzo dużo ludzi.

     

    *

     

                Ostatnie zapamiętane obrazy z Krakowa, to któregoś dnia wyjęcie wszystkich płytek ceramicznych glazurowanych, odgradzających alejki od kwietników na podwórku i ułożenie ich w stosiki tak, że utworzyły schody przy betonowym parkanie i umożliwiły nam chłopakom przejście na sąsiednią posesję, gdzie przerwano budowę domu na poziomie stropu piwnicy. Ile w tamtej piwnicy było ciekawych rzeczy: butelki po powódce i piwie, marynarki, jakieś takie wąskie balony gumowe, portfele, kawałki rurek i drążków. Wieczorem musiałem z chłopakami wetknąć wszystkie płytki na swoje miejsca w kwietnikach. Ano był wolny wybór: albo wetknąć płytki, albo pas. W kilka dni później policja znalazła tam zabitego pałką chłopca ze wsi, który przyszedł do Krakowa, żeby znaleźć pracę i zanocował w złym miejscu.

    *

    Przypominam sobie dziewczynkę o krótkich czarnych włosach, spotykaną na Plantach przy robieniu babek z piasku. Miała na imię Lusia i przychodziła z dwoma kobietami, z których jedna była nianią jej, a druga asystentką niani. To była córeczka bardzo bogatych Żydów, którzy mieli jakiś duży handel. Ona miała rowerek wtedy, kiedy ja jeszcze nie miałem. Umiała jeździć na rowerze, a ja nie miałem o tym pojęcia. Przeżywałem to tak bardzo, że Ojciec sprawił mi rowerek wkrótce i nauczył jeździć, bo chłopak nie mógł być gorszy od dziewczyny.

     

    *

     

                Często przechodził Plantami, wcześniej wspomniany, kpt. Bajan – zawsze wstawałem od babek i salutowałem do czapeczki, na co kapitan uśmiechał się i zawsze oddawał salut. A raz, to poniosło mnie z kolesiem, Plantami w kierunku jakiegoś potoku. Koniec samotnego spaceru skończył się na mundurze policjanta. Właściwie, to pierwsze zobaczyłem buty z cholewami, potem mundur granatowy opięty pasem, a w końcu groźną twarz pod dużym okutym daszkiem policyjnej czapki. Policjant powiedział: „Hola, hola, gdzie to panowie z kubełeczkami tak wędrują?” Bardzo plątały nam się języki, a strach ściskał gardło. Policjant groził aresztem, a nam robiło się mokro w majtkach. Szczęściem nadbiegła Mama, która zauważyła brak synka na podwórku, zapytała przechodniów o małych chłopców i biegła szukając nas. Ucieszyła się widząc nas zatrzymanych przez policjanta, którego niby „uprosiła”, żeby nas nie zamykał do aresztu razem ze złodziejami. Policjant wyraził zgodę, ale musieliśmy na kolanach przyrzec, że nie będziemy drugi raz urywać się z domu – bo inaczej, to na pewno nas aresztuje i będziemy siedzieć w więzieniu, dostając tylko wodę do picia. Byliśmy bardzo skruszeni i słowo zostało dotrzymane, a Ojciec uśmiał się, że policjant nastraszył takich odważnych chłopaków tak, że aż zsiusiali się w majtki.

     

    *

     

    Jesienią 1935/36r, Ojca przeniesiono do Jasła na Podkarpaciu, z czego bardzo cieszyłem się, bo przenieśliśmy się całą rodziną, a ja uwolniłem się od 5-cio letniej wielbicielki Danusi, która narzucała się odwiedzinami u nas

    lub zapraszaniem mnie przez nią i przez jej nianię, do ich mieszkania na II piętrze. Była córką kapitana Krzesińskiego i miała takie loczki jak Schirleyka z amerykańskich filmów. Miała 5 lat, a zainteresowanie jej moją płcią było dla mnie nie do zniesienia. No cóż mieliśmy po 5 lat.

    Mając nieprzyjemne wtedy doświadczenia - tylko wyjątkowo chodziłem w Jaśle do szkoły razem z Marysią, córką właściciela domu, w którym od 1937r mieścił się Inspektorat Straży Granicznej i nasze mieszkanie oraz mieszkanie przełożonego Ojca. Marysia mieszkała po drugiej stronie ulicy Wyspiańskiego, była blondynką z ładnymi warkoczami i była zupełnie inna w zachowaniu – była taka bardzo dziewczęca, radosna i gościnna. Często przynosiła na ławkę ogrodowa słodkie pomidory ze swojego ogródka i nimi częstowała, a w papierku miała ciut soli. Jej ojciec był budowniczym, jak wtedy nazywano ludzi wznoszących domy. Pod jej wpływem moja Mama zasadziła kilka krzaków pomidorów na tyłach domu. Marysia nigdy nie proponowała, żeby chłopcy bawili się z nią w wojsko, albo jej lalkami i to mi odpowiadało. Opowiadała mi o swoich kotkach i piesku, a ja o rybach łowionych przez mojego Ojca i o motylach, które kolekcjonowałem na szpilkach. Opowiadaliśmy sobie o czytanych nam książkach i o tych, które potrafiliśmy sami już czytać. A były to „Słoń Birara”, „Przygody małpki Fiki Miki” lub „Przygody Koziołka Matołka”. Czas przejścia do szkoły uciekał szybko, Marysia szła trochę dalej do żeńskiej szkoły, a ja zostawałem wcześniej na ul. Sokoła, bo chodziłem do szkoły męskiej im. Romualda Traugutta.

    Jestem obecnie zdania, że szkoły koedukacyjne nie są dobre w wychowaniu dzieci i dorastającej młodzieży, bo zbytnio spoufalają i powodują, że dziewczyny nie są szanowane. Traktowane są jak kumple, których można stuknąć, puknąć, popchnąć. Chłopcy szpanują przy dziewczynach zamiast uczyć się spokojnie, a dziewczyny dokuczają sobie i zazdroszczą chłopaków. Najlepszy dowód, to przypadek z 2006r z Anią z Gdańska.

    Według mnie chłopcy powinni być uczeni elegancji wobec płci żeńskiej, a dziewczyny powinny być uczone nie wyzywającego zachowania wobec chłopców i mężczyzn. Dzisiaj na ulicy dziewczyny nie tylko palą papierosy, ale klną plugawiej od męskiej hołoty. Miałem to szczęście, że chodziłem do męskiej szkoły powszechnej, potem do męskiej szkoły im. Mikołaja Reya w Warszawie, do męskiej klasy w gimnazjum koedukacyjnym, potem do męskiego gimnazjum i męskiego liceum. Praktycznie z dziewczętami spotkałem się właściwie dopiero na studiach i chwalę to sobie. No, tak naprawdę, to wcześniej przyjaźniliśmy się z dziewczętami z drużyny harcerskiej, sami będąc harcerzami, graliśmy w siatkówkę i tańczyli na wieczorkach szkolnych czy towarzyskich, ale wszystko to było inaczej, niż kiedy chodzi się do szkoły koedukacyjnej.

     

    *

    Pamiętam wielką atrakcję, kiedy do Jasła przyjechał cyrk Staniewskich i oglądałem występy piesków, koni, wielbłądów i tyle różnych wspaniałych akrobacji … No, a kiedy po występach poszliśmy do z Mamą i Ojcem do urządzonej zwierzętarni, to zbaraniałem – na wybiegu chodziło cielątko o sześciu nogach, z których dwie zwisały bezwładnie powyżej przednich kończyn. W szkole nie mówiło się o niczym więcej, jak o tym cielątku.

     

    *

     Na imieniny Grześka Wardyńskiego, kupiła Mama pióro wieczne na atrament, co było wielkim prezentem w tamtych czasach. Grzesiek, jak dostał to pióro, to narysował mi całą kolekcję takiego pana, co nazywał się Hitler. To był taki owal z oczami i w bok zaczesaną śmieszną grzywką. Bardzo śmieszny to był pan – za dwa lata kupowałem w Generalnej Guberni znaczki pocztowe na listy z tym groźnym bandytą.

     

    *

    Po lekcjach nieraz wracaliśmy do domu razem z Marysią, gdy lekcje kończyły się jednakowo, a kiedy Mama lub Ojciec dawali mi 20 groszy na gumę do żucia, to kupowałem Marysi stokrotki. Marysia zawsze dostawała rumieńców kiedy podawałem jej kwiatki i śmiesznie majtała blond warkoczami. Była grzeczną i miłą dziewczynką, miała schludne sukieneczki i zawsze dbała, żeby nie podwijały się przy siadaniu. Miała mamę, która dziewczynkę potrafiła wychowywać na pannę z niewieściego kręgu. Nie mieliśmy pełnych 9 lat, gdy wojna przerwała nasze spacery do sąsiadujących szkół. Mnie wojna rzuciła na wschód pod Czerwoną Armię godną piekła, potem do hitlerowskiego piekła w GG[47], gdzie po wojnie zapuściłem korzenie w Brwinowie pod Warszawą, bo nie było do czego wracać w Jaśle. Ani Ojca, ani pracy i pieniędzy na życie. Mieszkanie też było zajęte na Miejską Radę Narodową.

    Marysia przeszła golgotę panoszenia się Ukraińców w Jaśle, wiernie służących Niemcom. Spotkałem ją owdowiałą w Jaśle, gdy mieliśmy po ponad 70 lat. Jest dalej rozważna i miła oraz nadal szalenie gościnna, a ujęła mnie tym, że pamięta i mile wspomina mojego Ojca. Przedstawiła mnie i syna mojego, swojej młodszej siostrze Romie i jej mężowi, którzy mieszkają w naszym mieszkaniu, które opuściłem 31 sierpnia 1939r i nigdy nie wróciłem do pieleszy. Państwo ci zaprosili nas do mieszkania, a mnie wzruszenie zatkało gardło.

    Po 67 latach chodziłem, jak w transie, po pokojach - rodzinnych pieleszach i stanąłem w miejscu, gdzie stało moje dziecinne łóżeczko. Byliśmy ugoszczeni po staropolsku, a mnie mignęły obrazy Ojca i Mamy, przy stole podczas obiadu i przy choince, która stała w rogu pokoju, mającego okno przy oknie – chociaż był to róg pokoju, a okna były w dwóch sąsiednich ścianach. Widziałem jak śpiewamy kolędy. Ojciec mój miał piękny głos, który odziedziczyłem – prorokowano mi nawet śpiew w operze. Zostałem mechanikiem, a później elektrykiem, śpiew pozostawiłem na poziomie chóru międzyszkolnego lat 1949-1951r, bo w programie była Kantata o Stalinie i pieśń komunistów włoskich ze słowami „aba - sire - vivat Stalin, aba - sire - vivat Stalin, vivat komunismus, vivat liberte”. Słyszałem później tą kantatę w wykonaniu wspaniałego basa Bernarda Ładysza, który śpiewał w latach wczesnego PRLu radzieckie piosenki, m. in. „chmury się kłębią i płyną, burzę zwiastuje nam wiatr, idzie chłopak z kochaną dziewczyną ….”  Pomyślałem, że on chce robić karierę basa, więc ja nie muszę upadlać się i śpiewać o łotrze na światową miarę. Szkoda, obydwa basy podobne. Przestałem słuchać basów … przerzuciłem się na słuchanie tenorów, a z basów słuchałem tylko – Andrzeja Hiolskiego, bo ten nie zeszmacił się. Tenorów słuchałem z wyjątkiem Tarasewicza, bo podjął współpracę z Wroną.

    *

    Ostatniego Bożego Narodzenia w 1938r staliśmy przy choince, w tym narożu „międzyokiennym” i trzymaliśmy się za ręce, Ojciec, Mama i między nimi ja. Miałem kochanych i kochających mnie rodziców. Rodzice kochali się na zabój. Po wojnie Mama nie dała się wyswatać rodzinie i przyjaciołom, bo do końca kochała Ojca i czekała na Niego, choć nie było czekać już, na kogo. Powiedziała przed swoją śmiercią, że mój Ojciec był jedynym Jej mężczyzną i tylko Jego z mężczyzn kochała, oprócz mnie syna. Była to następna Matka Polka, która musiała samotnie wychować kolejnego Bocheńskiego. Drugi powód, to to, że nie wyobrażała sobie, żeby jakiś drugi mężczyzna krzyknął na mnie, a nie daj Boże uderzył. I tak zamknęła sobie życie przeze mnie i wierność mężowi. Zresztą czekała, bo Ojciec może kopie węgiel w sowieckiej kopalni, gdzieś na wyspach Sołowieckich lub w innym bezludziu. Takie wieści rozchodziły się, bardzo długo, bo ludzie chcieli łudzić się do ostatniego tchnienia. Wiele żon, zamordowanych oficerów w Katyniu, Charkowie i Twerze-Miednoje – umierało nie wiedząc, że są wdowami. Sowieccy bandyci rozpuszczali wieści, że oficerowie uciekli do Mandżurii, że wpadli w ręce wojsk niemieckich, że widziano ich przewożonych statkami lub barkami, ale o tym później, bo jesteśmy wspomnieniami w Jaśle.

     

    *

    Pierwsze jasielskie mieszkanie było vis á vis Parku Miejskiego, przy ul. Czackiego. Przy sypialni była łazienka, w takim przejściowym pokoiku, ale WC było na klatce schodowej, na parterze piętrowego domu, w którym mieściły się dwa mieszkania, a na piętrze biura Inspektoratu Granicznego Straży Granicznej. Chodziłem tam po klej, do modeli, które zawzięcie kleiłem z kartonu lub nawet z kartek papieru. Zanosiłem kwatermistrzowi kasztany, żeby mógł je zmielić i zrobić następny klej, który jakoby tak powstawał. Sypialnia nie miała okna, bo była to alkowa do dobrego spania, a przy kuchni było pomieszczenie spiżarni. Najgorsze to było WC na klatce schodowej i trzeba było nawet w nocy wychodzić z mieszkania. W WC leżały papierki prostokątne, zupełnie nie nadające się do założonej i „zleconej” funkcji, bo były takie śliskie, że – no mniejsza o większość. Ja wykorzystywałem je lepiej – robiłem z nich gołębie. To jednak nie podobało się lokatorom, bo nie mieli do tego, do czego miały służyć. Takie papierki higieniczne kupowało się w sklepie, tak jak dzisiaj kupuje się papier higieniczny w rolkach.

    Bardzo ciekawiło mnie to, że węgiel nie był potrzebny do opalania mieszkania i do gotowania, bo Jasło podobno na gazie leżało i kuchnia oraz piece pokojowe opalane były gazem ziemnym. Niestety gaz ziemny nie miał zapachu i trzeba było bardzo uważać, żeby nie było wybuchu, z ewentualnie ulatniającego się gazu. Którejś nocy był wielki huk, a rano z chłopakami oglądałem to, co pozostało z domku jednorodzinnego. Niewiele.

     

    *

     

    Ojciec mój miał wyższe stanowisko niż w Krakowie i mniej miał czasu na jazdy rowerowe. Samego nie chciano mnie wypuszczać, bo nie znałem jeszcze miasta. Podwórka nie było, bo całe stanowiło ogród kwiatowy, jaki uprawiała żona mjr Rucińskiego. Dlatego jeździłem po salonie, który miał w metrach 6 na 6. Stale miałem starcia o brudzenie podłogi gumami kół rowerowych. Poprawiło się dopiero na drugim mieszkaniu, przy Wyspiańskiego 4,

    gdzie salon miał „tylko” 5 na 4 m, ale było podwórko i spokojna ulica, bo za śródmieściem nieco. Ulica była gruntowa z chodnikami z płyt cementowych.

    Na podwórko mówiło się „pole”, np. „idę na pole”, a nie na podwórko, tak jak w Krakowie lub Warszawie. Mówiło się „rączka” na pióro i „nie bądź śmiszny”. Owoce kupowało się na litry, a jajka na pary. Wspaniałe jesienią były trześnie - to takie czarne wiśnie, a może czereśnie, który musiały się ulężyć i wtedy były wyśmienite, choć pomarszczone. Ulężone zmieniały kolor na metaliczny niebiesko-czarny i robiły się okrutnie słodkie, aż ręce kleiły się od słodu, pomimo kilkakrotnego mycia ich wodą z mydłem.

    Ryby łowiło się nie w wodzie, ale nad wodą, na małego motylka fruwającego tuż nad powierzchnią trochę spienionej wody. Były to pstrągi o plamkach żółtych, pomarańczowych, zielonkawych – tylko żarłoczne pyszczki miały jednakowe, niczym małe rekiny. Siatką łapałem motylki dla Ojca i wpuszczałem do słoika, gdzie trzepały skrzydełkami. Kiedy trzeba było rosówki (glizdy ziemne), do łowienia dużych ryb, takich jak leszcze, liny i sumy, to wieczorem zbierałem rosówki, gdy wychodziły na spacer nocny. Najgorzej łapało się takie małe muszki, bo trzeba było wchodzić w pokrzywy. Potem jechaliśmy nad rzekę w Jaśle, lub w góry, na pstrągi. W Jaśle był raj dla Ojca i jego kolegów wędkarzy – trzy rzeki: Wisłoka, Jasiołka i Ropa, a każda o innym charakterze i inaczej płynącej wodzie.

    Rzeka Ropa była leniwa i głębsza od Jasiołki i Wisłoki, o każdej porze roku. Po jej powierzchni często płynęły plamy, które mieniły się w świetle wszystkimi kolorami tęczy. To były wycieki ropy naftowej, zwanej tutaj olejem ziemnym, jaki maziarze zbierali w ziemnych dołach, a potem obchodzili wsie i smarowali osie kół chłopskich furmanek. Rolnicy byli zwani chłopami, a bieda była okrutna u nich – niektórzy nie mieli furmanek z osiami żelaznymi i tych maziarze nie smarowali olejem, bo były drewniane. Drewniane osie furmanek nacierano woskiem, podbieranym wraz z miodem, z leśnych barci. Ale wracajmy do rzek, otóż podczas powodzi wiosennej, widywałem płynące Wisłoką podmyte drzewa, kawałki wiejskich chałup, a raz płynęła psia buda, z psem uczepionym na jej wierzchu. Nie można było pomóc, uwiązanemu na łańcuchu psu, bo rwąca wielka bura woda płynęła, a wśród fal wyłaniały się coraz to nowe belki i konary.

    Pola chłopskie były na krzywiznach wzniesień, których było pełno. Tylko wzdłuż rzek były płaszczyzny, ale nic na nich nie uprawiano, bo były zalewane wodą, jak tylko popadał rzęsisty deszcz. Rola była dzielona wąskimi paskami na wiana dla dziewcząt, bo tylko małżeństwa były dla nich przewidziane. Pracy brakowało dla mężczyzn, zwanych również chłopami, choć byli

    „miastowi”. Dziewczęta najczęściej najmowały się na służące i tak zbierały sobie posag. Miejskie dziewczęta też czekały na mężów, chyba, że miały bogatszych ojców i mogły studiować – najczęściej pedagogikę, polonistykę lub języki. Bieda była ogólna i dopiero powstający okręg przemysłowy zwany COPem[48], dawał pespektywy pracy, ale w przyszłości.

     

    *

     

                Ojciec miał za zadanie ochronę nowych budów COPu, przed wywiadem niemieckim, przed dywersantami i rodzimymi komunistami, którzy usiłowali rozkładać budowę przemysłu zbrojeniowego. Niedaleko Jasła budowano prochownię pod ziemią – po wojnie powstały tam zakłady tworzyw sztucznych. Byłem z Ojcem na tej budowie, w lesie. Leśnymi duktami ciągnęły długie sznury chłopskich furmanek, wypełnionych ziemią z wykopów. Przy małych furach, szli chłopi z wyrzuconymi koszulami na portki. Fury, oplecione wikliną, ciągnęły małe koniki, nieraz w łaty jak krowy, a nieraz były to autentyczne krowy. Po wsiach też jeżdżono w krowy, bo nie wszyscy chłopi mieli konie. Koń mógł biedaka zjeść, a samą trawą karmiony, nie był silny. Krowy ciągnęły wolno, ale mając większą masę od koników, lepiej ciągnęły furki pod górę, a z góry idąc – mogły łatwiej utrzymywać furki przed obsunięciem się.

    Chłopi zarabiali na kopaniu ziemi szpadlami i wywożeniu urobku we wskazane miejsca, którymi były np. nasypy nowych dróg, a przy pasie kolejnych, następujących po sobie wzgórków – było tej ziemi potrzeba dużo, żeby w miarę zbliżyć drogi do poziomu. W pewnym stopniu była to syzyfowa praca, bo wzgórz więcej tam było niż płaskich przestrzeni, ale trochę drogi wyrównywano. Była Syzyfową również dlatego, że chłopi chętnie zarobkowali przy wykopach, ale jak tylko ta ciemna masa bywała podpuszczana przez komunistów, to zaraz wychodzili na drogi z drągami i bili dowożących żywność do miast. Pamiętam taki jeden rok, chyba był to 1937r, gdy miasta nie miały mleka dla dzieci, ani jajek, ani innych wiejskich produktów.

    Kiedyś wracaliśmy, z Krempnej[49] i w pewnej chwili zobaczyliśmy gromadę chłopstwa idącego z drągami. Jechaliśmy motocyklem z Ojcem, stryjem Wacławem, który nas odwiedził i dwoma strażnikami. Ja z Mamą i Kocią[50] siedzieliśmy w koszu motocykla kierowanego przez zawodowego szofera-strażnika, Ojciec siedział na tylnym siedzeniu motocykla. Stryj i drugi strażnik jechali rowerami, ciągnionymi na linkach przez motocykl. Ojciec nie zgodził się na prośbę Mamy, żebyśmy zjechali z drogi w bok, ale zatrzymaliśmy się na poboczu. Wszyscy mężczyźni wyjęli pistolety i gdy banda chłopska podeszła już blisko, to wprowadzili naboje do komór i to w taki sposób, żeby chłopi zobaczyli repetowanie broni. Nie wypadało ludziom w mundurach uciekać przed chłopską bandą, a taka demonstracja, wskazująca na możliwość użycia broni, w zasadzie zaczepkę bandy wykluczała. Pijani chłopi uspokajali się, nawet, gdy zobaczyli 1 policjanta. Rozbój czynili we wsiach i na drogach, ale np. nie odważyli się zaglądać do miasteczek mających policjantów.

    Mama płakała, bo bała się, jak to niewiasta. Zarośnięci i pijani chłopi przeszli spokojnie koło nas, ale ostatni odwrócił się, gdy byli już z 10 metrów od nas i krzyknął: „jeścio budiem rezat’ Lachiw”. Niedaleko zobaczyliśmy rozbite sklepy we wsiach i rozbite t. zw. wiejskie kooperatywy, w których były zainstalowane wirówki do masła, co trafiało się – chociaż rzadko. Do takiej wirówki przychodzili chłopi ze swoimi babami[51] i ze śmietaną w bańkach. Chłopi ręcznie kręcili korbami, wprawiając wirówki w ruch obrotowy, a baby wybierały grudy tworzącego się masła. Takie grudy zbijało się w osełki, podobne do cepelinów i takie kupowało się na targach, na osełkowe sztuki. Masło na sztuki, mleko, śmietanę i owoce na „litrę”; ziemniaki na kubły; jajka na pary; zające, kury i gęsi na sztuki. Na targach można było jeszcze kupić gołębie malinówki i psi smalec – ale Mama tych delicji podkarpackich nie kupowała, nawet w celach leczniczych.

                Wracając do tego powrotu motocyklem do domu, to pamiętam potłuczone i pogięte bańki - mleko już wsiąkło w ziemie, ale śmietana jeszcze była widoczna pomiędzy potłuczonymi jajkami. Taki obraz pozostawiały po sobie bandy chłopskie, do tego jeszcze tłukące brać wiejską. Takie nieporządki, powinny być likwidowane przez policję, ale samochód miał tylko komendant policji w Jaśle, a policjanci jeździli najwyżej rowerami. Trudno sobie

    wyobrazić, aby kilku policjantów kręciło pedałami i żeby przyjeżdżali na czas w każde miejsce powiatu, dlatego wywiad Straży Granicznej czynił powinności i w tym zakresie. Mając agentów w terenie, na granicy i tuż za nią – Straż Graniczna spełniała szereg funkcji z zakresu: uchwycenia przerzutu broni, dla V kolumny niemieckiej i agentów z pośród ludności rusińskiej; likwidację przerzutów instrukcji; zabezpieczenie obiektów obronnych i zakładów produkujących materiały potrzebne wojsku; przeciwdziałanie organizowania strajków i występowania band chłopskich. Na pewno było wiele innych zadań, ale chłopiec nie chodzący do szkoły, nie zauważał jeszcze wszystkiego. Mój Ojciec był szefem wywiadu jako I Zastępca Komendanta i nawet Jego przełożony mjr Zdzisław Ruciński nie miał prawa wtrącania się do wywiadu. To była wyłączna domena Ojca.

    Oficjalnym i naczelnym zadaniem Straży Granicznej, była rzekomo tylko ochrona granic kraju na północy, zachodzie i południu, o typie zadań coś między policją i celnikami.

    W organizowaniu niepokojów i strajków, szczególnie zasłużyli się komuniści bracia Ziajowie. To właśnie dzięki tym agentom komunistycznym, nie miałem możliwości powrotu do Jasła, po II Wojnie Światowej. Byłem „burżujskim parieniem”, a Mama „biełoruczką barinią”, według kwalifikacji sowieckiej milicji, gdy po 17 września 1939r Armia Czerwona oswobodziła nas od normalnego życia, a mnie dodatkowo oswobodzono od posiadania butów. Działo się to w Równem, dokąd zawędrowałem z Mamą w ucieczce przed Niemcami. O Równem będę wspominał już niedługo, ale chwilowo jesteśmy jeszcze w Jaśle.

     

    *

    Kiedy Ojciec dostał przeniesienie do Jasła, to pojechał obejrzeć swoje nowe miejsce pracy i to na wyższym stanowisku służbowym. Po zameldowaniu się u nowego dowódcy mjr Zdzisława Rucińskiego, został zaproszony na obiad i tam, podczas obiadu został zapytany czy ma dzieci. Ojciec odpowiedział, że ma syna, a córka majora - Zdzisia[52] zapytała, w jakim wieku. Ojciec, znany z dowcipów powiedział, że syn kończy gimnazjum, czym bardzo zainteresowała się Dzidka, będąca wówczas gimnazjalistką. Kiedy nadszedł dzień przyjazdu całej rodziny, Dzidka założyła na siebie coś maminego i o zgrozo, pociemniła rzęsy i brwi oraz popudrowała nosek, wszystko sprzętem swojej mamy. W ramach regulaminów szkolnych było to wykroczenie poważne, nawet poważniejsze, niż znalezienie się na ulicy po godzinie dwudziestej, bo panienki w tym wieku były obowiązane do skromności. Szczęściem nikt tego nie widział, z wyjątkiem domowników i nas przyjezdnych. W chwili podjechania taksówki z nami, Dzidka niby przypadkiem znalazła się w ogrodzie, przez który musieliśmy przejść. Jej oczom ukazali się Ojciec i Mama idąca ze szkrabem, nie chodzącym jeszcze do szkoły. Dzidka była strasznie zawiedziona, bo mógłby w tym samym domu mieszkać kawaler, a przecież chodziła do gimnazjum żeńskiego i nie było tak wielu okazji do bycia adorowanej przez chłopca. Byłby kawaler, którego mogłaby zapraszać na szkolne bale i odwrotnie, a tu …  przyjechał mały dzieciak. Dzidka bardzo przeżyła ten żart i powiedziała, że Ojciec mój jest okropnym ropuchem, na co tenże nazwał Dzidkę „Żabą”. Ten żart miał pomóc w przyszłości rozpoznaniem mnie, przez jej sparaliżowaną mamę, o czym napiszę. Od tej chwili mówili na siebie: „Żaba” i „Ropuch”. Dzidka bardzo była zmartwiona tym, że ja jestem mały i nazwała mnie „Kotkiem”. Mieszkając w nowym mieszkaniu, przy ul. Wyspiańskiego 4, wypatrzyłem po drugiej stronie ulicy dziewczynkę w moim wieku - Marysię. Chłopaków nie było w pobliżu, kolegowałem więc z dziewczyną.

     

    *

     

    Jasło było inne od miast, w których mieszkałem. Od Rynku w dół do rzeki Jasiołki, było dużo zabudowań zamieszkałych przez Żydów. Nad Wisłoką Żydzi mieli swoją koszerną rzeźnię. Po ulicach chodzili Żydzi w atłasowych czarnych chałatach i w lisich czapach na głowach. Brody mieli długie, a przy uszach pejsy i to tym dłuższe, im bardziej byli pobożni. Chłopaki mieli pejsy, które sobie nakręcali na palce, żeby były kręcone, tak jak korkociąg. W codzienny dzień nosili na ogół czarne ubrania, różniące się od ubrań aryjczyków, a na głowach mieli czarne czapki, z krótkimi daszkami. Ubrań dziewczyn żydowskich nie zapamiętałem, bo nie byłem zainteresowany dziewczynami, w tym wieku. Pamiętam jednak, że nie podobały mi się żydowskie dziewczynki, bo były często rude i z mnóstwem piegów. Włosy miały kręcone i czarne, a przecież ja gustowałem w blondynkach z długimi warkoczami – jeżeli już musiałem zadawać się z dziewczynami. Ile razy oglądam opery Stanisława Moniuszki „Straszny dwór” lub „Halkę”, tyle razy cieszę wzrok pięknem blondynek Polek z długimi warkoczami.

    W Jaśle spotykałem nazwiska pochodzące od zwierząt, ptaków, owadów, roślin lub czynności lub stanowiących różne określenia, np. Wraży, Kociołek, Wrzesień, Okropny, Wozak. I tak chodziłem do fryzjera Pająka, owoce i gumy do żucia bywały u Plutaka przy ul. Kołłątaja, torty i ciastka kupowało się w cukierni Nowaka przy ul. Kościuszki, gdzie też odbywały się koncerty np. Mieczysława Fogga. W restauracji bywaliśmy u Kosiby, w narożnym budynku przy ul. Kościuszki i Sokoła, gdzie też mieścił się hotel na I piętrze, a po wojnie zagościł Zakład Energetyczny, bo trzeba było niszczyć prywatna inicjatywę.

    Aniołki i gwiazdki do choinkowych zabawek kupowało się w Rynku, tam też kupowałem kartonowe modele do sklejania. Lepsze zabawki przywoził Ojciec z Warszawy – od Braci Jabłkowskich, np. dostałem wspaniały komplet metalowej składanki ze śrubkami, kółkami i płaskimi listewkami. Innym razem dostałem komplet „Poczty dziecinnej” ze znaczkami, drukami na paczki i pieniądze oraz stemplami pocztowymi. Ojciec zawsze pamiętał o synku, gdy był w wyjazdach, a rano znajdowałem coś przy poduszce - wspaniałe zabawki, które układał, gdy wracał nocnym pociągiem.

    Po wspaniałe czerwone zimowe jabłuszka, zawieszane na choince na nicianych pętelkach, chodziliśmy do Klasztoru za torami kolejowymi, gdzie najpierw trzeba było kołatać kołatką w furtce, ażeby być wpuszczonym na teren klasztorny. Ale najwspanialsze zakupy robione były na Rynku w dni targowe – chodziło się pomiędzy wozami zaprzęgniętymi w konie. Koni trzeba było się strzec, bo niektóre gryzły – te gryzące miewały wiązki słomy przy chomątach, dla dania sygnału o wredności konia. Bywały na targu świnki, króliki, kury, gęsi, kaczki, gołębie malinówki, owieczki, pieski, kanarki i dzikie uwięzione ptaki śpiewające: czyżyki, zięby, szpaki, gile, kosy i szczygły.

     

    *

    U stryja Wacka w Rembertowie słuchałem radia ze słuchawek podłączonych do kryształka galeny[53]. Trzeba było ustawić ostrze sprężynki w odpowiednie miejsce kryształka i można było słuchać muzyki z Warszawy. Przed domem wisiała antena z drutu miedzianego, od której odchodził przewód do odbiornika kryształkowego, poprzedzony takim przełącznikiem, który trzeba było uziemić na wypadek burzy i piorunów.

    U mojego Dziadka w Warszawie było radio lampowe, z którego wychodził głos z głośnika. Trzeba było manipulować dwoma gałkami naraz, żeby złapać stację radiową, wcześniej ustawiwszy pionową rombową antenę ramową pod odpowiednim kątem. Zgrywając antenę ramową, kondensator obrotowy i cewkę indukcyjną – dawało się głośno słuchać tego, co stryj Wacek ledwo słyszał przez słuchawki.

    Ja w Jaśle słuchałem w soboty, 20 minutowej audycji dla dzieci, nadawanej we Lwowie. Nieraz słuchałem Szczepka i Tońka. Jak opowiadałem synkowi swojemu[54] w 1965r, o tej cotygodniowej audycji radiowej dla dzieci, to moja wówczas 7-mio letnia córka nie mogła nadziwić się, „że tata nie słuchał przed wojną dobrej nocki w telewizji”. Ustawienie stacji było łatwe, bo Ojciec kupił radio superheterodynę, w którym stacje były w ustalonych miejscach oświetlonej skali radiowej i nastawianie odbywało się jedną gałką. Naturalnie była potrzebna antena zewnętrzna, taka jak u stryja Wacława. Nasze radio miało dwie lampy radiowe + lampa prostownicza, o czym zawsze mówiło się: „radio dwulampowe + lampa prostownicza”. Aż tu nagle, przełożony Ojca, major Ruciński kupił radio trzylampowe + lampa prostownicza.   Zaraz wymieniliśmy też na takie. Aż tu mjr Ruciński wymienił radio na czterolampowe + lampa prostownicza + magiczne oko, które świeciło zielonym tajemniczym światłem i pozwalało ustawić doskonale stację radiową. My nie wymieniliśmy już radia na następny sort, bo wybuchła wojna. Wymiana radia polegała na tym, że zgłaszało się w sklepie z gramofonami i radiami chęć posiadania lepszego radia i w umówionym dniu specjalny pracownik przynosił nowe radio i zabierał w rozliczeniu stare radio. Płaciło się tylko różnicę w cenie plus pewna amortyzacja, bo radio było luksusem, tak jak elektrolux[55] czy chłodziarka[56] bez sprężarki, ale na sztuczny sopel lodu, dostarczany co tydzień do domu. O takim cudzie jak pralka, choćby tylko wirowa – nikt nie słyszał. Służba prała bieliznę w balii i na tarze. U nas było tylko radio i żelazko na „duszę” grzaną w ogniu i drugie na węgiel drzewny. Tym żelazkiem na węgiel drzewny trzeba było poruszać w powietrzu, podobnie jak kadzielnicą w kościele, a wcześniej mocno dmuchało się w otwory wentylacyjne, z których wiało czadem i mogła rozboleć głowa. Zamiast chłodziarki, były w mieszkaniach specjalnie usytuowane, według stron świata spiżarki, z takim przewiewem, że zawsze był w niej chłód.

                Wiele zakupów i usług można było zamówić w sklepach. Kiedyś podczas spaceru, Mamie podobały się firanki wystawione w witrynie sklepu na ul. Kościuszki. Weszliśmy do nowoczesnego sklepu i Mama zastanawiała się ile trzeba metrów, żeby je upiąć według obowiązującej mody. Właściciel sklepu zobowiązał się posłać subiekta[57] z całą belą firanek i ten miał odmierzyć odpowiednią długość i zostawić służącej. Kiedy wróciliśmy do domu, to akurat zeskakiwał z okna ten młody subiekt, po zawieszeniu i upięciu firanek. Mamie bardzo podobało się upięcie firanek, które dodatkowo były zasuwane i rozsuwane przez specjalne sznury na rolkach i zwisające w rogu pokoju.   Subiekt wyliczył należność za firanki, a upięcie było prezentem od firmy. Mama dodała mu srebrne 5 złotych, ale subiekt podziękował i nie przyjął, bo pryncypał mógłby zwolnić go z pracy, za przyjmowanie kieszonkowego. Okazało się, że subiekt był absolwentem Akademii Sztuk Pięknych z Krakowa, a pracował jako subiekt, bo brakowało pracy, o czym pisałem w innym miejscu. Nic dziwnego, firanki były tak pięknie upięte, że zaraz wszystkie przyjaciółki Mamy zamówiły różne firanki, ale z upięciem ich przez tego subiekta. Na tym polegała reklama w firmowych salonach.

    *

                Nie pamiętam, w którym roku umarła Babcia Zofia[58], ale pamiętam nasz wyjazd do Warszawy i noclegi u siostry mojej Mamy – Wandy, która była moją chrzestną matką. Poznałem wtedy brata ciotecznego Stasia, który był młodszy ode mnie o 3 lata, a wyglądał jak małpka ubrana w majtki i bluzeczkę. Stasio częstując mnie, podsunął mi kiedyś torebkę z cukrem, który okazał się palącą w ustach sodą, do mycia podłóg. Jego ojciec miał urwane obydwie nogi podczas I Wojny Światowej, kiedy był w wojsku pod Verdun, jako poddany cesarza niemieckiego, gdyż urodził się i mieszkał pod Poznaniem i mógł wybrać służbę w wojsku, albo kulę w łeb przy odmowie. Taki był los Polaków, których do wojska powoływali wszyscy zaborcy. Wuj Stanisław Szułczyński miał motocykl-samochód na 3 kołach, z odkrytą jakby łódką. Z przodu siedział on, jako kierowca przy kierownicy niby patyk, który trzymał w rękach i kierował, jednocześnie na tej kierownicy był hamulec, regulacja gazu, sprzęgło i trąbka do trąbienia na przechodniów. Zmiana biegów była w podłodze, jak w samochodach. Za kierowcą była kanapa na 3 pasażerów. Taki pojazd był wtedy sprowadzany dla inwalidów, a on jako inwalida pracował w Związku Inwalidów Wojennych na stanowisku Sekretarza Generalnego Związku, co było i dobrą pracą i zaszczytem. Jeszcze będę wspominał o Wuju Stanisławie w innym miejscu – był wielkim przyjacielem mojego Ojca. W 1939r miał już prawdziwy samochód marki Steyer, który odegrał dużą rolę w naszej wojennej ucieczce z Warszawy, ale to dopiero będzie.

     

     

    5.  Lata szkolne do wybuchu wojny

     

                W 1937r rozpocząłem naukę w szkole powszechnej im. Romualda Traugutta w Jaśle, a moją panią była p. Maria Potępa, żona kierownika szkoły zawodowej w Jaśle p. Ignacego Potępy. Nieraz przychodziła do niej córeczka w moim wieku, ładna blondyneczka, ale nie była w moim typie przez to, że miała kręcone loczki á la Schirleyka, a ja od czasów Danusi Krzesińskiej – takich dziewczynek nie lubiłem. Jak już ujawniłem mój gust, to ładne dziewczynki wyłącznie miały blond warkocze, ze wstążkami kolorowymi i nazywały się Marysia, Małgosia albo Ola. Marysia to była grzeczna sąsiadka, Małgosia pochodziła z bajki „O Jasiu, Małgosi i Babie Jadze”, a Ola to dziewczynka z elementarza Falskiego, z którego moja pani - p. Maria Potępa, nauczyła mnie czytać. Niestety złowrogi los nie pozwolił mi kontynuować naukę w spokojnym Jaśle, a nawet w niektórych latach nie pozwolił mi chodzić do szkoły.

    Los jak to los - bywa przewrotny, co przedstawię w opowiadaniu o rodzinie i wojnie, ale również pokazując przewrotność losu na poziomie postrzegania umysłem dziecka i najwyżej młodzieńca. Dziewczyny lubią planować wygląd przyszłych partnerów: wzrost, kolor oczu, koniecznie wąsiki i włosy kręcone, no i żeby bez przerwy interesował się nimi, ale tylko nimi. Żeby był opiekuńczy, elegancki, miły i bogaty. Dziewczyny same mogą strzelać oczami do wszystkich, no …. nie tylko strzelać oczami. Chłopcy nie zwracają większej uwagi na drobiazgi, ale chcą mieć ładną panienkę. Ja np. nie lubiłem dziewczęcych imion Danuta, Krystyna i Janina, bo Kryśka i Jaśka Wacławkówny, u mamy których, moja Mama szyła sobie sukienki, nie miały warkoczy, były o 4 lat starsze i mówiły do mnie: „ty mały”. Danuta była przechlapana przez krakowiankę Danusię. Figiel, jaki spłatało mi życie, polegał na tym, że kochałem się w latach 1945 – 1951, w ładnej harcerce-sportsmence, z Podkowy Leśnej, harcerce Dance Marzeckiej, z długim grubym blond warkoczem i granatowym motylem. Zdawało mi się – wymarzona dziewczyna. Figiel polegał nie na tym, że przecież Danut nie lubiłem, od 5-ego roku życia. Polegał też na tym, że ja nie wiedziałem jak zaimponować dziewczynie, która myślała widocznie już o rodzinie, a ja o grze w siatkówkę i wynik był taki, że Danka wyszła za mąż za Antoniego, dyplomowanego wówczas technika – podobnie jak i ja, bo byłem wtedy technikiem mechanikiem. Szczególnie miła, świetnie tańcząca Lusia z długim warkoczem, często upinanym w koronę, była moją sąsiadką i stanowiła nawet sympatię, co najmniej na imieninowe spotkania, potańcówki i spacery piesze lub rowerowe. Lusia nauczyła mnie tańczyć tango, walca, fokstrota i przy niej nauczyłem się nie tylko tego, bo wcześniej tylko grałem w piłkę, jak to chłopak i wbijałem gwoździe podczas budowy drewnianej harcówki. Kolegom też podobała się Lusia, do tego stopnia, że umawiali się z nią w tajemnicy przede mną. Pomijając zasadniczy mankament tej dziewczyny, bo był to mankament, to były dwa inne. Mankamentem poważnym było to, że miała mamę, która pokrzykiwała i wszystkimi komenderowała - a mnie wychowała kobieta łagodna, o zupełnie innym charakterze – strach byłoby mieć taką teściową jak jej mama. A po trzecie – Lusia nie była blondynką, lecz szatynką i poderwał ją bardzo nagle Zbigniew, już inżynier, a u jej mamy to było najważniejsze, żeby wydać córkę za mąż. Tak, czy inaczej – dziewczyny były do „poboru”, a ja … niestety młokos 20-to letni, który jednak zdawał sobie sprawę z tego, że jestem jeszcze przed służbą wojskową, a służba trwała wtedy od 2 do 3 lat. Widywałem pary zakochane na zabój do czasu pójścia chłopca do woja, a po wojsku … panny nie wychodziły powitać ukochanych, bo musiałyby iść z zaawansowanymi brzuszkami od innego ukochanego, a nieraz już i z wózkami. Brak orientacji i porady Ojcowskiej skutkował stale u mnie błędami, ale też z Lusią związek nie miał szans, bo gdy dorosła do wieku „dziewczęcego poszukiwania i poboru małżeńskiego”, to jej mama wzięła sprawę w swoje ręce. Kandydat załatwiony przez mamusię, był ok. 10 lat starszy, magister inżynier rozpoczynający pracę naukową na politechnice, trochę był przygłuchy – z czego dziewczyna śmiała się początkowo i robiła maślane oczy - do mnie. Przybiegała na drugie piętro codziennie, ale wyjechała na dwa miesiące, do jego rodziny do leśniczówki i wszystko skończyło się. Po powrocie zobaczyłem ją idąca pod rękę z nowym kawalerem, a potem był szybki ślub z konieczności.

     

    *

    Kiedy doszedłem do poważniejszego wieku, bo „aż do 21 lat”, to poznałem w pracy śliczną, szczuplutką blondynkę Krystynę Aleksandrę, o pięknym biuście i nogach najpiękniejszych na zachód od Warszawy. Dziewczyna sama szyła sobie bardzo ładne sukieneczki i bluzeczki, dziergała sweterki – we wszystkim wyglądała czarująco - świetnie tańczyła, a ponadto nie umawiała się z moimi kolegami, co było bardzo ważne. Niestety Krystyna Aleksandra nie miała warkocza, a co gorsze, miała chłopca, o czym nie wiedziałem początkowo i nie dała mówić na siebie „Oleńka”. Mnie wychowanemu na Trylogii – bardzo podobałoby się mówić Olu, Oleńko, a ponadto Ola była taka bliska, dzięki elementarzowi Falskiego i czytankom: „Ola ma psa Asa. To jest Ola, a to As. To jest Ola, Ala i As. As jest Oli”. I tym razem miałem pecha, a był nim przystojny oficer z odległego garnizonu. Jednak w końcu ożeniłem się Z Krystyna Aleksandrą. Przez 50 lat jakoś przyzwyczaiłem się do imienia Krystyna, ale najczęściej mówię „Lala”, co podobne jest do Oli i jest bardzo praktyczne, bo przez pomyłkę nie wymieniam innych dziewczęcych imion. A mogłyby być o to swary, gdyż kobiety są bardzo na to czułe, tak jak i na inny zapach perfum niż one używają, czy na szminkę na kołnierzyku koszuli. Kobiety są zupełnie inne od nas mężczyzn, rozpoznają np. 1500 odcieni jednego koloru, rękawy bluzki liczą na 1/2,  3/4,  4/5,  5/6,  6/7,  7/8,  8/9 i gdy mężczyzna opowiada o spotkanej jakiejś kobiecie - pytają: „a jak ona była ubrana”, co dla mężczyzny nie jest ani ważne, ani zauważalne nawet. Co innego, gdyby kobieta była rozebrana, to z pewnością każdy z nas zauważyłby.

    Tak, więc figiel życiowy łączył mnie z dziewczętami o imionach wcześniej nie lubianych i sprzątał mi panienki-sympatie, do których „coś mnie ciągnęło”. Może spódniczki? A może kolanka? A może od przodu krzywe bluzeczki? Trzeba przyznać, że dziewczyny miewały bluzeczki okropnie w tym miejscu ładne. I nie tylko bluzeczki …. Figiel życiowy sprzątał sympatie, dopóki nie stanąłem temu figlowi okoniem. Ale do tego trzeba było dorosnąć.

     

    *

     

                W czasach jasielskich bardzo lubiłem, kiedy rodzice bywali na balach, bo wtedy mogłem później iść spać, a rano zawsze dostawałem balony, konfetti, maseczki i czapeczki kolorowe oraz dużo czekolady i kotyliony, a ponadto pieski, misie, kotki itp. Taki był zwyczaj, że panowie zapisywali w karnetach u pań, kolejne tańce, a podchodząc ponownie po panie do tańca, pozostawiali maskotki kupione dla damy, balony lub czekoladę. Tamte czekolady, to nie takie barachło jak dzisiaj, lecz pięknie opakowane, duże i grube, często z orzechami lub owocami – produkowane specjalnie jako balowe przez firmy Piaseckiego, Fuchsa i Frambolego. Czekolady Wedla były małe i raczej kupowano je dla dzieci. Sprzedaż na balach maskotek i zwierzątek miała na celu zbieranie pieniędzy np. na biedne dzieci lub murzynków wykupywanych jakoby, z niewoli. Państwo bawili się do białego ranka, a przy okazji poświęcali pieniążki na cele charytatywne. Takie były czasy i zwyczaje. Mój Ojciec, jako najlepszy tancerz, bywał bardzo często wodzirejem na balach, bo bale nie mogły odbywać się bez wodzireja, podobnie jak wódkę pito tylko wznosząc wcześniej toast. Inaczej byłoby to karczemne pijaństwo.

    Kiedyś na balu, do panów palących papierosy w hallu, podszedł lekarz Żyd i przedstawił się: „Karp jestem”, na co usłyszał „to siup do wody”. Odpowiedź spowodowana była dwoma przyczynami:

    1) nie powinien wciskać się, lecz powinien być wprowadzony i przedstawiony przez wspólnego znajomego, oraz

    2) odegrała tu niechęć do Żydów, wciskających się do towarzystwa aryjskiego.

    W Jaśle „towarzystwo” stanowili: starosta i wicestarosta, burmistrz, dyrektor banku z zastępcami, dyrektor POLMINu z podległymi inżynierami, dyrektorzy szkół, gimnazjów i liceum, oficerowie policji i Straży Granicznej, jeden z aptekarzy (drugi był żydem), dyrektor szpitala i lekarze aryjczycy, dyrektor prochowni w budowie z inżynierami, architekt i ksiądz proboszcz, u którego spijano sławne nalewki itp. No, jeszcze kilka osób na kierowniczych stanowiskach oraz okoliczni ziemianie, ale ja wszystkich nie znałem wtedy.

     Niechęć do Żydów była na Podkarpaciu duża, a początek brała z  prymitywnego pomawiania ich o to, że toczą krew dzieci aryjskich do macy[59], a przecież Izraelitom nie wolno spożywać krwi - niczyjej. M. in  na tym polega koszerność, ale bzdurne wieści były rozpowszechniane dlatego, że byli inni, byli mniejszością i niestety powodowali niechęć swoim postępowaniem (zaczepkami i okrzykami „gwałt”, gdy dostawali za zaczepki).

    Gdyby moja Mama kupiła cokolwiek w sklepie żydowskim, to bylibyśmy skończeni w towarzystwie. Podobnie nie wolno było mieć założonej „książki” do kupna w sklepie np. artykułów spożywczych bez pieniędzy, oddawanych miesięcznie przy pobieraniu pensji. Należenie do towarzystwa nakładało obowiązki honorowe, podobnie jak był przestrzegany „Kodeks honorowy” Boziewicza. Można było się strzelać, ale nie wolno było dać się obrazić lub uchybić kobiecie. Trochę te obowiązki honorowe były wtedy dla mnie dziwne i pozostały dalej nie zrozumiałe. Koledzy Ojca np. prosili o żyrowanie pożyczki, bo np. żenią się, ale spłacać musiał żyrant, czyli Ojciec. Kiedy w Jaśle Ojciec odmówił koledze podpisanie kolejnej pożyczki, to ten wyzwał Ojca na pojedynek. Koledzy zawiadomili o tym Komendanta Inspektoratu Straży Granicznej - mjr Zdzisława Rucińskiego i ten telefonicznie działając uzyskał z Krakowa natychmiastowe karne przeniesienie „honorowego” oficera na drugą stronę Polski – może do Mławy. Dowództwo działało natychmiast i nie dopuszczało do wynaturzeń. Inaczej Ojciec musiałby strzelać się – ale kodeks mi honorooooooowy! Mama była szczęśliwa, że będą mogli oszczędzać na wybudowanie własnego domku w ogrodzie. Cieszyła się na taką myśl jak małe dziecko i omal wisiała na szyi Ojca. Jacy byli szczęśliwi ….

     

    *

     

    Na uczelniach żydzi bywali traktowani różnie, np. zdarzało się na akademiach lekarskich, że nie wolno było im siedzieć w ławach uczelnianych na wykłądach. Dla nich były miejsca stojące, co było pilnowane przez studentów z korporacji.

    Niektórzy profesorowie dużo ostrzej traktowali studentów Żydów, szczególnie na egzaminach, co skutkowało tym, że lekarze Żydzi byli lepiej przygotowani do pracy.

    Świat przygotowywał się do pogromu Żydów, a zapoczątkowali to Niemcy, ogłupieni przez Hitlera. Gwoli prawdy, „nie ma dymu bez ognia” jak podaje przysłowie ludowe.

    Podstawy do powstania niechęci, nie trzeba daleko szukać. To właśnie Żydzi, Karol Marks i Fryderyk Engels[60], stworzyli podstawy powstania państwa-bestii czyli Rosji Sowieckiej.

    We wszystkich władzach sowieckich, począwszy od Komitetu Centralnego, przeważali Żydzi i to w ok. 90, a nawet, w 95 %, chociaż gwoli prawdy, to największy siepacz bolszewicki nazywał się Feliks Dzierżyński[61] i był w prostej linii polskim szlachcicem. Następcą był inny Polak z pochodzenia – Henryk Jagoda[62]. Inny z plejady sowieckich zbójów, to aryjczyk Mołotow[63]. Ale gro władz sowieckich to Żydzi. Żydzi nie byli lubiani, bo machinacjami giełdowymi dochodzili do dużych fortun, a nawet byli bankierami-rekinami. Działo się to wtedy, gdy gro społeczeństwa nie było zbyt zamożne W 1917r, za pieniądze niemiecko-żydowskich bankierów, przerzucony został do Rosji carskiej, kałmuckiego pochodzenia Włodzimierz Iljicz, znany jako Lenin, a zrodzony podobno z matki Żydówki, jak podają niektóre źródła. Te źródła podają, że pewnej Gruzince, pracodawca Żyd spłodził syna, który znany jest jako Józef Stalin[64]. Lecz czy to prawda ? Nie można takimi przykładami usprawiedliwiać mordowania Żydów, przez Niemców, podczas II Wojny Światowej. Faktem jest jednak, że niechęć do nich wywoływała nie tylko ich „inność” wśród społeczeństw, a żyli w diasporze - rozproszeni po całym Świecie lub wynoszenie się ich ponad inne narody, jako potomków „narodu wybranego”. Głównie denerwowały czynione przez nich zaczepki, pazerna chciwość i natręctwo. Oto kilka przykładów:

    1. jechaliśmy rowerami na ryby, ja na przedzie, potem Ojciec, Mama i dwóch strażników. Kiedy przejeżdżaliśmy koło jednej z ostatnich żydowskich ruder, na przedmieściach Jasła, to jeden z dwóch, niezna-

    nych mi, stojących przy drodze chłopaków żydowskich, krzyknął: „połam ręce i nogi, ty goju”. Usłyszawszy te słowa, towarzyszący nam strażnicy, natychmiast ruszyli za pejsiarzami, jak mawiano o nich na Podkarpaciu. Strażnicy wpadli do tego domu, dokąd uciekły żydziaki i w chwilę później zaczęły wylatywać różne przedmioty przez okna. Ledwie Ojciec odciągnął tych strażników od dalszego ciągu samosądu – tak miejscowi ludzie reagowali na żydowskie zaczepki. Żydzi wołali „giewałt, giewałt”, ale swoich gnojków nie skrzyczeli. Tak rodziła się niechęć, przez Żydów zwana „antysemityzmem”;

    1. jak chodziliśmy za miasto na wycieczki, rajdy i podchody, jako „Wilczki”[65], to nas podobnie zaczepiały żydziaki, kiedy przechodziliśmy obok ich straszliwie brudnych ruder. Bezczelnie zaczepiali nas Polaków, w naszej Ojczyźnie, bo wiedzieli, że najmłodsi członkowie Związku Harcerstwa Polskiego nie spuszczą im lania, które powinni dostać za chamstwo i dla oduczenia od zaczepek rdzennej ludności;
    2. wiosną 1939r, podczas zbiórki ulicznej na fundusz FONu[66], podszedłem z puszką kwestarską, do dwóch eleganckich bogatych Żydówek. Moi rodzice przypinali znaczki osobom wrzucającym datki do puszki, dumnie trzymanej przeze mnie. Ojciec, w galowym mundurze i z orderami, przypinał znaczki paniom, a Mama panom. Tego dnia „towarzystwo” jasielskie kwestowało na ulicach całymi rodzinami, bo trzeba było ratować Ojczyznę przed najazdem germańskim, jaki szykował się, co najmniej od majowego wystąpienia ministra Becka w Sejmie. Po zajęciu Czech, byliśmy okrążeni przez Niemców, już od trzech stron. Wojna wisiała w powietrzu, mogła wybuchnąć lada dzień. Polskie rodziny składały pieniądze i w darze złote precjoza rodzinne, byle tylko zasilić skarb państwa i pomóc w zakupie broni dla wojska. Ta bogata żydówka, którą ukazałem wyżej, a która była właścicielką kilku szybów naftowych,  w  naszej  okolicy   wrzuciła  do  puszki  tylko  2 grosze. Kiedy podszedłem do jej dorosłej córki, to matka powiedziała: „nie dawaj nic, ja już dałam”. Byłem zdumiony, taka bogata, a wrzuciła aż 2 grosze na obronę kraju, w którym żyła i robiła duże pieniądze. Tacy byli na ogół Żydzi i dlatego nie lubiono ich. W swej głupocie nie dostrzegali niebezpieczeństwa, jakie grozi im od Niemców, gdyby ci weszli do Polski. W Niemczech były już pogromy Żydów, grabieże sklepów, wybijanie szyb, bicie ich na ulicach przez hitlerowskie bojówki, a nawet zsyłanie do obozów koncentracyjnych. Już jesienią w 1939r rozpoczęła się ich gehenna i w Polsce, gdy Niemcy ograbionych kierowali do gett i rozpoczęli ich systematyczne wyniszczanie, aż do końcowego zbiorowego mordu w okolicznych lasach jasielskich;
    3. sięgając dalej, to wymyślony przez nich „polski antysemityzm”, ma na celu robienie dużo krzyku, jak tylko chcą coś wymusić na gojach[67]. Gdy coś nie jest po ich myśli, to postępują tak, jak im się podoba. Przypomnijmy tutaj rabina dr Weissa, któremu nie wystarczało wysłanie pozwu sądowego, pocztą, do oświęcimskich zakonnic. A chodziło o usunięcie polskich zakonnic z klasztoru w Polsce, w Oświęcimiu, bo Żydzi jakoby nie mogli się modlić, gdy zakonnice przebywają przy obozie koncentracyjnym i mają na swoim terenie krzyż.

    Zakonnice były zawsze spokojne i cały czas poświęcały modlitwie za pomordowanych, bez względu na narodowość lub wiarę. Modliły się do Boga Ojca, który ukazał się Mojżeszowi jako mający imię „Jestem, który jestem” - Jahwe, wymawiany przez ortodoksów jako Adonai. Modliły się do tego samego Boga Żydów i Polaków. Rabin musiał jednak koniecznie doręczyć pozew sądowy osobiście, bo tak mu się podobało i po to przyjechał z New Yorku do Polski, do Oświęcimia. Bo jemu podobało się wytoczyć sprawę sądową obywatelkom polskim w Ameryce, tak jakby obywatele polscy mogli być sądzeni, jak kiedyś czarni niewolnicy, w obcym kraju. Ponieważ ogrodzenie wokół klasztoru było zamknięte furtką z zamkiem, to on przeskoczył ogrodzenie, bo też tak mu się podobało i dostał baty od polskich robotników remontujących budynek. A polskim robotnikom podobało się bronić tego skrawka Polski. Ale krzyku Żydzi zrobili! i od razu „antysemityzm” poszedł w ruch! A ja pytam, czy rabin dr Weiss nie był w Ameryce uczony, że za zamkniętym ogrodzeniem, jest teren prywatny, do którego on uczony doktor nie miał prawa wtargnąć, do tego przeskakując ogrodzenie jak dzikus lub złodziej?

    W Ameryce używają w takich sytuacjach broni palnej, a u nas tylko przestępcę nieco pobito. Proszę bardzo, przyjezdnym Żydom wolno robić w cudzym kraju „rozbój w biały dzień?”

    Moim zdaniem dobrze, że oberwał, bo takim przestępcom (naruszył prywatne prawo własności) tylko siłą można narzucić obowiązek przestrzegania prawa. A może nikt już nie pamięta, jak naczelny rabin w Polsce, zakłócił protokół dyplomatyczny i spokój, przy przedstawianiu jego rabinackiej ekscelencji papieżowi Janowi Pawłowi II. I znów chodziło o usunięcie polskiego krzyża z polskiej ziemi, bo nie podobał się żydowskiemu rabinowi, nieumiejącemu nawet mówić po polsku. Nawet Żydzi w Polsce uznali to za wydarzenie, które było nieprzyjazne i tego rabina nie wybrali już dalej na naczelnego rabina w Polce. A znowu następny siewca niepokojów -  działacz żydowski wysokiej rangi, Stanisław K. – ten też nie może się modlić, bo niedaleko stoi krzyż. Nic mu nie przeszkadza nosić imię katolickiego biskupa Stanisława, chociaż tyle jest pięknych hebrajskich imion: Jakub, Józef, Adam, Mojżesz, Salomon, Juda, Izaak, Jozue. Nie, on musi nazywać się tak, jak polski katolicki biskup Stanisław.

    I nazwisko typowo aryjskie też musi nosić, jakby nie miał swojego hebrajskiego rodowego. Ojcowie jego chyba nie nazywali się po polsku, co znaczy w tych sprawach tyle, co po aryjsku i chrześcijańsku. A przecież w Polsce nikt nie dokucza nikomu, że nazywa się np Klawe, Hübner czy Au lub Upendorf. Ale krzyż, to mu tak przeszkadza, że nie może modlić się w jego pobliżu.

    Przypomnijmy sobie zabudowę świętego miasta Jerozolimy i modlenie się w niej. Przy Ścianie Płaczu, tym świętym szczątku świątyni Salomona, stoją Żydzi i modlą się kiwając rytualnie. Kiedy odwrócą wzrok za siebie, to padnie on na krzyże kościołów katolickich, protestanckich, obrządku ormiańskiego, koptyjskiego i cerkwi prawosławnych. Mało tego, o 12 w południe uderzają w tych świątyniach w dzwony, a muzułmański imam zaczyna śpiewać sury przez głośniki. A Żydzi? Po prostu modlą się. I dlaczego nie przeszkadza to największym ortodoksom? Bo chrześcijanie pielgrzymi przyjeżdżają z dolarami, które zostawiają w Jerozolimie i u kupców arabów, ale najczęściej u kupców żydowskich. Jest geszeft, a geszeft nie przeszkadza od gojów brać pieniądze. Dolary zostają u Żydów w Jerozolimie i to jest powód, że ani krzyże, ani dzwony nie przeszkadzają w modlitwie. A jak jest w Oświęcimiu w Polsce? Ano, pieniądze od pielgrzymów, nie wpływają do żydowskich kieszeni. Nie ma geszeftu, więc trzeba robić hałas o polskim antysemityzmie i żądać usunięcia polskich krzyży z polskiej ziemi.

    Ortodoksi, choć są mniejszością w Polsce, chcą rządzić Polską za Polaków, a jak nie, to oskarżą Polaków o antysemityzm i będą wzywać Polaków przed sądy w obcych krajach, tak jakby te obce sądy mogły więcej, niż nakiwać Polakom „palcem w bucie”.

     

    *

    Powracając do jasielskich niechęci Polacy – Żydzi, to stwierdzić muszę, że Żydzi w większości stanowili raczej biedną warstwę ludności – drobnych rzemieślników: krawców, szewców, stolarzy i blacharzy, którzy mieli swoje warsztaty połączone z izbą mieszkalną i kuchnią, jak np. przy ul. Sokoła – wszystko w jednym pomieszczeniu. Idąc w sobotę do szkoły na lekcje, mijałem kolegów szkolnych Żydów, jak przystawiali nosy do szyb drzwi wejściowych, stanowiących jedyne naświetlenie tych biednych izb. Żydzi nie chodzili do szkoły w sobotę. Śmiesznie wyglądały te nosy spłaszczone szybą – my goje pukaliśmy w te placki nosowe, takim prztykiem zgiętego palca. W poniedziałek Żydzi dostawali dwójki, bo nie mieli odrobionych lekcji, jakie zadawano w sobotę. W niedzielę Żydzi chodzili na lekcje hebrajskiego i Tory do chederu. Kiedyś podeszliśmy z chłopakami pod okno chederu i usłyszeliśmy chór głosów powtarzających strofy dotąd, aż wszyscy zapamiętali treść na pamięć. Oj, nie łatwo było być Żydem, łatwiej było Żydóweczkom, bo one nie chodziły ani do polskiej szkoły, ani na lekcje do chederu. Żydzi byli czarnowłosi, a ich siostry bywały czarnowłose, ale najczęściej bywały rude i z piegami. Mnie nie podobały się takie dziewczyny i nadal nie lubię rudych kobiet, chociaż to wg nich modny kolor. Kto może zrozumieć kobietę?

    Pamiętam jak w przed Bożym Narodzeniem 1938r, przyniósł handlarz zająca, które były skupowane od myśliwych przez karczmarzy. Karczmarzami byli Żydzi. Po polowaniu myśliwi wstępowali, albo do dziedzica na obiad, który urządzał polowanie, albo do wiejskiej karczmy, gdzie kazali sobie podawać pejsachówkę i gęsie pipki. Naturalnie wcześniej musieli zawiadomić karczmarza, żeby przygotował gęsie pipki, albo rybę po żydowsku, no i pejsachówkę, a brali w rękę kiełbasę gotowaną w kapuście i zapijali szklaneczką okowity, która okrutnie śmierdziała.  

     

    *

    Wiele razy bywaliśmy w gościnie u Ojca znajomego, dziedzica z okolic Żmigrodu. Odwiedzaliśmy się wzajemnie  3 – 4 razy w roku. Najwspanialsze były wizyty zimą w dworze. Dziedzic przysyłał po nas sanie, zaprzęgnięte w trójkę koni, bo samochodem nie dojechałby tam zimą. Czy konie ciągnęły sanie po gościńcu, czy po polu, to wiedziały tylko konie, bo śniegi zawsze były tak wielkie, że nikt zarysu gościńca nie mógł dojrzeć. Co innego konie, te wyczuwały w końcowym odcinku drogi swoją stajnię i żłób. Mogłyby pójść przez pola, a może i szły przez pola?

    W zimie nocowaliśmy nieraz w dworze, bo zmierzch szybko zimą zapada. Wcześniej w dworskim salonie palono w kominku, który stanowił jedyne ogrzewanie salonu i czterech sypialni na górze poddasza. Przyjemnie było przed położeniem się spać, tak przytulić się do ciepłej ściany, w której był komin dymowy kominka, a potem wskakiwałem pod mięciutką skórę niedźwiedzia. Skóra niedźwiedzia była o wiele wspanialsza od domowej kołdry i taka miękka. W kominku palono dużymi szczapami nie iglastego drewna, bo iglaste podobno strzelało iskrami, które mogłyby spowodować pożar drewnianego dworku. Wszystko tam było drewniane, dom, ogrodzenie, stodoła, chlewnie, parownia okowity, łaźnia, stoły, ławy i stołki. Nawet dachówki były drewnianymi gontami, ale drewnianą jezdnię drogi widziałem tylko tam i tylko latem. Takie drogi zapoczątkowali Austryjacy, którzy „gościli” 123 lata, od pierwszego zaboru, aż do 1916-1918r, co trudno było uściślić, wobec stałych walk i przeciągających coraz to innych wojsk. Dziedzic, którego nazwiska już nie pamiętam, dawał mi mnóstwo kopert z markami austryjackimi, bo ja zbierałem znaczki i miewałem zajęcie, a dzieci w dworze nie było, a i do królików nie zawsze chciało się iść zimą.

    Drewnianą drogę można było obejrzeć tylko latem, gdy śnieg jej nie zakrywał. Nawierzchnię wykonano z połówek starych drzew z sosny lub ze świerku, płaszczyzną do wierzchu, a końcami spiętych wbijanymi żelaznymi klamrami. Austryjackie wojska inaczej nie mogłyby się tam poruszać, bo pomimo, że wszędzie były wzgórki, to w dołkach bywało bagienko i można było się zapaść podobno całkowicie, razem z kapeluszem. Lasy tam były ponure, zacienione bardzo wysokimi świerkami i zarośnięte ogromem krzaków, pokrzyw i jeżyn. Latem na maliny, chodziło się tylko z miejscową służbą dworską, żeby nie pobłądzić i nie zapaść się w bagiennym błocie.

                Chyba w 1938r uczestniczyliśmy w święcie Dożynek, a gdy dziedzicowi przyniesiono wieniec, to wiejscy zostali poczęstowani beczułką wódki i kiełbasą umyślnie zrobioną w większej ilości. Nie bardzo rozumiałem mowy

    wiejskiej, bo było to po rusińsku[68], ale zrozumiałem, że wiejscy prosili zamienić beczułkę wódki, na coś, co okrutnie cuchnęło i to cuchnące picie dolewano do szklanic z rozpuszczonym łojem lub może szmalcem. Zaraz było wesoło, pokazali się muzykanci Żydzi i rozpoczęły się „prysiudy”. Kiedy muzykanci Żydzi przestawali grać na skrzypeczkach, to pojawiali się muzykanci rodzimi, z dziwnymi dla mnie instrumentami. Wtedy leciały dumki, a muzykanci Żydzi popijali z kieliszków i to swoją wódkę, być może koszerną pejsachówkę. Dziedzic szybko nas zabrał, bo podobno wiejscy mogli pobić się z parobkami. A bicie było kłonicami i do krwi. Ojciec też wolał nie być przy biciu się, bo musiałby interweniować z pistoletem, a tak popili sobie, pobili się i zostawało wśród chłopstwa rusińskiego.

     

    *

    Wracam do tego zająca na Boże Narodzenie chyba, 1938r. Handlarz musiał przekraść się, gdy dyżurny strażnik, gdzieś został posłany. Musiał przekraść się, bo był Żydem. Położył zająca w kuchni na stole i czekał na pieniądze, które Mama odliczała. W tym momencie handlarz zauważył, że martwemu zającowi wysuwa się „bobek” z pod krótkiego ogonka. Szybko gołą ręką chwycił bobek i schował do kieszeni chałatu – taki był „higienista”, żeby pani komisarzowej nie pobrudzić kuchennego stołu, że gołą ręką to co - i tak miała zacieki brudu. Zastanawiałem się potem, czy Żydzi myją się. Innym razem z koleżkami pobiegliśmy nad Jasiołkę, w miejsce gdzie modlili się Żydzi i wyrzucali z kieszeni paprochy. Jeszcze innym razem pobiegliśmy pod pobliski dom modlitwy i chłopaki ustawili tam wydrążoną dynię, z wyciętymi oczami, nosem i zębami. W środku była umieszczona zapalona świeczka. Wielki gwałt się wtedy uczynił, a my rechotaliśmy ze śmiechu. Takie to było współżycie dwóch narodów. Służąca Marysia straszyła mnie, że Żydzi złapią mnie na krew na macę, za to, że z chłopakami psikuśnikami robię im kawały. Ale Ojcu szczęściem nie powiedziała.

    Służąca nasza, Marysia Reczkówna, pochodziła z wioski, do której jechało się przez jasielskie Podzamcze, nad Wisłoką. Ojciec jej musiał zmniejszyć w domu ich ilość gęb do jedzenia, bo był niebogaty, a dziewczyna zbierała sobie na posag. Przyszła do nas, już jak mieszkaliśmy przy ul. Wyspiańskiego 4. Była blada i kaszlała. Miała 17 lat. Mama najpierw zaprowadziła ją do lekarza do Kasy Chorych, żeby sprawdził czy nie jest chora na gruźlicę, co uniemożliwiłoby zatrudnienie jej. Okazało się, że jest chora na oskrzela, gdyż w poprzednim miejscu musiała sypiać w zimnym korytarzu i chronicznie była zaziębiona. Niestety poprzednia jej „pani” była taką małpą, że Marysia sypiała po za mieszkaniem, a wychodząc na dwór okrywała się nadal wiejską chustą, bo przez rok nie zarobiła sobie na palto miejskie. Pierwszego dnia Mama poszła z nią na Rynek do sklepu z okryciami, skąd Marysia wróciła już w zimowym paletku. Stale cieszyła się z niego i głaskała futrzany kołnierz ze sztucznych siwych karakułów. Podając pierwszy raz u nas do stołu, złapała rękę Ojca i pocałowała. Ojciec wyrwał rękę i powiedział, żeby więcej tego nie robiła, bo nie wolno mężczyzn całować w rękę. Mama powiedziała, że to jest Marysia nowa służąca, a Marysia dziękowała, że pan pozwolił pani kupić jej palto. Ojciec wyjaśnił, że w naszym domu Mama nie musi nic uzgadniać z mężem w sprawach domowych i On nie był o nic pytany i tak będzie dalej. Pochwala kupno palta, ale inne domowe sprawy mają pozostawać między nimi dwiema niewiastami. Marysia później mówiła, że w poprzednim miejscu, tamta „pani” wszystko musiała uzgadniać z mężem. Przy wypłatach miesięcznych pensji, dziewczyna usiłowała zawsze pocałować moją Mamę w rękę i nieraz jej to udawało się. Marysia zaprzyjaźniła się ze służącą państwa Rucińskich, też Marysią, która była nieco starsza i im towarzyszyła, nawet kiedy przeniesieni byli do Cieszyna. Wiele nasza Marysia nauczyła się od drugiej Marysi, szczególnie z podawania do stołu, kiedy bywali goście, a ci stale bywali w naszym domu. Taki był czas i zwyczaje, że żony gospodynie nie podawały do stołu i były prawdziwymi paniami. Dzisiaj, nasze żony latają między kuchnią i pokojem z gośćmi, niczym służące. A wszyscy twierdzą, że kobiety teraz nabywają większe prawa – chyba do usługiwania? i zakładania partii kobiecych …. nonsens.

    Marysia ładnie czytała i chętnie czytała mi książeczki, np. „Słonia Birarę”. Marysia razem ze mną płakała, gdy przyszedł czas na Birarę i umierał on na polanie słoni, gdzie przychodziły zakończyć życie i pozostawały z nich

    tylko najgrubsze kości i kły, bo resztę pożerały drapieżniki. Tak to wśród zwierząt bywa, że każdy jest zjadany, nawet lew i inni drapieżni myśliwi. Jeśli nie zjedzą ich padliny bracia i siostry, bo nie czynią tego, to pożrą hieny, szakale, kondory, sępy i inni „sanitariusze”. Razem płakaliśmy i bardzo polubiliśmy się. Mama i Ojciec byli z tego bardzo zadowoleni. Kiedy szli na bal, albo na przyjęcie lub do kina, to wiedzieli, że zostawiają mnie pod dobrą opieką.

    Marysia miała ustalone dni i godziny na t. zw. wychodne, ale nie zadawała się z chłopakami, bo miała narzeczonego na wsi i zbierała na posag. Często chodziły obydwie Marysie do kina. Mama zawsze dawała jej na bilet nie odliczając z pensji, a następnego dnia słyszałem jak w kuchni dyskutowały o filmie, który wcześniej o parę dni oglądała Mama z Ojcem. Często Mama naprowadzała Marysię na właściwy sens filmu, bo niestety wiejska dziewczyna nie wszystko właściwie rozumiała. Mieszkania tak były budowane, że przy kuchni było drugie WC dla służby z wejściem z balkonu kuchennego, ale Mama zarządziła, że Marysia ma korzystać z łazienki i WC dla „państwa” z wejściem z korytarza mieszkaniowego. W tym WC dla służby była tylko taka składnica różnych „bubli”, a sedes był taki jak w wagonach kolejowych, z pedałem uruchamiającym zrzut fekalii. W WC w łazience był sedes porcelitowy.

    Nieraz przychodził jej ojciec, po dniu targowym. Zawsze wycierał długo na wycieraczce swoje buty z cholewami, potem wycierał obydwoma rękawami swoje usta okolone dużym wąsem i całował rączkę „pani dobrodziejki”, bo taka dobra jest dla jego córki. Następnie podawał swoją rękę Marysi, a ona całowała go w podaną rękę. Zawsze Mama kazała mu podać herbatę i chleb z omastą i tym wszystkim, co jedliśmy sami. Przynosił wiejskie zaopatrzenie, według wcześniejszego zamówienia: ziemniaki, kapustę, jajka, masło, śmietanę i inkasował od Mamy zapłatę. Bardzo był zdziwiony, gdy pierwszy raz został poczęstowany przy kuchennym stole. Potem przyzwyczaił się. Kiedyś przyszedł dużo później, tuż przed obiadem. Ojciec już był przy stole w stołowym pokoju i kiedy zorientował się, że jest ojciec Marysi, to kazał poprzez Mamę dołożyć nakrycia przy naszym stole. Marysia przyniosła dodatkowy talerz głęboki i postawiła na stole razem z płytkim i wychodziła po przyniesieniu wazy z zupą. Ojciec polecił przynieść jeszcze jeden talerz dla Marysi, bo nie wypadało, żeby tego dnia jej ojciec jadł z nami, a ona sama w kuchni jak to u „państwa” było w zwyczaju. Ojciec wyszedł do kuchni i zaprosił Marysinego ojca do pokoju, a ten jeszcze raz wyszedł przed drzwi i dodatkowo oczyścił zelówki butów. Marysia była zażenowana wspólnym obiadowaniem do tego stopnia, że aż rozlała zupę nalewając sobie na talerz. Jej ojciec zburczał ją, a jej aż widać było jak trzęsły się ręce. Jej ojciec przeprosił Mamę, że taką ma niedorajdę córkę, ale Mama załagodziła sprawę i dalej mężczyźni rozmawiali o tym i o tamtym. Ociec Marysi ujawnił, że w 1920r był ułanem i bił bolszewików, dostał nawet stopień starszego ułana. Po jego wyjściu mój Ojciec bardzo pochlebnie wyrażał się o ojcu Marysi, mówiąc, że to prosty, ale mądry chłop wiejski.

    Marysia była u nas 3 lata i wyszła za mąż. Byliśmy na jej ślubie i weselu. Bardzo nam zabrakło jej, gdy poszła na swoje. Następna, też Marysia, była zwykłym garkotłukiem i chyba Mama zrezygnowałaby z niej, ale pobyt nasz w Jaśle przerwała wojna. Marysi Reczkówny nigdy już w życiu nie spotkałem, a chętnie ucałowałbym jej ręce. Miałaby dzisiaj 88 lat.

    *

    Któregoś dnia w 1938r, przyszedł dyżurny strażnik i zawiadomił, że jakieś „żydzisko” twierdzi, że jest kolegą pułkowym pana komisarza i usiłuje dostać się do naszego mieszkania. Ojciec wyszedł na schody, spojrzał i krzyknął „Abram”. Do dyżurnego powiedział: „To jest kapral Abram Gold[69], który obronił mnie przed pchnięciem bagnetem przez bolszewika. Nigdy wam, panie plutonowy, nie wolno w przyszłości powiedzieć o tym kapralu ’Żydzisko’, bo to jest odważny żołnierz, który dostał Krzyż Walecznych za walkę z bolszewikami w 1920r, a mógł pójść do nich,   jak zrobiło to wielu jego współziomków”. Pamiętam dobrze tą chwilę, bo mnie poruszyło to, co zrobił kapral Abram, a on odchylił marynarkę i oczom ukazał się Krzyż Walecznych, ze wstążką przyszytą do podszewki. Dyżurny strażnik powiedział: „Przepraszam pana kaprala” i salutując kaprala, przepuścił go na schody do nas. Kiedy kapral Abram szedł po schodach, to strażnik cały czas jemu salutował. Takie wrażenie robił Krzyż Walecznych na żołnierzy – wiadomo bowiem było,  że  Krzyż  Walecznych  można  było dostać tylko za wysokie zasługi w walce z bolszewikami, czyli za wielką waleczność. A mój Ojciec miał dwa razy nadany Krzyż Walecznych, a ponadto Order Kawalerski Virtuti Militari nr 3634, bo nie tylko był waleczny, ale był BOHATEREM.

                Nie towarzyszyłem w rozmowach Ojca z Abramem, bo miałem tego dnia ważne dla 8-mio latka zajęcie – moja gromada Wilczków, puszczała latawce z polskimi lotniczymi znakami. Bardzo ładnie wyglądały biało-czerwone szachownice na naszych latawcach. wznoszących się coraz wyżej i wyżej. Puszczaliśmy wtedy do nich rozkazy (takie po sznurkach, na których były trzymane na uwięzi). Drużynowy wypuścił wtedy latawca z czarnym krzyżem i zarządził zawody, polegające na zbiciu niemieckiego wroga. Dowiedzieliśmy się, że takie czarne krzyże mieli na płaszczach nie tylko Krzyżacy pod Grunwaldem, ale na niemieckich samolotach są one malowane obecnie. Bardzo brzydki był ten krzyż, bo drużynowy umyślnie namalował go krzywo, z zadrami i pęknięciem. Drużynowy mówił, że niemieckie samoloty nie są takie dobre, jak nasze „Łosie” i „Karasie”. „Łoś” właśnie dostał złoty medal na paryskiej wystawie lotniczej. Niemcy podobno robili czołgi z tektury i nawet my Wilczki, będziemy mogli je zwalczać, przez podpalenie. Kiedy jeden z Wilczków, tak pokierował swoim latawcem, że strącił latawiec z czarnym krzyżem krzyknęliśmy „huraaaaa” i zaśpiewaliśmy „Jeszcze Polska nie zginęła”. Potem śpiewaliśmy piosenki wojskowe i harcerskie. Drużynowy powiedział, że mamy bardzo dobrych żołnierzy, którzy obronią Polskę. Ja powiedziałem na tej zbiórce, że mój Tata jest oficerem i ma Virtuti Militari i dwukrotny Krzyż Walecznych, a dzisiaj przyszedł do nas kapral Gold, który  też ma Krzyż Walecznych i nie mamy czego bać się. Drużynowy mianował mnie za to „szóstkowym”. Widziałem we wrześniu 1939r polskich żołnierzy, którzy dzielnie walczyli z Niemcami, tyle tylko, że Niemcy mieli czołgi ze stali, a nie z tektury – jak mówiono wcześniej. A niemieckie samoloty, może były gorsze od „Łosiów”, ale było ich setki na polskim niebie, a może nawet tysiące, a polskie rzadko pokazywały się, bo można było je policzyć na palcach. Kiedy byłem już dorosły, to znalazłem wykazy stwierdzające, że mieliśmy kilkadziesiąt samolotów naprawdę bojowych, a reszta to były awionetki wyposażone w karabiny maszynowe. „Łosie” były produkowane nawet na sprzedaż, tyle, że do obcych armii, np. do Rumunii.

                Następnego dnia, mówiło się o Abramie, który walczył w tym samym pułku co Ojciec, a w jednym ataku na bagnety znalazł się tuż obok Ojca. Z naprzeciwka nadbiegł, z bagnetem na karabinie, potężny bolszewik – podobno wysoki na ponad 2 m. Złapał gołą ręką Ojca bagnet, zgiął go jak tasiemkę i tym cały czas unieruchamiał „ojcowy” karabin. Już nawet podniósł karabin swój, żeby Ojca pchnąć bagnetem, a tu z tyłu podbieg Abram i pchnął bolszewika swoim bagnetem, prosto w serce. Bolszewik podobno nawet nie zipnął, takie dostał pchnięcie. Odtąd bardzo się zaprzyjaźnili i nawet dzielili papierosami, których nie było zbyt dużo na froncie. Abram podobno bardzo sobie cenił Krzyż Walecznych, ale nie było w zwyczaju noszenia odznaczeń na cywilnych ubraniach, jak czynią to ludzie radzieccy, więc nosił wewnątrz marynarki. Wśród swoich współplemieńców, było to nawet lepiej, bo odznaczenie miało kształt krzyża – tak źle widzianego przez Żydów. Zacząłem przemyśliwać, czy rzeczywiście wszyscy Żydzi są źli. Życie pokazało, że jak w każdym narodzie są ludzie dobrzy i źli, tak i u Żydów bywają różni.

    Miałem np. w pracy przełożonego Żyda, inż. Szpinaka, super grzecznego, ale oszusta jakich mało. Wraz z kolesiami chciał, żebym przewoził ich „kominy” płacowe przy kwartalnych rozliczeniach. Ale też spotkałem na politechnice profesora Żyda, który był nerwusem ponad miarę i klął wulgarnie, ale był uczciwy. Był to prof. Stefan Lebson, wykładający „przyrządy pomiarowe” i jak przystało na Żydów w czasach wczesnego PRLu – był sekretarzem partii (wydziału elektrycznego). Ponieważ miałem już żonę i synka, więc dorabiałem różnymi pracami do stypendium. Przez dwa okresy wakacyjne, miałem zleconą pracę w komisji egzaminacyjnej, jako sekretarz techniczny komisji. Obowiązki moje polegały na posiadaniu wszystkich dokumentów zdających i przedstawianie ich profesorom, na ich żądanie. Ponadto musiałem pilnować sal na egzaminy, podawania ogłoszeń na tablicach i wszystko typu: „daj, podaj, przynieś”. Ale była za to zapłata.

    W jednym roku zdawał na Politechnikę młody arystokrata Czartoryski[70]. Już jego profil przypominał portrety antenatów. Kiedy podałem listę profesorowi J., który był Polakiem, to ten zapytał czy Czartoryski jest z rodziny autentycznych arystokratów. Ponieważ przeglądałem ręcznie kaligrafowaną metrykę kościelną, w której podano, że został on „urodzony z”, a nie jak my „urodził się” jako syn tego i tamtej, to odpowiedziałem, że „tak, jest z arystokratów”. Wtedy profesor zapytał, czy są dyrektywy, co do przyjęcia na studia tego arystokraty. Odpowiedziałem, że dyrektyw nie ma, co do przyjęcia kogokolwiek. Bardzo stary, (ok. 80 lat mający) przedwojenny profesor, polecił mi wtedy udać się do przewodniczącego komisji egzaminacyjnej, którym był profesor też przedwojenny, ale będący Żydem i sekretarzem partii wtedy – prof. Stefan Lebson i zapytać go o dyrektywy dotyczące Czartoryskiego. Poszedłem. Musiałem długo i dokładnie zrelacjonować rozmowę z profesorem egzaminatorem. Przewodniczący zdenerwował się i głośno powiedział: „patrz (wszystkim mówił „na ty”), taki stary trup goj, stojący nad grobem - przysyła ciebie też goja, do partyjnego Żyda, z pytaniem czy w skomunizowanej Polsce uniemożliwić naukę innemu gojowi. Zamiast zrobić wszystko, co można, aby synowi jednej z najsławniejszych i zasłużonych dla Polski rodzin umożliwić studia, to on Żyda pyta, co ma zrobić. Idź i powiedz, że ma egzaminować tak, jak wszystkich. I żeby więcej ten p……..y trup nie zawracał mi d..y”. Innym razem zaznaczyłem nazwisko inżyniera, chcącego podjąć Studia magisterskie, a nie miał wymaganych lat pracy zawodowej po studiach inżynierskich. Lebson zapytał, co znaczy znaczek przy tym nazwisku, a kiedy ujawniłem braki lat pracy zawodowej, to kazał przepisać całą listę na  nowo, żeby nie było tego znaczka. Powiedział: „zapamiętaj sobie, że jak kolega inżynier chce uczyć się dalej, to masz zrobić wszystko, żeby koledze inżynierowi pomóc. Powinniście, wy goje popierać się tak, jak popierają się Żydzi. A wy, jak jesteście we dwóch, to zakładacie nawet 3 partie, bo nie możecie dogadać się. I wy chcecie, żeby Żydzi nie kierowali wami? Goje - nieżyciowi mistycy, po swoim postrzelonym Mickiewiczu, zakochanym w Maryli do tego stopnia, że widywał na trzeźwo nimfy wodne, jak pijani białe myszki. Nawet jak byliście potężnym państwem, to zamiast trzymać się razem jak Żydzi i wspierać, to dla zemsty na innym szlachcicu – paktowaliście z wrogiem. Ty chociaż bądź trzeźwy, bo masz żonę i dziecko. Umiałeś zrobić, to umiej dać im jeść”. „Przecież to robię panie profesorze” – odparłem – „studiuję i pracuję, gdzie się da”. Spojrzał na mnie spod swoich krzaczastych brwi, zdjął okulary i powiedział: „Pewny jesteś, żeś nie Żyd? Bo coś rozumu masz trochę więcej niż goj. Idź sobie obejrzeć, czy nie jesteś przypadkiem obrzezany!”

    Nauczony przez Ojca, a potem przez Matkę, którą przez 15 lat kształtował Ojciec, przyjmuję opinię o ludziach taką, na jaką zasłużyli swoim postępowaniem. Lebson miał rację.

     

    *

                Na nowym mieszkaniu w Jasle, często pojawiali się ludzie proszący o wsparcie, a Ojciec kazał pomagać wszystkim. Kiedy jednak, przylepiono nam do drzwi chleb smarowaniem, to Mama zapowiedziała, że wspomagać nie będzie. Ojciec ponownie powtórzył i zadecydował ostatecznie, że wspomagać trzeba wszystkich, którzy proszą o wsparcie. Jego przeświadczenie było takie, że na 10 proszących bywa nawet 9 oszustów, ale żeby nie pominąć tego jednego potrzebującego, to trzeba wesprzeć wszystkich dziesięciu. I tak już pozostało, bo Ojciec miał ostatnie zdanie i wszyscy w domu musieli się z nim liczyć. Kiedy był w domu, gdy przyszedł proszący, to wyjmował z szafy spodnie czy marynarki i dawał potrzebującym. Nieraz zajmował się znalezieniem pracy, dla delikwenta, gdy prosił o pracę.

    Kiedy protegowany do pracy, nawalał i nie przychodził do roboty, a wziął już zaliczkę lub narzędzia, to Ojciec spłacał takie przypadki. A pracy nie było wiele, pomimo ruszenia budowy prochowni, bo przemysłu prawie nie było. Kiedy szedłem do szkoły, dłuższą trasą przez Rynek, to zawsze pod Magistratem stali bezrobotni i kiedy urzędnik wynosił nieraz kartkę, a nieraz dwie kartki, to kobiety podnosiły dzieci do góry i wołały: „Panie, dajcie robotę mojemu, bo mamy czworo dzieci”. Naturalnie, że wołało wiele kobiet, a kartek było dwie, albo tylko jedna.

                Pomimo tej podkarpackiej biedy, miasto powiększało się, przybywało budynków dla nowych mieszkańców, którymi byli specjaliści sprowadzani do prochowni, nafciarstwa i ruszającego przetwórstwa. Gdy nastała wojna, to miasto miało już ok. 10 000 mieszkańców i szczyciło się wieloma obiektami, o które trudno byłoby w innych miastach. Budynki te w większości pochodziły z czasów zaboru austryjackiego, pod którym panowaniem, Polacy mieli największe możliwości działania. Tak, więc Jasło posiadało Klasztor, 4 Kościoły i gmachy: Starostwa, Magistratu, 2 budynki bankowe, Komunalnej Kasy Oszczędności, Poczty, Gimnazjum męskiego, Gimnazjum żeńskiego, Liceum, Towarzystwa Gimnastycznego Sokół z salą teatralno-kinową, Ubezpieczalni Społecznej, Sądu Okręgowego, Szpitala powszechnego, Szpitala zakaźnego, Polminu, 2 budynki ochronki, Elektrowni miejskiej, Gazowni miejskiej,  Rzeźni miejskiej, (Żydzi mieli rzeźnię koszerną), Huty szkła, 4 budynki szkolne, 2 młyny, tartak, 2 fabryczki marmolady, fabryczka szczotek, Straży pożarnej, 2 cegielnie + do dachówek, Rektyfikacji spirytusu, Rafinerię ropy naftowej, Restauracji Kosiby z hotelem na I piętrze.

    W Rynku był budynek z apteką i I-szą destylarnią ropy Ignacego Łukasiewicza.

     

    *

                Rok 1937 przeszedł mi na chorobach na ospę, szkarlatynę i mięśnia sercowego po szkarlatynie oraz początek reumatyzmu, również jako wynik

    szkarlatyny. W początkach chorób leczył mnie lekarz Żyd, nie pamiętam nazwiska. No cóż – Żyd, ale wielki specjalista. Kiedy okazało się, że mogę być spisany na straty, to ten lekarz załatwił mi leczenie w najlepszym szpitalu dziecięcym województwa krakowskiego, w którym znajdowało się Jasło. Trafiłem wtedy do bardzo dziwnego szpitala dziecięcego - im. św. Ludwika w Krakowie, będącego własnością prywatną lekarzy Żydów. Strasznie byłem skonfundowany, że na sali badań musiałem mieć zdjętą piżamkę, a obok stały nago dzieci obojga płci. Ano takie były wówczas zwyczaje. W tym szpitalu wszystkimi pielęgniarkami były rzymsko-katolickie siostry zakonne. Właściciele Żydzi wiedzieli dobrze, co robią. Siostry zakonne usługiwały w szpitalu nie myśląc cały czas o swoich dzieciach i co ugotować na obiad, bo nie miały dzieci i nie gotowały obiadów mężom, których nie miały. Cały czas pracowały dla dobra pacjentów, bo Chrystus powiedział „Kto pomógł jednemu z braci moich maluczkich – Mnie pomógł”. W wielu szpitalach pracowały siostry szarytki i było to bardzo dobre – dopiero komuniści wygonili siostry zakonne ze szpitali. Ale w tym szpitalu i w tym czasie siostry zakonne były pielęgniarkami. Jedna z nich była dopiero, co w Rzymie i podczas audiencji u Piusa XI, uzyskała błogosławieństwo papieskie dla swojego Różańca. Różaniec ten podarowała mojej Mamie, żeby modliła się o moje wyzdrowienie. Mama cały czas była ze mną w szpitalu. Za szpital płaciło się i mieliśmy pokój z dwoma łóżkami.

    Różaniec wykazał się nadzwyczajną mocą, otóż ja wyzdrowiałem po wielu miesiącach, potem przeszliśmy gehennę ucieczki przed Niemcami na wschód Polski, wyzwolenie nas od wolności przez zbójecką Armię Czerwoną, potem zimową ucieczkę przed sowiecką wywózką na Sybir lub w stepy Kazachstanu i następnie Powstanie Warszawskie na Woli, a Różaniec szedł z nami, przez wszystkie drogi tułaczki i dzisiaj wisi koło zdjęcia mojej Mamy. Straciłem Ojca, mieszkanie i wszystko, co mieliśmy w Jaśle.

    Potem z Warszawy wyszliśmy tylko z życiem, ale w letnich ubraniach, ale Mama miała zawsze przy sobie ten Różaniec. Z wszystkiego, co mieliśmy w Jaśle, pozostał tylko Różaniec, 3 fotografie Ojca, spinki srebrne do koszuli i ozdobny guzik od galowej koszuli Ojca. Mama w torebce swojej ponadto miała przez wiele lat papierową tutkę z nićmi koloru munduru Ojca i igłę, bo gdyby oderwał się guzik od munduru, to trzeba byłoby go przyszyć nićmi, koniecznie koloru jak mundur. Aż kiedyś wyjęła nici i okazało się, że zżarte były przez mole, które i w torebce znalazły pożywienie. Trzeba było tutkę wyrzucić – nie pozostały nici, a gdyby tak oberwał się guzik od munduru – tylko pytanie, do jakiego munduru byłyby przydatne …. Mama jeszcze wyniosła ze wszystkich pogromów swoją ślubną obrączkę, złoty zegarek i złotą bransoletkę. Inne złote kosztowności zostały sprzedane pomiędzy 1939 i 1945 rokiem na życie, na ubrania i … na buty, w miejsce zrabowanych mi przez sowiecką milicję. No, zasadnicza ich część spaliła się w Powstaniu.

    Zastanawiałem się, czy włożyć Różaniec do trumny Mamy, ale ponieważ Jezusa Chrystusa nie wkłada się do ziemi, a jest ON na krzyżyku – więc Różaniec pozostał. Włożyłem za to czapkę studencką PW, którą Mama moja chciała nawet odkupić ode mnie w pewnym czasie, tak marzyła o skończeniu przeze mnie Politechniki. Politechnikę przeczekała o 6 lat, ale umarła w 1962r, nie dowiedziawszy się, że jest wdową. Mama odeszła spotkać Jego.

    Różaniec wisi koło fotografii Mamy, a przy Niej fotografia Ojca, w takiej kolejności: Virtuti Militari, Ojciec, Mama, Różaniec – pod nimi Ziemia z Katynia.

    *

                Stale odbiegam od terminów, wyznaczonych kalendarzem zdarzeń, ale jak można stosować opisy wyłącznie według kalendarium, bez zastanowienia się, dlaczego tak się działo? Jaką moc ma podarowany Różaniec. Jaka była sytuacja polityczna, ocena społeczna czy odczucia moje lub rodziny? To, co piszę, nie jest pracą historyczną, ani nawet analizą sytuacji takiej czy innej grupy w II RP. Piszę dlatego, że w ten sposób pozostawię ślad po Ojcu i ponieważ spotkałem się z ignorancją młodego pokolenia, które cierpi z powodu realizowanych założeń kolejnych okupantów, bo:

    ·        Hitler głosił niższość rasy słowiańskiej i nawoływał: „Odbierzcie narodowi historię, a zlikwidujemy istnienie tego narodu ….. Należy mówić i mówić, aż słuchający będą pamiętać tylko to, co słyszą stale”. Metoda hitlerowska polegała na zajmowaniu przestrzeni mózgowych przez wbijanie na siłę w głowę tego, co hitlerowcom było wygodne.

    ·        Komuniści głosili, że „naukowo” wyjaśniają zjawiska ekonomiczne, historyczne i inne. Przedstawiali więc inaczej prawa ekonomi kapitalizmu, a inaczej prawa ekonomii socjalizmu. Wynik był do przewidzenia: puste półki, ale głośno nie było wolno zgłaszać uwag, ani spostrzeżeń. Za zgłaszanie takich uwag i spostrzeżeń kończyło się:

    1.    w ZSRR przed plutonem egzekucyjnym (Nikołaj Bucharin, Georgij Plechanow i inni, Lew Trocki - zamordowany),

    2.    w Polsce kończyło się na usunięciu z partii i wieloletnim uwięzieniu (Władysław Gomułka, Marian Spychalski i inni).

    Podobnie więc metoda komunistyczna polegała na zajmowaniu przestrzeni mózgowych przez wbijanie na siłę w głowę tego, co komunistom było wygodne. Nie chciałeś słuchać i powtarzać na egzaminie ukutych bzdur, to:

    a.       w ZSRR do łagru lub pod ścianę,

    b.      w Polsce nie dostałeś dyplomu i potem pracy (byliśmy bardziej na zachód, czyli w Europie, więc sankcje łagodniejsze, a czasy już nie terroru stalinowskiego, realizowane przez Józefa Światło[71]).

    Komuniści lansowali, że ich nauki są prawdziwe, w przeciwieństwie do nauk kapitalistycznych. Zatem lansowali „prawdziwą historię” i inne „prawdziwe nauki” tak, jakby np. mogła być biologia i prawdziwa biologia, podobnie jak historia i prawdziwa historia. Historia to przecież zapis tego co następowało, a inne zapisy, to subiektywne podawanie tego, co komuś lub czemuś ma służyć. Jako przykład subiektywizmu może posłużyć napisana przez Stalina: „Historia WKP(b)” – zmyślona od początku do końca.

    Tak więc powstała przestrzeń czasowa, w której wyrosły, co najmniej dwa pokolenia pozbawione normalnie napisanych: historii, ekonomii, prawa i innych normalnych przedmiotów i zapisów zaszłości.

    *

    Będąc już od dawna dorosłym, jechałem w 1973r pociągiem z grupą  licealistów jadących na wycieczkę  do  Krakowa. Licealiści z nudów małpowali, pili piwo i butelkami celowali w dróżników kolejowych, jacy mieli obowiązek stać na wszystkich przejazdach kolejowych, podczas przejazdu przepuszczanego pociągu. W pewnym momencie zaczęli popisywać się wiedzą o rockmanach, a ja jako b. harcerski wychowawca (podharcmistrz) przekornie zapytałem: „Kim był Józef Piłsudski?” Zapadła cisza, więc podpowiedziałem: „był naczelnikiem” i usłyszałem daną odpowiedź, ale tonem pytającym: „PKP?” Dalsze godziny podróży przebiegły na moich odpowiedziach i opowiadaniach, bo stale o coś pytali. Oni byli tylko opuszczeni i pozostawieni sobie, szli w życie jak pijane dzieci idące drogą i to idące we mgle szosą szybkiego ruchu. Po załatwieniu służbowych spraw z Zakładzie Energetycznym przy ul. św. Ducha – pojechałem do Jasła szukać Ojca kierowcy - Stanisława Chojnackiego, ale o tym później, bo znów wyrwałem do przodu z Jasła, a jesteśmy przed 1939r.

     

    *

     

                Kierowcą Ojca był, jak już napisałem, strażnik Staszek Chojnacki pracownik Straży Granicznej, kawaler starający się o córkę Józefa Baka, właściciela zakładu rowerowego. Panna była ładna, a Staszek był zauroczony – wiadomo młodość. Często wychodziła na szosę, gdy wracaliśmy z Krempnej, a Staszek zawsze kierował samochodem. Mama nie wiedziała o ich miłości, ale przy jednym z powrotów zauważyła machnięcie rączką i zapytała, co to za panna. Staszek jadąc dalej wyjaśnił, że to jego sympatia. Wtedy Mama zarządziła powrót samochodu do miejsca, gdzie była panienka i zaprosiła ją do samochodu. Staszek był zachwycony, panna zarumieniona, ale ja naburmuszony musiałem przesiąść się na tylne siedzenie, żeby sympatia mogła usiąść przy Staszku. Panna miała na sobie bardzo ładną sukienkę z kwiecistego jedwabiu, więc mnie też się podobała, o czym powiedziałem Staszkowi. Mama pouczyła mnie, że nie chwali się ładną sukienkę do kawalera, ale ładną panienkę, a o sukience mówi się panience. I tak powoli uczyłem się elegancji. Przy wszystkich następnych powrotach, zawsze zabieraliśmy tą panienkę do samochodu. Staszek ożenił się z nią w czasach wojny, ale nie doczekawszy się dzieci, wzięli dziewczynkę z sierocińca i po wojnie posłali na studia.

    Przybrana córka nie miała szczęścia w życiu i nie zdążyła wychować samotnie swojej przytrafionej córki, gdyż wcześnie zmarła, a jej dzieckiem zajęli się Chojnaccy jak wnuczką. Do końca życia mieli same kłopoty z przybraną wnuczką, która nic nie przyjmowała z kultury  życia i bycia. Kradła, piła i łajdaczyła się, jak opowiedzieli mi znajomi.

     

    *

                Mieszkając w Jaśle bywaliśmy w Krempnej w gościnie u aspiranta SG ppor. Stanisława Dragana, kolegi Ojca z pułku i jego żony nauczycielki. Spędziłem tam raz wakacyjne dwa lub trzy tygodnie.

                Wieś była zamieszkana przez bardzo biednych Bojków lub Łemków, których nazywano Rusinami, a ich jedynym zarobkiem był okresowy ręczny wyrąb lasu. Kiedyś na wakacjach przybiegli do mnie chłopcy, których poprzednio odwiedziliśmy z Mamą w ich szkole. Pani Draganowa była nauczycielką, uczącą na raz 3 czy 4 klasy, w jednej szkolnej izbie. Kiedy jedna klasa czytała, to druga klasa pisała, inna jeszcze rysowała. Pierwszy raz widziałem taką szkołę, a następnym razem sam brałem w 1939r udział w takiej nauce, w sowieckiej już szkole, tuż koło Równego. W polskiej szkole dzieciaki siedziały w ławkach, w sowieckiej, a właściwie byłej polskiej, a przez sowietów obrabowanej z ławek – siedziało się w kucki na podłodze, której nikt nie mył. W polskiej uczyła nauczycielka, a w sowieckiej usiłował czynić to politruk w mundurze Armii Czerwonej. W polskiej szkole dla dzieci Rusinów, językiem nauczania był polski i rusiński - w sowieckiej szkole polskojęzyczne dzieci słuchały, propagitki po rosyjsku.

                Podczas tych wakacji w Krempnej, chłopcy przynosili orzechy laskowe i dostawali od Mamy po parę grosików, które zaraz zamieniali w sklepiku na karmelki. Raz Mama przejrzała orzechy i odrzuciła te z dziurkami, jako robaczywe i puste. Rusiński chłopak nie chciał uwierzyć, że są one puste i tłukł je po kolei sprawdzając. Nie rozumiałem jak można być tak głupim, żeby nie wiedzieć, że orzechy z dziurkami są wyjedzone przez robaki. Któregoś dnia poprosiłem Mamę o parę grosików i mając dziesiątkę, poszedłem z chłopakami do tego ich sklepu we wsi. Patrzyłem na półki sklepowe bardzo zdziwiony, bo prawie niczego tam nie było. Był to biedny sklep, w biednej rusińskiej wsi. Przede mną kupowała kobieta za 1 grosz zapałki, a ponieważ pudełko mające 48 zapałek kosztowało 8 groszy, więc sklepowa odliczyła 6  zapałek i zawinęła je w skrawek brązowego papieru, zakręciwszy z dwóch stron końcówki pakietu. W chałupie Rusini dzielili ostrym nożem każdą zapałkę na 4 części i otrzymywali 24 razy możliwość zapalenia ognia. Tamte zapałki miały takie łepki, że można je było dzielić na czworo – dzisiejsze łepki kruszą się i nieraz odpadają przy potarciu o draskę, a co dopiero ciąć je na 4 części.

                Za 10 groszy dostałem tyle kolorowych karmelków, że zapełniły one moje złożone ręce i ręce jeszcze 3 chłopaków.  Papieru do karmelków nie dostałem, bo był drogi, a chłopakom, po co papier. Ssaliśmy karmelki i wracali do domu p. Draganów, a kiedy doszliśmy, to miałem w kolorowe paski całe dłonie. W domu w Jaśle, miałem cukierki i czekolady Wedla do woli, ale krempieńskie karmelki smakowały o wiele lepiej.   Tyle tylko, że Mama nie dała mi więcej grosików, bo uważała karmelki kolorujące dłonie,  za szkodliwe dla zdrowia. Ojciec powiedział: „Wyglądasz jak czerwonoskóry, tylko, że oni malują sobie twarze w takie kolorowe paski” i opowiedział mi o Winnetou, Apaczach, Komanczach i innych plemionach. Następnego dnia bawiliśmy się w indian, a rozpoczęliśmy od robienia łuków i strzał. Ja nazywałem się „Latający koń”. Koleżkom rusińskim bardzo się to podobało, lecz draka rozpoczęła się od momentu wyrywania kogutom piór z ogonów, potrzebnych do robienia pióropuszy na głowy wojowników. Ojcowie sprali paru koleżków i indian nieco ubyło w Krempnej, ale i tak po 3 dniach, gdy Ojciec wrócił z obchodu kontrolnego placówek granicznych, był zdumiony iloma wojownikami dowodziłem. Poprosiłem o pożyczenie mi lornetki, z którą nie rozstawał się podczas wyjazdów nad granicę i pieszych wędrówek kontrolnych, wzdłuż patrolowanych granic. Wypożyczył mi jakąś zdezelowaną ze Strażnicy SG w Krempnej, ale i tak uznaliśmy ją, my indianie, za wspaniałą. Niepotrzebnie ją pożyczyłem najstarszemu z moich indian, bo następnego dnia był piątek i związane z tym mycie i parowanie w „bani[72]”. Podczas oblewania się zimną wodą, przez kobiety i dziewczyny, po wyjściu z gorącej bani, zauważono jednego mojego indianina podglądającego naguski przez lornetkę. Ledwie uciekł z lornetką, ale skarga poszła i uznano zabawę w indian za niemoralną, bo przypisano podglądanie dziewczyn wszystkim moim indianom, a wcześniejsze wydzieranie kogutom piór z ogonów, też zaszkodziło w sumie.

    Musieliśmy zrezygnować z pióropuszy i robienia łuków moim scyzorykiem. Scyzoryk ten dostałem od Ojca, miał dwa ostrza, szpikulec, pilnik i piłkę, wszystko oprawione w różowy ebonit. Koleżkowie brali go delikatnie do rąk, bo takich w Krempnej nie widzieli, próbowali ostrze na paznokciu i cmokali z zachwytu. Musiałem uruchomić inne zabawy, ale znów pomógł scyzoryk, którym robiliśmy młynki łopatkowe do uruchamiania nad potokiem. W tym celu cięliśmy okraczki, takie jak do procy, potem kawałek grubej gałązki wiklinowej na wał i po 3 strugane z gałązek, długie dwustronne łopaty na ramiona wiatraka wodnego. Wał z gałązki przebijało się wskroś scyzorykiem i to tak, że można było przełożyć łopatki na wskroś, co 600. Wbijało się na strumyku 2 okraczki, na które przychodził wał z obrobionymi ze skóry końcami i była zabawa, polegająca na tym, który wiatraczek kręcił się szybciej, pędzony wodą. Mój kręcił się najszybciej, bo z dwóch stron okraczków położyłem duże kamienie, które nieco podnosiły miejscowo poziom wody, a tym sposobem wzrastał pęd przepływającej wody. Rusińscy koledzy nie odkryli tego podstępu, bo powiedziałem, że kamienie położyłem tylko dlatego, że moje okraczki były cieńsze i mogły się przewrócić bez podparcia kamieniami. Tryumfowałem, ale tak sobie pomyślałem, jak łatwo jest zapanować nad mało rozgarniętymi chłopakami z rusińskiej wsi. Kiedy odjeżdżałem z wakacji w Krempnej, to gromada chłopaków biegła za samochodem, aż do sklepiku, gdzie zatrzymaliśmy się i kupiliśmy karmelki dla wszystkich chłopaków. Wszyscy dostali karmelki, naturalnie „w łapę”, bo papier był darty tylko do cennych zapałek.

                Po prawie 70 latach, w 2006r, Syn Waldemar zawiózł mnie do Krempnej. Jakże inaczej wieś wygląda, prawie wszystkie domy murowane i otynkowane akrylowym tynkiem. Duży budynek Rady Gminnej i budynek muzeum regionalnego. W całej wsi elektryczność, a wtedy były lampy naftowe. Murowana duża szkoła, w miejsce drewnianego budynku z dużą salą lekcyjną dla kilku klas naraz. Bardzo mało pozostało rusińskich chat, które kupowano za lichy pieniądz i piłowano na polana do kominków. Trzy czwarte chat już spalono, a kolejną widziałem w piłowaniu jej bierwion[73]. Stoi stara cerkiew, ale w zarządzie kościoła rzymsko-katolickiego, bo w 1947r, w ramach akcji „Wisła” wysiedlono Rusinów na ziemie północne i zachodnie.

    Początki Krempnej sięgają przełomu XV i XVI wieku, gdy na największej fali osadnictwa przybyli tu pasterze wołoscy, w czasach właściciela Mikołaja Stadnickiego. Krempna leżała na prastarym szlaku handlowym z południa Europy przez przełęcz Beskid do Żmigrodu i Jasła. W 1915r Krempna była spalona z wyjątkiem cerkwi greko-katolickiej wybudowanej w 1778r, a w 1924r emigranci z USA wymienili gonty na blachę. W 1962r władze PRL zamknęły cerkiew i dopiero w latach 1971-72 rzymsko-katolicki proboszcz ks. Kazimierz Piotrowski przeprowadził generalny remont cerkwi. Corocznie odbywają się zloty przy cerkwi, potomków Rusinów, jacy zamieszkiwali niegdyś Krempną. Podobno niektórzy z nich płaczą, a ja ich rozumiem doskonale, bo mnie też usunięto z kochanych stron. Może Bóg pozwoli, że kiedyś przyjadę na Krempiańską Paradę Historyczną i może spotkam, któregoś z kolegów indian?

                Wieś Krempna, którą oglądałem w sierpniu 2006r, nie przypominała niczym wsi jaka została w mojej pamięci. Większa część domów, to domy nowe, stawiane z myślą o życiu jak przystało w XXI wieku i z myślą o noclegach dla turystów. Niektóre domy postawili potomkowie wypędzonych w akcji „Wisła”. Noc spędziliśmy właśnie w takich pokojach gościnnych w nowym domu, z łazienką z WC i wanną, czego nie mieli nawet p. Draganowie przed wojną. Następnego dnia zjedliśmy późne śniadanie w Jaśle i dokonali zakupów książek w Domu Kultury, którego przed wojną w Jaśle też nie było.

     

    *

                Rok 1938 był szczególny – czuło się, że coś nastąpi. Ludzie przypominali przepowiednie Kasandry, królowej Saby, Nostradamusa. Niemcy zajęli Czechosłowację – otaczali nas już z 3 stron, począwszy od Prus na północy, przez długą granicę z nimi na zachodzie i teraz od południa. Ojciec przyjmował nawet w domu meldunki o różnych przerzutach broni i pism, o zatargach granicznych za to, że żołnierz zeszedł ze ścieżki za słup graniczny. Przybywali do nas żołnierze Słowacy, którzy odmawiali służby w wojsku nowo powstałej Słowacji. Nie chcieli służyć prezydentowi księdzu Tiso[74], bo na każdym kroku byli pilnowani przez Niemców, któremu tenże Tiso wysługiwał się. Słowacy byli niby internowani u nas, co polegało na tym, że chodzili po mieście bez pasów i musieli o 20,oo być na kwaterach, których nikt nie pilnował. Mieszkańcy Jasła zapraszali żołnierzy na obiady, częstowali piwem i wtedy dowiedziałem się, że piwo najlepsze jest w Bratysławie Mnie piwo nie smakowało chyba, że było ciemne słodowe. Słowacy mówili, że jak oficer swój bije po twarzy, to można przeżyć, ale jak Niemiec bije po twarzy, to nie mogą na to pozwolić. Wtedy dowiedziałem się, że są takie armie, gdzie oficerowie biją żołnierzy po twarzy. Słowacy byli u nas do samej wojny.

                Inni słowaccy żołnierze zaatakowali Polskę 1 września 1939r, w 3 dywizje wspomagające niemieckie dywizje pancerne i oddziały ukraińskie. Nic nie mówi się o tym, że aż 3 agresorów napadło Polskę znienacka. Może to nie ma znaczenia dla historyków, ale dla mnie ma, bo postrzał z karabinu maszynowego Ojca, mógł być od Rusinów – jak opowiadał Staszek Chojnacki – a mógł być od Słowaków. A zdawało się, że byliśmy zbratani ze Słowakami, a skłóceni z Czechami. Erare humanum est.

     

    *

                Któregoś dnia, latem 1938 lub przed latem 1939r, były specjalne pokazy walki, w Jaśle na Rynku. Rynek był przegrodzony w poprzek deskami, tworzącymi takie trójkątne zapory – niczym okopy z desek. Za zaporami leżeli polscy żołnierze w hełmach i z karabinami ręcznymi. Od strony Magistratu rozpoczęła się strzelanina karabinowa – ludzie przykulili się, ale rozeszła się wiadomość, że wrogie wojsko strzela ślepą amunicją i nie trzeba bać się. Nieprzyjaciel rzucił granaty – huk ogromny i mnóstwo dymu. Nieprzyjaciel z bagnetami na karabinach rzucił się na obrońców. Obrońcy otworzyli olbrzymią kanonadę, a kiedy obcy byli już na połowie Rynku, to nasi zerwali się, nałożyli bagnety na karabiny i z okrzykiem „huraaaaa” rzucili się do walki wręcz. „Niby trup” padał gęsto z obydwóch stron, ale nasi wyparli nieprzyjaciela, aż za Magistrat. Po chwili wracali niosąc rannych na noszach i zabitych. Ludzie stojący wokół Rynku wołali „huraaaa” i zaczęli śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła”, a potem „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy”. I wtedy na Rynek wjechały konne taczanki z karabinami maszynowymi i zaraz weszli żołnierze, ubrani w peleryny - jak Podhalanie. Ludzie krzyczeli „niech żyje polskie wojsko” i śpiewali „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił”. Władze miasta przekazały karabiny maszynowe pułkowi – te karabiny, na które kwestowaliśmy niedawno.

    Oficerowie podziękowali, kompania Podhalan przedefilowała przed publicznością. Ludzi ogarnął szał. Wszyscy krzyczeli radośnie. Rok później widziałem jak wojskowe konie rozrywały uprzęże i wywracały armaty w huku bomb – na szosie koło Stoczka czy Siedlec za Warszawą. Na razie mieliśmy nie oddać nawet guzika od płaszcza, ale sowieci wtedy – w chwili najwyższej próby - wbili nam nóż w plecy, aby pomóc Hitlerowi. Musieliśmy przegrać kampanię wrześniową. Pokonali nas chwilowo, ale nie zwyciężyli nas. Ale tam na R,ynku jeszcze tego nie znaliśmy. Na razie byliśmy radośni i przygotowywaliśmy się do wojny.

     

    *

     

                W jakiś tydzień lub dwa później odwiedziliśmy Dzidkę na obozie przysposobienia wojskowego (PW) w Krempnej, przy placówce Straży Granicznej. Pierwszy raz wszedłem wtedy do namiotu wojskowego i z moją Mamą i mamą Dzidki oglądaliśmy prycze do spania. Panna Dzidzia w polowych warunkach – to było clou programu. Nie miała lustra do czesania się. Jadała z menażki łyżką składaną z widelcem. Jakże zazdrościłem jej, ja 8-mio letni chłopak. Za półtora roku jadłem z okopconej menażki rozbełtaną kaszę, podczas ucieczki od bolszewików. Ale na razie ja byłem w krótkich spodenkach, a Dzidzia Rucińska była w mundurze junaczki i zasalutowała nam do furażerki. To było wspaniałe. Zazdrościłem, chociaż salutowała okropnie, po babsku.

    Dzidka była bardzo zaprzyjaźniona z moją Mamą, z którą kiedyś była na szkolnym balu, bo jej rodzice gdzieś wyjechali, a bez mamy swojej lub „przyzwoitki” nie mogłaby być na balu szkolnym. Takie były czasy i takie zwyczaje. Za to dzieci nieślubnych było o wiele, wiele mniej i mniej dziewczęcych tragedii. Tak, więc uprosiła moją Mamę i była na balu szkolnym aż do 22,oo – kiedy bal musiał się zakończyć. Powrót panienki do domu po 20,oo też nie był dozwolony samotnie, bo policja mogła ją zatrzymać i spisać z legitymacji. Potem byłby meldunek do szkoły i wezwanie rodziców do dyrektorki liceum. W szkołach męskich dyrektorami byli mężczyźni nauczyciele, a w żeńskich szkołach były kobiety dyrektorki nauczycielki. Uczniowie i uczennice nosili mundurki szkolne i tarcze na rękawach. O paleniu papierosów, piciu alkoholu i przeklinaniu nie było nawet, co pomyśleć.

     

    *

                Wracając do przygotowań do wojny, to my chłopaki też szykowaliśmy się do wojny. Najpierw trzeba było nauczyć się strzelać. Ojciec kupił mi flower[75] pięciostrzałowy, repetowany przesuwną dolną listwą, tak jak strzelby policji amerykańskiej i kiedy jeździliśmy na strzelnicę ze strażnikami, to ja też strzelałem do tarczy. Zupełnie dobrze strzelałem i trafiałem z 25 metrów w jabłko. Kiedyś jeden ze strażników zapytał, czy trafiłbym do przelatującej kawki. Podniosłem szybko karabinek i wystrzeliłbym do kawki, ale Ojciec podbił mi broń i wyjaśnił, że nie wolno strzelać do stworzeń żyjących. Wolno strzelać w obronie życia do wrogów, a do zwierząt, jeżeli zagrażają człowiekowi lub potrzebne jest ich mięso do jedzenia. Trochę polowania wychodziły z tych reguł, ale w końcu ktoś mięso dzikiego zwierza i ptactwa zje, więc reguła nie jest przekroczona. Teoretycznie, bo mięso powstało z dzikiego zwierza, raczej dzięki ludzkiej prymitywnej chęci trafienia i zabicia, podczas polowania. Czym innym było polowanie ludzi pierwotnych, którzy byli bardziej etyczni, bo zabijali tyle, ile potrzebowali dla swojej grupy. Brat cioteczny i myśliwy Staszek, przekonywał mnie w latach osiemdziesiątych, że myśliwi dają zwierzowi szansę, nie strzelając do kaczek na wodzie, lecz dopiero, gdy poderwą się z wody, a do zająca nie wolno strzelać, gdy stoi słupka. Proponowałem mu danie szansy, to jest, że strzelę do niego dopiero, gdy odbiegnie 20 metrów i nie będzie stał słupka. Nie chciał spróbować, nawet zakładając, że strzelę nie śrutem, lecz pojedynczą kulą z drylingu[76]. A myśliwi strzelają śrutem i wcale nie muszą trafić – wystarczy, że 100 czy nawet „tylko” 30 śrucin wytworzy zabójczą chmurę pocisków, pędzących w kierunku uciekającej kaczki czy zająca. Staszek nie chciał nawet, żebym miał zawiązane oczy i strzelał na słuch, bo jak mówił „Ojciec twój trenował cię w strzelaniu, a w wojsku brałeś nagrody jako prymus w strzelaniu”. No, zdrefił. A zwierz może zdrefić i zrezygnować? Polak musi umieć strzelać, ale może strzelać do tarczy, czego uczył mnie Ojciec, a nie koniecznie do zwierząt. A jeśli trzeba wyładować dzikość, to można wziąć udział w zapasach, ale nigdy w kiksboksigu[77].

    Do wyładowania nadmiaru siły mogą służyć sporty takie jak biegi, skoki, jazda rowerem, na nartach, podnoszenia, rzuty, marsze itp.

     

    *

     

                Mnie strzelania, w czasach jasielskich było zbyt mało, więc postanowiłem z chłopakami trenować strzelanie z procy. Proce zrobiliśmy przepisowe, potrzebne jednak były cele. Tarcza dobra jest do strzelania z floweru lub łuku, ale do procy nie nadaje się, bo nie widać efektów. Do izolatorów na słupach elektrycznych strzelać nie wypadało, bo byliśmy Wilczkami z ZHP. Wymyśliłem butelki, ale trzeba było zdobyć ich dużo. W tym czasie został przeniesiony mjr Ruciński do Cieszyna, a następcą został nieprzyjemny inny major, którego nazwiska już nie pamiętam. Był on irytujący i nieładnie mnie nazwał „Dudek”. Tak też mówiła jego żona i córka, w wieku Dzidki, ale po rodzicach dziewczyna była również nieprzyjemna. Przyjechali z mnóstwem butelek, do robienia przetworów pomidorowych. Te butelki były wspaniałymi celami, ale były w ich piwnicy, a piwnica była zamknięta. Poradziliśmy sobie w ten sposób, że wsuwaliśmy przez okienko piwniczne ruchomą pętelkę na długim kiju i po nasunięciu pętelki na szyjkę butelki – należało zacisnąć pętelkę pociągając za sznurek i … butelka nasza. Ta i 50 innych, a może 80, nikt ich nie liczył. Łowy butelkowe udawały się, ale służąca majora zauważyła ubytek butelek i musieliśmy przerwać podbieranie. Wtedy zaczęliśmy strzelać do puszek po farbach, jakie użyto do odnowienia garażu. Puszki były nawet lepsze, bo nie tłukły się po trafieniu, nie było szkła, a trafienie widoczne było po spadnięciu celu z parkanu. Całe szczęście, że nikt nie zauważył naszych treningów, bo mogłyby być kłopoty – mógłby np. Ojciec mieć uwagi, a z Ojcem wiadomo, nie było przelewek. Miałby rację, ale dopiero teraz to widzę.

     

    *

                Podczas wtargnięcia Niemców w 1938r do Czechosłowacji, Polacy zajęli Śląsk Cieszyński, o który z Czechami trwały odwieczne targi: za królewskich czasów, przy zakończeniu I Wojny Światowej, w dwudziestoleciu i po II Wojnie Światowej. Mój Ojciec był w Komisji Rozjemczej i razem z wojskiem wyznaczył linię demarkacyjną, której Niemcy nie powinni przekroczyć, bo ziemie te przyłączono do Polski. Niestety, nie mamy czym szczycić się, bo

    czas był nieodpowiedni, na takie posunięcia i takie posunięcia też nie były odpowiednie, a utrzymały się tylko do 1 września 1939r. To była inkorporacja[78], ale jednostronna. Inkorporacja w chwili napadu wielkich zmilitaryzowanych Niemiec na mniejszy kraj – mniejszy od napastnika i mniejszy od sąsiada - Polski. Ojciec nie był zadowolony z wyznaczonego obowiązku i nawet był bardzo smutny. Mówił, że zemści się to, bo wykorzystaliśmy tragedię innego narodu w obliczu możliwości wojny z narodem Czarnego Krzyża. Czesi i Słowacy nie mieli możliwości uzyskania pomocy. Europa sprzedała ich w Monachium za cenę bezwartościowego podpisu Hitlera i przyrzeczenia, że to ostatnie sięgnięcie po cudze. Tacy byli i tak zapowiadali się Alianci na przyszłość. W następnym roku podpisano inny układ – tym razem dotyczący uśmiercenia Polski i inna inkorporacja zaczęła się 17 września.

    Alianci nie oddali nawet jednego strzału, przez cały wrzesień 1939r.

    Podpisy szulerów i bandytów nie sprawdzają się ani w banku, ani w historii. Takimi byli Hitler i Stalin. Podpisy Aliantów miały podobną moc, bo to też szulerzy, grający znaczonymi kartami, a sprawdziło się to przy sprawie Katynia, przy cofnięciu uznania dla polskiego rządu na emigracji i przy upoważnieniu Stalina do utworzenia rządu w Warszawie. Nawet nie przysłali oficjalnej komisji do nadzorowania „wolnych wyborów” w Polsce w 1945r. Wystarczyło „słowo honoru” dane przez Stalina.

     

    *

                Kończąc II klasę w 1939r umiałem już pisać. Kiedyś p. Maria Potępa kazała nam napisać w zeszytach imię, nazwisko i adres zamieszkania.

    Napisałem: Juzef Boheński ul. Zaśpianego 4.

    Pani poprawiła na: Józef Bocheński i adres na ul. Wyspiańskiego 4.

    Do rozpoczęcia III klasy pozostawały dwa miesiące. Dwa miesiące szczęśliwe dla mnie i dla milionów Polaków. Czarne chmury zbierały się i gęstniały nad Polską. Jeszcze 60 szczęśliwych dni poprzedzało apokalipsę. A zdawało się, że będziemy szczęśliwie mieszkać w Jaśle, Ojciec pójdzie na wcześniejszą emeryturę[79] i będzie spokojnie łowić swoje rybki. Mama będzie wychowywać swego jedynaka, chuchać i dmuchać na obydwóch swoich mężczyzn, robić wspaniałe konfitury z płatków róży[80] ucieranych w makutrze, do pączków smażonych w domu i będzie szczęśliwa kobiecym spełnieniem. Konfitury z płatków kwiatu dzikiej róży, to rozkosz w ustach, a jaki zapach? Kiedy wracałem ze szkoły jesienią, to z domków na trasie powrotu snuły się w powietrzu zapachy przetworów, ale różę rozpoznawało się z bardzo daleka i można było dojść do źródła, przy zamkniętych oczach, kierując się tylko węchem. W innych regionach Polski do pączków wkłada się paciajki z marmolady, a w Jaśle i na całym Podkarpaciu gospodynie wstydziłyby się włożyć do pączków, co innego niż konfiturę z kwiatów dzikiej róży. Tamte z marmoladą, to marmoladowe placki lub bułeczki – pączki są wtedy, gdy nadzienie jest z róży. Inaczej porównując, to tak jakby zachwycać się bluzeczką, a nie znać piękna pąka dziewczęcej piersi, skrytego pod bluzką, piersi jeszcze nie rozniesionej pokarmem. Dzisiaj wiem, że piękna jest też pierś matki, gdy karmi swoje dziecko, ale to piękno już dojrzałe, tak jak dojrzała brzoskwinia. Wszystko to dopiero miałem poznać. Na razie znałem pączki z róży, smażone i marynowane pstrągi królewskie, miód prosto z barci w żmigrodzkim dworku i jeszcze z resztkami wosku, raki prosto z wrzątku i wspaniałe z pianą mleko kozie. Mleko kozie piłem, codziennie po szpitalu, dla nabrania zdrowia i sił - chodziłem pić je za miasteczko, do ludzi mających kozy. Koza, to taki dziwny rogaty stwór, który zjadał papierki od cukierków, jakie przy kozach chciałem wyrzucić. Widziałem jak zjadły kapelusz ze słomy i starą gazetę, zielsko i obierki. Jednym słowem wszystko, omal jak Chińczycy, którzy nie jadają podobno tylko parowozów. Wtedy zrozumiałem, dlaczego u ubogich Żydów było tyle kóz i dlaczego ludzie kozę nazywali żydowską krową.

     

    *

    Wracając do niedokończonego tematu piękna dziewczęcej piersi, to przypominam sobie, jak po jakimś powrocie z Warszawy, Ojciec przywiózł obraz Wygrzywalskiego. Wtedy obudziło mnie rankiem stukanie młotka, przy wbijaniu specjalnego haczyka, do zawieszenia obrazu. Obraz był wykonany techniką pastelową, był jasny, bardzo kolorowy i zmieniał się w zależności od oświetlenia. Szczególnie piękny widok powstawał przy rzuconym nań promieniu słońca, który rozświetlał go i wtedy do złudzenia można było przenieść się w ukazywaną scenerię arabskiej wioski, w promieniach palącego słońca, jakie tylko tam może tak silnie operować. Przedstawiał stojąca przy studni młodą, lecz już dojrzewającą dziewczynę arabską, z rozchyloną szatą, z pod której wychylały się pączuszki piersi. Pochylona dziewczyna nalewała wodę, do podstawionego przez mężczyznę dzbana. Miała zapłonioną twarz i wstydliwie opuszczone rzęsy, tak jak można było to widywać u dziewcząt, które wiedziały kiedyś, co to jest dziewictwo i zachowanie przyzwoitości. Byłem „szczylem”, a jednak dlaczegoś obraz fascynował mnie, dzisiaj powiedziałbym  - po męsku, chociaż miałem ukończonych dopiero 8 lat. Widać, że pewne sytuacje, związane z płcią, odczytywane są przez instynkt chłopca wcześniej, niż następuje poznanie mózgowe, które wykształca się dopiero z doświadczenia obrazów i przeżyć. Zapamiętałem to spojrzenie dziewczęce z pod pięknych długich rzęs, przejmujące zalotnym uśmiechem i jednocześnie przejmujące zażenowaniem dziewczęcia, jakie występuje u niektórych z nich, w początkach obecności koło mężczyzny w ogóle lub w określonych sytuacjach z mężczyzną. Nigdy nie gustowałem w niewiastach kanciastych, walących prosto z mostu, pewnych siebie – choć nie były mocne umysłowo, narzucających innym swoje zdanie – bo tak sobie po prostu życzą i muszą wymusić na otoczeniu ich tolerowanie. Jak już ukazałem, moja Matka była szczęśliwa, będąc subtelną niewiastą i subtelną już nawet jako kobieta mającą dziecko. Jakże była kulturalna, delikatna i mądra - właśnie mądrością kobiecą – przejawiającą się w postępowaniu kontrastowo innym, niż postępowanie nie tylko zaślepionych feministek, ale tych wszystkich pań, które twierdzą, że męża trzeba sobie wychować, czyli dotąd go maltretować psychicznie i małżeńsko-fizycznie, dopóki nie stworzą godnego współczucia manekina, niczym następnego Felicjana Dulskiego[81].

    Ile to razy w życiu słyszałem wypowiedzi pań, o okropieństwie męskim we wszystkich istniejących i wyimaginowanych postaciach, o tym, że tylko jedno im w głowie – łóżko, że brak im odpowiedzialności i taktu – bo zawsze pchają się z łapami. A ja pytam tylko, a kto tych okropnych mężczyzn urodził, wychował i ukształtował. A przypadkiem kobiety-mamusie nie miały w tym udziału? czy też uważały, że ich syneczek będzie po za opiniowaniem współczesnych jemu kobiet ? Nie opiniowaniem mamuni, lecz innych kobiet. A może kobiety-matki mają zawsze rację, ale kobiety-synowe nie mają prawa mieć, nie tylko racji, ale nawet innego spojrzenia na ich synków. Nie mają prawa do smutnych identycznych stwierdzeń – jakże podobnych do zdania kobiet-teściowych o mężczyznach-samcach - wrednych, jak tylko chłop może być wredny. A jeżeli kobieta zaspakaja swoje pragnienia z mężczyzną, o którym wie, że jest żonaty i że w ten sposób pomaga rozbić małżeństwo, gdzie są dzieci, to przestaje być uczciwa i uczuciowa wobec tych dzieci, czy „jej” wolno? Już przestała być lojalna wobec innej kobiety?

    Spoglądałem oczami dziecka na Mamę i Ojca, na ich wzajemny stosunek, uszanowanie posiadania odrębnego zdania – ale ściśle rozdzielonego na kwestie męskie i damskie. Spoglądałem na godzenie się, że są dwoma połówkami wspólnej całości - małżeństwa - ale już nie dwoma połówkami w rozumieniu połówek tego samego np. jabłka. Dzisiaj wspominam to, co zaobserwowałem dzieckiem będąc, a będąc już starym, mogę wyciągnąć wnioski, dlaczego udało się Im 16 szczęśliwych lat. Mężczyzna i kobieta są zbyt różni przeznaczeniem, żeby byli jednakowi w myśleniu i rozumieniu tak samo, chociaż każde z nich ma głowę, ręce, nogi, płuca, serce, mózg. No właśnie, zaczyna się od mózgu, który innymi płatami pracuje, dlatego inaczej spostrzegają przedmioty i ich fakturę, kolor. Mężczyźni więcej uwagi przykładają do ruchu, bo z nim wiąże się bezpieczeństwo grupy, rodziny, pary. Z tym było związane pierwotne męskie zajęcie, jakim było polowanie. Polowanie, na to, co rusza się i bez obrazy podlegał temu ruchowi zwierz do upolowania jak i kobiety, które należały do jakiejś grupy – innej rodziny.

    Mężczyzna układa cegły – kobiety niszczyłaby sobie paznokcie przy tym przecież. Mężczyzna pracuje na spychaczu - kobieta oberwałaby sobie delikatne przydatki[82]. Mężczyzna siekierą powala drzewa – kobieta nie ma tyle sił. Mężczyzna walczy karabinem i armatą – kobieta  boi się huku. Ale mógłby przecież jeszcze obierać ziemniaki. Uprać bieliznę. Nakarmić dziecko. Urodzić dziecko – ale wtedy nie byłby mężczyzną, tylko kobietą, której Natura udzieliła możliwości. U moich Rodziców nie było takich problemów. Nie było, więc powodów do nieporozumień. Mama znała powinności, jakie Jej płci przydzieliła Natura i cieszyła się życiem. Była żoną i matką, ale potrafiła spoglądać na partnera subtelnie i zachowywać się jak dopiero panienka, nawet rumienić się potrafiła. I w tym przypominała mi tą piękną arabską dziewczynę, z dziewczęcym rumieńcem zażenowania i powabem opuszczonych nieco rzęs. Takie dziewczęta spotkałem nielicznie w życiu i takie wspominam u schyłku życia, bo były podobne do mojej Matki. Mężczyzna często poszukuje kobiety podobnej do Matki. Moja Mama była subtelną blondynką i na fotografiach panieńskich miała warkocz z granatowym motylem. Tak blondynka i warkocz – koniecznie ….

    Jakie piękne były kiedyś dziewczyny …. Miały spódniczki jak trzeba, warkocze, nogi i kolanka, tak jak i dzisiejsze dziewczyny, ale jakże inaczej nimi dysponowały. Były subtelne. A może ja jestem tak stary, że i głupi już?

     

    *

    Mam w pamięci jeszcze 3 obrazy, ale nie potrafię ich uszeregować chronologicznie. Podam, więc co zapamiętałem, co odczuwałem wtedy i nieco później, a nawet obecnie, gdy wspominam tamte czasy:

     

    Gdy nadeszły smutne wiadomości od Dziadków z Warszawy, to zapamiętałem jak Mama była spakowana do wyjazdu, z powodu choroby i spodziewanej śmierci Jej Mamy – Babci Zofii. Babcia miała cukrzycę i wszystko, co jadła było ważone i przeliczane według tablic. Miała nadmiar cukru we krwi, ale jak umarła, to powiedziano, że zabrakło cukru w organizmie. Nic nie rozumiałem jak to jest z tym cukrem, niby jest, a go nie ma. Ale wtedy Babcia jeszcze żyła, a Mama i Ojciec, siedząc przy stole, planowali różne warianty ewentualnego dojazdu Ojca i mnie do Warszawy. Ja nie spoczywałem, tylko rozpocząłem trening podróżny. W tym celu podniosłem walizkę Mamy i zacząłem chodzić wokół stołu. Walizka – fajny przedmiot, można uchwycić za rączkę i nosić, nosić i nosić. Mama powiedziała: „Przestań”, a Ojciec na to: „Mateczko, pozwól chodzić mu z walizką, to jest chłopak, lepiej niżby miał strzelać z procy”. Zdrętwiałem. Czyżby Ojciec coś wiedział o procy i butelkach? Szczęśliwie nic nie nastąpiło dalej, a Mama powiedziała: „A noś sobie. Ojciec zawsze jest za tobą, jak to chłop za chłopem, ale ma rację. Jesteś chłopakiem, a nie dziewczynką. A tak chciałam mieć i dziewczynkę, a nie mogłam”. Zaczęła płakać. Ojciec powiedział: „Mateczko, ale już urodziłaś dziecko. Jesteś wspaniała”.

    Byłem zbulwersowany, jak to, powiedział: „urodziłaś dziecko” - przecież mnie Ojciec znalazł i przyniósł Mamie. Natomiast Babcia twierdziła, że mnie przyniósł bocian. Nie dawało się wyjaśnić sprawy, skąd biorą się dzieci, bo jak pytałem noworodka, u przyjaciół Rodziców, to noworodek nic nie rozumiał i nic nie odpowiedział. Po prostu, tak był jeszcze mały, że nie umiał mówić - mały baran jeszcze. Po wielu latach, kiedy dorosłem, powróciłem do tej sprawy. Mama powiedziała mi wtedy, że Ich drugie dziecko było martwym chłopczykiem, a potem już nie mogła mieć więcej dzieci. Zresztą ja urodziłem się dopiero w piątym roku Ich małżeństwa.

    Czułem zawsze, że brakuje mi Ojca, ale jak to byłoby świetnie, gdybym miał brata lub siostrę. Może lepiej, żebym miał siostrę, to miałbym naprawdę, kim się opiekować, bo te dziewczyny takie są naiwne, szczególnie w miłosnych tematach. Chociaż może i nie ….. W naszym powojennym osieroconym domu, brakowało nieraz chleba, ale Mama miałaby dwie istoty do kochania, a chlebem podzieliłbym się. Zostaliśmy we dwoje, ale Mama często była sama, bo jej syn grywał w piłkę nożną, bywał na zbiórkach i obozach harcerskich i jak to chłopak, ciągnął do miłej sercu dziewczyny, wiec przesiadywał w Podkowie Leśnej. Właściwie nie przesiadywał, tylko grywał w siatkówkę w grupie sympatii, Danki, która doskonale serwowała i ścinała piłki. Siatkówka, to był powód do spotkania. Potem można było dziewczynę odprowadzić do domu i popatrzyć w jej oczy po drodze, z parku.

    Ona często patrzyła w moje oczy, i to tak, jakby patrzyła do samego środka. Patrzyła, ale odtrącała rękę niby niechcący dotykającą jej dłoń. Blondynka o pięknym płowym warkoczu, z ładną, chociaż wcale niezbyt wiotką kibicią[83], ale takie szczupłe, aż chudzielce nie są ładne, gdy tu i tam wystają kości, a spódniczka nie ma, na czym trzymać się. Miewała na sobie szary mundurek harcerki, albo mało wykrojone sukienki, nie pozwalające, żeby chociaż zerknąć na dziewczęce piersi. Może to grzech, ale dziewczęce piersi robiły na mnie wrażenie. Początkowo nie wiedziałem dlaczego.

     

    *

    Po wojnie, Mama siadywała przy oknie i patrzyła szeroko otwartymi oczami, nie na ogród czy ulicę, ale hen, gdzieś w przestrzeń. Siedziała tak godzinę, a nieraz i dłużej. Nie zmieniała smutku na twarzy, a oczy stawały się niewidzące, bo nie drgały źrenice, nawet wtedy, gdy podchodziłem. Trwała godzinami, jakby w letargu, a ja bałem się wytrącać Ją z tego stanu. Pewnie widziała Ojca. Może była z Nim na balu, może całował Jej piersi, a może tylko trzymali się za ręce, tak jak zwykle to widywałem? Nie rozmawialiśmy o tym, bałem się wytrącać Ją z tego patrzenia i bałem się nawet rozmawiać o tym. Patrzyłem niby zahipnotyzowany, a może oszołomiony nieznanym przypadkiem zapadania Mamy w inny, jak gdyby świat, układ czasowy, w inną przestrzeń niż trój wymiarową. Nie wiem w co, ale bałem się skruszyć ten stan ekstazy. Wieczór przychodził, ja odkładałem książkę, bo nie mogłem już czytać, ale nie śmiałem zapalić światło, które mogło Jej odebrać złudne kształty Jego, bo musiała widywać swojego ukochanego – oczy to zdradzały. Więc trwaliśmy, jakby w odrętwieniu. Nieraz przechodził czas kolacji. Podciągałem koc na siebie i przysypiałem na kułaku zgiętej ręki. Rano widywałem, że Mama leżała na swoim tapczaniku i też była przykryta, drugim kocem – może nie chciała rozbudzać mnie szykowaniem pościeli do spania. Kiedy „wracała” do rzeczywistości – nie wiem. Nie pytałem, bo bałem się skruszyć Jej świat wspomnień.

    Tak to bywa z kobiecymi oczami.

     

    *

    Wracaliśmy kiedyś pociągiem wieczornym z Warszawy: Ojciec, Mama i ja. Po peronie uwijali się sprzedawcy specjałów i „różności”. Sprzedawcy z koszykami, pełnymi kanapek i ciastek, przebiegali pod oknami wagonów, głośno wykrzykując nazwy produktów, inni szli korytarzem wagonu i zaglądali do przedziałów, oferując sprzedawane pyszności np. panieńską skórkę, bajgiełki takie jak w Krakowie na Plantach, orzeszki fistaszki - zwane wówczas „żydkami”, balony i piszczałki do dmuchania, gumę do żucia itp. Wzdłuż wagonów, na wózkach, rozwożono kawę, herbatę, piwo, lemoniadę, słodycze, ciastka i lody, albo gazety, papierosy i szmirowate książki – takie, co to zabili go i uciekli, aż znalazł się mądry detektyw á la Sherlok Holmes bądź dzielny komisarz Poincare i sprawę szybko rozwikłał, bo miał ją „w jednym palcu”. Mama nieraz czytała w podróży takie książki dla zabicia czasu i miewała czasami minę przerażoną, szczególnie, gdy …. podróżowaliśmy z Ojcem. Dawała Mu fragment do przeczytania i mówiła ”ja się boję”, a Ojciec z uśmiechem dodawał „wiem, wiem - sama spać – ale to Ci nie grozi, bo” i nim zdążył dokończyć, to Mama cicho-cicho-cichutko dodawała „wiem, że kochasz jeszcze….  ale ile jeszcze?”. Ojciec brał Ją za rękę i całował rączkę niby ukradkiem, bo to przecież było w pociągu. Patrzyłem na to, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego Mama spuszcza oczy i rumieni się, czyżby robiło się Jej gorąco? No i w ogóle, to tak: mój Tata ożenił się z moją Mamą, a ja niestety będę musiał ożenić się z jakąś obcą panienką. Przecież tak wychodzi, bo skoro nie mam dzieci, to nie ma ich mamy i nie będę żonaty z ich mamą. Wypada, że będę musiał dopiero znaleźć sobie żonę, czyli dla mnie, w tej chwili – jest teraz i będzie chyba obcą panną. Jak ten świat jest niesprawiedliwie zorganizowany! A jak dobrze ułożyło się mojemu Ojcu – Jemu udało się ożenić z moją Mamą! Szczęściarz z mojego Ojca i Mama, jaka szczęśliwa – wcale nie cofała mu ręki, a Mama mówiła: „przestań, nie jesteśmy w domu” i jeszcze niżej spuszczała rzęsy. Jaka piękna była moja Mama, taka zapłoniona, jak ta dziewczyna arabka z obrazu Wygrzywalskiego. No, inaczej była ubrana, bo nie w zwiewnej rozsuwającej się szacie i zawsze nosiła stanik, a arabka jego nie miała.

     

    *

      Wypada wrócić do niedokończonego tematu kolejowej podróży. Kupiliśmy wtedy od roznosiciela, z jego sporego kosza, ulubioną gumę do żucia i jakąś zapakowaną tabliczkę. Kiedy pociąg ruszył, Tata rozerwał opakowanie i wyjął kolorową tekturkę, którą rozłożył dwukrotnie, aż ukazała się szachownica. Potem wyjął grube kółeczka opakowane w granatowe i srebrzyste sreberko. To były warcaby, pierwszy raz widziane. Pokazał ruchy pionków, a potem miał już dwie damki i szalał po szachownicy. Przegrałem pierwszą partię warcabów. Ku mojemu przerażeniu, zaczął zajadać czekoladki, jakie były zapakowane w te sreberka i nawet poczęstował Mamę i mnie, bo ja nie miałem nic, jako przegrany. Popłakałem się. Mama interweniowała, ale nic nie wskórała. Ojciec powiedział, że wygrał i może zrobić, co chce z czekoladowymi pionkami. Siedziałem naburmuszony, ostentacyjnie nie przyjmując czekoladek-pionków, jakimi byłem częstowany. Jak można jeść warcaby? Po godzinie było mi smutno nadal, ale żałowałem, że nie przyjąłem poczęstunku. Zawsze, co czekoladka, to czekoladka. Poprosiłem o czekoladkę i dostałem ją. A na najbliższej stacji, Ojciec wysiadł z wagonu i znalazł sprzedawcę, który miał identyczne czekoladowe warcaby. Dał mi całą paczkę i powiedział: „Kupiłem drugie warcaby, bo przełamałeś się w chytrości”. Tak powiedział, ale chyba było mu przykro, że synkowi było przykro. Kochany Ojciec. Szukał na peronie takie same czekoladowe warcaby i znalazł. Mój Ojciec zawsze znajdował, to co chciał. Podobno mnie też znalazł i podobno podarował Mamie. Dzięki Niemu miałem więc kochaną Mamę. A gdyby mnie nie znalazł, to mógłby znaleźć mnie, kto inny i mogłem mieć złą mamę i innego tatę, który może piłby wódkę. Ale szczęśliwie znalazł mnie. Mama też była zadowolona z tego, że Jej dał synka. Często zarzucała Mu ręce na szyję, a on unosił Ją na rękach i tańczył wokół stołu w saloniku. Boże, jak kochali się, jak spoglądali na siebie z uśmiechem. Tylko przy rozstaniu, na stacji kolejowej w Jaśle, w przededniu wojny, byli poważni i bez uśmiechu, ale trzymali się za ręce. Zawsze za ręce. W kinie, w cukierni, w pociągu, przy stole po obiedzie, na rybach – chyba, że Mama opalała się. Tylko idąc ulicą, Mama trzymała Ojca pod rękę, bo tak jak nakazywała etykieta[84]. Etykieta obowiązywała w towarzystwie i np. nie było do pomyślenia, żeby niewiasta szła ulicą bez kapelusza i bez torebki, albo żeby mężczyzna na ulicy palił papierosa idąc pod rękę z kobietą. Panowie z towarzystwa mieli kapelusze na głowach na ulicy, a jeżeli jechali rowerem jako cykliści, to miewali czapki. Zresztą mężczyźni nie należący do towarzystwa, miewali też przykryte głowy kapeluszami lub czapkami. Panienki na ogół chodziły po dwie i nigdy po 8-ej wieczorem.

    Patrzyłem na Ojca i Mamę – oni byli inni, jakkolwiek byli też niewiastą i mężczyzną. Moja Mama była kobietą, bo Ojciec z niewiasty powołał kobietę. Była kobietą i żoną lojalną. Lojalną, gdy nie było nawet już szans na spotkanie, ale czekała, do ostatniego tchu i ostatniego uderzenia serca. Jestem całkowicie pewny. Nie musiała, ale i nie wyobrażała sobie wydać nas na łup przygodnego mężczyzny. Przed śmiercią powiedziała „Tylko Jego kochałam i ciebie synu. On był jedynym moim mężczyzną. Chyba nie pokochałabym innego mężczyzny, bo nikt nie byłby podobny do Niego. Nie zniosłabym, gdyby inny mężczyzna źle odnosił się do ciebie”. O Boże, ile byłoby szczęśliwych małżeństw, ile byłoby szczęśliwych związków – nawet mniej formalnych, ile byłoby szczęśliwych dzieci – gdyby małżeństwa tak kochały i szanowały siebie. Gdyby dziewczyny nie były dzisiaj tak łatwe. Nikt nie jest szanowany, jeżeli sam nie szanuje siebie i nie wymusi szacunku dla siebie.

    Kanclerz Jan Zamoyski twierdził, że „takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Kto jednak może zrozumieć kobiety, bo przekonać je – nie da rady.

     

    *

    Kiedyś wybraliśmy się, Ojciec, Mama i ja, na spacer za miasto, razem z mjr Zdzisławem Rucińskim, jego żoną Zofią i Dzidką, która prowadziła na grubym pejczu psa doga, o imieniu Dżok. Na Dżoku jeździłem wiele razy „konno”, bo był to wielki pies, prawie jak mastiw[85]. Miał wielkie psie serce i nie sprzeciwiał się, kiedy wsiadałem na niego. Mało tego, jak tylko mógł, to lizał mnie po buzi. Jego język był nawet przyjemny, duży i ciepły, ale Mama krzyczała, gdy mnie lizał, bo przedtem może lizał coś brudnego na ziemi, jak to pies. Ani ja, ani Dżok nie rozumieliśmy tego, bo przecież byliśmy wielkimi przyjaciółmi. Potwierdzał to fakt, że jak tylko miałem coś słodkiego, to Dżok zawsze mi zabrał i zjadł, a ja nie sprzeciwiałem się temu, bo Dżok był fajny i jeździłem „konno” na nim.

    Tego dnia zobaczyłem coś, co zdumiało mnie okrutnie. Kiedy byliśmy za miastem, na jakiejś łące, wtedy mjr Ruciński odpiął go z pejcza, założył mu swoje okulary i na głowę chusteczkę z zawiązanymi wszystkimi rogami. Dżok wyglądał jak psi profesor, w śmiesznym czepku. Mjr Ruciński pokazał psu dwa palce i powiedział „licz”, a Dżok szczeknął dwa razy. Pokazał pięć palców, a Dżok szczeknął pięć razy. Powiedział: „ile to jest – sześć odjąć trzy” i pokazał trzy palce, a Dżok szczeknął trzy razy. Zdumiewające – pies umiał liczyć. Zrozumiałem, że Dżok jest bardzo mądry, ale jak musiał być mądry jego pan, który nauczył go liczyć. Szanowałem mjr Rucińskiego, bo Ojciec mówił, że to bardzo mądry oficer i dowódca, ale od tego dnia był on dla mnie na poziomie, co najmniej generała. Miał genialnego psa, ale Virtuti Militari nie miał, a mój Ojciec miał, to najwyższe odznaczenie wojskowe. Mój Ojciec był Bohaterem, a mjr Ruciński miał tylko wspaniałego psa. Więc mój Ociec był ważniejszy.

     

    *

    Z jednego z wyjazdów do Warszawy, Ojciec przywiózł drewniane małe stojaczki, w których były ustawione szklane rurki zwane probówkami z gumowymi korkami. Obok w pudełku były słoiczki ze szklanymi korkami i wypełnione cieczami prawie pod sam korek. Ciecze miały różne jasne kolory, a niektóre dymiły, gdy Ojciec je otwierał. Dostałem zakaz samodzielnego zaglądania do całego pakunku, a do przejrzenia dostałem jedną z kilku książek.

    Baaardzo była to dziwna książka – dodawano w niej nie liczby, ale różne takie kompozycje literowo-cyfrowe, np. H2O + NaCl = i coś tam nowego wyimigowanego napisano. Podobno to były równania chemiczne, a ja wtedy znałem tylko w zuchach „równaj w prawo”. Podczas wyjazdów samochodem np. do Krempnej lub rowerami nad Jasiołkę czy Wisłokę, Ojciec brał w rękę dziwny młoteczek i pukał w skały, nawet nieraz nakrapiał je płynem z buteleczek, a kiedy dymiło toto, to odłupywał kawałek skały i pakował w papier z opisem skąd ten kawałek pochodzi. W domu łupało się taki kawałek skały na granitowej płytce aż na proszek i następnie polewało w porcelanowej miseczce płynem z tajemniczych buteleczek. Trochę toto nieraz dymiło, a zawsze zmieniały się kolory, które Ojciec porównywał z tabelą z kolorami i coś tam zapisywał. Mama mówiła, że Ojciec poszukuje rud metali, a jak znajdzie toto co szuka, to będzie bardzo ważny i zarobi duuużo pieniędzy na nasz wymarzony domek, który będzie taki, jak ten co prababci spalili kozacy w 1864r. Prababci – bo Pradziadka zabili Rosjanie w walkach Powstania Styczniowego z 1863r. Więc miał być domek mający z lewej i prawej strony po dwa okna przegrodzone drzwiami z wejściem, nad którym miał być daszek na dwóch słupach wsparty i posiadający posadzkę ogrodzoną balustradą. Ot taki domek jak dawne szlacheckie dworki. Do dzisiaj śnią mi się takie dworki, ale pozostają tylko w snach. Nie wyszedł tamten dworek Ojcu i nie wyszedł nigdy mnie. Tak więc dymiły doświadczenia, powiększały się zapisy w specjalnych zeszytach, ale cud odkrycia rud o znacznej zawartości metali – nie następował. A podobno bardzo były te rudy metali bardzo potrzebne  w Copie, żeby Polska była bogatsza i przysposobiona lepiej do obrony przed wrogami a szczególnie przed Niemcami. O wrogu w postaci ZSRR nikt poważnie nie myślał, bo było to państwo „na glinianych nogach”. Tak myślano i może dobrze myślano, ale nikt nie brał pod uwagę, że dwaj wzajemni wrogowie podadzą sobie ręce, aby zniszczyć Polskę, By zniszczyć szczęście mojej rodziny i milionów takich polskich rodzin.

                Myśląc o przyszłości, Rodzice przeprowadzili już rozmowę z p. Tadeuszem Dzikowskim, na temat wybudowania nam willi, jak wtedy nazywano domy jednorodzinne. Pieniądze na budowę były prawie zebrane na książeczce oszczędnościowej PKO. Pozostały na niej, bo wojna wybuchła nagle, a nikt nie przypuszczał, że będzie miała tak katastrofalny przebieg. Nie ma pieniędzy, nie ma domu, ale co tam - nie ma Ojca. A teraz nie ma i Matki …

                Szczęście było na wyciągnięcie ręki. Szczęście …. O Boże ….

     

    *

    1 września 1939r miałem pójść do 3 klasy szkoły powszechnej.

    Miałem przed sobą jeszcze 4 klasy, do pełnych 6 klas szkoły powszechnej, gimnazjum (4 klasy), liceum (2 lata) i bezpłatne studia na każdej wyższej uczelni w Polsce. Studia za to, że mój Ojciec był Bohaterem odznaczonym Orderem Virtuti Militari. Te studia syna, to rekompensata za wystrzelone płuco. Za to samo komuniści w 1951r, nie dopuścili mnie do egzaminu na Politechnikę Warszawską.

                W marcu 1939r, zarządzono w Polsce mobilizację, ale po kilku dniach ją odwołano, pod presją Anglii i Francji. A szkoda – tym zaszkodzono nam.

     

    *

     

                Przed Świętami Wielkanocnymi byliśmy ostatni raz na rybach. Przy wyjmowaniu haczyka ze szczupaczego pyska, ten zdołał Ojca złapać za palec zębami, które u niego są pochylone do tyłu, żeby nie wypuścić połykanej zdobyczy. Wędkarze strażnicy, którzy też byli na rybach, musieli wbić szczupakowi krótki kijek, aby rozewrzeć mu pysk i wycofać palec. Palec fatalnie jątrzył się i długo był zawinięty. Podczas śniadania świątecznego, Ojciec opowiedział nam przy stole, jak to szczupak chciał nawet chwycić cień Jezusa Chrystusa, gdy przechodził On blisko wody, idąc wzdłuż brzegu jeziora. Pan rzekł wówczas: „za to, że nie poszanowałeś Syna Człowieczego, będziesz w głowie miał wszystkie narzędzia męki Mojej”. Ojciec rozebrał na swoim talerzu łeb szczupaka, który o mało nie odgryzł Mu palca i pokazał nam: gwoździe, młot, włócznię, cęgi do gwoździ i nawet piłę do upiłowania belek krzyża. Patrzyłem zdumiony na to, jak szczupak był zbójecko wyposażony. Nawet z pyska był niesympatyczny i patrzył zbójecko, tak jak za pół roku mieli wstrętne pyski germańscy najeźdźcy i też tak patrzyli ze swoich czołgów.

                Więcej nie byliśmy na rybach. Nie przywoziliśmy już z rzeki Ropy dużych linów, które po kilka dni blokowały domową wannę. Ropa, a szczególnie jej nieczynne już zakola, była zamulona. A tam były najwspanialsze liny. Złowione ryby trzeba było trzymać w wannie i często zmieniać wodę, żeby wypluły z siebie błotnisty muł. Zbierało się jego sporo, na dnie wanny. W ten sposób, trochę poprawiał się ich smak. Trzy dni trzeba było męczyć się bez wanny i myć w miednicach. Ostatnie miesiące były zbyt napięte i nie było czasu na łowienie ryb. Zawsze nad wodą Ojciec ścinał grubą łozę wikliny, obtłukiwał ją dużym rybackim nożem, aby kora oddzieliła się od drewna. Potem nacinał otworki, jakie miewają fujarki i zsuwał korę wiklinową w kierunku cieńszego końca. Z wyjętego środka odcinał dwa korki, jeden cały wbijał z powrotem w koniec górny, a drugi przycięty lekko dla przepływu powietrza – wciskał w dolną część. Fujarka była gotowa. Ile takich prostych zabawek, robił mi Ojciec. On wszystko umiał robić … Pięknie śpiewał i grał na mandolinie, ładnie tańczył z paniami, naprawiał rower, jeździł rowerem i motocyklem, strzelał z pistoletu, karabinu i z łuku, łowił ryby w wodzie i nad jej powierzchnią, uczył mnie alfabetu Morse[86], grał w szachy i warcaby, w brydża, robił fujarki, latawce, wiatraczki na wiatr i wiatraczki-młynki wodne, przenosił na rękach Mamę przez rzeki, a mnie na barana. On wszystko umiał i wszyscy Go kochali.

     

    *

     

                W ostatnich dniach sierpnia, nakleiliśmy paski papieru na krzyż na szyby, bo to miało chronić szyby przy bombardowaniu. Kopaliśmy rowy przeciwlotnicze. Mama przygotowała tampony z gazy i przygotowała odtrutki z wody i sody oczyszczanej do ich zmoczenia, na wypadek, gdyby Niemcy puścili gazy trujące. Trzeba było przyłożyć do ust i nosa zmoczoną gazę, żeby filtrować powietrze do oddychania.

    Mama zawsze kupowała papierosy ”Egipskie” i „Ekstra płaskie” oraz „Mewy”, pruła je, mieszała tytoń i składaną maszynką blaszaną robiła papierosy z watką filtrującą i ustnikiem. Tym razem, pod koniec sierpnia, zrobiła ich ze trzysta, albo więcej i włożyła do podróżnej walizki oficerskiej, gdyby Ojciec musiał iść na wojnę. Spakowaliśmy obrazy, kryształy, kosztowne przedmioty i wysłaliśmy, koleją do Warszawy do Dziadka Aleksandra. Warszawa nie mogła być zdobyta przez Niemców, bo my zwyciężymy i zrobimy zwycięską defiladę w Berlinie. Bagaże wysłaliśmy, bo Jasło było przy granicy i było mało bezpieczne. Bagaże nigdy nie dotarły do Dziadka.

                Strażnicy palili akta służbowe i przypięli bagnety do pasów. Ojciec przyniósł do mieszkania granaty bojowe i nowego Mausera.

    Taki granat trzeba było ścisnąć razem z t. zw. łyżką, wyjąć zawleczkę i rzucić. Łyżka w powietrzu odpadała, iglica uderzała w kapiszon, zapalał się krótki łącznik lontowy i granat wybuchał, żeby zabić Niemców, którzy wedrą się do Polski. Wszystko było proste, tylko Mama nie pozwalała brać do ręki granaty. Na stole w kuchni stała lampa naftowa, na wypadek braku prądu elektrycznego.

     

    Mama wyprasowała oficerski mundur polowy z trzema gwiazdkami kapitana i przypięła tylko Order Virtuti Militari, bo na wojnie nie nosi się wszystkich odznaczeń. Gwiazdki SG były czteroramienne, a wojskowe były pięcioramienne. Wyprasowany mundur powiesiła w sypialni, obok pelerynę.  

    Wyciągnąłem dwie setki pocisków „long” do floweru. Flower codziennie czyściłem i smarowałem oliwką. Piękny scyzoryk był w tylnej kieszonce moich spodni. Byłem przygotowany do wojny.

     

    *

     

    W dniu 31 sierpnia 1939r, ok. 10 rano, Ojciec przyszedł na chwilę i powiedział: „Przyszły nowe rozkazy. O 16-tej zabierze was pociąg ewakuacyjny dla rodzin wojskowych. Zbieraj się Mateczko z Józkiem.”

    Mama zaczęła płakać i nie można było uspokoić Jej łkania. Przez łzy powiedziała jednak: „Będzie - jak każesz Józku”. Objęła Ojca za szyję.

    Upadłem na kolana i objąłem rękami nogi Ojca. Wołałem pytaniem: „Tatusiu, nie będziemy się tutaj bronić? Mamy przecież granaty! Tatusiuu !!!”

    Służąca odprowadziła psa wyżła do znajomych. Nigdy o psie nie wspominałem – po prostu w domu był zawsze pies. Teraz np. był Harry – nim pies wyszedł z mieszkania, to podniósł do góry łeb i zawył, chociaż nigdy tego nie robił. Zawył tak tęsknie, że aż dzisiaj jeszcze pamiętam. Musiał wyć z serca, a serce u psa jest wierne i podobno wielkie. Zaparł się łapami i służąca siłą wyciągała go z mieszkania ciągnąc smycz, a on z rozpostartymi łapami jechał po klepce parkietu na pazurach jak na łyżwach. Ojciec powiedział: „Niech Marysia nie udusi psa”, podszedł, ujął Harrego za obrożę i wyprowadził za drzwi. A kiedy puścił obrożę, to Harry uspokojony już i potulny, rzucił Mu się do rąk i długo lizał. Skąd wiedział, że żegna swojego kochanego pana?

    Potem rozpoczęło się wydawanie dyspozycji służącej, która miała pozostać, bo wróg będzie pobity, ale gotować trzeba będzie, nie tylko Ojcu, ale i pracownikom Inspektoratu Straży Granicznej. Wyobrażenie o wojnie czerpała Mama z I Wojny Światowej, gdy walki były z zasady prowadzone pomiędzy okopami. Nikt nie znał Brietzkriegu. Więc wydawano dyspozycje …

    Nastąpiło szybkie pakowanie walizek. Bielizna, ubrania na zmianę, kożuszek góralski i futro z łapek. Ten kożuszek i futro - w przyszłości uratowały nas, gdy ciężką zimą 1939/40r były osłoną przed mrozem, podczas ucieczki z „bolszewickiego raju”.

    Ale nie wyprzedzajmy czasu i tragicznych zdarzeń, do których nieuchronnie zbliżaliśmy się, niczym ćmy do nocnego światła, równie nie znając przeznaczenia.

    O 15.oo wyszliśmy z mieszkania i nigdy doń razem nie wrócili. Tylko mnie było danym, przejść się po pokojach, po prawie 70-ciu latach.

    Wyszliśmy.

    Obejrzałem się do tyłu – oh, jaki piękny dom opuszczaliśmy i wszystkie moje zabawki, rower i książeczki o Koziołku Matołku, Małpce Fiki Miki, o Słoniu Birarze ….  Nie przewidywałem, że stracę Ojca ….

    Jeszcze przed 16,oo. byliśmy na stacji kolejowej.

    Dużo rodzin wojskowych czekało na pociąg ewakuacyjny.

    Według polecenia ustawiliśmy się bliżej przejazdu przez tory.

    Rozkaz, to rozkaz.

    Ojciec-kapitan był w polowym mundurze wojskowym (już nie w mundurze SG), na naramiennikach miał po trzy pięcioramienne gwiazdki.

    Na piersi tylko Virtuti Militari.

    Przy pasie nowiutki Mauser w kaburze. I koalicyjka z odznaką POS.

    Ojciec górował wzrostem nad wszystkimi.

    Był wysoki i taki przystojny.

    Jakże byłem dumny z Ojca.

    Nie, nikt nas nie może pobić. Mój Ociec ma Virtuti Militari !

    Ojciec i Mama trzymali się za obie ręce, tak jak zawsze.

    Mama była bardzo poważna.

    Już nie płakała.

    Stała wyprostowana i sztywna, jakby była z drewna.

    Stała jak żołnierz.

    Rodzice patrzyli sobie prosto w oczy.

    Ojciec co raz całował Jej ręce.

    Gwiżdżąc wjeżdżał długi pociąg ewakuacyjny. Przyjechał – po co?

    Hamulce, jakoś tak strasznie zapiszczały – ższższższższ, aż strach.

    Ojciec powiedział do Mamy: „Mateczko, uważaj na siebie i syna i wychowaj go na Polaka” i do mnie: „Opiekuj się Mamusią, bo musisz mnie zastąpić. Synu, to mój rozkaz dla ciebie!”.

    Dlaczego zastąpić? Skąd To wiedział?

    Padliśmy sobie w ramiona. Pocałowaliśmy się. Ostatni raz ….

    Wsiedliśmy do wskazanego przedziału – zarezerwowanego imiennie.

    Ojciec podał przez okno 2 walizki. Gwizdnął parowóz.

    Ojciec krzyknął z peronu: „Cały świat przejdę i was odnajdę ! Czekajcie, ja wrócę z wojny, bo was kocham, kocham, kocham!”. Zasalutował nam.

    Pociąg ruszył, ciężko jęcząc - jakby nad wspólnym wojennym losem.

    Bardzo powoli nabierał prędkości, łaskawie dając nam czas na ostatnie spojrzenia. Spojrzenia w szczęśliwą przeszłość.

    Tragicznego PRZEZNACZENIA nikt nie znał, z wyjątkiem BOGA.

    Wszyscy machali rękami, na dowidzenia, a dla niektórych – żegnajcie!

    Ojciec stale oddalał się, jakby malał, aż znikł z oczu. Na wieczność.

    Po wielu latach pozostała tylko Jego kochana twarz, taka jak na fotografii. Innej - po wielu, bardzo wielu latach – już nie pamiętam.

    Nigdy żywi, nie spotkaliśmy się już, na tym świecie – ale jeśli Pan Bóg Ojciec nasz pozwoli, to obejmę Jego nogi i ucałuję po Zmartwychwstaniu. Nogi zacnej mojej Mamy-Polki też ucałuję – też, jeśli Bóg pozwoli.

    Panie Wielki, Ojcze nasz - grzeszny byłem, ale o łaskę błagam.

    Pozwól mi Najwyższy, Pierwszy i Ostateczny – ucałować Ich nogi.

     

     

    6.   Wojna i okupacja

     

                W przedziale było nas 8 osób: cztery panie i czworo dzieci. Panie rozmawiały o wojnie takiej, jaką pamiętały z 1914 – 1918 roku i tej jeszcze straszniejszej z 1920 roku, gdy czerwone zbóje - bolszewiccy nieśli pożogęi śmierć do całej Europy, palili kościoły, gwałcili kobiety, mordowali Polaków jako burżujów. Wtedy jeszcze nie znały okrucieństwa hitlerowskich esesmanów i niemieckich żołdaków. Nie przypuszczały, że wiele z nich dozna bestialstwa z rąk bolszewików, którzy podstępnie wedrą się do Polski i zaczną wywózki bezbronnych kobiet i dzieci na Sybir, w bezkresne stepy Kazachstanu i w tysiące miejsc wyniszczania Polek z ich dziećmi. Słuchając opowieści powiedziałem w pewnej chwili: „Mój tatuś nie ma jednego płuca, ale ma Virtuti Militari”. Panie zainteresowały się, jak to jest, bez jednego płuca. Mama wyjaśniała to i tamto. Panie pokazywały sobie fotografie swoich mężów. Rozpoczęły się nowe znajomości i opowiadania oficerskich żon. Płynęły godziny, na nowych stacjach dosiadały do pociągu inne rodziny oficerskie.

    Przed wieczorem rozniesiono herbatę. Lekarz w mundurze i narzuconym białym kitlu, przeszedł przez pociąg wraz pielęgniarką i pielęgniarzem, też w mundurach i białych kitlach. Pierwszy raz widziałem kobietę w białym kitlu na mundurze wojskowym. Runęło całe przeświadczenie, że kobiety nie służą w wojsku. Kiedyś dostałem pasem, bo w końcowym rozliczeniu – nie chciałem przyjąć dziewczyny do chłopięcego wojska. Lekarz i pielęgniarze mieli białe opaski z czerwonym krzyżem. Wypytywali, czy nie ma kogoś, kto czułby się źle. Pielęgniarze wydawali podręczne leki, na ogół uspokajające, z wojskowych sanitarnych toreb, też z czerwonym krzyżem. Podobno na dachach wagonów naszego pociągu, też były wymalowane czerwone krzyże w białych kołach. Miało to wykluczyć bombardowanie pociągu oznaczonego czerwonym krzyżem w białym polu, bo to pociąg bez wojska. Miało – ale za dwa dni Niemcy pokazali, jak honorują układy międzynarodowe.

    Wieczorem dyżurny żołnierz rozłożył nam górne łóżka, poprzez podniesienie oparć ław przeznaczonych do  dziennego  siedzenia.  Na górę zapakowano dzieciaki. Po jednej stronie przypadły trzy dziewczynki, a po drugiej ja sam. Po chwili dziewczynki pokłóciły się i jedna z nich wparowała na moje łóżko. Była to dziewczynka, która bez przerwy czymś mnie częstowała. A to jabłkiem, a to cukierkiem i tak w kółko. Koniecznie chciała mieć głowę przy oknie, tak jak ja. Więc przeniosłem się z głową w kierunku korytarza. Ona za chwilę też. Prosiła, żebym coś opowiedział, więc opowiedziałem jej o Słoniu Birarze. A ona bez przerwy gapiła się na mnie, aż mi było głupio. Po chwili powiedziała, że umyślnie pokłóciła się z dziewczynami, bo woli chłopaków. Zapytała czy ona podoba się mnie, bo ona zakochała się we mnie. Mnie zatkało, bo dotąd nigdy nie flirtowałem z dziewczynami, a miałem, aż prawie 9 lat. Dziewczynka naciągając koc na nas, objęła mnie po kryjomu ręką. Powiedziała: „podobasz mi się bardzo, ożeń się ze mną – dobrze?” Byłem wstrząśnięty propozycją i tym objęciem ręką. W głowie nie mieściło mi się takie bratanie z dziewczyną. Dziewczynka przytuliła nosek do mnie i z uśmiechem zasnęła, a może najpierw udawała, że usnęła? Niektóre dziewczyny były według mnie bezczelne. Leżałem cichutko, zawstydzony, że jestem pod kocem z dziewczyną. Poczułem jakiś taki niepokój w dole spodni, a nie wiedziałem wtedy nic o sexie i co i dlaczego dzieje się w tych spodniach. Natura działała bez wiedzy chłopca. Dziewczynka oddychała tak, jak śpiące dzieci, a ja powolutku odsunąłem się od niej. Aleeee była kompromitacja, a Mama nic na to! Spodnie powoli uspokoiły się. Wstydziłem się zapytać Mamę, co się dzieje, gdy przytula się dziewczyna. Byłem wtedy na poziomie przynoszenia dzieci przez bociany. Musiałem poczekać jeszcze trochę, żeby doświadczeni chłopcy wyjaśnili mi sprawę bocianów i spodni.

    Obudziłem się o 4 rano, kiedy pociąg zahamował i stanął na stacji w Krakowie. Do zarezerwowanego, całego przedziału obok , wsiadł generał Józef Haller[87] z żoną i adiutantem w stopniu kapitana. Rano, po śniadaniu,  pan adiutant przedstawił się w sąsiednich przedziałach. Ja, jako jedyny męski przedstawiciel w przedziale, honorowo też przedstawiłem się, jako szóstkowy w Wilczkach ZHP i odtąd prowadziłem z nim wojskowe rozmowy, w korytarzu wagonu. Przed wieczorem 1 września staliśmy w korytarzu, właśnie rozmawiając, gdy na niebie pokazał się klucz samolotów. Adiutant spojrzał w ich kierunku przez lornetkę, otworzył drzwi do przedziału gen. Hallera i powiedział: „panie generale, melduję, że od horyzontu podchodzą niemieckie samoloty, typu Junkers”. Parowóz uruchomił parowy gwizdek, dawał znaki szybkimi sygnałami: tu tu tu tu tu i zaczął nabierać rozpędu. Powoli poznawaliśmy wojenne zwyczaje, sygnały alarmowe i zalecane zachowania. Wchodząc w łuki torów, pociąg miał taką prędkość, że byliśmy rzucani na ściany wagonu w lewo i w prawo. Gdzieś było słychać rechotanie karabinów maszynowych, dziki ryk syren pikujących samolotów[88] i kolejne jakieś wybuchy. Jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jesteśmy ostrzeliwani przez samoloty i obrzucani bombami. Wreszcie samoloty odleciały. Po pewnym czasie dojechaliśmy do niewielkiej stacji, za którą odczepiono nasz parowóz, a my zostaliśmy w polu. Po godzinie podczepiono nowy parowóz i przejechaliśmy parę kilometrów, ale znów zabrano nam parowóz. Na sąsiednim torze stał pociąg z odkrytymi wagonami-platformami, a na nich były armaty i żołnierze. Była też platforma ze sprzężonymi poczwórnymi przeciwlotniczymi ciężkimi karabinami maszynowymi. Na siodełkach siedziała obsługa, obserwująca niebo podczas stałego kręcenia się tych kaemów wokół swojej osi. Mama zapytała przez okno, żołnierza z obsługi kaemów, co to się dzieje. Żołnierz odpowiedział: „to pani nie wie, że od dwunastu godzin jest wojna?” W ten sposób dowiedzieliśmy się, że Niemcy zaatakowali Polskę, a te samoloty, to ostrzeliwały i obrzuciły bombami nasz pociąg. Uratowało nas to, że maszynista nie stanął, aby ludzie uciekli w pole, tylko zwiększył prędkość pociągu. Niemcy nie trafili w ruchomy cel. Teraz są takie celowniki, że trafi się nawet w szybką rakietę, ale wtedy nie było, szczęściem dla nas. Niemcy nie honorowali znaku czerwonego krzyża, bo ludobójca i zbrodniarz Hitler, nakazał zabijać mężczyzn, kobiety i dzieci polskiego języka. Nie miał szczęścia drugi pociąg ewakuacyjny, który nieraz ukazywał się za nami, na horyzoncie. Tamten maszynista stanął, ludzie rzucili się do ucieczki w pole, a lotnicy nawracali i strzelali do nich jak do zajęcy. Od kierowcy Ojca, Staszka Chojnackiego, dowiedziałem się w 1970r, że znajomy oficer powiadomił Ojca ok. 9 września, jakoby widział trupa mojej Mamy i mnie też zabitego, przy tym drugim pociągu. To zadecydowało tragicznie, bo Ojciec wrócił z mostu do Rumunii, gdzie oddział już był według rozkazu. Wrócił żeby wyrównać rachunki z Niemcami. Gdyby przeszedł ten most, może zginąłby na zachodnim froncie, a może jednak przeżyłby wojnę? Może ściągnąłby nas na zachód, tak jak to zrobił z rodziną Michała Rydla, kolegi z drużyny 101 MDH z Podkowy Leśnej, jego ojciec? Pewne byłoby, że nie trafiłby do szpitala w Równem, do Kozielska i do Katynia. To po prostu ironia losu, żeby plotka tak tragicznie odmieniła los Ojca i całej rodziny. Ironia losu czy plan Boży, żeby przewrócić komunizm? Pan nasz, być może podjął taką decyzję. Co ja mogę opiniować wyroki Boże, ja ziarenko, może pył, a może tylko śmieć w historii?

    Przez dwa kolejne dni zabierali nam parowozy dla przewozu wojska. Staliśmy wiele godzin, a przygodnie jechali po kilkadziesiąt kilometrów. W Warszawie znaleźliśmy się dopiero 3-go września, zamiast 1-go, około południa. Jechaliśmy prawie 3 doby, a ja musiałem 3 noce spać stale z tą dziewczynką, co mi swój nosek przytulała do policzka. A ona stale naciągała koc i obejmowała mnie! A mnie stale denerwowały dziwnie zachowujące się wtedy spodnie. Okropność dla mężczyzny prawie 9 letniego! Kiedy sypnęła się sprawa, że dziewczyna obejmuje mnie pod kocem, to jej mama wyjaśniła, że nic się nie stało, bo Jasia sypia tak z mamusią. Dzisiaj myślę: biedny jej tata, który musiał stale czekać, bo … Jasia musiała obejmować mamusię. Szczęściem, że nie przebieraliśmy się do spania, w pidżamy i nocne koszulki, bo Jasia mogłaby znów coś wymyślić, może nawet tak jak Danusia Krzesińska?

     

    *

    Kiedy wysiadaliśmy 3 września z pociągu, zawyły syreny ogłaszając alarm dla Warszawy. Słychać było dalekie wybuchy i salwy zenitówek przeciwlotniczych. Po odwołaniu alarmu, znalazła się jakaś taksówka i dojechaliśmy do Dziadka na ul. Elektoralną 37. Po telefonie do Ciotki Wandy, mojej chrzestnej matki, przyjechał po nas jej mąż Wuj Stanisław, ten co miał amputowane dwie nogi i chodził na protezach. Zabrał nas, do nich na warszawskie Bielany, na ul. Lipińską 4. Telefony szwankowały i Mama nie mogła zatelefonować do Ojca do Jasła. Nie wiadomo, czy Ojciec byłby osiągalny w Jaśle, bo może był gdzieś na pozycji. Gdyby Mama dodzwoniła się jednak do Ojca, to nie dałby wiary złemu rozpoznaniu, jakie dokonał Jego kolega. Może spotkalibyśmy się jeszcze w tym ziemskim życiu? Nemezis[89] jednak działała. Mama nie dodzwoniła się, ale za to kolega oficer powiadomił Ojca o rzekomej naszej śmierci. Tragiczna pomyłka w informacji i skutkach!

    Do 7 września słuchaliśmy Polskiego Radia, nie mającego dla nas pomyślnych wiadomości, ale z 7 na 8 nocny tragiczny apel płk Umiastowskiego wywołał panikę w Warszawie i w Narodzie. Apelował o opuszczenie Warszawy przez mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Ruszyły tłumy na wschód Polski, mężczyzn, kobiet i dzieci. Czym dało się: samochodami, konnymi wozami, pieszo z wózkami i bez. Szosy zapchały się tłumami uciekinierów. Ruszyli Wanda i Stanisław Szułczyński z synem Stasiem i zabrali Mamę i mnie oraz służącą Ksawerę pochodzącą ze wschodnich rubieży Polski. Kiedy przywieźli Ksawerę ze wschodnich terenów, to młoda Białorusinka dziwiła się, że woda leci ze ściany i o zgrozo „sracz mają w chałupie”, czyli w mieszkaniu. Załadowano Steyera 4 dorosłymi osobami, dwojgiem dzieci, pościelą,  ubraniami i w drogę. Most Kierbedzia był przeznaczony tylko dla wojska. Most Poniatowskiego przejechaliśmy lawirując pomiędzy dziurami na wylot od bomb.  Przez dziury w jezdni mostu widać było wodę Wisły.

    Kiedy podjeżdżaliśmy pod Siedlce, to nad nami przeleciały liczne samoloty. Wuj Stanisław powiedział: „Angielskie”. Ciotka zapytała: „Skąd wiesz?”. Odpowiedział, że poznaje po „długich ogonach”. Za piętnaście minut piekło rozgorzało przed nami. Ci „Anglicy”, a rzeczywistości Niemcy, bombardowali Siedlce i potem rzucili bomby fosforowe do zapalenia zabudowy – na ogół drewnianej. Kiedy wieczorem dotarliśmy do Siedlec – tylko stały murowane kominy – pozostałości dymiły. Jak przejechaliśmy miasteczko, a właściwie pogorzelisko, nie wiem. Wszystko dymiło, a Wuj przejechał jednak. Za Siedlcami zabrakło paliwa. Nocowaliśmy w ciasnym samochodzie, tuż za miasteczkiem, jakie pojawiło się przy drodze. Rano kupiliśmy spirytus denaturowany w butelkach i ruszyliśmy dalej. Nagle pojawił się żołnierz w masce gazowej i nas zatrzymał. Podobno Niemcy rzucili gazy z samolotów. Mama wyjęła tampony z gazy, zwilżyła przygotowanym płynem neutralizującym i założyliśmy na twarze. Po godzinie wszyscy ruszyli wokół. Jechaliśmy wśród tłumu pieszych, wśród wozów i nielicznych samochodów. Prędkość ograniczona. Kończyło się znowu paliwo. Musieliśmy zjechać na pobocze, bo jechało wojsko – artyleria, z przeciwka. W tym momencie nadleciały niemieckie Junkersy, siekąc wzdłuż szosy z pokładowych karabinów maszynowych. Zawróciły kołem i od początku jatka wzdłuż szosy. Przeraźliwie wyły ich syreny, jakie mieli zamontowane w skrzydłach, dla wywoływania paniki. Konie rwały się z uprzęży, armaty przewracały się, gniotąc żołnierzy. Wybuchła podwoda z amunicją. Przerażenie. Apokalipsa. Odlecieli, a ich bomby zmasakrowały czoło wojskowej kolumny, która przeszła przed chwilą koło nas. Po pierwszym przelocie i ostrzelaniu nas, Wuj otworzył swoje drzwi, ale poplątały mu się protezy. Mama wyskoczyła z samochodu i pociągnęła mnie za rękę w kartofliska. Biegłem ciągniony przez przerażoną Mamę. Druga salwa z samolotów. Mama pchnęła mnie na ziemię i przykryła sobą. Boże, Mama była przerażona, ale mnie osłoniła swoim ciałem. Czuła możliwą śmierć, ale chciała być Matką do końca.

    Matka kuropatwa, odciąga lisa od gniazda udając, że ma złamane skrzydło. Byle dalej od dzieci w gnieździe. Nieraz przegrywa i lis ją chwyta, ale instynktownie broni dzieci, bo jest matką.

    Moja Matka przykrywa swoim ciałem mnie syna. Jest przerażona widmem śmierci, ale zasłania sobą syna.

    Samoloty odlatują. Wracamy do samochodu i do pretensji Ciotki, że zostawiliśmy inwalidę Wuja. Pełno rannych żołnierzy i cywilów. Są zabici. Ranne konie przeraźliwie rzężą. Żołnierze strzelają im w głowy, aby dobić. Wymiotuję. Dociągamy do zabudowań wsi Ulana. Paliwa brak zupełny. Dostajemy cokolwiek do jedzenia. Przesypiamy noc na plebanii, w kuchni, na glinianej polepie. Rankiem ksiądz lokuje nas w wiejskiej chałupie, bo na plebanii zorganizowany został lazaret polowy. Mama i kobiety rwą płótna na nici, z których robione są szarpie - tampony na rany. Ranni żołnierze, mają obandażowane głowy, ręce, nogi. Siedzą i leżą pod owocowymi drzewami w sadzie. Ciężej ranni leżą podobno w pokojach na plebanii. Lekarz wojskowy operował w nocy przy lampie naftowej. Podają mu pół szklanki wódki, bierze zakrwawioną gołą ręką, wypija i idzie operować dalej.

    Nie ma paliwa, musimy zostać. Mama i Ciotka organizują kuchnię dla żołnierzy. Idą kolumnami i są głodni. Kuchnie polowe gdzieś w drodze. Gospodarze przynoszą do gotowania, co mają. Żołnierze posilają się i idą dalej.

    Niektórzy zostawiają puszkę mięsa, suchary lub kawę z cukrem w kostkach. Kawa jest pyszna, zajadamy ze Stasiem zamiast czekolady. Wkrótce nie ma prowiantów u gospodarzy we wsi, a i żołnierze nie mają już, co zostawić. Są też tacy, co zapas żywności mieli, lecz odmówili zostawić cokolwiek. Grunt, że sami podjedli. Wszędzie są ludzie i ludziska.

    Narastają nieporozumienia, bo Ciotka Wanda wypomina, że Mama pobiegła w pole ze mną, gdy było bombardowanie. Siostry nie dochodzą do porozumienia i korzystając z samochodów jakiejś kolumny wojskowej, ruszamy z Mamą na wschód. Co będzie, to będzie, byle uciekać przed Niemcami. Panowie oficerowie ładują nas, oficerską rodzinę, na samochody intendentury i podwożą pod miasto o nazwie Równe. Pozostawiają nas w jakiejś ukraińskiej chacie, bo mają wyznaczone stanowiska koncentracji swoich oddziałów. Ukrainiec nazywa się Parfien Iwanycz i szczyci się tym, że walczył z bolszewikami w armii Pelury. Jego żona ma na imię Jelizawieta – tak jak moja Stryjenka. Z Petlurą Polacy najpierw walczyli wręcz, a potem ramię w ramię, gdy bolszewicy dali i nam i im łupnia. W Równem mają koncentrować się nasze wojska, podobnie jak we Lwowie i w innych jeszcze miejscach.

    Oficerowie mówią: to prawda, że ponieśliśmy duże straty, ale impet niemieckich wojsk maleje. Rozciągnęły się ich linie zaopatrzenia. Nad Bzurą ponieśli duże straty, tam walczył właśnie 36 pp Legii Akademickiej. Warszawa od drugiej dekady jest całkowicie okrążona, ale broni się. Wiele dni broniło się Westerplatte i Oksywie. Słuchamy w szkole radia i Prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Dyrektor szkoły mówi, że Niemcom tak łatwo nie przyjdzie zwycięstwo na wschodnich terenach, bo mają dużo czołgów, a mało kawalerii. Ziemie wschodnie są zbyt podmokłe, żeby mogły szybko operować szybkie, ale ciężkie czołgi. Dyrektor coś wspomina o wcześniejszych rozmowach Ribbentropa w Moskwie. Chyba zabiegali tam o dostawy surowców i ropy naftowej. Myśleli, że Blitzkriegiem rozniosą naszą armię, a zaczyna im brakować benzyny. No, jeszcze Polska nie zginęła, a na wschodnich terenach najeźdźcy dostaną łupnia. Nasz gospodarz Parfien Iwanycz nie chce pieniędzy za gościnę, mówi: „Pan kapitan przyjedzie po barinię z malczykiem i jemu – Parfienowi - podziękuje”. To wystarczy. Biegamy słuchać radia. Bywamy nawet w Równem, bo może Ojciec przybył tu na koncentrację wojsk i organizację kontruderzenia.

    18 września rozchodzą się pogłoski, że od 17 bolszewicy wkroczyli na tereny Polski, żeby pomóc w zatrzymaniu Niemców. Ludzie dziwią się, bo bolszewikom wierzyć nie można. Ksiądz z pobliskiego kościoła mówi, że uwierzy w bolszewicką pomoc Polsce, jak bolszewicy uwierzą w Boga. Niewierzącym w Boga – nie można wierzyć – twierdzi stanowczo. Dopiero po wielu latach dowiemy się, że sierpniowe rozmowy Ribbentrop- Mołotow dotyczyły IV rozbioru Polski.

                Idę do sklepu, na przedmieściu Równego, po chleb. Jacyś ludzie owijają zielenią bramę z drągów. Wczoraj jej nie było. W sklepie ludzie biorą po parę bochenków chleba, bo ksiądz im powiedział, że jak przyjdą bolszewicy, to zabraknie chleba, a wszystkie kobiety upaństwowią i będą do ogólnego użytku. Co to znaczy upaństwowić i „do ogólnego użytku”? Monopol zapałczany jest państwowy, monopol spirytusowy jest państwowy, kolej jest państwowa, ale jak moja Mama może być państwowa, a przecież jest kobietą? W sklepie ja też biorę 3 bochenki chleba i biegnę do domu, ze dwa kilometry. Wpadam zziajany i mówię Mamie, że bolszewicy mają upaństwowić kobiety i że bramę stroją zielenią. Mama z ubolewaniem kiwa głową: „co ty mówisz?” Opowiadam, co ludzie mówili w sklepie, że kobiety upaństwowione będą do „ogólnego użytku”. Mama mówi: „Nie powtarzaj takich brzydkich rzeczy”.

                Przed wieczorem weszło wojsko z czerwonymi gwiazdami, wyglądające jak łapciuchy – karabiny mieli na sznurach, czapy przechodzące górą w szpice. Ciężarówki miały dachy wykładane papą, która zwisała po bokach kabin. Na ulicach jacyś ludzie z czerwonymi opaskami na rękawach marynarek i płaszczy. Jakieś kobiety obrzucają łapciuchowe wojsko kwiatkami. Młodzi ludzie w skórzanych czapkach, niektórzy w skórzanych kurtkach, czerwone opaski, mają pasy z kaburami, a w rękach rewolwery. Ja wiem, co to jest pistolet, a co rewolwer. W polskim wojsku były używane pistolety, rewolwery mają bębenki z nabojami i te bębenki kręcą się w kółko. Niektórzy z nich mają pejsy, takie jak nosili Żydzi w Jaśle. Co to za zabawa? Żydzi z rewolwerami? Kto im dał, gdzie jest policja? Okazuje się, że policji już nie ma.

                Następnego dnia wiszą czerwone flagi i takie czerwone podłużne szmaty, co nazywają się transparenty. A na nich napisy po polsku, ale więcej jest napisów takimi literami, jak krzesełka. Mama swobodnie czyta, bo to po rosyjsku, a chodziła do szkoły za rosyjskiego zaboru. Transparenty witają armię wyzwolicielską. Nic nie rozumiem, przecież nie było tutaj Niemców, więc od kogo ta armia wyzwoliła nas? Ludzie nie podnoszą głów, ale inni są głośni. Widać jak cieszą się. Dyrektor szkoły podobno aresztowany, bo agitował przeciwko Niemcom. Co to znaczy: agitował? Acha – rozpowiadał, że zostaną pobici. A czy Polscy żołnierze nie mają pobić Niemców? Ciiiiicho! Bo nas też aresztują!

    Wiszą afisze podpisane przez jakiegoś komandarma, który nakazał wszystkim „innostrańcom[90] i bieżeńcom[91]” zameldować się w ciągu 48 godzin, na posterunkach nowo utworzonej milicji sowieckiej. Mama bardzo dziwiła się, że przymusowo trzeba zameldować się na tych posterunkach, po to żeby dostać rzekomo pieniądze na życie, odzież zimową, przydział kwater. Niby tacy dobrodzieje, a jak kto nie zamelduje się, to będzie ukarany pracą karną, aresztem albo nawet może być zastosowana kara śmierci. Nie mogliśmy zrozumieć, że jak ktoś nie przyjdzie po pieniądze i ubranie, to może być za to ukarany śmiercią. Ksiądz powiedział, że to bolszewickie oszustwo i radził nie brać do meldunku złotych przedmiotów, bo ukradną, a w kościele komisarze już spisali wszystko, co jest złote lub złocone i kazali pilnować. Jak coś zginie, to mają aresztować księdza. Kiedy ksiądz mówił, że to własność wspólnoty kościelnej – ot nawet „komuny kościelnej”, to politruk śmiał się, bo to burżujskie i będzie sprzedane, a pieniądze mają być rozdane biedocie miejskiej i wiejskiej. Ludzie szeroko otwierali oczy i kiwali tylko głowami.

    Może i rozdadzą, bo dzisiaj rano pobiegłem z chłopakami „pod prąd” niesionych mebli i zobaczyliśmy dziwną scenę. Oto komisarz sowiecki rozdawał przygodnym ludziom różne dobra. Co kto chciał. Ten bierze krzesło w stylu Ludwika XV, a tych dwóch – całą szafę. Dobiegliśmy i taki obrazek zobaczyliśmy: komisarz stoi w salonie dworku, a przed nim kilkoro ludzi. Komisarz pyta: „Czto choczesz: stulia[92], stoł, szkafu[93]?” Stara babuleńka mówi „lustro”. „Czto eto liustro, a ty zierkało[94] choczysz. Bieri” i pokazuje na trzy olbrzymie lustra na ścianie salonu. Okazuje się, że babci potrzebne jest malutkie lustro. Dobrotliwy komisarz bierze do ręki ozdobny lichtarz, w stylu „Księstwo Warszawskie” i wali nim w jedno z luster. Łomot, trzask i dziesiątki kawałków potłuczonego lustra na podłodze. Komisarz bierze do ręki kawałek lustra wielkości talerza i podaje babci. Babcia zadowolona, komisarz też. Oto sowiecka sprawiedliwość podzieliła burżujskie dobra i przydzieliła przedstawicielce ludu, uciskanego w jaśniepańskiej Polsce. Chłopaki też biorą po kawałku lustra. Komisarz pyta mnie: „A ty nie bieriosz? Bieri toże dla matieri”. Chłopaki mówią, że ja nietutejszy. Komisarz nie rozumie, co to znaczy nietutejszy, ale wyjaśniają jemu, że ja „bieżeniec”. Mówi: „no, idi damoj. Tiebia zdies nie nada[95]”. Wychodzę, bo zaczął patrzeć nieprzyjemnie na mnie, a ponadto podniósł butelkę wódki do góry i wlał sobie pół jej zawartości za jednym razem – wprost do gardła. Widziałem w cyrku, jak sztukmistrz wsunął sobie do gardła całą szablę i wyjął ją, ale wódkę to dotychczas pijano kieliszkami. A może zwróci? On „walnął” tyle wódki, że Polak, co najmniej zachłysnąłby się i pewnie przewrócił. A on – jak stał tak i stoi. Lepiej zjeżdżać.

    Innym razem patrzyłem jak w sklepie żołnierz sam nakładał sobie ręką marmoladę do menażki. Sklepowa podaje mu drewnianą łyżkę, ale on odpycha ją i nakłada dalej ręką. Potem oblizuje rękę bardzo dokładnie. Mówi: „wkusna, z sacharom[96]”. Jestem zdziwiony, ale poraża mnie, to co następuje dalej. Bierze pudełeczko bezbarwnej pasty do butów, otwiera, wącha, dotyka językiem i zaczyna smarować sobie twarz. Wybiegam ze sklepu, bo myślę, że to wariat i nie wiadomo, co zrobi następnego. Lepiej nie być przy tym, bo mogą spełnić się słowa księdza, że bolszewicy podrzynają ludziom gardła. Kto ich wie?

     

    *

    Całą niedzielę Mama płakała, bo zaczęła bać się. Mamy zameldować się po pieniądze i ubrania, a może pieniądze i ubrania będą brać z jakiegoś sklepu i rozdawać. Mielibyśmy uczestniczyć w rabunku? Co tu robić, przecież zagrozili karami, a nawet więzieniem i śmiercią. Jak nie weźmiesz, to będą karać? Nawet śmiercią? A może to wariaci wypuszczeni ze szpitali? Nie bardzo było zapytać się kogo, bo padł ogólny strach. Aresztowano wszystkich policjantów, pracowników sądu, nawet nie zmobilizowanych bardzo starych oficerów i KOPistów.

    Kto miał orzełka na czapce służbowej, był aresztowany jako burżujski pachołek. Listonosze i kolejarze zdjęli orzełki z czapek. Odtąd mundur mogli kolejarze nosić tylko na służbie. Sąsiad kolejarz zostawiał mundur w szafce na stacji i chodził po cywilnemu, ale z czerwoną opaską na rękawie. Sąsiedzi dziwili się, ale jak ktoś zapytał o to, to tak arogancko odpowiedział, że ludzie woleli o niczym  nie rozmawiać z nim. A on tylko głosił chwałę sowieckiej władzy, a mojej Mamie zapowiedział, że teraz oni nauczą ją pracy, bo dotychczas była społecznym pasożytem. Kolejarz miał rower i tym rowerem jeździł do pracy i do domu, aż tu kiedyś przyszedł do niego żołnierz sowiecki w czapce z niebieskim otokiem i powiedział, że komitet robotniczy kazał oddać rower, bo teraz jest potrzebny władzom. Mama powiedziała: „co to za władza, jak nie stać ich na rowery”, ale zakazała mi powtarzać to, co powiedziała. Pomyślałem sobie – pewnie rowery upaństwowili, ale co będzie jak upaństwowią kobiety? Przecież moja Mama jest kobietą, a ksiądz powiedział, że bolszewicy upaństwowią kobiety, które będą dla wszystkich. Jak to dla wszystkich? Przecież każda jest czyjąś mamą. No, są takie wolne, bo panienki, ale one też wyjdą za mąż, jak tylko znajdą sobie mężów. Jakoś nie układał mi się obraz sowiecki – nam mają dać pieniądze i ubrania, a kolejarzowi zabrali rower. Dwór cały ogołocili i dziedzica aresztowali, a jego żonę i dzieci wypędzili. A nam mają dać „kwaterę”[97] – ale żeby czasem nie w tym dworze. Nie rozumiałem, nam mają dać mieszkanie, a rodzinę dziedzica wyrzucili z ich mieszkania, którym był przecież dwór. Nie wiedziałem wtedy, że sowieccy bandyci będą mordować ludzi, w tym mojego Ojca, a winę będą zwalać na innych.

    Zobaczyliśmy Saszę, syna naszego gospodarza, z czerwoną opaską na rękawie i z naganem przy pasie. Parfien Iwanycz tłumaczył, że sam był w wojsku i walczył z bolszewikami, więc lepiej jak jego syn będzie na służbie sowieckiej. Będzie to, taka osłona dla całej rodziny, a i my z Mamą będziemy bezpieczniejsi. Ano, zobaczymy. Chwilowo kolejarz stale nam dokucza, że byliśmy w Polsce pasożytami. A Mamę lubią ludzie z okolicy i jak tylko zachoruje dziecko, to jak w dym do niej. Mama zawsze wie, co dziecku w gorączce dać. I zawsze podaje do picia herbatkę, a jak zabrakło herbaty, to obierała jabłko, suszyła na kuchni obierzyny i robiła z tego herbatkę. Kładła kompresy na rozpalone główki, smarowała plecy gorzałką i tak zarobiła sobie na określenie: „charosza barinia”[98].

    Aż wreszcie nadszedł dzień, w którym musieliśmy zameldować się na komisariacie sowieckiej milicji. Zapisali nasze nazwiska i adres zamieszkania. Potem zapytali, gdzie jest mąż Mamy, a kiedy Mama wyjaśniła, że jest w wojsku i walczy o wolność Polski z Niemcami, to zapytali, po co poszedł do wojska. Mama na to, że jest oficerem kapitanem i wtedy oni powiedzieli, że jest polskim bandytą i wysługuje się wrogom narodu polskiego – burżujom. Mama zaprotestowała, dostała uderzenie w twarz. „Jak pan może bić kobietę po twarzy?” – zapytała. A bydlak drugi raz uderzył. Mama zaczęła płakać. Bolszewik powiedział do mnie: „Snimaj sapagi”[99] – nie rozumiałem, ale szybko wyjaśniła się sprawa, bo mi buty zdjęli z nóg i orzekli, że przeze mnie inne dzieci nie miały butów. A przecież wszędzie widziałem dzieci w butach – no, w Krempnej rzeczywiście dzieciaki biegały bez butów, ale przecież my nie mieliśmy do tego nic, bo butów im nie zabraliśmy. Dali nam kartkę, gdzie mam chodzić do szkoły, żeby mnie „burżujskiego parienia”[100] naprawić. Powiedzieli, że jak będę chodzić do kościoła, to mnie skierują na stałe do domu dziecka, bo nie mogą pozwolić, żeby dalej mnie ogłupiali księża. Za tydzień była pierwsza lekcja alfabetu, takiego jak krzesełka. Odtąd miałem nazywać się Josif Josifowicz Bohen’ski i miałem przymus chodzenia do „Otdieła isprawlenia burżujskoj maładioży”[101]. Chodziłem, bo bałem się zabrania do domu dziecka. Słuchałem wykładów o wyższości sowieckiej konstytucji nad polską, chociaż ani ja, ani koledzy nie bardzo wiedzieli, co to jest konstytucja. Wychodziło na to, że to takie zapisane blaszane tablice, które komisarz stawiał przy ścianie i czytał z nich. Czytał po rosyjsku i tylko niektórzy rozumieli słowa. Słuchaliśmy te czytanki z pozycji podłogi, na której siedzieliśmy w kucki. Chociaż była to szkoła, to ławki wywieziono w głąb ZSRR, pewnie dla takich dzieci, które przez dzieci chodzące do polskiej szkoły – nie miały ławek, tak jak przeze mnie jakieś dzieci chodziły bez butów. Tematy były różne, a słuchaczami była gromada w wieku od 7 do 14 lat. Czy ktoś rozumiał, o co chodzi, nie wiem. Nieraz zawiadamiano, że jutro nie „budiet uroków” czyli jest wolne, wtedy wybierałem się z chłopakami na łowy. Gdy pola pokrył śnieg, to dobieraliśmy się do stogów zbożowych i wytrzepywaliśmy ziarno na płachty. W domu było duże kamienne koło i drugie na nim, ale z otworem w środku. Wsypywało się tam ziarno i kręciło dotąd, aż była mąka albo wcześniej łamana kasza. Trzeba było tak robić, bo w sklepie nie było już mąki, nie było cukru – była tylko sprzedawczyni, która rozkładała ręce i mówiła: „Nic nie przywieźli”. Spełniły się przepowiednie o gospodarce sowieckiej. Dzieciaki jak stado wróbli spadały na pola ze stogami nie wymłóconego zboża. Szybko raz dwa i woreczek ziarna jest wytrzepany. Za polskich czasów byłoby zboże zwiezione do stodół, ale władza radziecka upaństwowiła zboże na polach. Dorośli mogliby być nawet postrzeleni przez milicję, gdyby zastała ich przy zbożu, kiedyś własnym. Chłopi nie wiedzieli, czym zasieją pola na wiosnę, a ci, co ozime zdążyli wsiać, nie wiedzieli czy je zbiorą wzorem tegorocznym. Miano uruchomić sowchozy i kołchozy, ale czekano na prikaz z Moskwy, co ma być i gdzie. Wiejskie łobuzy zaczepiały dziewuchy i straszyły, że będą j……  je, bo tylko, tylko, a będą upaństwowione, czyli będą dla wszystkich. Dziewczyny jedne bały się, a inne odszczekiwały, że jak będą upaństwowione, to łobuzów może milicja postrzelić, gdyby oni dziewczyny j…… , podobnie jak ze zbożem w polach. Ja martwiłem się o upaństwowienie mojej Mamy, bo przecież była kobietą, a wokół upaństwawiali zboże, sklepy, składy węgla i drewna, wszystkie fabryczki, lasy i pola. Dorośli wysyłali dzieciaki na pola po ziarno, bo dzieciaki działały chmarą i szybko uciekały, to była taka „ptasia metoda”.

    Ale żebym mógł chodzić do niby-szkoły i na wytrzepywanie ziarna, to najpierw Mama kupiła mi buty. W tym celu wybraliśmy się do Równego, do poleconego nam Żyda, który zdążył opróżnić swój sklep z butów, w chwili wejścia sowietów do miasta. Teraz najpierw trzeba było umówić się z nim i zostawić patyczek długości stopy, a za jedną lub dwie godziny, w ustalonym miejscu dostawało się buty. Mama dała mu pierścionek z brylancikiem i dostała za to buty dla mnie i trochę rubli, które miały lepsze przebicie od złotówek. Za rubla dawano 2 złote, a właściwie ruscy wojskowi wykupili w pierwszych dniach wszystko ze sklepów, dając rubla za towar wart dwa złote. I z tych „zakupów” były w mieście ruble. W ten sposób ogołocili sklepy szczególnie z bielizny, ubrań, butów, czekolady i cukru. Zabrakło nawet zapałek i świec. Wchodząc do Polski, wieźli ze sobą swoje kobiety, a te od razu ruszyły „na zakupy”. W niedzielę odbył się jakby pokaz mody. Wszystkie żony sowieckich wojskowych ubrały się w milanezowe nocne koszule i rozpoczął się ogólny spacer po głównych ulicach. Ludzie łapali się za głowy – ruskie żony chodziły w milanezowych koszulach nocnych, bo były piękne, niczym burżujskie suknie. Szlafroki damskie też wykupiły, ale nie pokazały się w nich. Może traktowały je jako lekkie płaszczyki – a wrzesień był bardzo ciepły, więc jeszcze nie czas na ich założenie. A może ktoś „sypnął”, że to do sypialni, a nie na ulicę – nie wiem nic na ten temat. Pozostał mi obraz raczej grubych kobiet w koszulkach seledynowych, morelowych, błękitnych, różowych i wszystkich innych kolorach i odcieniach – znanych tylko kobietom. Wszystkie miały piękne koronki i chyba dlatego ruskie wojskowe żony, prawie oszalały na ich punkcie. Był to dla mnie szok – podobny zdarzył mi się, gdy zobaczyłem ruskiego sołdata, jadącego na rowerze bez opon. Ale to dopiero zobaczyłem w 1945r, gdy „wyzwolili” Brwinów i okolice.

    Kiedy już miałem nowe buty, a mądry Żyd polecił Mamie większe buty, bo „chłopiec ozuje nogę w skarpety lub onucę” – wtedy mogłem ponownie biegać. Po ziarno, do „otdieła isprawlenia” i na polowania. Tak, tak – na polowania. Zaczęło się od wybierania za dnia raków w rzeczułce, z pomiędzy korzeni nadwodnych drzew. Raki chodzące po dnie, bywały tylko nocą. Na jesieni wybieraliśmy je, od wieczora począwszy. Grupowały się przy ścierwie, jakie rzucaliśmy rankami. Sprytniejsi wyjmowali rybki z pomiędzy korzeni – ja nie potrafiłem. Bałem się włożyć rękę w nieznany „teren”. Pozostawały mi tylko raki. A to było mięso - dla mnie i dla Mamy.

    Przystałem do bandy „bezprizornych”. Pokazali mi, jak zakładać sidła na zające. Mama płakała jak przynosiłem zająca, ale … co mieliśmy jeść? Były pierścionki, jakie kupował Ojciec, który lubował się w złotej biżuterii i w obrazach – ale na ile ich starczy? Pamiętam, jak z każdej podróży przywoził coś złotego. Cieszył się jak dzieciak, gdy zakładał Mamie nowy pierścionek lub bransoletkę, kupioną przy ostatniej podróży służbowej. Pensję, po odtrąceniu opłat za mieszkanie, przynosił Mamie zawsze płatnik Komisariatu, ale Ojciec miał swoje pieniądze, niejako - pensję za ordery i odznaczenia oraz dodatek służbowy. To były Jego pieniądze, ale nie na papierosy, bo te Mama przerabiała z monopolowych, za pieniądze z pensji. Ojciec nie rozliczał Mamy z wydatkowania pensji, a ta nie była mała, skoro starczało na mieszkanie, życie rodziny i służącą, jednocześnie moją piastunkę. Mama odkładała jeszcze na „domek na starość”. Pieniądze Ojca, jak już podałem, pochodziły „z pensji za legitymacje orderów i odznaczeń”. Kupował z tego Mamie biżuterię i cieszył się, gdy poruszając ręką Mamy, dawały one wspaniałe błyski. Pewnie też płacił z tego rachunki na balach, w kasynie, w restauracji, cukierni i coś pozostawało na biżuterię. Od czasu, do czasu – na obrazy. Pierścionki teraz miały pokazać swoją wartość. Ale Ojciec przecież powiedział: „Opiekuj się Mamusią – synu, to mój rozkaz”. Dałbym się porąbać wtedy, później, dużo później i teraz. Chodziłem na wysypkę ziarna ze stogów, na raki, zające, kuropatwy, na kradzież mięsa świńskiego, a później już w Generalnej Guberni, na przemyt alkoholu, handel uliczny i w Halach Mirowskich w Warszawie. Ale, rozkazu nie wykonałem – Mama umarła przedwcześnie, na raka. Nie mam powodów do wybaczenia, chociaż to była dziedzina typowo kobieca, rak kobiecych narządów. Już „piersi” były dla chłopców mojego pokolenia „tabu”, chociaż po męsku, mężczyzn i mnie – chłopca, ekscytowały. Pomiędzy znikomą wiedzą, a życiem zgodnym z biologią płci – wielka to przepaść. Nie śmiałem Mamy zapytać. Kiedy odważyłem się na pytanie, gdy było zbyt późno, a ja już dorosły – dostałem odpowiedź, że lekarka przypisała to, okresowi przekwitania. Bez wizualnych badań. A ja tej kobiecie-ginekolowi uratowałem córkę przed utopieniem w 1960r. Mało sam nie utopiłem się wtedy, bo dziewczyna łapała mnie za ręce, aż dostała pięścią między oczy, co pozwoliło na wypłynięcie mnie i jej – ciągniętej za warkocz. Szkoda wielka, ale rozkaz niewykonany. Była subtelna bariera – prawa płci i szacunku. Nie zwalnia mnie to z niczego –  nie wykonałem rozkazu. Mało tego – zawsze  kochałem więcej Ojca. Ratunku dla mnie nie ma. Ale Panie nie kasuj mojej duszy – boję się nicości. Nawet gdybym miał pełnić katorgę. Patrząc na chwałę Boga – katorga jest niczym. Amen.

    *

    Wracając do czasu i tematu – zakładałem sidła i miałem z tego zysk – „upolowanego” zająca. A kiedy spadł śnieg, a była to zima stulecia – wbijało się butelkę głęboko i na dół sypało ziarno. W trakcie obchodu, zawsze była zdobycz. Kilka kuropatw, które sięgnęły po ziarno i nie potrafiły podnieść się ponad powierzchnię śniegu. Mama nie potrafiła dokonać wymiany. Ja miałem już 9 lat ….. i dokonywałem wymiany na inne dobra, np. zająca wymieniłem w mieście na zimowe skarpety i czapkę uszankę, a kuropatwę dawałem za 5 jajek. Raki jedliśmy, ale też wymieniałem w knajpie na świece, naftę, słoninę lub brałem ruble. Mąkę ucieraliśmy z kradzionego zboża, wytrzepanego na upaństwowionych polach. Jak zrobiło się zimno i trudno było wchodzić do wody po raki, to zrobiłem siatkę na kiju, a na drugim kiju miałem zaciąganą pętlę – taką jak do wyciągania butelek z piwnicy w Jaśle. Jakoś żywność stale kombinowałem, a Mama dostawała ziemniaki i kapustę za „leczenie” dzieci po wsiach. Żyliśmy, chociaż brakowało chleba, bo z ucieranej mąki wychodziły tylko placki. Nie było drożdży, a zakwas chlebowy jakoś nie dawał właściwych efektów – może nie mieliśmy wprawy. Ale żyliśmy i wyglądaliśmy Ojca – przecież miał przejść „cały świat” i nas odnaleźć. Więc gdzie On jest?

    Paliliśmy rąbanymi gałęziami i torfem. Jednak od glinianej podłogi ciągnęło chłodem, dlatego wymieniłem w mieście następnego zająca na drugie skarpety. W łowach i wymianach bardzo przeszkadzały „wykłady” umoralniające, w bolszewickiej szkółce, ale musiałem do niej uczęszczać, bo mogli aresztować karnie moją Mamę, a mnie posłać do zamkniętego oddziału.

    Kiedyś komisarz dowodził, że księża oszukują nas mówiąc, że jest Bóg. Księża podobno wyłudzają tylko pieniądze. Ludzie modlą się do figur i obrazów i on komisarz udowodni to, że nas księża oszukują. Na jednych zajęciach kazał dzieciakom wołać: „Boh, Boh daj piroch”. Dzieciaki wołały, a on kazał jeszcze raz i głośniej. Kiedy pierogi nie pokazały się w klasie, to kazał wołać: „Sawiet, sawiet daj nam kanfiet”. Jak tylko dzieciaki zaczęły wołać, to on otworzył swoją polową torbę i rzucił landrynki na brudną podłogę. Dzieciaki rzuciły się na cukierki. Siedzący koło mnie Samuel ten, co był synem rabina i który częstował mnie słodką cebulą, powiedział głośno: „Trzeba mówić nie po rusku, tylko po ‘polskiemu’: „Bóg daj łuk”. Nie było to po polsku, bo cebulę nazwał po rusku, ale spowodował piorunujące poruszenie, gdy z kieszeni wyciągnął cebulę i zaczął ją jeść. Dzieciaki zaczęły śmiać się głośno, gdyż Samuel jakby wyciągnął królika z kapelusza w cyrku. Komisarz krzykiem wypędził wszystkich z klasy i został sam na sam z Samuelem. Potem żałowałem, że nie poczekałem, gdzieś za rogiem korytarza, na Samuela – bo spisał się odważnie. Samuel był synem rabina i też podlegał reedukacji światopoglądowo-politycznej, chociaż był Żydem, a ci z sowietami byli „za pan brat”. Imponował mi tym, że potrafił po polsku opowiadać księgi Starego Testamentu, które znałem z lekcji religii, ale bardzo pobieżnie, tak jak streszczał je ksiądz katecheta w Jaśle. Ten ksiądz w Jaśle szczególnie polował na uczniów Żydów i jak któryś w czas nie wyszedł z klasy, bo miała być lekcja katolickiej religii –  to łapał malca z pejsami i wyprowadzał go za te pejsy z klasy. Wtedy śmialiśmy się z kolegów innowierców, ale tak naprawdę, to uczył nas nietolerancji, w imię tego samego Boga Ojca, a Jahwe dla Żydów.

    Następnego dnia wszyscy w koło, znali wyczyn Samuela i pochwalali. A Samuel przyszedł do szkółki bez pejsów, albowiem komisarz je obciął mu brzytwą, przy samej skórze. Jeszcze go nastraszył, że obetnie mu siusiaka do końca, bo ma nadciętego. Nie bardzo wiedziałem, co to znaczy, ale Samuel opowiedział mi, jak żydowscy chłopcy mają obrzezanie i czego to dotyczy. Słuchałem o tym, jak bajki o „żelaznym wilku”. Co to ludzie nie wymyślą i co wyczyniają oraz - co ma siusiak wspólnego z religią oraz wiarą w Pana Boga?

    Z jednej strony nie rozumiałem jeszcze wielu rzeczy, ale miałem rozkaz Ojca-kapitana, a przecież byłem, co najmniej szlachcicem, jeśli nie żołnierzem - z racji dziecięcego wieku. Byłem chłopaczkiem, ale czułem się  mężczyzną, bo … nie spuszczałem spodni, przy siusianiu. To był ważny wyróżnik i to zobowiązywało. Nie miałem siostry, ani młodszego brata do opieki, ale miałem pod opieką Mamę z rozkazu Ojca-kapitana. Kiedyś stanąłbym do raportu karnego, za niesubordynację.

    Stanąłbym, gdyby nie splot przypadków i złych informacji.

    Nie stanąłem, bo bolszewicy zamordowali mi Ojca. Zamordowali podstępnie – jak tylko bandyci to potrafią. Bandyci, bo któż inny strzela żołnierzowi w tył głowy. Żołnierz ginie w walce, twarz w twarz. Ważnym jest to, że to sowieccy bandyci, z szeregu: Stalin, Beria, Andropow, Breżniew – a oni byli ludobójcami nawet własnego narodu. Może zbrodniarz Chruszczow[102] i „pierestrojkowy” Michaił Gorbaczow zmieniliby lico bandytów? Nie, bo kolej rzeczy następowała, aż nastał prezydent Władimir Putin. Prezydent Putin nie uważa ten zbiorowy mord za ludobójstwo, bo tkwi w nim generał KGB, prawnego następcy NKWD i Czeka. Taki nasz los odwieczny, być niszczonymi przez dwóch wielkich wrogów – germańskich Niemców i zbolszewizowanych teraz Rosjan.

    Tak upływał nam czas na wygnaniu. Dzień po dniu przechodził, a ja nie spotkałem Ojca, wśród oficerów prowadzonych pod bagnetami brudnych i pijanych ciubaryków. Codziennie starałem się być blisko dróg, którymi ich prowadzono. Daremnie. Ojca nie było.

    Dni były podobne do siebie i tylko, co jakiś czas wybuchały skandaliczne wypadki. Jeszcze we wrześniu aresztowano z sąsiedniej zagrody rolnika, który pracował przy wyrębie drzew w lesie. Miał on przydzielone drewno na opał i zwiózł je na zimę pod swoją szopę. Przydział dokonał leśniczy, ale za polskich czasów, a on zwiózł drewno już za sowieckiej władzy i za to go aresztowano. W kilka godzin później przyjechało trzech sowieckich milicjantów do jego domu na rewizję i zgwałcili żonę i dwie dorastające córki. Żonę w domu, a córki w stodole. Byli tak delikatni, że gwałcili córki nie na oczach matki. Potem przyjeżdżali już nie trzej, ale i po dziesięciu, samochodem ciężarowym i gwałcili na zmianę. Po trzech takich zbiorowych gwałtach - kobiety uciekły z domu. Ulicznicy zaczęli dobierać się do dziewczyn wiejskich, bo okazało się, że gwałty nie są karane. Dziewczyny pokazywały się, po za domem, tylko ze starszymi braćmi lub z ojcami. Zapanował strach, ale Parfien Iwanycz twierdził, że Mama, jego żona i dwie jego córki są bezpieczne, bo ich syn jest w sowieckiej milicji. Tyle tylko, że syn przychodził późno i często był podpity. Jakoś jeszcze żyliśmy.

    Aż tu jednego dnia w lutym 1940r, przyjechała rano ciężarówka i załadowali całą rodzinę kolejarza - z tobołkami. W południe wyjaśniła się sprawa. Kolejarz przed wojną nosił orzełka na czapce i teraz jakoby przenieśli go z rodziną w głąb Rosji – podobno do archangielskiej obłasti. Nie pomogło, że był komunistą – nosił polskiego orzełka i to wystarczyło, aby być pomówionym, że jest pachołkiem burżujów. A tak wygrażał Mamie, że nauczy pracy - Ją burżujkę. Padł strach na ludzi, a jednego wieczoru przyszedł pijany syn gospodarza i zwalił się spać w ubraniu i butach. Podobno strasznie płakał. Kiedy zasnął, to obudził nas Parfien Iwanycz i powiedział, że płakał, bo rano ma zaprowadzić nas na stację kolejową, do pociągu towarowego, którym wywożą Polaków, gdzieś - może nawet na Syberię. Radził nam uciekać przed siebie, a najlepiej do domu. Jak do domu? kiedy do nowej rusko-niemieckiej granicy, na rzece Bug, jest ponad sto kilometrów, a śniegi do pasa, albo miejscami i wyżej. Ubraliśmy się ciepło, ja w kożuszek, a Mama w futro i wyszliśmy nocą w nieznane. Dostaliśmy na drogę woreczek kaszy, kawałek słoniny i dwie butelki samogonu, bo zimno. Dali nam menażkę wojskowa i dwie blaszane łyżki oraz zapałki. Ruszyliśmy po pożegnaniu i przeżegnaniu nas ikoną. Żeby nie błądzić, to mieliśmy patrzeć w niebo i mieć Gwiazdę Polarną po prawej ręce. Więc patrzyliśmy i wypatrywaliśmy tą gwiazdę, ale głównie wypatrywaliśmy Pana Boga, bo tylko On mógł nas ocalić. I ocalił.

    Szliśmy, patrząc na pokazaną nam Gwiazdę Północną, tak żeby była po prawej ręce. Nad ranem zatrzymaliśmy się w lasku, skąd zabrali nas do stodoły polscy rolnicy. Dali ciepłego mleka i po pajdzie chleba. Mówili, że zamarzniemy po drodze. Pokazali jak rozpalać ogień i ognisko, przy pomocy kory brzozowej. Ale czy brzoza będzie po drodze?

    To już ponad 65t lat temu i obrazy zacierają się, bo następne były jeszcze straszniejsze. Szliśmy wśród śniegów i przy mrozie. Ile czasu? Może 15 dni, a może 30? Szliśmy i ledwie żywi „nocowaliśmy” od świtu do zmroku, w stodołach tych wsi, gdzie widać było krzyż rzymsko-katolicki. Gdy świt pokazywał krzyż prawosławny, to przesypialiśmy dzień w lesie lub zagajniku – nieraz trafialiśmy na barłogi z sośniny – widocznie wykonane przez innych uciekinierów, a były i pozostałości po ogniskach. Byliśmy tak wyczerpani, że spaliśmy chyba nawet na stojąco. W polskich wsiach na ogół odkrywano nas w stodołach albo w drewutniach. Często dawano nam gorące mleko i chleb. Wspaniały chleb, może nawet ten, według słów: „Chleba naszego powszechnego, daj nam Panie…. ” Przestrzeżono nas przed wchodzeniem do wsi, gdzie był potrójny krzyż prawosławny. Szczęściem nie mieliśmy kontaktu z ich mieszkańcami – podobno wydawali uciekinierów w ręce bolszewickiej milicji. Podobno, bo nie wchodziliśmy do takich wsi i nas nie złapano. Kiedy o zmroku ruszaliśmy w dalszą drogę, to najpierw nagarnialiśmy śnieg do menażki, potem zasypywali kaszą z woreczka i na wierzch znów trochę śniegu. Mama brała menażkę pod futerko i rozgrzewała śnieg do postaci wody. Kasza namiękała i szybciej rozgotowywała się na postoju, na mikrym ogienku. Szliśmy chwilami w kilka osób, uciekających przed sowieckimi „wyzwolicielami”. Razem zatrzymywaliśmy się na postoje i gotowanie w laskach. Czego gotowanie? Tego, co kto miał. Nie było dzielenia się żywnością, bo toczono walkę o przeżycie. Wystarczy, że pomagano sobie w rozpalaniu ogienków. Takich, żeby coś ugotować, ale tak małych, żeby nie widać było z daleka. Byliśmy dla siebie nieraz owcami ze stada, ale nieraz wilkami. Kto przeżyje – ten przeżyje. Zasypialiśmy nieraz w grupie, ale budziliśmy się często sami. Bardziej sprawna grupa, bez dzieci – miała większe szanse iść samotnie – bez zwracania uwagi na dużą grupę. Obowiązywało prawo przetrwania. Kto silniejszy – ten przeżyje. Prawie jak wśród zwierząt.

    Na postoju, po ugotowaniu rozmoczonej kaszy, oszukiwaliśmy się nawet z Mamą. Mama twierdziła, że już zjadła swoją słoninkę opaloną ogniem ogniska, jaka wpadła na Jej łyżkę. Zacząłem liczyć kęski Mamy – okazało się, że stale myliła się na swoją niekorzyść. Mówiła, że myli się z zimna. Zarządziłem: jeden kawałek Mama i jeden ja. Na dowód, że jestem „mężczyzną” i postanowienie jest ważne – popłakałem się. Ojciec dał mi rozkaz. Mama powiedziała: „tak, jestem kobietą, którą masz opiekować się, ale jestem Matką twoją i Ojciec nie pochwaliłby ciebie”. Starała się oszukiwać mnie nadal i nadal podsuwała mi swoje kąski. Nie ustępowałem, a byłem głodny. Głodny wczoraj, dzisiaj i pewnie będę głodny jutro.

    Nawet nie wiem, kiedy przekroczyliśmy linię demarkacyjną pomiędzy zaborem sowieckim i niemieckim. Pamiętam tylko, że było kilka osób, że czekaliśmy na znak, że przeszedł sowiecki patrol graniczny. Ruszyliśmy biegiem na dany znak i … nikt nie strzelał. Przebiegliśmy dolinkę, która była podobno zamarzniętą rzeką, o nazwie Bug. Przebiegliśmy korytarzykiem wydeptanym w śniegu. W pobliżu były i inne korytarzyki, więc część tej grupy przebiegła obok z prawej i z lewej. Zbiegowie ponaglali nas i szybko oddalili się. Obowiązywała nadal zasada: ratuj się, kto może!

    Niedaleko od przejścia rzeki, stało takich dwóch, co powiedzieli do Mamy: „dawaj pierścionek, albo odprowadzimy was na posterunek niemiecki”. Mama dała pierścionek i mieliśmy spokój. W najbliższej chałupie dano nam gorące mleko i …. nie chcieli zapłaty. Jacy różni są ludzie w jednym kraju, a nawet w jednej wsi! Nawet dali nam pospać w stodole – podobno trzy dni spaliśmy jednym ciągiem. Długo opowiadać powrót do Dziadka w Warszawie. Wyszliśmy z pod Równego w połowie lutego 1940r, a u Dziadka znaleźliśmy się w pod koniec kwietnia tego roku. Dni rajzy były podobne do siebie i stale chciało się spać – nawet na stojąco. Kiedy ludzie patrzyli na mnie, to pytali Mamę: „Czy on nie jest chory na gruźlicę?” – taki byłem mizerny i chudy. Mało się jadło i byle iść do przodu. Byle znaleźć się w Warszawie.

     

    *

    W mieszkaniu Dziadka przy ul. Elektoralnej 37 było ciemno, bo szyby wyleciały od bombardowania i okna zabito dyktami. Nie było też radia, które Niemcy nakazali oddać w komisariacie policji granatowej. Na ulicach pokazali się Żydzi z białymi opaskami, z niebieską gwiazdą Dawida, na rękawach i wkrótce dom przy Elektoralnej znalazł się w getcie żydowskim. Musieliśmy szybko przenieść się na ul. Mirowską pod nr 1. Po prostu Dziadek zamienił się z Żydem na mieszkania. W tym czasie straciłem rok nauki, ale nauczyłem się samodzielności. A jeszcze rok wcześniej czekałem na podanie mi wszystkiego pod nos. Szkoła, do której Mama usiłowała mnie zapisać – padła, bo na tej ulicy podobno Żydzi zaczęli chorować na tyfus. Niemcy rozwiesili plakaty z Żydem z opaską z niebieską gwiazdą Dawida i wielką wszą oraz z napisem: „Żydzi to tyfus”. Od września 1940r zacząłem naukę w szkole im. Mikołaja Reya, która była szkołą zboru ewangelicko-augsbur-skiego, posiadającą też gimnazjum i liceum. Budynek szkolny Reya został w 1939r zajęty na szpital niemieckich lotników, więc popołudniową naukę zlokalizowano w budynku szkoły przy ul. Śniadeckich (dzisiaj nie ma tego budynku). Po roku i ten budynek zabrali Niemcy, więc uczyłem się na ul. Świętokrzyskiej – w jakiejś szkole na II zmianę, ale w ten sposób też u „Reya” - który znalazł nieco miejsca dla nas. W sezonie 1943/44r szkoła „Reya” była zamknięta całkowicie, więc uczyliśmy się na tajnych kompletach organizowanych przez nauczycieli od „Reya”, w 4-ech mieszkaniach nauczycieli i uczniów (np. u Tadzia Rutkowskiego na ul. Tamka, koło „Złotej Kaczki”).

    *

    W 1940r skleiłem z tektury i papieru duży parowiec i po zawoskowaniu kadłuba, puszczałem go na Wiśle, do momentu kiedy rozmiękł pomimo zabezpieczenia woskiem. Wtedy zobaczyłem nad Wisłą panów z wędkami, łowiących całkiem duże ryby. Postanowiłem, wzorem Ojca też łowić dla domu ryby, ale większych od palca nie udało mi się złowić, więc porzuciłem połowy. Jaki zdolny był mój Ojciec, łowiący ryby do łokcia długie! A ile szczupaków i węgorzy przynosił z połowów nocnych!

    Za przykładem kolegi - hrabiego Adasia Dąbskiego, przerzuciłem się na łowy jaszczurek, trytonów, zaskrońców i później na hodowlę ptaków. Gady łapałem w fortach czerniakowskich. Ptaki kupowałem na ptasim targu na ul. Karolkowej. Miałem pięknie śpiewającego oswojonego czyżyka „Czyzia” – spalił się biedak w powstaniu, bo pierzył się i nie mógł fruwać, mając żółty brzuszek od tłuszczyku, ze smakowitych ziarenek. Czyżyk w dzień fruwał po pokoju i nieraz podczas śniadania, siadał mi na filiżance z mlekiem, z której popijał łyczki mleka. Zakładałem mu na łepek nakrętkę od flakonika z lekarstwami – wyglądał wtedy jak hotelowy boy. Szczygła, makolągwę, ziębę i krzyżodzioba wypuściłem po pierwszym bombardowaniu w powstaniu. Dzisiaj nie trzymałbym dzikich ptaków w domu, ale kiedyś była taka moda. Wychowywaną od małego sójkę, zjedli powstańcy, gdy podmuch, od wybuchu bomby, wyrzucił klatkę z balkonu na podwórze. Widziałem tylko leżącą klatkę i kolorowe piórka sójki, bo do ugotowania … została oskubana. Była przeze mnie dobrze karmiona z ręki i była tłuściutka, jak mówili ci powstańcy, co ją zjedli.

    Kiedy przychodziłem do hrabiego Adasia Dąbskiego, na ul. Górskiego, to wchodziłem do niego kuchennymi schodami, bo na frontowych „dla państwa” miałem przeprawę z lokajem, który był tam, tak jak przed wojną, chociaż bida u hrabiów aż piszczała. Lokaj mnie nie wpuścił od frontu, gdzie wchodziło się po schodach z czerwonym dywanem i Adaś zwymyślał go potem od osłów – nie chciałem więc powodować następnych zatargów. U Adasia nigdy nie dostałem nawet szklanki herbaty, gdy Adasiowi podawano skromniutki obiadek z płatków owsianych i szklaneczki obowiązkowego kakao z herbatnikami. U nas Mama podawała i mnie i Adasiowi talerz kluchów ze skwarkami i hrabiemu trzęsły się uszy, przy ich pałaszowaniu. Taki jest ten świat, że u hrabiów bywało kakao, na które nas nie było stać, ale brakowało chleba i klusek, które podawano z kolei u nas – chociaż bez kakao. Za to starczało i dla gościa - hrabiego. Adaś nie umiał się bić i kiedy dobierano mu się do skóry w klasie, to stawałem w jego obronie. Pierwszego dnia mnie też chciano obić u „Reya” i to na każdej pauzie – dopiero wyrobiłem sobie pozycję kiedy zaparłem się i stłukłem wyższego ode mnie Jurka Ornowskiego. On miał dłuższe ręce ode mnie, ale wreszcie go dopadłem i tak cisnąłem o podłogę, że do dzwonka nie mógł podnieść się. Podnieśli go uczniowie, dopiero tuż tuż przed tym niż nauczyciel wszedł do klasy. Poradziłem sobie z Ornowskim i już miałem wyrobioną swoją markę. Tak to jest, gdy jest się mężczyzną, no – prawie mężczyzną

    Później przyjaźniłem się z Olgierdem Downarowiczem, który mieszkał niedaleko szkoły na ul. Świętokrzyskiej. Chodziliśmy razem do księgarni,  która była, chyba przy ul. Świętokrzyskiej lub w jej pobliżu. Nazywała się „Nasza księgarnia” i miała piękny wybór przedwojennych książek z lektury szkolnej. Po materiały do majsterkowania chodziliśmy do „Slojdu” (sklep typu szwedzkiego - dla majsterkowiczów), była chyba przy ul. Wspólnej. Tam było kilka sal i można było kupić listewki, kleje, nici, kolorowe papiery, taśmy papierowe i materiałowe, tektury, sznurki, gwoździki, farbki modelarskie i wszystko, co modelarz potrzebował do szczęścia przy majsterkowaniu – nawet balsę, lekką jak piórko, a będącą drewnem.

    Majsterkowałem przy biurku w naszym pokoju i bywały starcia z Dziadkiem Aleksandrem o to biurko, że zniszczy się. Dziadek miał trzy córki i nie miał pojęcia o potrzebach i wychowaniu chłopaka. Biurko spaliło się w powstaniu, a Dziadka zastrzelił Ukrainiec z SS. A przy tym biurku powstała cała kolekcja autentycznych i według skali wykonanych modeli okrętów: stawiacz min ORP „Gryf”, kontrtorpedowce ORP „Burza” i  ORP „Błyskawica”, torpedowiec ORP „Mazur”, okręt podwodny ORP „Orzeł” i kanonierka ORP „gen. Haller” i wiele innych modeli (np. chata góralska z zapałek „na zrąb”) i wiele przedmiotów użytkowych.

    Książki trzymałem w schowkach pod oknami i tamże był piękny zbiór znaczków II RP i Generalnej Guberni. Do czytania brałem książki z czytelni na Placu Żelaznej Bramy, a od kolegi syna majora - historyczne i wysoce patriotyczne. Od stryja Wacława dostałem piękny zbiór motyli - po Gienku – ale mnie nie udało się rozszerzyć już kolekcji, w której był m. in. Paź Królowej.

    Przez ścianę z naszym mieszkaniem, mieszkał Darek Modrzycki, nieraz graliśmy w grę „Wojna morska” albo „Wojna polowa” i zawsze przegrywał, bo był „knot”. Jego mama częstowała mnie kanapkami i czekoladą z mlekiem, ale nie lubiłem tam chodzić pomimo zaproszeń. Powodem niechęci był fakt częstych sporów Ojca Darka z moją Mamą, na temat złych rządów obozu piłsudczyków, których on nienawidził, jako narodowiec. Nawet w tragicznych chwilach dla Polski trawiła go zwierzęca wprost nienawiść. W powstaniu został zastrzelony przez Ukraińców z SS, na podwórku domu przy ul. Mirowskiej 3.

    Do kina nie chodziliśmy, bo obowiązywała zasada: „Tylko świnie - siedzą w kinie”. Bywałem natomiast często w fotoplastykonie w Al. Jerozolimskich i przez podwójne steoroskopowe okulary poznałem cały przedwojenny świat.

    Kiedyś przechodziłem koło restauracji na placu Żelaznej Bramy i napatoczyłem się na wychodzącego pijanego Niemca, w brunatnym mundurze formacji SA. Zatrzymał mnie i zapytał: „Wo ist Königstraße?”[103] Jako mały Polak (miałem ok. 11 lat), nie mogłem udzielić Niemcowi odpowiedzi, bo uważaliśmy takie postępowanie za kolaborację z okupantami. Pomimo, że mogłem tą ulicę pokazać palcem - odpowiedziałem: „Ich verstehen nicht”[104]. Dostałem od szwaba pięścią w twarz tak, że aż złamał mi przegrodę nosa. Zalałem się krwią, a ludzie zaczęli uciekać. Nikt mi nie pomógł. Szczęściem Niemiec odszedł, a mógł mnie zastrzelić za taką odpowiedź, bo nie było wolno nie rozumieć po niemiecku. Krzywy nos mam do dzisiejszego dnia, a kiedy w nocy nie mogę oddychać – wspominam pijanego szwaba. Byłem bez Ojca i byle świnia niemiecka mogła bezkarnie bić syna bohatera polskiego, który w 1920r obronił Polskę i Europę, a w tym i Niemcy, przed bolszewickimi bandytami. Obronił germańskich bandytów - przed komunistycznymi bandytami. Ci ostatni, w 1945r mogli swobodnie gwałcić Niemki, w czym szczególnie gustowali, podczas marszu na Berlin. Szwaby gwałcili nasze kobiety, gdy tylko nadarzyła się okazja, a liczne dziewczyny łapali i umieszczali w domach publicznych, organizowanych dla żołnierzy na wschodzie. Pewnie gwałcili i Rosjanki, gdy podbijali ZSRR. Nasi wspólni wrogowie – sowieci - odpłacili im za Rosjanki i za Polki i to z wielką nadwyżką. Jaka moralność była wpajana w tych sowieckich bandytów, to zobaczyliśmy parząc na gwałty Ukraińców z SS w powstaniu.

    *

    Nasz okupacyjny codzienny dzień wyglądał tak: równo ze świtem Mama wychodziła do pracy, zostawiając mi śniadanie. Jadłem czytając szkolną książkę i wychodziłem z domu. Rano handlowałem w Halach Mirowskich, w południe szedłem do szkoły, wracając późnym popołudniem kupowałem „towar” u Braci Jabłkowskich, zjadałem coś obiadowego i jechałem tramwajem „17”-tką na Bielany. Szedłem do Młocin, kupowałem 8 półlitrówek spirytusu szmuglowanego z Niemiec, z którymi granica była tuż - tuż i w walizeczce przewoziłem na plac Mirowski, gdzie sprzedawałem go w restauracji Strupińskiego. Wracałem do domu, witałem się z Mamą, jedliśmy kolację i spać. Handlowałem też lekarstwami, które Mama kupowała w hurtowni aptecznej – tej, w której pracowała.

    W nocy często były naloty i syrena wyrywała nas ze snu. Wstawaliśmy, ubierając się po ciemku i stawaliśmy w korytarzu przy drzwiach na klatkę schodową, bo było tam najwięcej grubych murów i daleko było do okien z szybami ze szkła, które mogło poranić, przy wybuchu bomby i pękaniu ich. Ubranie miałem tak rozłożone na krześle, że po ciemku wyciągałem rękę i brałem to, co potrzebowałem po kolei. Nieraz słychać było wybuchy bomb, które sowieci zrzucali z dużej wysokości na Warszawę, a które nie zrzucili nad Niemcami, bo starali się szybko opuścić strefę lepiej chronioną przez artylerię przeciwlotniczą. Bombardowali z bardzo wysokiego pułapu, na ogół trafiali w budynki mieszkalne – idąc do szkoły widywałem nowe ruiny i straż pożarną, która jeszcze dogaszała pożary. Co nie zburzyli i nie spalili Niemcy we wrześniu 1939r, to teraz bolszewicy niszczyli. Szczęściem, że nie każdej nocy bombardowali, chociaż syreny wyły po parę razy na noc. Okna mieszkania wychodziły na podwórze i nie było nic widać nocami na niebie, z wyjątkiem ruchomych smug reflektorów przeciwlotniczych, pełzających w poszukiwaniu samolotów. Za to w dzień podwórze „żyło”. Co i raz przychodziła jakaś orkiestra podwórkowa i grała wojskowe piosenki, przechodząc ni stąd, ni zowąd na melodie przedwojennych szlagierów. To był znak, że blisko na ulicy pokazał się patrol niemieckiej żandarmerii lub granatowy policjant, będący na niemieckiej służbie. Chodzili w orkiestrze dorośli albo dzieci, które śpiewały „Dnia pierwszego września, roku pamiętnego, wróg napadł na Polskę, z nieba wysokiego. Najwięcej się zawziął, na naszą Warszawę, a Warszawa piękna, tyż jest miasto prawe”. Po występach i w ich trakcie, małe dziewczynki zbierały pieniądze, rzucane w papierkach z okien kamienicy.

    Wyglądając przez okno, kiedyś zobaczyłem, jak kucharki z restauracji Strupińskiego, wybrały kartofle z kubła na odpady ze stołów, obmyły pod wodą z kranu i podsmażyły na patelni. Widocznie dla spóźnionego gościa. A jeszcze wcześniej, jeszcze na Elektoralnej, widziałem jak w żydowskiej garkuchni vis á vis naszego mieszkania, kucharki sklejały pierogi na ślinę. Brrrrrr!

    Od czasu do czasu pojawiał się głodny Żyd, który litościwie spoglądał w okna. Trzeba było tak rzucić zawinięte jedzenie, żeby nie było widać, z którego okna, bo chodzili za nimi granatowi policjanci i nie Żydów pilnowali, tylko tych, co dawali jedzenie. Z głodnego Żyda, nie mieli korzyści, bo po denuncjacji zabijano biedaka, a jak dojrzeli, kto pomaga Żydom, to wyłudzali okup za odstąpienie od spisania protokółu, co inaczej - kończyło się śmiercią polskiego darczyńcy. Jedni Żydom pomagali, inni robili na nich interesy.

    W połowie ulicy Mirowskiej był mur getta i przez ten mur przerzucano worki z żywnością. Kiedy byli przygotowani odbiorcy po stronie getta, to stawało przy murze po aryjskiej stronie dwóch polskich szmuglerów i na swoje zgarbione plecy brali „przerzutowego”, który podawane worki przerzucał przez mur. Z różnych bram wybiegali szmuklerzy z workami na plecach i podawali wytrenowanym rzutem „przerzutowemu”. Przerzutowy łapał w powietrzu worki i przerzucał je przez mur. Lubiłem patrzeć, jak im to sprawnie wychodziło, nikt nie czekał z workiem pod murem – oni byli zgrani jak sprawna drużyna piłkarska. Rzut workiem, rzut i rzut, parę razy i drużyna znika. Widzowie znikają również, bo za chwilę mogą być żandarmi. Podobno powstawały kokosowe fortuny po obydwóch stronach muru. Syn dozorcy był granatowym policjantem i usiłował robić interesy na łapaniu szmuglerów, ale oni tak go pobili, że długo umierał. Widywałem go, jak smutnie patrzył przez firankę na podwórze. Nie było dla niego ratunku, bo miał odbite płuca i po zapaleniu płuc wywiązała się gruźlica. Kiedy umarł, to pół podwórza zapełnili szmuklerze i długo wołali: „Zdechła k…a, zdechła k…a, zdechła k…a”. Trumnę z nieboszczykiem wynieśli policjanci w nocy, bo szmuklerze zapowiedzieli, że wywleką go z trumny przy wyprowadzeniu i wrzucą do śmietnika. A obok śmietnika było ogólne WC, tak śmierdzące, że trudno było przejść koło niego – a musiałem przejść kilka razy dziennie, idąc do mojej klatki schodowej.

    Z dozorcą były często nieporozumienia, na tle kartek żywnościowych, które rozdzielał i z których okradał mieszkańców. Podobno chciał lepiej karmić umierającego syna, żeby mógł wyzdrowieć. Syn umarł, a dozorca dalej oszukiwał z kartkami. Nieraz udawało się kupić, na „czarnym rynku”, kartkę żywnościową dla volksdeutschów lub Niemców, a nieraz dawał Dziadkowi taką kartkę autentyczny inżynier Niemiec, który chciał ożenić się z ciotką Janką. Przed wojną mieszkał w Warszawie i myślał, że będzie mieszkał nadal za okupacji, a tu tymczasem powołano go do wojska niemieckiego, a że jeździł na nartach, więc przydzielili go do strzelców alpejskich. Kiedy przyjeżdżał na urlop i nie mógł znaleźć Janki (uciekała przed nim), to przyjeżdżał do Dziadka i pozostawiając swoją kartkę żywnościową prosił, żeby nawiązała z nim kontakt. Czy przeżył wojnę – nie wiem. Po zakupy z taką kartką trzeba było iść do Meinla - sklepu dla Niemców, a to krępowało. Ale jak mus, to mus. Najczęściej ja kupowałem u Meinla, bo stawałem się prawie „handlarzem z pod Hal Mirowskich”. Zarabiałem lepiej od Mamy i dlatego nie byliśmy głodni. A u Meinla były pomarańcze, czekolada, wędliny, mięso, alkohol, papierosy i co dusza zapragnie – byle starczyło numerków na kartce. W innym niemieckim sklepie na placu Adolf Hitlerplaz[105], kupowałem latarki, baterie i kulki łożyskowe, które zawoziłem, co 2 miesiące do Rembertowa, dla Szarych Szeregów, w których działał stryjeczny brat – Gienek Bocheński (pseudonim: „Dubaniec”) – syn stryja Wacława. Stryj Wacław opiekował się moim Ojcem w Legionach Polskich i podczas wojny 1920r – teraz ja zaopatrywałem ich w latarki ze świecącą szparką „przeciwlotnicze” i w kulki łożyskowe, które ładowano podobno do granatów domowej roboty. Ale przy tym nie byłem – tylko przywoziłem latarki i kulki łożyskowe. Raz idąc z Mamą od pętli na Gocławiu do Rembertowa, a było to w 1940r, szliśmy za dwoma Żydami z brodami i pejsami. Przechodząc koło posterunku żandarmów niemieckich, jaki był przy dawnej fabryce „Pocisk”, ci Żydzi tak byli zagadani, że nie zwrócili uwagi na wartowników i nie zdjęli czapek. Zostali zawołani i postawieni pod murem, a kiedy odeszliśmy z 200 metrów – wtedy padły dwa strzały. Byliśmy już w zagajniku i baliśmy się wrócić do jego brzegu, żeby zobaczyć, co stało się. Przypuszczalnie zostali zastrzeleni – takie było życie pod okupacją, nic byśmy nie zmienili przyglądaniem się zza krzaków.

     

    *

    Eugeniusz Bocheński[106] zginął 4 marca 1944r w walce z Niemcami, w obronie radiostacji KG AK w Rembertowie. Było ich, polskich podziemnych żołnierzy 4-ech wraz z Grajkiem (radiotelegrafista). Zostali otoczeni w budynku, gdzie rozwinęli stanowisko radiostacji. Gienek był dowódcą osłony. Nadjechały niespodziewanie dwa transportery z żandarmami i czołg. Czterdziestu żandarmów przeciwko 4 harcerzom-AKowcom. Podczas walki radiotelegrafista ukończył nadawanie i zdążył zniszczyć szyfry, bo Niemcy ich nie znaleźli. Dwóch harcerzy zabito w walce. Gienek z kolegą przeskoczył ogrodzenie, ale byli już ranni. Zdrajca wskazał ich miejsce ukrycia, w sąsiednim ogrodzie, gdzie po powtórnym okrążeniu przez Niemców – włożyli granat pomiędzy siebie, zdetonowali i zostali rozerwani. Denuncjatora zastrzelono wieczorem. Człowiek, który kopał Im grób – odmówił przyjęcia zapłaty od Niemców, nawet odmówił przyjęcia krawata. Lekarz niemiecki nie był w stanie utrzymać Ich przy życiu – nawet zastrzykami pobudzającymi. Stryj Wacław i Liza, stracili wcześniej córkę, teraz syna w walce. Po wojnie stryj Wacław wielokrotnie był więziony przez ubowców – zawsze przed polskimi świętami narodowymi. W końcu ze strażnikiem więziennym - Kostkiem Nesterukiem - zaprzyjaźnił się – widywałem go kilka razy na imieninach Stryja, w późniejszych latach. Według mojego nosa – pozostał ubowskim strażnikiem, który stawiał świeczkę i ogarek – jak w przysłowiu.

    Słyszałem jak kiedyś moja Mama rozmawiała z Gienkiem: „Czy warto tak się narażać? Ty możesz zginąć, a po wojnie, kto inny dostanie odznaczenie” mówiła, a On odpowiedział: „Ciociu[107] nie chodzi o odznaczenia – walczymy przecież o Polskę!” Jak pokazała przyszłość, to obydwoje mieli rację – dzisiaj odznaczenia i stopnie oficerskie otrzymali nie ci, co walczyli. Znam przypadek, gdy zwalczający po wojnie „leśnych” (Zdzisław G) dostał tytuł „kombatant” i stopień podporucznika. Jeszcze dzisiaj rzekomo „walczących o Polskę” jest więcej niż było AKowców podczas wojny.

    Gienek obiecywał mi, że weźmie mnie do lasu, gdy tylko będę dobrze strzelał, a ja przecież jeszcze przed wojną strzelałem bardzo dobrze, ale Mama nie chciała tego potwierdzić. Gienek udawał, że nic o tym nie wie. Pewnie byli w zmowie, żebym z Bocheńskich przeżył, chociaż ja. Ile razy byłem w Rembertowie, to zawsze miałem procę i doszedłem do takiej celności w strzelaniu, że trafiałem z 10 metrów w dziurę po sęku w desce. Pokazywałem to Stryjowi Wacławowi i Gienkowi, gdy przychodził po kulki łożyskowe, ale wtedy Gienek zwiększył mi odległość na dwadzieścia kroków. I znów kazał trafiać za każdym razem. Zaciskałem zęby i zapowiedziałem, że będę trafiał, a On będzie musiał zabrać mnie do lasu – miałem przecież już kolejno 11 - 12 – 13 lat. Tak biegł czas, a ja musiałem „marnować się” w Warszawie na zakupach łożysk kulkowych i handlu w Halach Mirowskich lub szmuglowanym spirytusem. Nie mogłem tego znieść, ale zapowiedziano mi, że żołnierz musi być posłuszny i zdyscyplinowany. Więc byłem i … przeżyłem okupację, chociaż podczas Powstania Warszawskiego spróbowałem stanąć do walki – znów bezskutecznie, ale o tym, jeszcze nie teraz.

    Żeby być przygotowanym, to polakierowałem hełm kawaleryjski, jaki wydobyłem ze stawu w Ogrodzie Łazienkowskim w 1940r i zakonserwowałem dobrze skórzaną jego wykładzinę. Raz już byłem przygotowany w 1939r, miałem naszykowane 200 sztuk amunicji „long” do floweru (kbks) i dobrze konserwowany przeze mnie flower. Trafiałem wtedy do rzutków, omal raz za razem. Teraz znowu mnie zbywano. Czekałem na okazję. Ja też byłem Bocheński, herbu Rawa-Rawicz, więc nie mogłem być bierny wobec okupantów. Uczyłem się terenoznawstwa z książek harcerskich, samarytanki i regulaminów wojskowych, do których miałem dostęp dzięki koledze, który był synem mjr Stanisława Rodowicza i miał olbrzymią bibliotekę, zajmującą na kilku regałach – cały pokój. Major był też w sowieckiej niewoli (AM 970, WO 927) - mamy przyjaźniły się - ale ojcowie nie przeżyli, bo trafili do „przyjaciół” Rosjan, a szkoda, że nie do wrogów Niemców.

    Bardzo podobał mi się księgozbiór harcerza - syna majora, więc też kupowałem książki w księgarniach i antykwariatach. Pieniądze miałem, bo handlowałem. Nie bardzo wiedziałem, co kupowałem, ale najchętniej nabywałem książki w skórze. Sprzedawano je za bezcen. Znajomi mówili: „Masz piękne książki, będą dużo warte po wojnie”. Niestety, spaliły się w powstaniu, lecz jakie to ma znaczenie – nie miałem już wtedy Ojca, Dziadka zastrzelili w powstaniu, a Czyzio spalił się.

    W dniu 23 listopada 1943r, jadąc tramwajem linii „P”, na lekcje na kompletach, gdzieś na ul. Dobrej i niedaleko ul. Czerwonego Krzyża - zostaliśmy zatrzymani przez Niemców, pomiędzy przystankami i wyprowadzeni prosto pod ścianę. Rozkaz „Hände hoch” i stoimy z rękami w górze, na karku. Stoję obok kolegi z klasy - Jurka Burchardta. Stawiają karabin maszynowy na jezdni, obsługa kładzie się na ziemi i zakłada taśmę z nabojami do komory zamkowej. Myślę - to koniec, właśnie trwają masowe egzekucje przypadkowo złapanych ludzi. Czuję, że mam mokre spodnie – zsikałem się, nawet nie wiem kiedy. Wtem hamuje ostro motocykl z koszem, z którego wysiada w brunatnym mundurze jakiś oficer z formacji SA, z czerwoną opaską i czarnym hakenkreuzem w białym kółku. Oficer wyjmuje pistolet i podchodzi do nas. Lufą pistoletu odwraca po kolei ludzi z podniesionymi rękami i sprawdza dokumenty, bo poprzednio rozstrzelali nawet volksdeutschów, którzy podpisali niemiecką listę, ale nie znali nawet języka niemieckiego. Więc teraz sprawdzają przed egzekucją. SAman odwraca lufą pistoletu i mnie. Uwiera muszka pistoletu, wbijająca się w mój podbródek, ale zaciskam zęby i milczę. Oficer patrzy mi w oczy i sięga po dokumenty. Niemiec mówi : „dzisiaj twój geburstag[108]” – odpowiadam: „tak mój geburstag”. Pyta po polsku: „kto ty jesteś?” – na język ciśnie mi się „Polak mały”[109], ale przecież nie mogę tak odpowiedzieć. W ostatniej chwili mówię „jestem uczniem”. Następne pytanie: „strzelasz do ludzi” – mówię: „nie strzelam. Chodzę do szkoły przysposobienia robotników do przemysłu chemicznego w Niemczech”. Taką mam czerwoną legitymację, załatwioną przez nauczycieli ze szkoły „Reya”. Nie chodzę do tej szkoły, ale legitymację mam. Niemiec pyta: „ale będziesz strzelał?” Odpowiadam „na pewno nie będę”. Oficer oddaje mi legitymację i krzyczy: „Raus, schnell![110]”. Odbiegam tyłem patrząc na lufę pistoletu, czy nie zobaczę ognika wystrzału. Myślałem, że zdążyłbym upaść na ziemie, nim trafi mnie kula. Głupio myślałem, ale miałem 13 lat dopiero. Bałem się, że może strzelić inny Niemiec z boku, bo pomyśli, że ja uciekam. Byle prędzej do rogu budynku. Jestem za rogiem, ale biegnę dalej. Zatrzymuję się dopiero na Placu Teatralnym. Na ul. Senatorskiej, niedaleko Miodowej, pracuje moja Mama w hurtowni aptecznej. Przyjął Ją do pracy dawny pracodawca, z czasów panieńskiej pracy Mamy. Podobnie jak w tamtych latach, tak i teraz prowadzi handel lekami. Ma dobre nazwisko na czasy okupacyjne – nazywa się mgr Hübner (Polak), i jest w spółce z mgr Fulde (volksdeutschem podobno). Opowiadam Mamie, co przeszedłem omal  godzinę wcześniej. Mama mówi: „Cichoooooo!”, bo „koleżanka„ Wanda Fulde (o twarzy jak pysk psa owczarka) jest volksdeutschką i lepiej żeby nie słyszała, co wyprawiają z nami Niemcy, według mojego opowiadania. Ona wie, że Mama jest żoną oficera, ale nie rozmawiają na te tematy. Taka jest umowa pomiędzy mgr Hübnerem i mgr Fulde. Przestrzegamy ustalone zasady – chcemy przeżyć. Po pracy wracam razem z Mamą do domu. Wchodzimy do kościoła, z podziękowaniem, że przeżyłem ten dzień.

    Parę razy przyjeżdżali do mnie rodzice Jurka Burchardta, który nie miał geburstagu i został rozstrzelany. Ciało pewnie wrzucili do dołu, jakich było wiele wokół Warszawy. Pytali mnie, jak to było pod tym murem na ul. Dobrej … a ja, najlepiej pamiętałem okrutny strach, gdy Niemiec okręcał mnie lufą pistoletu podłożoną pod podbródek. Tego, że zsikałem się ze strachu, nie mogłem po prostu przeżyć. Taka hańba – mieć ze strachu mokre spodnie! To chyba gorsze niż śmierć! Ale ja żyłem, a Jurek nie. Miałem kilka przeżyć, gdy śmierć otarła się o mnie, będę jeszcze o tym pisał. Mam teraz 77-my rok i żyję. Nie wiem tylko, po co przeżyłem? Jedyny członek rodu Bocheńskich, herbu Rawa-Rawicz. Może wyrodek, bo przeżyłem. Jakżeby było pięknie, gdybym poległ! To i o mnie śpiewano by – tak wtedy rozumowałem. Lata następne pokazały, że śpiewy organizuje się dla innych celów. O Gienku pamiętano w Rembertowie do przemian politycznych 1989/90r. Dwa razy w roku odbywały się za PRLu uroczystości pod pomnikiem przy ul. Haubicy: w rocznicę śmierci 4 marca i 12 października, kiedy do święta LWP podłączono AK, bo inaczej władze PRL nie pozwalały. Nie nazywano już Akowców „zaplutymi karłami reakcji”, ale milczenie o bohaterstwie AK było nadal nakazywane. Uroczystości były organizowane przez ZBoWiD[111], bo tylko pod tym szyldem można było cokolwiek robić.

                Śmierć hulała po ulicach, a miała wygląd Niemca w mundurze gestapo (mundur koloru czarnego), SSmana (mundur ciemny zielony), SAmana (mundur żółto-brązowy) lub żandarma (mundur zielony ciemny). Wojsko niemieckie (Wehrmacht – kolor feldgrau) nie brało udziału w łapankach i egzekucjach od czasu „Krwawej Niedzieli” w Bydgoszczy we wrześniu 1939r i dokonywanych wtedy egzekucji żołnierzy polskich i ludności cywilnej – jak popadło: w lesie, w przydrożnych rowach, pod murami budynków.

                W szkole im. Mikołaja Reya miałem wychowawcę p. Artura Oppmana i wielu nauczycieli, o nie polskich nazwiskach: Kelichen, Krenz, Ronthaler. Oni byli protestantami ze zboru ewangelicko-augsburskiego i byli prawymi Polakami. Uczyli nas potajemnie polskiej historii, głosząc chwałę oręża, który pobił Krzyżaków pod Grunwaldem i wcześniej Na Psim Polu i pod Głogowem, gdzie Niemcy przywiązali polskie dzieci – zakładników, do wież oblężniczych i poprowadzili pod mury oblężonego miasta. A waleczni ojcowie, pomimo tego strzelali do nacierających wież oblężniczych, jakby to nie były ich dzieci. Obronili miasto i Polskę - tracąc dzieci. Jakimi byli wielkimi bohaterami! I o tym uczyli nas nauczyciele o niemieckich nazwiskach, lecz o polskich sercach.

    Przedwojenny zbór ewangelicko-augsburski podzielił się podczas wojny na dwie części: polską i niemiecką. Podział następował wśród rodzin – jeden brat pozostawał Polakiem, drugi podpisywał volksdeutschowską listę. Przy ul. Królewskiej, w jednym budynku były dwa zarządy gminy: polskiej i niemieckiej. Ale pomimo podziału formalnego, pozostawały więzi między braćmi i byliśmy ostrzegani, kiedy będą przeszukania w szkole. Wtedy nasi nauczyciele sprawdzali nam teczki na kilka godzin wcześniej, przed niemiecką rewizją i usuwali ewentualnie posiadane materiały, które mogły nam zaszkodzić. Przychodził uśmiechnięty mile szwab ze swastyka w klapie marynarki i z przymilnym uśmiechem pytał: „jaki porządek masz w teczce. Pochwal się”. Trzeba było otworzyć teczkę, a on sprawdzał przecież nie porządek, tylko co jest w teczce. Pytał bardzo uprzejmym tonem: „czego się uczysz, pewnie rachunków i historii?” Trzeba było wymienić przedmioty takie jak rachunki, pisanie i czytanie po polsku, przyrodę, śpiew, gimnastykę, rysunki i roboty ręczne, ale nie wolno było nawet mruknąć o historii i geografii! My mali Polscy chłopcy, wiedzieliśmy jak walczyć z niemieckimi najeźdźcami.

    Pan Oppman organizował nas w różne grupy, ja na przykład zostałem przyjęty do grupy kolportażu i sprzedaży różnych wyrobów, z których zysk był przeznaczony na pomoc dla więźniów. W Czerwonym Krzyżu mieliśmy dyżury i przygotowywaliśmy pocztówki, kwiatki ze sznurka kolorowego, palemki z kolorowego papieru na święta Wielkanocne, pierścionki z czarnego włosa końskiego z Orłem Białym i cegiełki gipsowe z kratami w oknach cel więziennych – na sprzedaż. Za uzyskane pieniądze kupowane były różne produkty i potem pakowaliśmy: kawałek kiełbasy, bochenek chleba, słoik smalcu, kilka cebul, tabliczkę czekolady, aspirynę, opatrunki. Następnie wpisywaliśmy imię i nazwisko więźnia na Pawiaku. Prawda jest, że Niemcy mordowali Polaków, ale przesyłane paczki docierały do adresatów więźniów, jeżeli jeszcze żyli. Nie rozumiałem tego ich „Ordnung muss sein”, ale paczki trafiały nawet do tych, co mają ich jutro rozstrzelać. Była to niczym niewytłumaczona zasada – on ma być rozstrzały jutro, ale dzisiaj dostał paczkę – więc paczka jest jego – nawet, gdy jest tak zmasakrowany, że nie może wziąć paczkę w ręce. Pruski, czasami bezmyślny „Ordnung muss sein”, ale „Ordnung”, jakże odmienny od sowieckiego, polegającego na kradzieży wszystkiego i wszystkim.

    Do szkoły im. Mikołaja Reya zostałem przyjęty trafem, bo w innych szkołach bano się mieć ucznia, którego Ojca – oficera wywiadu - poszukiwało gestapo. Ktoś z ruchu oporu skontaktował Mamę z tą szkołą, bo tam był jakiś taki zespół pomocy wszystkim i we wszystkich sprawach. Do dzisiaj nie rozumiem, jak to działało, bo środowisko było to, co najmniej dziwne, jeżeli nie bardzo dziwne. W klasie było ok. 25 chłopców. Zawsze w poniedziałek, na pierwszej lekcji z naszym wychowawcą p. Oppmanem, opowiadaliśmy, co robiliśmy w niedzielę. Nieraz pan Oppman przerywał opowieść i kierował ją na inny tor. Kiedy dzisiaj przypominam sobie te przerwy, to wydaje mi się, że opowieść mogła doprowadzić do niewłaściwego informowania wszystkich o wszystkim. Do tych opowieści pan Oppman powracał w cztery oczy z uczniem, a był niejako w „kursie spraw”, dzięki poniedziałkowym opowiadaniom. W klasie był uczeń Ornowski, który raptem przestał przychodzić na lekcje i o którym opowiadano sobie „na ucho”, że jego ojciec podpisał volkslistę, ale mogła to być nieprawda, bo po okupacji nikt tego nie potwierdził. Inny uczeń – Krzysiek Patschke - podobno był synem volksdeutscha, też według wieści „na ucho”. Otóż on powiedział, że jego ojciec chce płacić za mnie połowę czestnego[112] w szkole, dlatego, że mój Ojciec jest w sowieckiej niewoli. Nauczyciele doradzali przyjąć pomoc, bo nic nie wiadomo, a po co denerwować darczyńcę. Więc połowę czestnego miałem opłacaną i to od 4-ej klasy jawnej, aż do końca 6-ej, już na korepetycjach, czyli do Powstania Warszawskiego. Dziwne to, ale wśród nas był syn volksdeutscha.

    Niedziele spędzałem różnie, często na Bielanach u ciotki Wandy – siostry Mamy i mojej chrzestnej. Jakoś po powrocie z pod okupacji sowieckiej między siostrami zaczęły układać się lepiej stosunki. W latach 1942 i 43 uprawiałem tam grządki z warzywami. Tam też spędzaliśmy święta Bożego Narodzenia i Wielkanocne. Nieraz bywałem u znajomych na ul. Skaryszewskiej – wtedy trzeba było przejść koło budynku dawnej szkoły, gdzie gromadzono złapanych do wywozu do Niemiec, na roboty przymusowe. Z okien rzucano kartki do rodzin, żeby poinformować o tym, że w łapance byli złapani jak zwierzęta. Widziałem jak kobieta podniosła taką kartkę, a żandarm natychmiast chwycił ją za rękę i wciągnął do budynku. Pewnie też pojechała przymusowo do Niemiec na roboty. Ludzie bali się podnosić kartki, żeby i ich nie pochwycono.

    Rzadko bardzo bywaliśmy na ul. Filtrowej u pp. Bartczaków, którzy pomagali finansowo Mamie – z tym panem Ojciec kiedyś kolegował się, a teraz on robił jakieś tajemnicze interesy. Pamiętam jak u nich poprosiłem o gruszkę z patery, gdzie leżało ich kilka – pani wzięła jedną z nich, przekroiła na pół i podała mi. Więcej o nic nie poprosiłem już nigdy.

    Parę razy byliśmy we Włochach pod Warszawą u siostry Dziadka Aleksandra, był tam piękny staw z rybami - zasypany w połowie po wojnie. Jechało się do nich elektryczną kolejką EKD z ul. Nowogrodzkiej, tuż przy Marszałkowskiej. Ich syn Zbyszek Kopański poszedł kiedyś z Mamą, do mieszkania Strupińskich zatelefonować i poznał tam Jankę, z którą wkrótce ożenił się. Nie mogłem zrozumieć tej „wycieczki”, bo u nas też był telefon – okazało się, że to był wybieg, żeby ich poznać. Ze skutkiem. Dzięki temu na weselu zjadłem rarytas na tamte czasy: flaki z bułką. Druga okazja, to to, że poznałem restauratora Strupińskiego i zarabiałem u niego na przywozie spirytusu do restauracji. Z tym telefonem to były różne przypadki, np. volksdeutsch, który mieszkał vis á vis naszych okien, zobaczył przez okno telefon u Dziadka i rozpoczął nachodzenie, aby telefonować od nas. Płacił za rozmowy, ale stale przy tym chciał rozmawiać o zwycięstwie Niemców. Dziadek bał się rozmawiać, ale volksdeutsch upewniał, że nie doniesie Niemcom o rozmowach. Zapamiętałem z tych rozmów, że Niemcy nauczyli nas sabotować pracę (czyli źle wykonywać pracę) i my Polacy, jeżeli kiedykolwiek będziemy wolni (w co volksdeutsch nie wierzył), to będziemy z przyzwyczajenia sabotować sami siebie. Chyba miał, w tym sabotowaniu, rację. Do dzisiaj.

     

    *

    U siebie na Elektoralnej i na Mirowskiej nigdy nie ubierałem choinki, bo jak tu cieszyć się, gdy Ojciec jest w sowieckiej niewoli. Ojciec był już rozstrzelany - ale my ciągle czekaliśmy na Niego. Aż tu, w okolicy świąt Wielkanocnych 1943r, Niemcy ogłosili o odnalezieniu zwłok polskich oficerów, zamordowanych przez sowietów i wrzuconych do zbiorowych dołów, w Katyniu. Codziennie, w gazetowej gadzinówce pt „Nowy Kurier Warszawski”, ukazywały się listy z nazwiskami ekshumowanych oficerów. Zastygliśmy w przerażeniu. Pierwszy poranny zakup, to była gazeta. Niemcy podawali, że odnaleźli doły z 14 tysiącami rozstrzelanych oficerów, czyli wszystkimi oficerami, jacy zostali pojmani we wrześniu 1939r. Kiedy Niemcy musieli opuścić Katyń, w wyniku sowieckiej ofensywy – doszli do numeru zwłok nieco ponad 4 000. Nieraz podawano, że zamordowanego oficera nie rozpoznano. Ojca na listach nie było, ale nie wiedzieliśmy nic o następnych ofiarach, tych do 14 000, a wg Niemców tyle zwłok zawierały śmiertelne doły. Nikt nic nie wiedział, kim byli nierozpoznani i kto jeszcze nie został zidentyfikowany. Kiedyś podano, że przy zwłokach nr 1047 - NN kapitana - znaleziono gazetę polską z datą 1.04.1940r – nic więcej, a to były zwłoki mojego Ojca, co dopiero okazało się w 1980 roku.

    Z nasłuchu radia BBC i z podziemnej prasy – było wiadomo, że sowieci „obrazili się” na nasz rząd w Londynie i zerwali stosunki dyplomatyczne, bo oskarżono nas, że „Polacy pomagają Niemcom”. Bandyci obrazili się, że rząd polski zapytał, czy to prawda, co podają Niemcy. Ależ bandyci …. Te stosunki rwały się raz po raz - po napadzie sowietów na Polskę 17 września 1939r, zostały pierwszy raz zerwane, bo trudno z wrogiem utrzymywać stosunki dyplomatyczne, a sowieci wręczyli ambasadorowi Grzybowskiemu bardzo specyficzną notę, jak na stosunki dyplomatyczne – jakoby Państwo Polskie już nie istniało, bo rząd opuścił stolicę Warszawę. Potem stosunki zostały nawiązane przez rząd gen. Władysława Sikorskiego[113], aby wyrwać z więzień, z łagrów i miejsc zesłania, co najmniej setki tysięcy maltretowanych w ZSRR Polaków – jeżeli nawet nie ponad milion Polaków. Liczyliśmy wtedy z Mamą, że Ojca wypuścili i On pewnie wstąpił do organizowanego tam wojska polskiego, pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Boże – jak modliliśmy się wtedy o Niego! A On biedak – nie żył i leżał w sowieckiej ziemi –  porzucony jak łachman. Ale tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Mama prosiła głośno: „Boże Ojcze nasz, spraw, by nie trafiła Go kula”. Ale Jego trafiła już kula wcześniej – Pan Bóg słuchał i może płakał nad Nim i nad nami. Na pewno płakał, ale w tym życiu było za późno już na spełnienie próśb. Za późno ….

     

    *

    W okolicy Świąt Wielkanocnych 1943r wybuchło powstanie w getcie żydowskim i oczy wszystkich były skierowane na mur getta i na płomienie, które stopniowo obejmowały kolejne ulice, zamieszkałe przez Żydów. Niemcy postanowili zlikwidować ostatecznie zdziesiątkowane getto i wezwali ludność żydowską do zgłaszania się do wagonów bydlęcych, którymi zamiarowali przewieźć wygłodzonych nieludzko Żydów do miejsc zagłady, w Treblince, Majdanku, Sobiborze i w innych miejscach zagłady. A z miejsc tych przychodziły wieści, że wprost z wagonów, kierują ich do fałszywej łaźni, gdzie zamiast wody wypływa z sitek trujący gaz Cyklon B. Obok „całą parą” działały krematoria spalające zwłoki i okrutny cuchnący dym napełniał przestrzeń wokół obozu. Takie wiadomości dotarły do getta i znaleźli się Żydzi, którzy postanowili umrzeć w walce, a nie jak zwierzęta pędzone na ubój. Wiele lat później słuchałem opowieści doktora Marka Edelmana, że to nie było powstanie, lecz chęć życia o dzień, dwa lub trzy dłużej, że i Niemcy muszą ponieść śmierć, żeby ich dostać w swoje ręce.

    Dzień i noc słychać było strzelaninę w getcie. Widziałem, jak przez bramę getta na ul. Bonifraterskiej wjeżdżały niemieckie czołgi i armaty. Jednego dnia widziałem z okna mieszkania ciotki Janki, jak z płonącego domu przy ul. Bonifraterskiej, wyskakiwali ludzie na bruk. Woleli śmierć na bruku niż płonąć żywcem. Niemcy przerwali na chwile strzelaninę i fotografowali wyskakujących Żydów. Pamiętam, jak skoczyła kobieta z dzieckiem przyciśniętym do piersi. To było hartowanie nas, przed nam przypisaną gehenną – masakrą Polaków w Powstaniu Warszawskim.

    Póki co, żyliśmy. Rano Mama pod Halami Mirowskimi kupowała bułkę paryską i masło, które na słoneczku nabierało miękkości i po wypłynięciu resztek maślanki, było wspaniałe do smarowania i do spożycia z bułką. Za handel białym pieczywem i masłem można było być aresztowanym i zesłanym do obozu koncentracyjnego. W najgorszym razie handlarza stawiano pod mur i kula w łeb, a i tak bywało, bo potrzebny był tylko pretekst. Mięso i jajka też kupowano po kryjomu. Na kartki dawano czarny chleb, marmoladę i trochę cukru. Co jakiś czas przydzielano jajka nieco już cuchnące, sól i suszone ryby zwane sztokfiszami. Mydło przydziałowe było szare, w małych kostkach i nie pieniło się – podobno robiono je z tłuszczu z Żydów. Przydziałowe papierosy zamienialiśmy od razu w sklepie na cukier. Niemcy papierosów nie żałowali, a za obowiązkowe dostawy płodów rolnych dawali rolnikom papierosy i dodawali wódkę do pieniężnej wypłaty. Tak rozpoczęło się rozpijanie polskich rolników i robotników – chętnie następnie rozpijanych za PRLu przez komunistycznych władców Polski. Pijany nie myśli o wolności – dlatego totalitaryści rozpijali narody. Produkty na kartki odbieraliśmy w sklepie Gąsiorowskiej w naszym domu. W sklepie królowała Gąsiorowska, gruba jak wielka beczka z piwem – wycinała numerki i pobierała zapłatę. Towary wydawały dwie siostry i córka jednej z nich. Te trzy były takie chude jak wymizerowany komar, ale uwijały się – jakby w obozie pracy przymusowej. Mawiano: „Chyba Gąsiorowska głodzi rodzinkę, ale jak było – nie wiem.

    Jak w powstanie kobiety wyprowadzili do obozu przejściowego w Pruszkowie, to we cztery trafiły potem do Oświęcimia, który nam udało się ominąć. Po wojnie Mama została rozpoznana i zatrzymana przez chudą handlarkę, na bazarze Różyckiego na Pradze. Okazało się, że to jest Gąsiorowska, która handluje czymś ze skrzynki drewnianej. Była chuda jak patyk, ale żyła, bo miała, z czego chudnąć. Jej trzy kuzynki zmarły, bo nie przeżyły 10 miesięcy obozu. Tak potwierdziło się przysłowie, że: „Nim gruby schudnie, to chudego prędzej diabli wezmą”.

    *

    Nie pamiętam już roku, gdy przyszedł niespodziewanie dystyngowany pan i przedstawił się jako kolega Ojca. Bardzo dopytywał się o Ojca i nie bacząc na wyjaśnienia Mamy, że przebywa w niewoli sowieckiej – pozostawił swój adres, żeby pilnie go odwiedził, gdyby … wrócił z niewoli. W piętnaście minut później przyszło dwóch innych panów, też przedstawili się jako koledzy, ale podali szereg nazwisk oficerów, których Mama znała. Oświadczyli, że ten pierwszy jest agentem gestapo i rozpracowuje przedwojenny wywiad wojskowy. Zalecili natychmiastowe opuszczenie mieszkania, bo nas mogą aresztować i pomogli zabrać dwie walizki z garderobą. Przenieśliśmy się na ul. Puławską do ciotki Janki (t zw. ciocia małpa), ale po kilku dniach przyszła od tych drugich panów wiadomość, że ten pierwszy został zastrzelony dwa dni później, z rozkazu Państwa Podziemnego i mogliśmy wrócić do Dziadka. Jakoś niedługo potem wpadł do nas Staszek Chojnacki (przedwojenny kierowca Ojca) i przywiózł list od p. Hanki Wardyńskiej z Jasła. Był przejazdem w Warszawie i bardzo spieszył się. Miał innym razem przyjechać do nas i opowiedzieć o wrześniu 1939r – niestety nie doczekaliśmy się tego, być może dlatego, że pracował u jakiegoś dostojnika niemieckiego, którego woził samochodem. Mama napisała do p. Hanki Wardyńskiej list, a ponieważ w Jaśle gestapo poszukiwało Ojca, więc p. Hanka podała przez Staszka kartkę z jakimś adresem, gdzie Mama miała pisać jako Janka Kowalska[114], a ona będzie odpisywać jako Kazia Jankowska lub jakoś tak podobnie. Podawała p. Hanka, że dwie rodziny z naszych przedwojennych znajomych podpisały Volkslistę, że jej mąż inż. Wacław Wardyński (Wacek) pracuje nadal w rafinerii ropy naftowej, bo tak nakazali Niemcy. Ponadto zawiadomiła, że w budynku Komisariatu Straży Granicznej rezyduje gestapo, a w naszym mieszkaniu mieszka ich oficer. Podobno, tuż przed wejściem Niemców do Jasła, ktoś wywiózł nasze meble. Mama myślała, że ktoś ze znajomych przechowa nasze meble i odda po naszym powrocie. Tymczasem Niemcy spalili Jasło w 94% i gdyby nikt mebli nie ruszał, to w budynku zajętym przez gestapo mogłyby przetrwać, bo gestapo uszło w ostatniej chwili, tuż przed wejściem wojsk sowieckich i LWP. Naturalnie, gdyby jacyś szabrownicy nie zrabowali dobytku w momencie odejścia Niemców. Byłoby to omal cudem, jako, że w spalonym mieście nawet piwnice były po wojnie zamieszkałe przez powracających. Inna sprawa, że nie mogliśmy wracać, bo wpadlibyśmy w sidła UB, jako rodzina ich ustrojowego przeciwnika.

    Pani Hanka Wardyńska przysłała nam pocztą kilka paczek żywnościowych w ciągu 3 – 4 lat. Były w nich wspaniałe suszone grzyby, słoiczki z miodem z leśnych barci, suszone gruszki, śliwki i jabłuszka – po prostu, to co mogła wysłać przyjaciółka przyjaciółce, w ciężkich okupacyjnych latach, a co pochodziło z ogrodu i lasów podkarpackich. Była to pomoc, ale ile było przy tym wzruszeń, opowiadań, wspomnień … „Pamiętasz Mamo, jak Tata nakapał sobie płynnego miodu na marynarkę u dziedzica pod Żmigrodem? I jak potem latały za nim pszczoły i osy? A pamiętasz jak zemdlał, po wypiciu kieliszka nalewki na poziomkach leśnych u Draganów w Krempnej?[115] A pamiętasz to, a pamiętasz tamto?” Wspomnienia szczęśliwych lat z Ojcem.

     

    *

    Od początku 1944r nastała moda budowania podwórkowych kapliczek, więc i na naszym podwórku taka powstała. Przed wieczorem kobiety odmawiały litanie i śpiewały pobożne pieśni. Jak Warszawa długa i szeroka, tak o jednej godzinie wszędzie modlono się śpiewano pieśni. Zawsze śpiewano „Boże coś Polskę”. Volksdeutsch już uciekł, szmalcownik policjant nie żył, więc można było śpiewać, bo i egzekucje ustały po licznych zamachach na wysokich urzędników niemieckich. Zamach na Kutscherę, Gressera, Weffelsa, Kretschmanna i innych katów polskiego narodu, dokonywali młodzi chłopcy z AK, często byli to harcerze, tacy, co w powstaniu walczyli w batalionie Zośka, Parasol i Wigry. Jednym z takich Akowców harcerzy był Eugeniusz Bocheński ps. „Dubaniec” – syn stryja Wacława, ale Gienek powstania nie dożył, bo zginął w walce z Niemcami 4 marca 1944r. Nie dożyli: Tadeusz Zawadzki ps. „Zośka”, Aleksy Dawidowski ps. „Alek”, Janek Bytnar ps. „Rudy” i wielu innych harcerzy z Szarych Szeregów. Dożył „Anoda”, powstanie przeżył, nie dostał Virtuti Militari, ale został zamordowany przez UB już po wojnie i wielu innych. Takie były losy harcerzy i Polaków.

     

    *

    W początkach wojny niemiecko-radzieckiej, Niemcy odnosili błyskawiczne zwycięstwa, które zaraz były podawane w gadzinówkach[116], przez szczekaczki[117] i na wielkich tablicach ustawionych na placach. Tablice były zaopatrzone w wielką literę V – Victoria. Na parowozach były napisy: „Wszystkie koła kręcą się do zwycięstwa”. Na wielkich tablicach koła kręciły się też do zwycięstwa. Zawiszacy[118] malowali piktogram „żółwia” – co znaczyło „powoli – nie tak szybko”. Malowali też literę P w W, co przypominało kotwicę ze skrzywionym górnym kółkiem na linę, a oznaczało „Polska Walcząca”. Harcerze zmieniali niemieckie plakaty i nawoływania : „Jedźcie z nami do Niemieć” na „Jedźcie sami do Niemiec”. W 1941r Niemcy tłukli bolszewików bez przerwy. Przez lornetki widzieli Moskwę, w której byliśmy i my panami dwa razy[119] i dwa razy uciekaliśmy. Widzieli Moskwę, której Stalin nie opuścił, chociaż w pierwszych dniach podobno zaszył się na daczy i był nieosiągalny. Najwierniejszy sojusznik Hitlera był bliski obłędu. Nasi najwięksi i odwieczni wrogowie tłukli się nawzajem i wykrwawiali. Dorośli dyskutowali, czy to dobrze dla Polski, bo gdy zwyciężą Niemcy, to wymordują po Żydach Polaków. Widywaliśmy kolumny radzieckich jeńców, którym Niemcy nie zrobili nawet opatrunków, choć byli ranni. Pędzili ciubaryków gorzej, niż u nas poganiają krowy i świnie. Przetrzymywali zimą radzieckich jeńców na mrozie – pod gołym niebem. W upalne lato, jeńcy radzieccy umierali z pragnienia. Tak niedawno sowieci wywozili Polaków w stepy Kazachstanu i zostawiali na mrozie, pod gołym niebem, bez jedzenia i bez wody. Mężczyzn i kobiety. Starców i dzieci.  Historia kołem się toczy.

    A tak niedawno widziałem jak ciubaryki pędziły polskich oficerów pod bagnetami. Sowiecki milicjant podbił mi karabinem chleb, który podawałem oficerowi z kolumny jenieckiej. A potem kopnął ten chleb Żyd, z czerwoną milicyjną opaską na rękawie i naganem[120] przy pasie. Głodnym Żydom, proszącym po podwórzach, rzucaliśmy jedzenie z okien domów – no tak, żeby nie było widać, z którego okna. Ludzie podawali chleb radzieckim jeńcom, ale teraz Niemcy wykopywali go daleko od głodnego jeńca. Sam to widziałem. Tak niedawno sowieci byli panami życia i śmierci polskich oficerów, policjantów, urzędników i wszystkich tych, którzy tworzyli i utrwalali państwo polskie, kulturę, inteligencję. Tak niedawno sowieci strzelali do Polaków, a dzisiaj patrzą, czy litościwa polska ręka nie da jedzenia … Historia kołem się toczy.

    Niemcy stanęli wokół Leningradu, gdzie w czasach, gdy był Petersburgiem – oficerskie szlify zdobywał Polak Romuald Traugutt, carski oficer – pułkownik - wierną służbą hańbiący polski korpus oficerski. Pułkownik tłumiący powstania mniejszości narodowych, tłamszonych pod berłem carów. Romuald Traugutt - późniejszy tragiczny polski bohater narodowy – gdy przypomniał sobie, jakie ma korzenie, wrócił na łono Ojczyzny i życie oddał na Stokach Warszawskiej Cytadeli, będąc ostatnim dyktatorem Powstania Styczniowego w 1863 roku. Historia kołem się toczy.

    Niemcy zajęli stolicę Rusi – Kijów, o którego bramę wyszczerbił swój miecz król Bolesław Chrobry i który zajęli Polacy w 1920r, wjeżdżając do miasta tramwajem[121]. Historia kołem się toczy.

    Od Stalingradu zaczęły się niepowodzenia Niemców. Komunikaty były śmieszne, bo ucieczkę z pozycji walki, lub ewakuację, Niemcy nazywali: „Przejściem na z góry upatrzone lub zaplanowane pozycje.” Historia kołem się toczy.

    Na Stalingradzie Niemcy połamali sobie zęby. Nie doszli już do Ostaszkowa, gdzie bolszewicy przetrzymywali oficerów KOPu, Straży Granicznej, policjantów, urzędników i ziemian. Nie doszli, a jednak jeńcy ponieśli męczeńską śmierć i zalegają las w Miednice. Jeżeli bandyci radzieccy zrzucali na Niemców - śmierć polskich oficerów z Kozielska w Katyniu, jeżeli mogliby podobnie mówić o jeńcach ze Starobielska (zamordowanych głównie w Charkowie), to co z jeńcami z Ostaszkowa – Niemcy nigdy nie zajęli terenów Ostaszkowa i okolicy, a trzymanych tam jeńców oficerów, policjantów, urzędników państwowych i ziemian - nie było nigdzie.

    Zaczął się odwrót wojsk niemieckich z zajętych w ZSRR terenów. Dorośli dyskutowali, czy to dobrze dla Polski, bo gdy zwyciężą sowieci, to wymordują Polaków, poprzez zsyłki, pracę przymusową, w łagrach, w stepach, w śniegach archangielskiej obłasti – tak jak w 1939 i 1940 roku. Tak jak rozstrzelali oficerów w Katyniu. Tak jak mordowano w więzieniu na Łubiance, na Butyrkach, w Grodnie, pod Sopoćkiniami, na Wyspach Sołowieckich i w tysiącach innych miejscach kaźni.

    W pogoni za Niemcami, wojska sowieckie przekroczyły dawne granice Polski. Przekroczyły również granice wytyczone we wrześniu 1939r, gdy dokonywali IV Rozbioru Polski wspólnie z Niemcami. Sowieci zbliżali się do Warszawy, do której akurat dotarły wiadomości o zwycięstwie Polaków pod Monte Casino. Cała Warszawa śpiewała „Czerwone maki na Monte Casino”. Najpierw ewakuowały się z Warszawy niemieckie szpitale wojskowe, a potem powoli urzędy niemieckie. Lipiec 1944r był bardzo upalny, sierpień zapowiadał się podobnie. Od połowy lipca zaczęły przeciągać przez Warszawę cofające się niemieckie oddziały wojskowe. Niemcy wprowadzili uliczne posterunki wartownicze do budynków lub do bunkrów, jakie powstały jak grzyby po deszczu.

    Pod warszawskimi mostami widoczne były założone ładunki wybuchowe i posterunki osłonowe z karabinami maszynowymi w bunkrach lub na stanowiskach obłożonych workami z piaskiem.

    Radzieckie radio po polsku nawoływało do wybuchu powstania przeciwko Niemcom. Obiecywali pomoc. Gdy powstanie wybuchło – sowieci wstrzymali pochód swoich wojsk i przez 63 dni patrzyli przez lornetki na walczącą i potem płonącą Warszawę. Patrzyli przez następne miesiące na palenie i burzenie Warszawy, Aż do 16 stycznia 1945r.

    Wcześniej - 23 sierpnia 1939r podpisali z Niemcami porozumienie dotyczące napadu na Polskę, na IV rozbiór Polski, na wspólne zwalczanie ruchów niepodległościowych i pomimo krwawej wojny z Niemcami – zobowiązanie z 23 sierpnia 1939r – wiernie Niemcom dotrzymywali. A po „wyzwoleniu” porywali Polaków, sądzili w Moskwie, albo bez sądu mordowali. Sowieci wierni sojusznicy Niemiec hitlerowskich.

    Liczne grupy młodych ludzi, nosiło jakieś paczki – najpierw wieczorami (a dni były długie), a 30 i 31 lipca od rana do nocy, a może i w nocy też nosili. Czuć było w powietrzu unoszącą się woń wolności.

     

     

    7.  Powstanie Warszawskie i tułaczka

     

    Pierwszy sierpnia 1944r był od rana taki jakiś dziwny i szybko zrobił się trudny, poprzez skwar letni. Ludzie tego dnia chodzili o wiele prędzej niż normalnie, a może tylko tak wydawało się. Około godziny 16,oo rozległy się nieliczne strzały. Na klatkach schodowych, w tyle naszego domu, przebywali jacyś młodzi chłopcy z dziewczynami. Nerwowo palili papierosy. Niektóre dziewczęta miały berety, pomimo, że był upał, a wszystkie miały buty na płaskich obcasach i zamiast dziewczęcych torebek – na paskach zwisały im parciane torby.

    Oni wszyscy ok. 17,oo przebiegli przez podwórze drużynami, a biegli jeden za drugim. Na końcu każdej drużyny biegły po 2 – 3 dziewczyny – teraz dziewczęce torby miały oznaczenia czerwonego krzyża. Chłopcy i dziewczęta mieli założone opaski biało-czerwone na rękawach, a na wielu kurtkach, koszulach i bluzkach były przypięte krzyże harcerskie. W każdej drużynie pierwszy chłopak miał pistolet, nieraz widziałem 3 lub 4 pistolety względnie karabiny. Wielu miało furażerki, a nieliczni hełmy. Rozległy się niedaleko strzały z broni krótkiej i długiej, a po nich dłuższe, ale rzadkie serie z broni maszynowej. Likwidowano granatowych policjantów, którzy nie zrozumieli, że oto wybuchło oczekiwane Powstanie Warszawskie i jak barany wyciągnęli pistolety - nie w tą stronę, co trzeba było. Serie oddali żandarmi niemieccy, ale nie mieli szans przeżycia na otwartych ulicach. Utrzymać mogli się tylko w bunkrach, a i te bywały obrzucane granatami. Było właśnie kilka dalekich wybuchów granatów.

    Na podwórzu zbierał się drugi rzut, ale w drużynach tylko dowódcy mieli pistolety, bo broń jakoby nie dotarła na czas. Gdzieś podobno zaskoczeni powstańcy otworzyli już o 15,oo ogień do żandarmów i w ten sposób Niemcy zostali uprzedzeni, a dalsze rozwożenie broni zostało bardzo utrudnione.

    Czekałem na ten dzień. Wydostałem z ukrycia mój hełm kawaleryjski, wyniosłem go chyłkiem z mieszkania, założyłem na klatce schodowej, wybiegłem na podwórze już w hełmie na głowie i stanąłem na końcu szeregu. Plutonowy z trzema paskami na furażerce dzielił nowych na drużyny, bo nie mogli oni dotrzeć już na miejsce zbiórki ich jednostek. Podszedł do mnie i spytał: „Ile masz lat” – „melduję, że szesnaście” odpowiedziałem, chociaż uzbierało mi się tylko 13 i 8 miesięcy. Plutonowy zdjął mi hełm z głowy, założył na swoją głowę i powiedział: „Jak skończysz 16, to zamelduj się. A teraz biegaj do trzeciego rzutu, do zabezpieczenia budynków przed pożarami. Spróbuj do poczty polowej lub gdzieś na łącznika. Odmaszerować!” I po moim hełmie. Gorzej, że widzieli to mieszkańcy z okien i moja … Mama. Gdy wszedłem do mieszkania, pokiwała tylko głową i spytała: „Synku, zapomniałeś o rozkazie Tatusia?” Było mi głupio, ale dalej odczuwałem żal, że stale nie mam szczęścia, żeby walczyć. Na wszelki wypadek, tak gdyby zmieniło się spojrzenie na mnie - wypuściłem szczygła, makolągwę, ziębę i krzyżodzioba na wolność. Czyżyk miał mało piór, pierzył się i prawie nie fruwał, taki był spasiony na konopiach. Dla niego starczy mi ziarna, myślałem. Sójki nie puściłem, bo młoda jeszcze i nie fruwała. Duża klatka z nią stała na balkonie. Do wieczora słychać było strzały, w nocy nieco przycichły.

    Drugiego sierpnia od świtu strzelanina. Kobiety i dziewczyny z naszego domu zorganizowały na podwórzu kuchnię polową dla powstańców. Ci powstańcy byli nieraz tylko ciut ciut starsi ode mnie, ale mieli opaski AK i dziewczyny szczerzyły do nich zęby, bo byli żołnierzami. Broni było nieco więcej, bo rozbrajano policjantów i udawało się trochę jej zdobyć. Żywność dostarczono z Hal Mirowskich, udało mi się ją nosić, ale opaski AK nikt mi nie chciał dać. Do wieczora słychać było strzały, w nocy nieco przycichły.

    Trzeciego sierpnia od świtu strzelanina. Kobiety gotują na podwórzu dla powstańców. Dziewczyny obierają ziemniaki i warzywa – nalewają zupę do menażek i na talerze. I bez przerwy szczerzą zęby do chłopców z opaskami, wielu ma niemieckie kurtki i czapki z polskimi znakami, a wiadomo, że „za mundurem – panny sznurem”. Żywność przynosimy z poniemieckich magazynów. Dziewczyny myją menażki i talerze, bo jeszcze jest woda, a nawet prąd i gaz miejski.

    Czwartego sierpnia z rana, pokazały się niemieckie samoloty górnopłaty typu „Storh”. Rzucili z nich ulotki. Wybiegamy na ulice zbierać ulotki. Wzywają do zaniechania walk i „gwarantują” nie stosowanie sankcji – inaczej grożą śmiercią. Ludzie śmieją się, bo podobno cała Warszawa jest już w rękach powstańców. No, kilka obiektów z Niemcami broni się, ale tylko patrzeć, a

    będą zdobyte. Śpiewamy „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Rotę” i inne. Niestety „Śpij kolego w ciemnym grobie” też, bo są pierwsi zabici. Księża dokonują pokropku pierwszych mogił, a na niektórych podwórkach siedzą koło podwórkowych kapliczek i spowiadają. Słychać dalekie strzały, a tu ludzie klęczą na betonie podwórek i spowiadają się. Spowiedzi są krótkie – takie żołnierskie – co chwila ksiądz puka w krzesło lub stołek, na którym siedzi i spowiada. Powstańcy nie muszą czekać w kolejce na spowiedź – są przepuszczani, bo są na służbie. Jest Polska i jest żołnierska służba. A ja noszę żywność ….

    Wtem rozlega się wycie syren wmontowanych w skrzydła samolotów dla siania postrachu. Nurkują Junkersy z załamanymi skrzydłami. Popłoch. Ludzie chowają się do bram domów, a bramy starych domów są szerokie, takie żeby przejechał wóz z węglem do pieców. Ja postanawiam przez całe podłużne podwórko dobiec do mojej klatki schodowej. Mama krzyczy z okna „Zostań w bramie!!!!” Jestem już tuż tuż otwartych drzwi na klatkę, gdy następuje wybuch bomby, jaka trafiła w narożnik naszego domu. Potworny błysk, jakby wszech ogarniającego ognia, który wszystko przenika. Zakołysała się ziemia i jakby ją obróciło w tą i w tamtą, a może nawet nastąpił przewrót ziemi? Jakaś potworna siła rzuciła mnie na ścianę wewnątrz klatki schodowej i coś przywaliło. Piekielny huk, rumor i ciemność. Nic nie widzę. Czyżbym stracił wzrok? Leżę zwinięty w literę „U”, nie mogę przywalenia odepchnąć i nie mogę podnieść się. W ustach jakieś błoto z piaskiem. Trzeszczą zęby. Ziemia bez przerwy kołysze się i coś podrzuca mną do góry. Raz po raz. Robi się duszno i co raz trudniej oddychać. Chyba uduszę się. Sięgam do kieszeni po scyzoryk, ten podarowany przed wojną przez Ojca. Pomyślałem żeby podciąć sobie żyły, zamiast długo dusić się. Nie mogę dosięgnąć do kieszeni - chyba uduszę się, nim wyciągnę scyzoryk. Taki piękny i wielofunkcyjny. Chłopcy z Krempnej zazdrościli mi go. Coś zwaliło się na mnie i trzyma mnie w pozycji leżąco-siedzącej i zgiętej. Ile upłynęło czasu? Gdzie jest ta kieszeń? Dotknąłem scyzoryka, ale nie daje się on wyciągnąć z „zablokowanej” kieszeni. Już wysuwam powoli scyzoryk, ale coś lub ktoś puka w jakiś metal. Skąd metal? Pukanie powtarza się. Uderzam scyzorykiem w przeszkodę. Aha - jest metalowa. Ja: „puk, puk, puk” – ktoś : „bum, bum, bum”. Ja znowu i on znowu. Ja znowu i on ponownie. Jakieś zgrzyty i coraz bardziej metaliczne pukania z dwóch stron. Wdziera się światło maleńką smugą i powiększa do jasności kłującej w oczy. W oczach chyba piasek, bo coś w nich uwiera. Sypie się miałki tynk i drobiny ceglane. Mężczyźni odwalają przywalającą mnie przegrodę. To metalowe drzwi, które od podmuchu wyleciały z magazynu z bocznej ściany i przywalając w narożniku dwóch ścian i posadzki – uratowały mnie od śmierci pod gruzami. Mama widziała, gdzie wbiegałem i natychmiast pobiegła w pobliże zawału. Zaczęła krzyczeć i zrzucać cegły, w czym pomogli sąsiedzi. Byłem uratowany. Poobijany wszedłem do mieszkania, w którym nie było ani jednej szyby, tak jak w całym domu, ale jeszcze była woda w kranach. Umyłem się i napuściliśmy wodę do wanny, na pełno, bo należało się spodziewać braku jej dopływu po bombardowaniu domów i ulic. Prądu od bombardowania nie było, bo porwane zostały kable. Gaz wyłączono w jakiejś rozdzielni, żeby nie spowodować wybuchu. Woda przestała dopływać nad ranem.

    Gorzej sprawa wyglądała z tymi ludźmi, którzy wbiegli do bramy, bo bomba trafiła w narożnik domu i podcięła część frontową dwupiętrową od placu Mirowskiego oraz część pięciopiętrową od ul. Mirowskiej. Nie było tam teraz parteru i dolnych dwóch pięter. Trzecie piętro było, ale nie miało podłogi. Czwarte nad bramą wisiało ze stropem i podłogą – ale bez szyb. Piąte piętro miało szyby, ale tylko na odcinku nad bramą. Bomba podcięła narożnik i wybuchła w piwnicy. Najpierw wyrzuciła w górę posadzkę bramy i ludzi tam zgromadzonych, miażdżąc ich o wyższy strop, a potem wszystko wpadło do piwnicy i zostało przysypane materiałem z trzech kondygnacji. Nie było nawet sensu odgruzowywać, co potwierdziło się w lecie 1945r, gdy rozkopano piwnicę. Noc spędziliśmy w piwnicy, śpiąc na materacach z naszych łóżek, bo mieszkanie jest zdemolowane od bomby.

    Piątego sierpnia była daleka strzelanina i trzy naloty bombowe, w tym z bombami fosforowymi, które zapaliły dach domu. Woda z beczek skończyła się. Zresztą pryskała na fosforze z bomby. Nosiliśmy na strych ziemię i miałkie gruzy, czym mężczyźni zasypywali rozlany fosfor. Podczas wczorajszego nalotu zawalił się parterowy budynek, położony po drugiej stronie naszej ulicy, gdy wybuchła bomba, która trafiła w nasz dom, albo jakaś inna. Pod piwnicą tego domu był wykopany schron, przykryty stalową płytą z drzwiczkami. Mieszkający tam ludzie zdążyli zamknąć się w tym schronie, nim zawalił się ich budyneczek. Dzisiaj - piątego - byli już częściowo odgruzowani i słychać było jak pukają w płytę – podobnie jak ja pukałem. W tym momencie rozpoczął się południowy nalot i bomba trafiła w płytę. Po nalocie był tylko bardzo głęboki lej wypełniony wodą z rozerwanych rur wodociągowych. Tą wodą gasiliśmy płonące krokwie i deskowanie dachu naszego domu, bo znów trafiła w niego bomba zapalająca. Na podwórku urządzono nową kuchnię dla powstańców. Na Woli, Ukraińcy z SS, podobno zaczęli mordować mieszkańców zdobytych domów i całych ulic. Rozstrzeliwują mężczyzn, kobiety i dzieci. To oddziały Kamińskiego, utworzone na Ukrainie do mordowania Polaków i rodzimych komunistów. Następną noc spędziliśmy w piwnicy, śpiąc na materacach z naszych łóżek. Śpimy pokotem i po kolei, bo jest dużo ludzi, a mało miejsc do spania. Śpią z nami powstańcy, którzy co 2 do 3 godziny zmieniają się. Stale jest ruch, bo ktoś wchodzi, a ktoś wychodzi.

    Szóstego sierpnia strzelanina przybliżyła się i były cztery naloty bombowe. Podobno SS-Ukraińcy doszli do Żelaznej i atakują Chłodną. Nadal rozstrzeliwują ludność. Myślimy przejść do Śródmieścia, ale Ogród Saski zajmują Niemcy i ostrzeliwują Plac Żelaznej Bramy. Podobnie jest na placu Bankowym. Sparaliżowany Dziadek, z kuzynem Janem Lwowskim (kierowca ze straży pożarnej), nadal nie chcą zejść do piwnicy i siedzą w przedpokoju mieszkania. Jak zabrać Dziadka do Śródmieścia? Postanawiamy zostać jeszcze, bo jakoby SS-Ukraińcy zostają wyparci z Woli. Podobno, bo nikt dokładnie nie wie. Strzelają do ludzi „gołębiarze”, to tacy strzelcy niemieccy, którzy ukryli się na dachach i od czasu do czasu strzelają. Kilku takich „wymieciono” z ich kryjówek, ale ludzie boją się chodzić po ulicach. Przebiegają od bramy do bramy. Jest dużo rannych z bombardowań. Znowu były pogrzeby powstańców i ludzi cywilnych.

    Siódmego sierpnia strzelanina trwa i były naloty bombowe. Trudno policzyć ile, bo stale bombardują. Obserwowaliśmy pojedynek samolotów: jeden niemiecki i jeden sowiecki, który został strącony. Wszyscy czekają na spadochroniarzy polskich, którzy byli szkoleni w Anglii, do desantu w Polsce. Dlaczego nie skaczą? Podobno SS-Ukraińcy już nie rozstrzeliwują wszystkich pojmanych i jakoby zostali zatrzymani w posuwaniu się w kierunku Ogrodu Saskiego. Jakoby, bo w nocy nagle zostają wycofani wszyscy powstańcy. Nie ma już przejścia do Śródmieścia – odcięto nas. Co będzie jutro?

          Ósmego sierpnia sytuacja stała się przez noc tragiczna. Jesteśmy nagle odcięci i bez powstańców. Podobno Elektoralna zajmowana jest przez Ukraińców. Plac Mirowski pod silnym ostrzałem. Dwa domy dalej już są SS-Ukraińcy. Na ulicę nie można wyjść, bo strzelają do ludzi. Jesteśmy w piwnicach, które mają przebite przejścia pomiędzy domami. Nagle rozlegają się okrzyki: „Raus! Schnell!” – to SS-Ukraińcy krzyczą po niemiecku. W dalszej części piwnic następują wybuchy. SS-Ukraińcy wrzucają granaty, żeby przyspieszyć wychodzenie ludzi z piwnic. Wychodzimy z piwnic na podwórze domu Mirowska 3, z rękami w górze. SS-Ukraińcy pospieszają ludzi kolbami i dalej wrzucają granaty do okienek piwnicznych. Żołdacy są pijani. Rozdzielają nas: mężczyźni na lewo, kobiety na prawo. Kilka dziewczyn wciągają siłą w głąb domu. Już na podwórku zrywają z nich sukienki, ich matki starają się przeszkodzić porywaniu dziewczyn, ale żołdacy tłuką kobiety kolbami, jakby młócili cepami zborze. Jedna matka ma chyba wybite zęby, bo cała twarz we krwi. Mnie popychają do grupy mężczyzn, pod przeciwległą ścianę. Moja Mama krzyczy, że mam dopiero 13 lat i prosi, żeby pozwolili mi zostać z nią. Kolbami poganiają kobiety w kierunku bramy – Mamę też. Kobiety zostają wypędzone z podwórza na ulicę. Stoimy z rękami w górze, tyłem do ściany domu. Widzimy jak stawiają karabin maszynowy na środku podwórka i otwierają blaszane pudło z taśmą z nabojami. Wuj Zbyszek Kopański, ten co ożenił się z Janką, córką restauratora Strupińskiego, mówi głośno, że wie gdzie jest wódka w piwnicach restauracji. Każą mu ją przynieść. On pociąga mnie za rękę i idzie w kierunku zasypanej piwnicy. Za nami idzie młody człowiek, czwartemu zagrodzili drogę karabinem. Jest z nami SS-Ukrainiec i pospiesza. Zbyszek mówi: „Odrzucamy gruz” i po cichu „ale nie spieszmy się”. Powoli robimy przejście w korytarzu piwnicznym i chyba prawie po godzinie docieramy do restauracyjnej piwnicy z wódką. Skrzynki są poprzewracane wybuchem i mają butelki potłuczone. W piwnicy pełno jest oparów z rozlanego spirytusu i Zbyszek mówi do SS-Ukraińca, żeby nie zapalał papierosa, bo może być wybuch. Ten trzyma papierosa w ręce, ale nie zapala. Udało się nam wybrać 25 butelek wódki, z kilkuset potłuczonych. Wynosimy wódkę na podwórze, a tam mężczyźni z naszych 2 domów są już rozstrzelani i leżą poprzewracani pod murem. Widzę zastrzelonego Ptasińskiego, Strupińskiego i Modrzyckiego. Na metalowych drzwiach położone są otwarte puszki z mięsem, a pod spodem palą ogień, dla rozgrzania konserw. Żołdacy łapią butelki wódki i wołają: „Gariełka, gariełka!”

    SS-Ukrainiec bierze 2 butelki wódki, jedną nagle podaje Zbyszkowi i każe nam iść przodem przed nim do bramy. Zbyszek instruuje: „Jakby podniósł karabin do strzału, to uciekamy – każdy w inną stronę. Zabije jednego lub dwóch, któremuś może udać się ucieczka”, ale SS-Ukrainiec wyprowadza nas na ulicę i prowadzi w kierunku hali targowej, gdzie męskie komando rozbiera barykadę, pod strażą zarośniętego, bardzo starego żołnierza Niemca, w grubych okularach dalekowidza. Przekazuje nas temu żołnierzowi. Chwilowo jesteśmy uratowani i żyjemy. Co będzie dalej? Gdzie jest Mama?

    Komando starego żołnierza Niemca rozbiera barykadę na placu Mirowskim, na wysokości hali w kierunku placu Żelaznej Bramy, zbudowaną z płyt chodnikowych, worków z piaskiem, mebli sklepowych i wszystkiego, co ludzie mieli pod ręką w pierwszych dniach powstania. Ja byłem w piwnicy w kożuszku, bo piwnica była zimna i w kożuszku dobrze się spało. Teraz jest mi gorąco, ale nie zdejmuję jego, bo nie wiem gdzie będziemy spali, jeżeli nas nie zabiją. Pracując przy rozbiórce barykady, nie mogę trzymać kożuszka w rękach, bo nie będę mógł pracować. Przejście dla czekających czołgów zostaje zrobione i „Pantery” ruszają, strzelając w kierunku placu Żelaznej Bramy.   Kierują nas pomiędzy hale i każą znosić drewno ze zbombardowanych domów, a wyrwanych okien jest dużo. Domy na wysokości kościoła św. Karola Boromeusza palą się, po obydwóch stronach ulicy.

    Idziemy z Niemcem pod nasz dom po drewno. Pod ścianą leżą trzy dziewczyny w wieku 15 – 17 lat. Nie mają na sobie dolnej garderoby i bielizny. Nie żyją. Jedna ma wbity bagnet w brzuch i pełno jest krwi wokół jej nagiego brzucha i nóg. Druga leży na brzuchu, jest z gołą pupą do góry i chyba ma podcięte gardło, bo leży twarzą w wielkiej kałuży krwi. Trzecia jakby spała na wznak, z rozrzuconymi rękami i rozłożonymi szeroko nogami. Ma wbitą butelkę od wódki w krocze, aż po grubą jej część. Butelka nie ma dna, ale obok jest rozbite szkło, raczej z butelki. Mężczyzna koło mnie mówi: „Musieli jej wbić kolbą karabinu i dlatego zbili dno”.

    Zaczynam wymiotować. Zbyszek pociąga mnie do siebie i z pod marynarki wlewa mi wódkę wprost do gardła. Mówi: „ pij! Musisz otrząsnąć się!” Wypiłem tak z jedną czwarta szklanki, sądząc po kilku łykach i po chwili obojętnieję. Ta dziewczyna miała taką kurtkę i długie jasne włosy spięte w koński ogon, jak dziewczyna, która wczoraj na swoich plecach przyciągnęła powstańca, który był ranny w brzuch przez „gołębiarza” i strasznie długo wzywał pomocy. Dwie sanitariuszki zostały zastrzelone, gdy starały się dobiec do niego. Kiedy postanowiła czołgać się do niego, to chłopcy mówili, żeby tego nie robiła, bo też zginie, ale ona powiedziała, że to jej chłopak. Przyciągnęła, ale on umarł, jeszcze jak go ciągnęła na sobie. Leży okrutnie zmaltretowana za życia, bo SS-Ukraincy gwałcili zawsze po kilku, pospieszając poprzedników i czekając na swoją kolejkę. Sukienki i spódnice zrywali niektórym dziewczynom z naszego domu jeszcze na podwórku, a każdą w kierunku klatek schodowych ciągnęło po kilku żołdaków. Pijaństwo i gwałt dla tej hołoty, to rzecz normalna. Te chyba w nocy gwałcili i zabili, bo jak mężczyźni brali je za ręce i nogi, to podobno były sztywne. Mężczyźni przenieśli je na tworzony stos do spalenia, tak jak kazał stary  Niemiec.

    Znosimy drewno między hale, inni znoszą tam trupy i układają na stosie drewna, potem drewno i znowu trupy. Przychodzi żołnierz niemiecki i zapala stos z plecakowego miotacza płomieni. Od nas idzie do naszego domu i płomieniami strzela w kolejne okna. Dom ogarniają płomienie. Robimy drugi stos, gdy zaczyna iść kobiecy konwój ustawiony piątkami. Kobiety idą z dziećmi, dziewczęta starają się być w środku, żeby nie wpadać w oczy pijanym SS-Ukraińcom. Ten stary pilnujący nas Niemiec, raptem łapie mnie za ramię, kopie kolanem w tyłek i wpycha w kolumnę kobiet z okrzykiem:

    „Verfluchte blend Hund Pole[122]”. Może uważał mnie za zbyt małego do takich robót, a może potraktował jeszcze jak dzieciaka? Starsza kobieta wciąga mnie do środka i mówi: „schyl się, żeby nie widzieli chłopaka”. Kobiety koło mnie, robią nieco tłoku, żeby mnie zakryć. Jedna zawiązuje mi bandaż koło głowy, inna twierdzi, że to źle, bo zwraca uwagę bielą. Idziemy ul. Chłodną, po obydwóch stronach palą się podpalone domy.

    Podbiega SS-Ukrainiec do kobiety idącej na skraju kolumny, bo zauważył obrączkę na jej palcu. Usiłuje jej ściągnąć, szamotanina, obrączka zacisnęła się na palcu. Żołdak macha nożem i ucina palec. Krzyk okropny, któraś łapie mój bandaż i zaciska na krwawiącym kikucie.

    Starsza kobieta przewraca się na przeciwpiechotnej belce z kolcami i usiłuje wstać. Nim ktokolwiek pomógł jej wstać, to SS-Ukrainiec strzelił z pistoletu w jej głowę. Kobieta nieruchomieje. Żołdak celuje w drugą, ale nie strzela, bo taki krzyk kobiety zrobiły, że macha pistoletem i odchodzi. Idziemy. Wokół morze płomieni.

    Kobieta mówi, do mnie, żebym zrzucił kożuszek, bo zapali się od płomieni. Nie zrzucam, bo jak zapali mi się koszula, to będę iść nago? Koło kościoła stoją SS-Ukraińcy – jeden pokazuję zegarki, które ma na rękach, może osiem na jednej i tyleż na drugiej. Inny liczy ile ma opasek białoczerwonych, po rozstrzelanych lub zastrzelonych powstańcach – pokazuje innym.

    W koło sądny dzień – płomienie i pijani ukraińscy żołdacy, wychowani od młodości w „miłującym pokój” Kraju Rad. Na Ukrainie w 1936 i 37 roku, grupy robotnicze z miast i fabryk, rabowały chłopom bydło i ziarno, bo w miastach był głód. Zniszczono prywatny handel – więc brakowało towarów, w tym żywności. Zostawiali chłopów bez żywności i ziarna na zasiew. Ludzie po wsiach zjedli wróble i inne ptaki, nawet myszy i szczury. Gotowali trawę, pokrzywy i co tylko można było zjeść, nawet krojoną w cieniutkie paski uprzęż koni, bo koni już nie było. Zdarzały się przypadki kanibalizmu. Kiedy marli z głodu i tylko smród trupi rozchodził się wokół zagród, to grupy robocze ponownie przyjeżdżały i paliły trupy razem z chałupami. Pozostawały bezpańskie pola i mogła wreszcie ruszyć kolektywizacja, tak nie lubiana przez chłopów ukraińskich, a wymarzona przez bolszewickich władców. Wszędzie państwowe sowchozy – ideał totalitaryzmu. Mieli więc przyszli SS-Ukraińcy praktykę we własnym kraju, jak obchodzić się z ludźmi o innych przekonaniach. A tu, do tego znienawidzonych Lachów nareszcie można „rezat’ ”.

    Z budynku zakonnego wyprowadzają zakonnice, lecz nie kierują je w stronę naszego kobieco - dziecięcego konwoju. Prowadzą je w poprzeczną ulicę, dlaczego? Czy też będą gwałcić, bo większość z zakonnic jest młodymi niewiastami?

    Strach dławi gardło, a ja jestem sam jak palec. Jak palec. Ojca nie ma, bo jest w niewoli sowieckiej – nie wiem, że już nie żyje. Mamę z sąsiadami wypędzili z podwórza kolbami karabinowymi i wrzaskami, a kuzyn Zbyszek pozostał w komandzie. Domy są już wypalone. Leżą pojedyncze trupy. Gdzie nas prowadzą?  Ile pozostało życia?

    Przed nami kościół przy ul. Wolskiej. Konwojujący wprowadzają nas na ogrodzony teren kościoła. Za ogrodzeniem pozostają uzbrojeni wartownicy. Stoimy. Dalej stoimy. Ile już stoimy? Chce się pić. Podobno w kościele jest woda. Wchodzę do kościoła, przebijając się poprzez zbity tłum. Kobieta z naszego domu mówi: „Józiu – twoja Mama była ranna i leży przy ołtarzu”. Jestem już przy ołtarzu, tam jest punkt opatrunkowy. Mama leży na kamiennej posadzce. Pochylam się. Mama łapie mnie i przyciąga do siebie. Podobno upadła na przeszkodzie przeciwpiechotnej, lecz natychmiast zerwała się i poszła dalej. Była w szoku i nie zauważyła, że przebiła kolcem mięsień łydki. Krew zbrukana rdzą wypłynęła niezauważona i to ją uratowało. Sanitariuszki w kościele umyły nogę i „zabandażowały” papierem higienicznym i umocowały sznurkiem. Stopę wyrwały z buta wypełnionego zakrzepniętą krwią. Lepiej byłoby nogi nie myć, bo krzepnąca wypływająca krew jest lepsza, ale już stało się. Bakterie mogły dostać się do rany, ale nie mamy teraz wpływu na to. Trzeba czekać, co przyniesie los. Przepędzają mnie z przed ołtarza. Mama prosi, żeby mógł być przy niej. Nie pozwalają. Mama wstaje i wychodzi po za kratki. Chce być razem ze mną. Ledwo znaleźliśmy miejsce, żeby usiąść. Patrzymy na chór – karabiny maszynowe wycelowane w tłum. Patrzymy na ambonę – karabin maszynowy wycelowany w tłum.

    Ogłaszają, że rusza nowy konwój do obozu w Pruszkowie. To 25 kilometrów pieszej wędrówki. Mama jest ranna, nie nadaje się do marszu. Dzień chyli się ku zachodowi. Informują, że jeszcze 200 osób może stanąć do marszu. Mama bierze mnie za rękę i wychodzimy. Stajemy piątkami, bo tak Niemcom łatwiej jest liczyć. Jeszcze 100 osób, 50 osób, czyli 10 piątek. Kolumna pełna, na dzisiaj. Jest brak wagonów towarowych, więc idzie konwój.

    Ruszamy.

    Idziemy przez Wolę.

    Wszystkie domy spalone.

    Nie ma oznak życia.

    Podchodzimy do cmentarza na Woli.

    Na jezdni, są jakieś zatory i kierują nas w kierunku dołów, kopanych przez mężczyzn, na cmentarzu. Niektórzy mają zdjęte koszule. Duża grupa żołnierzy ma wycelowane pistolety maszynowe w nich i teraz celują w nas. Chyba to kres naszej wędrówki.

    Nie. My przechodzimy tuż koło wykopanych dołów. Po wielu latach okaże się, że w tych dołach odnaleziono zwłoki rozstrzelanych ludzi, głównie mężczyzn – może tych właśnie, co kopali doły? Nas wyprowadzają ponownie na jezdnię i kierują nadal na zachód, patrząc na słońce. Skręcając z szosy w lewo przechodzimy pod wiaduktami kolejowymi. To już Włochy pod Warszawą - dzisiaj dzielnica stolicy. Przed torami i stacją we Włochach, skręcamy w prawo. Ponad niektórymi furtkami, mieszkańcy podają kubki z wodą do picia. Po cichu mówią: „Uciekajcie, bo prowadzą was do Pruszkowa, a z Pruszkowa wywożą do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu”. Ale jak uciekać, skoro wszystkie furtki są zamknięte, bo tak nakazali Niemcy, a ludzie boją się sprzeciwić Niemcom. Nieraz z mijanego ogrodu, ktoś z głębi krzyczy: „Uciekajcie, bo pojedziecie do Oświęcimia”, ale furtka …. jest zamknięta. Informują, ale strach o życie paraliżuje mieszkańców.

    Idziemy piątkami w kierunku wiaduktu nad szosą. Teraz nie ma konwojentów, ale w odległościach, co słup elektryczny – siedzą na krzesłach jakieś kałmuki[123] w niemieckich mundurach i trzymają karabiny na kolanach lub w rękach. Obserwują konwój i … piją bimber z butelek. Na pewno to bimber, bo jest mętny, więc słabo destylowany – znam się na tym, bo handlowałem alkoholem i widywałem produkcję bimbru. Sześć osób odrywa się na przedzie od konwoju i ucieka w pole kapusty. Dwóch kałmuków wstaje z krzeseł i strzela z karabinów do nich. Wszyscy padają trafieni – podchodzi do leżących już trzeci kałmuk i jedną osobę dobija z karabinu. My jeszcze nie doszliśmy na wysokość strzelających, a konwój zatrzymał się chwilowo ze strachu. Konwojenci kierują na nas karabiny i każą iść dalej. Konwój rusza i przechodzimy koło tych dwóch, co strzelali. Na ziemi leżą łuski, ale inne niż te, co znam typu Mauser. Łuski kałmuków mają kryzę szerszą niż cała łuska, a łuska jest trochę stożkowa. To stare karabiny z przełomu XIX i XX wieku. Kałmucy strzelają szybko i jak widać celnie – kiedyś jako Tatarzy strzelali wyborowo z łuków, teraz mają stare karabiny – takie z jakimi przeszli od sowietów do Niemców. Są niebezpieczni.

    Mama mówi: „Chciałeś uciekać, widzisz, że nie można. Mam złoty zegarek, obrączkę i pierścionek, to wykupimy się z obozu.” Jak to, przecież Mama miała całą biżuterię ze sobą w piwnicy? Okazuje się, że w tym momencie, co Mamy nie było w piwnicy – tuż przed wyciągnięciem nas z piwnic przez SS-Ukraińców, to Mama wpadła do mieszkania i pozostawiła złotą biżuterię pod szafą, żeby przy rewizji jej nie zabrali. W tym samym momencie ja, szukając Mamy – wpadłem do mieszkania i wyciągnąłem z pod podłogi, odłożone dolary i srebrne monety przedwojenne. Powód ten sam, a reakcja kobiety inna niż mężczyzny, no – reakcja małego mężczyzny, bo dopiero chłopaka. Ja chcę uciekać – Mama nie, bo boi się. To prawda, że im nie udało się, a nawet zabili ich, ale kto ucieka w kapustę? Chyba tylko kobiety!

    Mama nie chce słyszeć o ucieczce, ale po 3 kilometrach spotykamy pod Piastowem czołg, który zepsuł się i teraz naprawiają go czołgiści. Stoi z lewej strony szosy, bo to z tej kolumny, co szła na Warszawę przed kilkoma minutami i nas mijała. Łapię Mamę za rękę i ciągnę za czołg, chociaż najpierw nie chciała, ale teraz nie ma wyjścia – wyszliśmy po za konwój i mogą nas zastrzelić. Mama gotowa stale mnie zasłonić, tak jak na szosie za Siedlcami, gdy podczas bombardowania przygniotła mnie swoim ciałem. Jesteśmy osłonięci od strony kolumny i konwojentów. Z pod czołgu wychodzi żołnierz niemiecki, w czarnym mundurze – w ręku trzyma wielgachny klucz. Żeby tylko nas nie uderzył, bo może zabić takim żelastwem. Czołgista, spogląda na nas, spogląda na szosę, a właściwie na kałmuków pilnujących konwoju i kładzie palec na swoich ustach. Stoimy i on też. Pokazuje nam stóg ze snopkami zboża, jakieś 15 metrów od drogi stojące, ale ręką wstrzymuje nas i pokazuje, żeby przywrzeć plecami do czołgu. Wygląda zza czołgu i w pewnym momencie syczy: „Jetzt Frau, Kinder – schnell!”[124] Wybiegamy zza czołgu w pole i ładujemy się w stóg, ale tam są ludzie i wypychają nas. Biegniemy do drugiego stogu i wciskamy się w środek. Jest pusty. Konwój kolumną piątkową idzie dalej, aż do zmroku. Zapada zmrok i cisza. Wychodzimy na powietrze i wtedy okazuje się, że ci z poprzedniego stogu, to 3 kobiety i chłopiec Darek, z naszego domu na Mirowskiej. Jest im głupio, że wypychali nas, ale było już im ciasno. Gdyby zauważyli konwojenci, co się dzieje, to i nas i ich też by zastrzelili. Oto drugi raz dzisiaj widzę kobiecą logikę. Kobiety postanawiają dojść do stacji kolejowej i odjechać pociągiem, byle dalej od trasy konwoju. Jak okaże się, byłby to trzeci absurd wymyślony przez kobiety.

    Dochodzimy do stacji kolejowej w Piastowie, gdzie w przyszłości, po 7 latach znajdę sobie Żonę. Wchodzimy na stację i stajemy na peronie.

    Biletów nie kupujemy, bo nie mamy pieniędzy. Ponadto nie wiemy, dokąd jechać. Wjeżdża pociąg z oświetloną salonką, widać w niej jakiegoś niemieckiego kolejarza, w mundurze z mnóstwem złoceń. Siedzi przy stole i jest w trakcie jedzenia. Popija spokojnie herbatę. Nic dzisiaj nie jadłem od wczesnego rana, bo najpierw granatami byliśmy wypędzeni z piwnic i cudem „urwałem się” z egzekucji, potem w „nagrodę” rozbierałem barykadę, jeszcze później zbierałem drewno na stos całopalny trupów i natknąłem się na zmaltretowane ciała martwych już dziewczyn. Nie radząc sobie z uprzątaniem i paleniem trupów, zostałem dobroczynnie wepchnięty do kolumny wypędzanych kobiet z dziećmi i widziałem zdziczenie SS-Ukraińców, nieco później odnalazłem ranną Mamę i po nieudanych ucieczkach innych ludzi – jestem z Mamą na wolności, a było przed nami widmo Oświęcimia. Jeden dzień, a mógłbym nim obdzielić kilku ludzi i to na kilka dni. Nie było głowy, żeby jeść i nie było czego jeść. W kieszeni kożuszka mam twardą bułkę „parkę”, jeszcze z pierwszego sierpnia, „znaczy się” ma osiem dni dzisiaj i jest twarda jak kamień. Wyjmuję ją i na murku schodów zejściowych do tunelu – usiłuję ją rozłamać. Mam już dwa kawałki – jeden podaję Darkowi. Ten baran też jest głodny, ale mając ok. 7 lat nie wie, co ma zrobić z tak twardą bułką. Zawsze traktowałem go jak przygłupa. Ja ścieram bułkę zębami i okruchy zjadam. On wzoruje się na mnie. Otwiera się okno salonki, wyzłocony Niemiec woła mnie: „Komm mal her”[125] i podaje mi kromkę ciemnego chleba „pumpernikel”, chyba masłem nasmarowaną. „Danke”. Rozdzieram kromkę na pół i część podaję Darkowi. Zajadamy, gdy znowu słyszę: „Komm mal her” i Niemiec podaje mi zapakowany bochenek ciemnego chleba i na nim kostkę ersatz-masła. „Danke”. Pociąg rusza, a Niemiec robi nam „pa, pa”. Odwzajemniamy się „pa, pa”, bo to chyba wypada uczynić, za chleb i ersatz-masło. Tacy urzędnicy mogą mieć odruchy ludzkie, bo na co dzień nie strzelają do ludzi. Pewnie też ma dzieci, a w Niemczech bomby lecą co noc – czy dojedzie do nich? Jemy wszyscy chleb, pomazany miękkim ersatz-masłem wprost z opakowania, bo nie mamy noża. Jaki pyszny jest posmarowany chleb!

    Wychodzi na peron pracowniczka kolei i mówi nam, że tą salonką specjalnego pociągu, ewakuował się naczelny dyrektor niemieckich kolei wschodnich. Potem mówi, że chyba mamy źle w głowie, tak stojąc na widoku na peronie. Na pierwszy rzut oka podobno widać, że jesteśmy uciekinierami z Warszawy. Niemcy rewidują pociągi i takich jak my, wyłapują do obozu w Pruszkowie, a Pruszków to następna stacja. Prowadzi nas do siebie. Nazywa się Kowalska, jest kasjerką na stacji i blisko mieszka – w kierunku do Warszawy i nieco na północ. Mieszka w jednej izbie, gdzie stoi węglowa kuchnia, tapczan, stół i szafa. Myjemy się po dwa razy i kładziemy spać. My z Darkiem na kocu pod stołem, cztery kobiety na tapczanie z głowami przemiennie, ułożone jak sardynki w puszce, a ona na polówce. Rano nagotowała mleka z makaronem i wyprowadziła nas pod kolejkę EKD, gdzieś koło Malich. Nie wolno wsiadać do pociągu, bo EKD też przejeżdża przez Pruszków, a tam mogą nas złapać. Idziemy wzdłuż torów, omijamy Pruszków i za Komorowem wsiadamy do pociągu. Wysiadamy w Grodzisku Mazowieckim na stacyjce Piaskowa, bo tam jest rodzina Zbyszka na wakacjach. Dwa miesiące mieszkamy u obcych ludzi przy ul. Piaskowej. Jemy na ogół ich płatki owsiane na mleku, pół na pół z wodą. Śpimy pokotem w kuchni, z innymi uciekinierami, w osiem osób. Jedna kobieta, co rano wyczesuje wszy z głowy. Brrrrr!. Chodzimy pieszo 25 kilometrów do Kopańskich do Włoch i kupujemy mydło i świece z rzeczowych wypłat pracowników fabryki „Polo” Hawliczki, potem sprzedajemy je na targu w Grodzisku Mazowieckim. Za zarobione pieniądze możemy kupić już chleb,  nieraz kawałek mięsa i słoninę. Cukier to marzenie. Mnie idzie lepiej handel, mam wprawę z handlu w Halach Mirowskich. Mama sprzedaje świece po 6 złotych i ledwie ktoś kupi. Ja sprzedaję po 8 złotych i co raz biorę od Mamy nową paczkę świec. Kupujący pyta: „Po czemu świece” – „po osiem” - odpowiadam. Kupujący mówi: „a tam kobieta sprzedaje po 6 - dlaczego jesteś drogi” – „bo moje świece mają knot przez całą długość i palą się do końca” – odpowiadam : ”nie gasną, jak u tej kobiety” i dodaję cichutko - pod nosem „jak dmuchnąć na nie” – żeby nie kłamać całkowicie. Ludzie szukają mnie na targu, bo rzeczywiście świece „Polo” palą się znakomicie. Mama sprzedaje tylko mydełka „Polo”, a ja świece i to tylko po 8 złotych „bo palą się do końca”. Trzeba umieć handlować.

    Jakimś cudem odszukała nas ciotka Wanda Szułczyńska i zabiera nas do Brwinowa, gdzie mieszka w dużym pokoju na Kraszewskiego. Wuj Stanisław Szułczyński samochodem ciężarowym wywiózł z Bielan ubrania i pościel. Rzeczy zostały na Bielanach na Lipińskiej. Mieszkają w czwórkę ze Stasiem i Ksawerą, tą co nas trzymała na kolanach, gdy uciekaliśmy z Warszawy samochodem, we wrześniu 1939r. Wuj robi z Ksawerą kiełbasy, kaszanki i salcesony. Na jego wózku inwalidzkim rozwozimy codziennie towar, po restauracjach w Brwinowie, z było ich trzy: Daleszyńskiej na Leśnej, Pilza na Rynku i jeszcze kogoś na Wilsona. Oglądam na Rynku pomnik z popiersiem marszałka Piłsudskiego. Przez całą okupację stał na Rynku pomnik z płaskorzeźbą – będzie zniszczony dopiero w 1947r i aktu wandalizmu dokonają członkowie PPS i PPR. Wujostwo dają nam jeść, a wuj notuje, ile ma dostać od mojego Ojca, gdy wróci z wojny.

    Siostry znów nie są zgodne – przeprowadzamy się więc do wolnego pokoju w tej willi, jest ciemny i zagrzybiony, ale Mamie nikt nie dokucza. Ciotka wiele czyni dobrego, ale dzień i noc wszystko wszystkim wypomina. Mama robi ręczną maszynką papierosy do palenia. Kupujemy do nich tytoń i gilzy. Chodzimy po tytoń do Grodziska, potem kupujemy wszystko na miejscu u Piętowskiej. Papierosy wstawiamy do sklepów spożywczych i do restauracji, a po „wyzwoleniu” 17 stycznia 1945r, Mama sprzedaje je na stadionie podczas meczów, razem z cukierkami. Papieros kosztuje 1 złoty, a pęknięty tylko 50 groszy, jako wybrakowany. Z tej złotówki, to 60 groszy jest zarobku, a za pęknięty jest tylko 10 groszy. Tłumaczę Mamie, że opłaca się dodać nową gilzę za 12 groszy – wtedy nasz koszt jest 52 grosze i zarabiamy mimo wszystko 48 groszy, a nie 10 groszy na papierosie. Co to znaczy mieć głowę do handlu – Hale Mirowskie nauczyły mnie tego.

                Na słupach pełno kartek z poszukiwaniami rodzin. Wywieszamy swoje kartki. Szukamy wieści o Dziadku Aleksandrze – nie wiemy nic, że on został zastrzelony przez SS-Ukraińca w powstaniu. Później opowie o tym kuzyn jego Jan Lwowski, ten co pracował w straży pożarnej jako kierowca. Był z nim od momentu podpalenia budynku przez Niemca z miotaczem płomieni, aż do wykrycia ich przez żołnierza poszukującego skarbów w spalonych ruinach. Przetrzymali cały czas pożaru w piwnicach, gdy górne piętra paliły się. Piwnica przetrzymała, bo miała klajnowski strop,  który wytrzymał pożar i walące się  kolejne drewniane stropy przeżerane płomieniami. Dusili się dymem, ale widzieli z piwnicznego okienka egzekucje tych co wychodzili, więc postanowili zostać i przetrwać dopóki można. Ten żołnierz szabrownik wyprowadził ich i kazał Dziadka wieźć napotkanym wózkiem, tak jak szli pędzeni tego dnia ludzie, z okolic placu Bankowego, gdzie dotarli już Niemcy i Ukraińcy. Na Woli SS-mann zastrzelił sparaliżowanego Dziadka. Jan poszedł do obozu przejściowego w Pruszkowie i wywieziony został do Niemiec, skąd wrócił i przed swoją śmiercią opowiedział o ostatnich dniach Dziadka. Opowiedział jak wszystko paliło się wokół, a oni trwali w piwnicy dusząc się od dymu. W piwnicach były całe składy żywności i gdyby nie żołnierz szabrownik, to mogliby przetrwać całą zimę, tak jak „Warszawski Robinson”. Dojścia do nich broniły spalone drewniane schody, ale żołnierz szabrownik skoczył w dół do piwnicy i ich odkrył. Może nie chciał źle dla nich, bo przecież mógł ich zastrzelić w piwnicy. Kazał przecież Dziadka wynieść, a walk już nie było na tej ulicy. Nie było już okrutnych Ukrańców, których Niemcy pchali do przodu. Ale trafił się SS-mann na drodze do dalszego życia. Dziadek miał 61 lat.

    *

     

                W listopadzie Mama zapisała mnie do szkoły pod „Wiatrakiem”, na co zgodził się kierownik p. Sysak. Mama prosiła nauczycieli, żeby dali mi miesiąc czasu, na dogonienie uczących się od 1 września. Zgodę wyrażono. Niestety, już pierwszego dnia, nauczycielka p. Dąbrowska, wezwała mnie do tablicy i na lekcji matematyki postawiła dwóję, bo nie znałem wcześniejszego materiału. Następnego dnia druga dwója z ulubionej matematyki. Na następnej godzinie p. Dąbrowska postawiła mi dwóję za łacinę, której nie uczyłem się wcześniej. Ta pani poradziła mi, żeby Mama zapłaciła jej za korepetycje, a my ledwo mieliśmy na chleb, bo jak zacząłem chodzić do szkoły, to nie handlowałem. Trzeciego dnia p. Dąbrowska postawiła mi dwie dwóje. A czwartego dnia nie poszedłem do szkoły – po co? Lepiej handlować, to chociaż nie będę głodny.

     

     

    1. Tak zwane wyzwolenie przez sowietów

     

    Tak płynęły dni, aż do 17 stycznia 1945r. Jak zwykle, rano poszedłem na Rynek, wymienić u piekarza 1 świecę na 1 bochenek chleba. Jak szedłem na Rynek, to przy pozostawionej niemieckiej armacie stał wartownik. Nadleciały rosyjskie samoloty „Jaki” i strzelały do wszystkiego, co ruszało się. Jak wracałem, to przy armacie leżał zabity wartownik. Kiedy wracałem do domu Wilsona, to znów przeleciały rosyjskie samoloty i strzelały długimi seriami wzdłuż pustej ulicy. Przypadłem do płotu.

                Za parę minut z przejeżdżającego, wojskowego rosyjskiego samochodu, wyskoczył sowiet w kożuszku i uszance i kierując do mnie pistolet, spytał: „germaniec” - odpowiedziałem: „Polak”, a on: „Kuda germańscy?” – pokazałem ręką na zachód, w kierunku Grodziska Mazowieckiego. Sowiet wskoczył do samochodu i pojechali … na południe, w kierunku Podkowy Leśnej. Widać nadal ja jestem z Europy, a oni z Euro-azji, bo najpierw wyskoczyli do mnie 13 letniego chłopaka z pistoletem, a potem pojechali nie tam,  gdzie ja pokazałem, że tam uciekali Niemcy.

    Na wiosnę z rowu, pomiędzy Brwinowem i Milanówkiem, wystawały z wody sine nogi dwóch zastrzelonych Niemców. To były nogi zastrzelonych żołnierzy niemieckich , a buty … buty zabrali sowieci. Nadal ludzie radzieccy są łasi na buty i na zegarki, tak jak to widziałem we wrześniu 1939r, gdy zdjęto mi buty i w powstaniu, gdy SS-Ukrainiec eksponował zestaw naręcznych zegarków na swoich rękach. U nich zawsze: „Tolko snimaj sapagi i dawaj czasy”. Kilka lat później opowiadany kawał polityczny, tak podawał okoliczności zrabowania Niemcowi zegarka: na posterunek radziecki przychodzi Niemiec i zawiadamia, że Francuzi zrabowali mu zegarek. Sowiecki oficer pyta: „a co mówili?” Obrabowany odpowiada: „Dawaj czasy!” Sowiecki oficer na to: „To nie Francuzy, to byli ruskie!” Na to obrabowany: „To wy powiedzieliście, że to ruscy, ja przypuszczałem, że to byli Francuzi”.

    Innym razem byłem zdumiony, gdy zobaczyłem żołnierza sowieckiego z wielką torbą korespondencyjną, jadącego na rowerze … który nie miał dętek. Z kół pozostały w rowerze tylko blaszane obręcze, a on jechał podskakując na kocich łbach, tak wybrukowanej wtedy ul. Grodziskiej, którą przemieniono wówczas na ul. Armii Czerwonej. Nie wiem, czy wiedział, że rower ma pompowane dętki i opony. Jechał na blaszanych obręczach! A dla tego sowieckiego matoła „Wot i charaszo – on jedut na wielocypedie …”

    Sowieci weszli do nas 17 stycznia 1945r, a my z Mamą wybraliśmy się już następnego dnia do Warszawy, do mieszkania Dziadka, gdzie mieliśmy przejściowo swoje mieszkanie. Szliśmy pieszo szosą w kierunku Pruszkowa i na wysokości Nowej Wsi spotkaliśmy pierwszy polski oddział wojskowy. Był mróz, a oni śpiewali po polsku „Okę” – Boże wielki, zobaczyliśmy polskich żołnierzy! Mają dziwne orzełki na czapkach, ale śpiewają po polsku. Po tylu latach poniewierki widzimy polskich żołnierzy. To polskie wojsko! Boże!

    My szliśmy na wschód, polscy żołnierze, przeciwnie szli na zachód, a Mama biegała ze mną wzdłuż kompani i pytała, czy nie znają kpt. Bocheńskiego. Nikt z nich nie znał Ojca, ale któryś krzyknął: „Tu Go nie ma, ale nas jest wielu i wiele jest oddziałów. Przyjdzie i On. Czekajcie na Niego”.

    Radość zagościła w naszych sercach, ale i niepokój, bo Niemcy drukowali przecież wykazy pomordowanych oficerów. A może to była tylko niemiecka propaganda? Ojciec powiedział, że przejdzie cały świat i nas odnajdzie! Ojciec miał Virtuti Militari, więc był BOHATEREM, a bohater znaczy tak jak święty. Święci nie kłamią, więc bohaterowie też nie kłamią. Będzie na pewno nas szukał. On wie jak bardzo kochaliśmy Jego, a przy pożegnaniu wołał już z peronu, gdy pociąg ruszył: „Kocham was, kocham, kocham”. Postanowiliśmy koniecznie rozwiesić kartki z naszym adresem. Jakim adresem? no w Brwinowie. A gdzie powiesić? No, idziemy do Warszawy, a tam zobaczymy, gdzie powiesić kartki. Z pewnością powiesimy na ul. Elektoralnej 37, tam gdzie przed wojna mieszkał Dziadek Aleksander, u którego mieliśmy zamieszkać wyjeżdżając z Jasła. Drugi adres, to Rembertów, gdzie mieszkał Stryj Wacek. Trzeci adres, to wuj Szułczyński na Bielanach na ul. Lipińskiej 4. Jak Ojciec przyjdzie, to musi przyjść pod te trzy adresy, które zna.

    Tymczasem Ojciec leżał zamordowany i rzucony do dołu - niczym łachman w nieludzkiej sowieckiej ziemi.

    Spotkaliśmy jeszcze trzy inne kompanie polskiego wojska, ale Ojca nikt nie znał i nie mógł przecież znać. To byli Polacy, ale ich marsz miał inne znaczenie dla nich i inne dla komunistów – potrzebni byli po to, żeby polscy żołnierze zainstalowali sowiecką władzę w Polsce i żeby sprowadzić Żydów z NKWD do trzymania polskich panów za pysk. Ktoś zarzuci mi antysemityzm? A Luna Brystygierowa, Józef Światło, Fejgin i inni zbrodniarze, to może „Francuzi?”

    Doszliśmy w mrozie do Włoch i przenocowaliśmy u znajomych, u których stale ktoś nocuje. Bielizny pościelowej nie zmieniają, bo nie przeschłaby, pomiędzy stałymi nocowaniami różnych podróżnych.

    Przeszliśmy jednego dnia ok. 25 kilometrów, gnani nadzieją rychłego spotkania Ojca i …. zobaczenia mieszkania, które opuściliśmy wypędzeni przez SS-Ukraińców. Mówiłem Mamie, że widziałem jak żołnierz niemiecki zapalił nasz dom miotaczem płomieni, ale Mama miała nadzieję, że spaliła się część od ulicy, bo brama była zagruzowana bombą. Gdy weszliśmy na Wolę, miny nasze zrzedły. Jedno wielkie – przeogromne gruzowisko.

    Wolska - spalona. Ciepła – spalona. Elektoralna – spalona. Mirowskiej nie ma. O, to chyba nasz dom, bo wypada w połowie hal. Idziemy wałem gruzów i jesteśmy na podwórku chyba. Chyba, bo stoimy ze 2 lub 3 metry wyżej – na gruzie. Przed nami wiele wież-studni z otworami okien. Stropy były drewniane, więc wypaliły się i utworzyły się pięciopiętrowe, czyli liczące 6 kondygnacji ruiny wieże-studnie. Tak to pierwsze piętro. To otwór okna kuchni. Dwa otwory okienne i z wejściem na balkon – to Dziadka. A te dwa otwory okienne – to nasz pokój. Wiatr huczy w ruinach i co raz spada kawałek cegły. Jest niebezpiecznie, więc wychodzimy na ulicę. Wychodzimy po stosie cegieł przysypanych śniegiem. Gdzieś pod tym zwałem leżą szczątki tych, co wbiegli do bramy, gdy rozległy się syreny Junkersów. Ja wtedy przebiegłem podwórze, do swojej klatki schodowej. Ja żyję – oni nie.

    Idziemy na Elektoralną 37 - znajdujemy ją podobnie. Na opalonym murze wieszamy kartkę z naszym adresem. Idziemy Marszałkowską zobaczyć co z Józefem Lewandowskim - bratem Dziadka. W jednym z domów przez piwniczne okna widać zwłoki spalonych ludzi – wyglądają tak, jak ci nieszczęśnicy, co paliliśmy ich w komandzie „starego Niemca” przy Halach Mirowskich. W Alejach Jerozolimskich budują trybunę – widać będzie defilada, po półrocznym przyglądaniu się zza Wisły, jak Niemcy palą Warszawę. Trybuna okryta jest dywanami – pewnie z takich mieszkań, które nie spalili Niemcy, bo mieszkali w nich, do ostatniej chwili. Obok wysadzone w powietrze ruiny Dworca Głównego.

    W pustym tramwaju i bez szyb, ktoś sprzedaje zupę. Rusza życie, więc pierwszy rusza handel i usługi.

    Kierujemy się do Rembertowa, do Stryja Wacka, ale przez Wisłę nie można przejść, bo mosty zostały wysadzone. Przesypiamy odpłatnie noc, w jakiejś noclegowni w piwnicy, urządzonej przez „zaradnych” warszawiaków, którzy wrócili do Warszawy wczoraj – razem z wojskiem. Ten nocleg jest tuż nad Wisłą, której nie możemy sforsować z powodu braku mostów i zakazu przekraczania jej po lodzie. Przekraczania Wisły pilnują żołnierze radzieccy. Nie ma co z nimi rozmawiać, bo powtarzają: „Nie lzia!” Gorzej, że strzelają, szczęściem w powietrze. Jacy oni łaskawi – nie przepuszczają, bo może zarwać się lód i potoniemy. A nie martwili się o tych, co wywieźli ich zimą 1940r w mrozy Kazachstanu, co zmarli z mrozu w towarowych wagonach, co zmarli pozostawieni na pustkowiu bez żywności i dachu nad głową, bo: „zdies astajetsia dwatsot ludiej. Astalnyje jedut dalsze”. Mordowali bez litości, a dzisiaj martwią się o nasze życie, gdyby na Wiśle załamał się lód! Oto „opiekunowie polskiego narodu, któremu pomogli ginąć, poprzez wymordowanie oficerów i inteligencji”.

    Jesteśmy w Rembertowie, stryjostwo cieszą się na nasz widok. Myjemy się w ciepłej wodzie, a Mama znajduje wszy w mojej bieliźnie. Sprawdza mi głowę. Bieliznę Stryjenka gotuje w kotle, żeby zniszczyć wszy, które załapałem na którymś noclegu. Muszę leżeć w łóżku, bo nie mam w co ubrać się. Następnego dnia idziemy na targ. Same luksusy. Amerykańscy żołnierze, byli nienieccy jeńcy – wymieniają prawdziwą herbatę i konserwy rybne na artykuły spożywcze. My musimy odkupić tą herbatę już od handlarzy. Kupujemy kilka toreb herbaty – sprzedamy po powrocie do domu w Brwinowie.

    Następnego dnia Mama poszła na targ, a ja zostałem i rąbię drzewo Stryjowi. Nagle doszły mnie gniewne głos – idę pod okno i słyszę sprzeczkę. Stryj chciałby mnie zatrzymać przy nich, bo ich dzieci nie żyją, a byłoby jemu łatwiej mnie wychowywać do powrotu mojego Ojca, niż samotnej kobiecie tj mojej Mamie. Stryjenka nie zgadza się. Mówi, że sami ledwo żyją, a nie wiadomo czy mój Ojciec wróci, bo przecież Niemcy ujawnili sowiecki mord w Katyniu. Stryj siłuje ją przekonać, ale nie daje rady. Idę Mamie naprzeciw, żeby opowiedzieć o tym co usłyszałem. Mama jest zbulwersowana, bo nie przypuszczała, że może dojść do takiej sprzeczki, a przecież wcale nie chce mnie nikomu oddać.

    Wracamy do Stryjostwa – atmosfera u nich podminowana. Wiele lat później, już po śmierci Stryja, Stryjenka zapowiedziała mi, że gdybym chciał spadek po Stryju, to ona spali ich domek, a nie da mi nic. Wtedy paliłem papierosy, wyjąłem więc zapałki z kieszeni i podałem Stryjence, żeby miała pod ręką. Założyłem płaszcz i pożegnałem się, pomimo propozycji wypicia herbaty. A przecież tego dnia przyjechałem do niej, już wdowy, żeby porozumieć się, jak mógłbym jej pomóc. Nic nie chciałem, pracowałem, czekałem na mieszkanie w spółdzielni. Zrozumiałem dlaczego Stryjenki nikt nie lubił z rodziny, z wyjątkiem Ojca, ale Jemu uratowała życie na polu walki w 1920r.

    Wracajmy do tematu: Mama po powrocie z targu mówi, że dzisiaj jest zbyt późno, żeby ruszyć pieszo do Brwinowa, ale jutro skoro świt – pójdziemy. Stryjenka po faryzejsku zaprasza nas na dłuższy pobyt, a Stryj jest smutny. Wyciągnął mnie z pokoju i zapytał czy słyszałem ich rozmowę. Powiedziałem, że trudno nie było usłyszeć, kiedy to była awantura. Powiedział: „Została przez całe życie Wielkorusem. Do cerkwi nie chodzi, bo nie ma cerkwi w pobliżu, a na wiarę rzymsko-katolicką nie godzi się. Księży katolickich nienawidzi. Ale ty nie zrażaj się i przyjeżdżaj do mnie, jak tylko będziesz mógł”. Więc bywałem z Mamą od czasu do czasu, a potem z Krystyną i Waldkiem. Stryj był chrzestnym córki mojej Anny, ale ze Stryjenką zawsze coś nas dzieliło.

    Droga powrotna poszła nam szybciej, bo z Rembertowa jechały do Warszawy ciężarówki, przystosowane do przewozu ludzi. Na plandekach miały napis PKS, co znaczyło Państwowa Komunikacja Samochodowa. Wchodziło się na platformę po metalowej drabince i u konduktorki kupowało bilet na przejazd. Licha to była komunikacja i znamionowała nasze przyszłe siermiężne życie. Sam widok sowieckich wojsk napawał, jeżeli nie strachem, to przynajmniej niechęcią. Pamiętałem ich wyczyny z 1939r, ich prymityw, ich wielkoruską butę. Płaszcze nadal mieli nie obrębiane dołem, żeby urwać, gdyby był zbyt długi. Natomiast ich samochody nie miały już drewnianych kabin i papy na dachach, bo …. były to samochody amerykańskie Dodge z wojennych dostaw sprzętu wojskowego. Karabiny nie nosili już na sznurkach i mieli bardzo dużo pistoletów maszynowych, typu pepesza, z drewnianą kolbą i bębnowym magazynkiem. Nie nosili już ciubaryckich czap z czubem i z wielgachną czerwoną gwiazdą – wszyscy mieli papachy z metalowymi czerwonymi gwiazdami. Udało się zadomowić wrogie czerwone gwiazdy na naszych ziemiach – to co nie udało się w 1920r. Dlatego musieli zamordować Ojca i tysiące oficerów, podoficerów, policjantów, lekarzy, adwokatów, inżynierów, prawników, profesorów, ziemian i wszystkich tych, co nie chcieliby współpracować.

    Od Warszawy do Brwinowa szliśmy bez przystanków, byle zdążyć przed północą, bo baliśmy się nowego zawszenia na przypadkowym noclegu. Zawsze gdy jest wojna, to pojawiają się wszy. Internowani Legioniści, w Huszcie na Węgrzech, urządzali nawet wyścigi wszy. Co to jest? Jak wojna, to pojawia się cebula i wszy.

     

    Zaczęło się nasze samodzielne życie. Jakie ono będzie bez Ojca? Czy damy radę? Z czego żyć? A może Ojciec walczy na zachodzie Europy i nie wie na jaki adres napisać? Mama rozpytuje wszystkich jak szukać Ojca. No, a problem istotny, to czy przy komunistach będzie On mógł spokojnie żyć jak wróci z wojny? Przecież walczył przeciw komunie. Ale miał przejść cały świat i odnaleźć nas. Tysiące pytań i brak odpowiedzi na wszystkie.

     

    Kolejno pojawiają się afisze: „Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera”, „Wyjedź na Zachodnie Ziemie odzyskane”, „Poprzyj Ludową Władzę - Głosuj 3 razy tak”, „Dziewczyny na traktory”, „AK – zapluty karzeł reakcji”, „ZSRR. – przyjaźń, pomoc i przykład”. Te ostatnie afisze napawają grozą, bo przyjaźń zaznaliśmy w 1940r, gdy uciekaliśmy od sowieckich  „opiekunów” do Niemców, którzy napadli nasz kraj. Z pomocy nie skorzystaliśmy we wrześniu 1939r, bo jakoś zamiast oferowanych  pieniędzy, ubrań i kwatery, to Mamę bili po twarzy na komisariacie sowieckiej milicji, a mnie ograbili z butów. A co mówić o przykładzie – mogliby sami brać przykład nawet od najprymitywniejszych ludów – wiele skorzystaliby.

     

     

    1. Szkoła i harcerstwo

     

     

    Rok 1945 przemieszkaliśmy w zagrzybionym pokoju na ul. Kraszewskiego. Mama robiła papierosy i z tego utrzymywaliśmy się. Wynalazłem w ogrodzie roślinę, której liście przypominały liście tytoniu. Kroiłem takie zżółkłe liście drobniutko i dosypywałem do tytoniu. Wiele lat później okazało się, że w tym ogrodzie rósł prawdziwy tytoń, jako roślina ozdobna i ja wykorzystałem ją, tyle, że bez fazy fermentacji tytoniu.

     

    *

    Mama zgłosiła poszukiwania Ojca do Polskiego Czerwonego Krzyża, francuskiego i angielskiego, których agendy powstały w Polsce. Wielokroć bywała w tych biurach – ale wiadomości nie było żadnych. Jakiś „trójkąt bermudzki” lub Moloch pochłonął Ojca i tysiące oficerów uwięzionych w zabudowaniach klasztornych Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa. Co gorsza, że położono „tabu” na wiadomości o tych miejscowościach, a PCK odpowiadało ustnie i na piśmie o braku jakichkolwiek wiadomości o poszukiwanych. Mieli nawet wydrukowane zawczasu pisma, do których wpisywano tylko adres pytających. Musieliśmy czekać na rozpad bolszewickiego Kraju Rad i wszelkich szczęśliwości z nim związanych. A do Kraju zaczęli napływać Polacy, którzy byli deportowani zimą 1940 r na Sybir, do Kazachstanu i w tysiące odludnych miejsc. Opowiadali niewiarygodne przypadku nieszczęśliwego swojego losu, gdy jechali tygodniami w bydlęcych wagonach bez jedzenia, gdy marły z głodu i mrozu ich dzieci i starzy rodzice, gdy wyrzucali trupy najbliższych w śniegi przy torach kolejowych i jechali pod bagnetami w nieznaną dal. Zostawiano ich setkami w polu przy czerwonej szmacie zatkniętej na kiju. Gołymi rękami kopali jamy w ziemi i budowali prymitywne ziemianki. Z braku drewna w Kazachstanie, zbierali w polu wyschnięte odchody bydła „kiziami” i palili tym ogień jaki taki, żeby trochę ogrzać się i ugotować zupę z chwastów i upolowanych małych zwierząt. W Kazachstanie pracowali w sowchozach jako robotnicy polni lub oborowi. Mężczyźni nieraz pracowali jako drwale, stolarze, kowale, ślusarze i tak przeżyli lub nie. Śmiertelność była ogromna. Ci co trafili w tajgę, to pracowali na „leso powale” i odmrażali ręce, nogi, uszy. Odmrożone uszy odpadały niektórym jak suche gałązki ze świerczyny. Innym wychodziły kostki z odmrożonych palców. A my z Mamą ocaleliśmy, bo Parfien Iwanycz uprzedził nas o wywózce i udało nam się uciec od „przyjaciół” do naszych wrogów Niemców. Mieliśmy szczęście - oni nie, a teraz czekaliśmy na wiadomość o Ojcu. Pozostało nam wiele lat na czekanie na tą wiadomość najgorszą, ale czekaliśmy – Ojciec miał przecież „przejść cały świat i nas odnaleźć – bo nas kochał”. My Jego też – więc czekaliśmy i szukaliśmy po całym świecie, ale nigdzie nikt nic nie wiedział. Mordercy naszych Ojców i mężów udawali głupka i „truli”, że np. oficerowie uciekli do Mandżurii.

    Pewnego dnia w 1946r, do apteki, gdzie pracowała Mama, przyszła kobieta i poczuła się źle. Umarłą nim przybył lekarz pogotowia. Nazywała się Bocheńska, imienia już nie pamiętam. Milicja przeglądając jej torebkę i spisując co w niej jest – znalazła plik listów tej kobiety, w których różne urzędy i stowarzyszenia odpowiadały, że nie mają żadnych informacji o jej mężu majorze Józefie Bocheńskim. Ostatni list powiadamiał ją, że major Józef Bocheński jest na statku, którym powracali żołnierze walczący w Polskim Wojsku na zachodzie Europy. Zdumienie nasze nie miało granic z przypadku jaki się przytrafił, bo do apteki gdzie pracowała Mama – Halina Bocheńska - przyszła inna pani Bocheńska i zmarła nagłą śmiercią. Obydwie miały mężów Józefów Bocheńskich, do tego majorów, a przecież mój Ojciec mógł awansować o jeden stopień. Jej serce nie wytrzymało ze szczęścia i zmarła tuż przed powrotem męża. Pomyśleliśmy, a może to Ojciec wraca i nastąpiła jakaś pomyłka. Natychmiast zrobiliśmy rozpoznanie przez Polski Czerwony Krzyż, który potwierdził fakt powrotu, ale innego Józefa Bocheńskiego, o innej dacie urodzenia, mającego żonę o innym imieniu niż moja Mama i do tego mającego córkę, a nie syna. Wielki to był zbieg przypadków.

     

    *

    Poznałem Stefana Parwi, który należał do drużyny harcerskiej w Podkowie Leśnej. O harcerstwie marzyłem przez całą wojnę, od czasów zuchów-wilczków w Jaśle. W Warszawie nie chciano mnie przyjąć do tajnego ZHP, bo przypuszczano, że jesteśmy pod obserwacją, a to groziło szybką dekonspiracją. Dopiero teraz mogłem zostać harcerzem. Drużynę 101 MDH[126] w Podkowie Leśnej prowadził podharcmistrz Zygmunt Sobota, żołnierz AK, który był przed wojną skautem, a podczas wojny pracował jako organista w kościele św. Krzysztofa w Podkowie. Przy tym kościele zorganizował potajemnie drużynę harcerską, która ujawniła się już 17 stycznia 1945r. Druh Zygmunt był bardzo uzdolniony i pracowity. Umiał wykonywać wiele prac, z różnych branż. Ja też miałem smykałkę do robót i wziąłem bardzo duży udział w budowie harcówki, którą nazwaliśmy „Pustelnik”. Drużynowemu bardzo podobało się to. Mama wracając z pracy wstępowała do „Pustelnika” albo do dh Zygmunta, gdy np. wykonywałem jakieś przedmioty lub roboty u niego i potem razem wracaliśmy do domu. No, nieraz wracała sama, szczególnie, gdy w okolicy była Danka. Nieraz nawet mówiła, że jak usłyszy głos Danki, lub ją zobaczy, to jest pewna, że w okolicy będę ja.

    Dh Zygmunt miał życiowego pecha polegającego na tym, że jego mama była zazdrosna o każdą kobietę w pobliżu synusia i skutecznie sobą zablokowała mu życie. Była wprost zachłanna na swojego syna, jak mówili znajomi. Umarł na raka w stanie kawalerskim, mając 45 lat. Mamusia towarzyszyła mu stale, nawet na obozach harcerskich i swoją osobą zabierała czas, który na takich obozach przydałby się nam harcerzom. Dh Zygmunt wiedział, że mój Ojciec był w sowieckiej niewoli, a ponieważ był wrogiem bolszewików, co głośno oświadczał, więc zabierał mnie na obozy bez pieniędzy – żeby nam dopomóc. Dh Zygmunt jakoś tak bardzo przyglądał się mojej Mamie. Zauważyła to jego stara już mama i zawsze starała się być obecna przy naszych wizytach u nich. Inna sprawa, że moja Mama zamknęła swoje życie, bo stale kochała i czekała na Ojca. Przed śmiercią powiedziała przecież, że kochała tylko jego i mnie i że był jedynym jej mężczyzną. Nie ma już takich miłości. Pokolenie takich kobiet wymarło, tak jak wymarły dinozaury.

    Lgnąłem do dha Zygmunta, bo nie miałem Ojca, a on był przyjacielski wobec nas harcerzy. Bardzo dużo nauczyłem się od niego i wiele mu zawdzięczam. Kilka moich wspaniałych wakacji – to jego zasługa. Nie stać nas było na wojaże po Polsce, a z nim i drużyną byłem w kilku regionach naszego kraju. Wiele myśli głoszonych przez niego zapadło mi w serce, a i na jego ręce złożyłem przyrzeczenie harcerskie: „Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce. Nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym prawu harcerskiemu. Tak mi dopomóż Bóg”. Bardzo różne były dalsze koleje losu, ale przeciw prawu harcerskiemu i przyrzeczeniu nie wystąpiłem nigdy – no, z wyjątkiem papierosów i koniaku, które to elementy pojawiają się w życiu wszystkich dorosłych ludzi. Papierosy rzuciłem w 1976r po zawale, a koniak … koniak nieraz pozwala mi zabijać okrutne obrazy z powstania 1944r, gdy byłem zasypany gruzami i dusząc się sięgałem po scyzoryk do podcięcia sobie żył, lub gdy stałem pod ścianą na rozstrzelanie w urodziny 23 listopada 1943r na ul. Dobrej i drugi raz w powstaniu 8 sierpnia, gdy stałem w grupie do rozstrzelania. Za pierwszym razem miałem geburstag i dlatego przeżyłem, a za drugim razem, to we trzech wyciągnęliśmy wódkę z zasypanej piwnicy i egzekucja nas ominęła. Koniak zabija i zabijał obrazy, gdy powracały jak w arbeitskomandzie znosiłem na stos trupów pogwałcone przez SS-Ukraińców i okrutnie zamordowane koleżanki – a miały 13 – 16 lat. Albo, gdy na cmentarzu wolskim, prowadzono nas w kierunku wykopanych dołów. No, gdy piszę wspomnienia o Ojcu, o Katyniu, o łagrach – to nie dałbym rady nic napisać bez koniaku. Spowiadam się Wam, że …. bez koniaku nie dałbym rady.

     

    *

    Przyrzeczenie harcerskie złożyłem w 1945r na Dębaku w Podkowie Leśnej, na mogile rozstrzelanych Akowców: zawodowych oficerów, młodych żołnierzy i jednej młodziutkiej dziewczyny. Dotarły do nas wiadomości, że w 1944r wjechał w ten teren nocą niemiecki samochód ciężarowy z eskortą SS i potem rozległy się strzały, jak opowiadali okoliczni mieszkańcy. Chodziliśmy w 1945r do lasów na Dębaku i sondowaliśmy prętami w leśne runo i piaszczysty grunt i ktoś natrafił, chyba za trzecim razem, na dziwny opór. Po rozkopaniu ukazały się pierwsze zwłoki, a pod nimi drugie i trzecie i czwarte i więcej ich było. Chłopcy wzdrygali się wykopywać zwłoki, na mnie nie robiło to wrażenia, po pracy w arbeitskomandzie w powstaniu, gdy znosiliśmy zwłoki i palili je na stosie drewna z rozbitych domów. Wykopane zwłoki były lekko nadpsute, bo leżały w ziemi około roku. Pamiętam, że poszukiwania prowadziliśmy z druhem Zygmuntem, Irkiem Mirackim, Wieśkiem Rogoszem, Wackiem Buczyńskim, Andrzejem Ajnenkelem, Staszkiem Wojnarowskim, Wieśkiem Łogoszem i innymi harcerzami, których twarze i nazwiska już zatarły się w pamięci. Drużynowy dh Zygmunt postanowił, że nowi harcerze, w tym ja, będą tam składać przyrzeczenie harcerskie i tak stało się. Wykonaliśmy kopczyk mogiły, a drużynowy zawiadomił grupę ekshumacyjną. Dzisiaj jest tam mogiła z nazwiskami wyrytymi w kamieniu, a na miejsce prowadzi oznakowana ścieżka.

    Czas biegł na budowie harcówki „Pustelnik”, na zbiórkach, a od września 1946r doszła szkoła. Ale harcerstwo szczególnie zawładnęło moim życiem. Kiedyś na ognisku harcerskim, zobaczyłem w grupie dziewczęcej harcerkę, która miała piękny długi blond warkocz z granatowym motylem. Miała brązowy sznur, więc była zastępową i do tego była ładna, no nawet bardzo ładna. Harcerki przekomarzając się z chłopcami, zaśpiewały wtedy nieznaną mi zwrotkę ze „Stokrotki”: „ … a harcerz taki gapa, że aż w pokrzywy wlazł. A ona, ona, ona, cóż biedna robić ma, nad gapą pochylona i śmieje się ha ha”. Zaczepne te dziewczyny! Ja też już byłem zastępowym zastępu „Chomików” w 101 MDH. Kilku kolegów usiłowało Dankę „poderwać” (tak nazywała się harcerka z pięknym blond warkoczem), ale ona ich zbywała dowcipnie, a nieraz okrutnie, np. Andrzejowi Ajnenkelowi kazała zjeść rosówkę, jak zapraszał ją na randkę. Andrzej łyknął robala, a ona uciekła do domu. Podobała mi się bardzo, ale bałem się, że mnie też każe łyknąć jakieś paskudztwo, więc tylko przyglądałem się. To była typowa polska dziewczyna, taka jaką sobie wyobrażałem od dziecięcych lat, jako sympatię, a gdy przyjdzie czas – może nawet żonę. Dla pięknych dziewczęcych warkoczy byłem po parę razy na „Strasznym dworze”, „Halce”, „Hrabinie” i „Verbum nobile”, a gdy występuje „Mazowsze”, to rzucam każde zajęcie. Blond warkocze potrafią na mnie działać jak narkotyk. Byłbym w kłopocie gdyby kazano wybrać, ale tylko jedno: blond warkocze, czy koniak.

    Na resztę życia pozostał tylko koniak, bo on najwierniejszy … zresztą, to ja też znalazłem w końcu swoją „połówkę” w postaci zgrabnej i bardzo ładnej blondyny Krystyny Aleksandry. Nie wiem jak, znane mi dziewczęta prowadziły swoje domy, jako ich panie, matki i gospodynie, ale z Krystyną trudno byłoby im konkurować, chociaż pieniędzy było mało z mojej inżynierskiej pensji. Robotnicy na budowie zarabiali więcej niż ich kierownik lub projektant obiektu, ale „Ludowe Państwo” stawiało na proletariat, który szybko obracał pieniędzmi i zwracał je poprzez monopol omal w całości do kasy „Ludowego Państwa”.

    Proletariatowi wystarczały na życie rodzin, pieniądze zarabiane przez robotnicze żony. Ileż to razy słyszałem prośby, żeby: „nie wypłacać tygodniówki mojemu, bo od razu przepije”. A widywałem młode dziewczyny, które chodziły z pijakami, wychodziły za nich, bo obiecywali, że po ślubie przestaną pić. Niedługo, a chodziły już z brzuchami, a ich chłopi jak pili, tak i pili nadal. Więc kobiety do roboty, dzieci do żłobka, potem do przedszkola, do szkoły podstawowej, zawodowej i  … „Ludowe Państwo” miało nowych roboli, a wypłaty jak dawniej, wracały przez monopol. Prawie „perpetuum mobile[127]”, w bolszewickim wydaniu. Idealnie dopasowany do władzy ludowej był Gienek Krasucki, syn dozorcy i ogrodnika z ul. Kraszewskiego, gdzie mieszkaliśmy ściągnięci przez Ciotkę Wandę, moją chrzestną. Gienek wrócił z robót w Niemczech, dokąd pojechał dla bezpieczeństwa i co tam mówić – dla lepszego życia. Pracował u baera jako robotnik rolny i o mało co, a ożeniłby się z jego córką po wyzwoleniu. Po powrocie do Polski Gienek – syn proletariusza - szybko złapał wiatr w żagle, zrobił szybkościową maturę i rozpoczął studia na wydziale elektrycznym Politechniki Warszawskiej. Można było nie kupować gazety – Gienek wszystko wiedział o ludowej władzy, jej osiągnięciach i przedwojennym wyzysku robotników przez burżujów. Kiedy studiowałem na politechnice, to wpadły mi w ręce w Październiku 1956r opinie o nim. Jego partyjni koledzy napisali o nim: mierny, bierny, ale wierny. Politechniki nie ukończył, bo był zbyt tępy do zgłębienia  wielkiego materiału inżynierskiego, a działalności ZMPowskiej nie dało rady przełożyć na pracę dyplomową i egzamin końcowy. Gienek chwalił sobie obiadki Mamy i kolacje u nas, a bywał na nich do ślubu mojego z Krysią – potem znajomość słabła, słabła, aż w końcu przestaliśmy się widywać – nie wiem czy on jeszcze żyje. Był starszy ode mnie i kiedy przypadkiem spotkaliśmy się po bardzo wielu latach na cmentarzu w Brwinowie, to skarżył się na raka skóry twarzy i … nadal nienawidził księży. A matka jego była bardzo pobożna, do końca życia.

     

    *

    Z czasów zamieszkiwania w Jaśle, zapamiętałem Mamy albumy z fotografiami, które oglądałem będąc małym chłopcem. W tych albumach była Mama w czasach dorastania i były koleżanki. Myślałem sobie, jakie to piękne

    panny – piękna Mama z warkoczem i koleżanki. Większość z nich miała też piękne warkocze z granatowymi motylami, ale były i obcięte á la garçon[128]. Mama miała pamiętnik, z pięknymi wpisami i rysunkami godnymi malarzy. Któryś z wpisujących się chłopców był podobno okresową sympatią Mamy, ale nie chciała o tym mówić. Mówiła, że jest bardzo szczęśliwa z Ojcem. Kiedy po bolszewickiej kuli - Ojca zabrakło, zamknęła się w sobie i patrzyła godzinami przez okno, hen daleko i chyba w niebo. Gdzie wtedy bywała? Wracając do pamiętnika i albumu, to Mama opowiadała np, że ten chłopiec kochał się w tej koleżance, a ten inny - w tamtej. A kiedyś opowiedziała o koleżance, która zdradziła kochającego ją z wzajemnością chłopca i że obydwoje byli potem nieszczęśliwi w swoich małżeństwach. Wyrobiłem sobie wtedy zdanie, że dziewczyny są zdradliwe.

    Teraz ja spotkałem taką panienkę, która bardzo podobała mi się. Blondynka z pięknym warkoczem, zawsze uśmiechnięta harcerka, ale niedostępna. Myślałem, że nie mam u niej szans, a nie miałem kogo poradzić się, jak zwrócić na siebie uwagę. Na każdym kroku brakowało mi Ojca. Nie zazdrościłem kolegom niczego z wyjątkiem tego, że oni mieli ojców, a ja nie miałem. Nie mogłem poradzić się przecież Mamy w sprawach męsko-damskich, bo co może wiedzieć kobieta o męskich sprawach. No i jak rozmawiać z Mamą, o dziewczynach? Jakoś nie szło. Druha Zygmunta też nie wypadało pytać, zresztą on był ciapą-kawalerem. O! gdyby był Ojciec!

     

    *

    Od września 1946r poszedłem do pierwszej klasy gimnazjum i to do męskiej klasy. Lekcje odrabiałem na ul. Leśnej, u Jacka  Rutkowskiego, gdzie dostawałem talerz zupy, w jakimś rozliczeniu między naszymi mamami. Moja Mama zaczęła właśnie pracę, w aptece mgr Hübnera, w Warszawie i przyjeżdżała dosyć późno do domu. Mama Jacka była nauczycielką, ciotka jego handlowała czymś, a babcia gotowała obiady.

     

    *

    Co roku druh Sobota organizował powitanie lata i pożegnanie lata w Podkowie Leśnej, nad pięknym stawem w parku. Przybywały drużyny podległe jemu, jako hufcowemu: z Podkowy Leśnej, Brwinowa, Komorowa, Milanówka i jedna z istniejących w Grodzisku Mazowieckim. Przychodziły i dziewczęta od drużynowej i hufcowej druhny Saskiej. Podczas letniej imprezy w 1947r, dh Zygmunt wysłał mnie i Dankę (którą znał od dziecka) do cukierni po lody. Nieśliśmy bańkę z lodami, trochę spałaszowaliśmy ich w lasku i Danka aż zachrypła. Miałem jednak z tego zysk, bo podczas „spaceru” z niesioną bańką lodów zbliżyliśmy znajomość na tyle, że zaczęliśmy przyglądać się sobie i grywać w siatkówkę w parku. Danka imponowała mi, jako dziewczyna. Piękna blondynka, z takim warkoczem jak moja Mama. Do tego harcerka. Po grze w siatkówkę odprowadzałem ją do domu ciotki, u której mieszkała. Tak się złożyło, że raz byliśmy w teatrze razem z jej klasą i zaczęliśmy od tego czasu razem bywać na imieninach u znajomych, np. Heni-Honoratki Foksówny, Hanii Szałowskiej i u innych znajomych. U Heni, była bryczka na podwórku, ale konia nie przypominam sobie, chociaż mógł może być. Siadywaliśmy często na tej bryczce i prowadzili młodzieńcze rozmowy, co będzie, gdy to lub tamto… itd.

     

    *

    Chyba to było w 1947r, kiedy drużynowy Zygmunt wysłał mnie służbowo do Komendanta Chorągwi Mazowieckiej, harcmistrza Ludwika Rymarza, który ożenił się z drużynową z Warszawy i już jako małżeństwo mieszkali w Podkowie Leśnej. Była u nich ładna dziewczyna, blondynka z warkoczem, będąca przyboczną w drużynie Rymarzowej. Komendant w pewnej chwili kazał mi odprowadzić przyboczną Basię do stacji kolejki WKD, żeby niby nikt jej nie zaczepił wulgarnie. Basia idąc przyglądała mi się, ja gapiłem się na nią, bo była wprost śliczna w mundurku harcerskim, a my … rozmawialiśmy o przysłowiowej pogodzie. Tak doszliśmy do stacji, ona wsiadła do pociągu i długo machała rączką przez okno. Po powrocie, Rymarz, zapytał mnie, czy umówiliśmy się, bo to odprowadzenie było spowodowane tym, że podobałem się dziewczynie. Powiedziała to swojej drużynowej, ta powiedziała mężowi i dostałem służbowe polecenie odprowadzenia Basi do kolejki. Rymarz był zdumiony, że nie skorzystałem z okazji, którą nam zorganizował. A ja nie wiedziałem, czy wypadało umawiać się z trzecią dziewczyną

     

    *

    Harcerstwo bardzo dużo dało mi, chociaż psychicznie byłem stale „do tyłu” po okupacyjnych przejściach. Miewałem depresje i zrywałem się ze snu całkowicie spocony. Leczyłem się u neurologów, ale wyniki były mizerne i co gorzej - zaczęło nawalać serce. Kiedy przed poborem do wojska zgłosiłem się do szkoły lotniczej, to zostałem zdyskwalifikowany, bo … zemdlałem przy pobieraniu krwi. Badania wykazały chorobę mięśnia sercowego, a przyczyną była najpierw szkarlatyna z 1937r i spowodowana tym choroba stawów oraz mięśnia sercowego, a potem przejścia okupacyjne i powstaniowe. Rówieśnicy byli dziecinni w swoich zachowaniach wobec życiowych przypadków i problemów (np. w wojsku, gdy nowo wydana koszula nie miała całych pleców).

     

    *

     

    W 1945r nie pojechałem na obóz, ale już w 1946r byłem miesiąc na obozie harcerskim w Rawce, pod Skierniewicami. W rzeczce o tej samej nazwie nauczyłem się pływać pod okiem Irka Mirackiego – zwanego Sabą, Medorem, Zydorem i … o jak wiele ten chłopak miał nadanych pseudonimów! Dwa razy przyjeżdżali rodzice na obóz, do mnie Mama, a do Irka jego mama i siostra Lusia. Patrzyłem na Lusię i myślałem sobie, jaka to ładna dziewczyna w białej bluzeczce i kolorowej kraciastej spódniczce na szelkach.

    Na obozie nauczyłem się gotować, bo byłem kuchmistrzem, ale straciłem wiele wycieczek. Nie płaciłem za obóz, bo ten obóz to była pomoc dha Zygmunta dla mojej Mamy, zatem poczuwałem się do konieczności dania coś z siebie i byłem kuchmistrzem. W chwilach wolnych przerabiałem materiał gimnazjum zawodowego, bo przygotowywałem się do warunków, jakie ludowa władza miała dla mnie – żadnych studiów dla syna burżuazyjnego oficera. Ponadto zacząłem nadrabiać dwuletnie opóźnienie w nauce spowodowane pobytem pod „przyjaciółmi sowietami” na przełomie lat 1939/40 i związane z Powstaniem Warszawskim 1944r.

     

    *

    W 1947r byłem miesiąc na obozie harcerskim w Łebie nad Bałtykiem. Jakie cudowne było morze i piękny ciepły biały piasek. Mogłem patrzeć i patrzeć na falujące morze – wracały wspomnienia z Gdyni. Ojciec, Mama, moje zamki z piasku nad brzegiem morza, mewy i muszelki. Ojciec brał mnie wtedy na barana i wchodził w morze, a Mama piszczała na brzegu, żebyśmy nie potopili się. W końcu ze strachem wchodziła do wody, ale nie docierała do nas, bo Ojciec był wyższy i stał dalej w wodzie. Jaki wspaniały był mój Ojciec i nic nie bał się wody. No wiadomo – przecież miał Virtuti Militarii, a tacy ludzie nie boją się niczego! Były to najwspanialsze wakacje powojenne. Staliśmy obozem zaraz za wydmą – niedaleko willi marszałka niemieckiego lotnictwa Hermana Geringa. Obok nas stali obozem krakowiacy, którym co noc spuszczaliśmy namioty. To straszne oflegi. Byli wściekli na nas, ale nie wiedzieli z którego obozu są spuszczający im namioty. W Łebie byli harcerze z Podkowy Leśnej (120 harcerzy – ze 101 MDH i Mamuty), z Brwinowa (80), 2 drużyny z Milanówka, które miało wspaniale harcerstwo (po 60), z Komorowa - też byli wspaniali (80) i jedna drużyna z Grodziska Mazowieckiego (50) - typowo rzemieślnicza młodzież. Raz wypłynęliśmy w pław dalej w morze i mnie złapał skurcz nóg. Koledzy popłynęli dalej, bo byli świetnymi pływakami i nie słyszeli moich wołań, zagłuszonych szumem fal. Nie utonąłem tylko dlatego, że zniosło mnie na płytsze miejsce i doczekałem powrotu kolegów, oparty kolanami o łachę. To był trzeci ratunek Pana Boga, Ojca naszego - dla mnie.

    Na tym obozie byłem kwatermistrzem i miałem swój zastęp „Chomików” powiększony o kilku chłopców. Jednego dnia, gdy wracaliśmy z kąpieli do namiotów, o mało co nie nastąpiliśmy na żmiję zygzakowatą, która wlazła do namiotu. Mogła ukąsić, któregoś z nas, skoro rozbiliśmy namioty w jej siedlisku. Ona nie ustępowała ze swojego terenu. Zabiłem ją.

    Odwiedził nas Jurek Marzecki, AKowiec, brat Danki i zaprosił mnie do Dziwnowa, gdzie oboje byli na wakacjach u rodziny.

    *

    W 1948r byłem miesiąc na obozie harcerskim w Święcanach, koło Biecza na Podkarpaciu, ze 148MDH z Milanówka, której byłem obozowym komendantem. Budowaliśmy całym hufcem z Podkowy Leśnej, drogę bitą, w ramach Harcerskiej Służby Polsce (HSP). W deszczowe dni robota polegała na mieszaniu błota.

    Na jednodniowej wycieczce zwiedziliśmy Biecz, gdzie była jedyna szkoła katów w średniowiecznej Polsce. Na rynku stoi tam wieża, a pod wieżą lochy więzienne, z których wyprowadzano skazańców. Brrrrr …

    Pojechałem jednego dnia z Irkiem na dwa dni do Jasła i do Osieku, gdzie z dziewczynkami zuszkami była drużynowa Lusia. Ucieszyła się na nasz widok i przedstawiła nas swojej przełożonej harcmistrzyni. W Jaśle odwiedziłem swój dom pryz ul. Wyspiańskiego 4. W naszym mieszkaniu działała Miejska Rada Narodowa. Kiedy wysiedliśmy z pociągu, to trudno było zorientować się jak dalej iść. Całe miasto było doszczętnie spalone i po wyjściu z dworca zabrakło mi znajomych domów. Były zgruzowane, a całe Jasło w 94% spalone. W mieszkaniu pp. Rucińskich mieszkała wdowa po właścicielu domu, p. Anna Dzikowska, z czworgiem dzieci. Marysia, z którą chodziłem do szkoły – była wtedy na obozie harcerskim, gdzieś w Polsce. Jedyny mebel, jaki zobaczyłem z naszego mieszkania, to była Mamy toaletka, tyle, że fornir odszedł miejscami od mebla. Musiała gdzieś długo moknąć. Nie było Ojca, nie było naszego mieszkania, nie było nawet mebli. Nie było również szans na zamieszkanie w Jaśle i na pracę dla Mamy – byliśmy bowiem przeżytkami burżuazyjnymi II Rzeczpospolitej w PRLu. Miastem władali komuniści zwalczani przed wojną przez władze państwowe, w których działał Ojciec. Nie było przyszłości dla nas. Gdyby Ojciec żył, to nie ulega wątpliwości, że Ubeki by Go zamordowali – Jasło było opanowane przez wspólników braci Ziajów – przedwojennych komunistów. Żyliśmy w kraju bolszewickiego bezprawia, chociaż mówiono i pisano po polsku.

    *

    W 1949r byłem miesiąc na obozie harcerskim w Długomostach (a może Długichmostach) pod Prudnikiem na Dolnym Śląsku. Tym razem były to obozy harcerskie w ramach hufca Grodzisk Mazowiecki, do którego włączono nasze drużyny po rozwiązaniu hufca w Podkowie Leśnej. Druh Zygmunt podpadł w Chorągwi i nawet cofnięto mu stopień podharcmistrza. Dostał dziwny stopień „Działacza” z brązową podkładką pod krzyżem, którą w brązie wynalazł taką, że była niby brązowa, a trochę niby czerwona - harcmistrza. Ja zrobiłem w Grodzisku Mazowieckim próbę na Harcerza Orlego, w ostatnim niejako momencie, bo stopień Harcerza Orlego i Harcerza Rzeczypospolitej wycofano niedługi potem – na wniosek Jacka Kuronia i jego grupy ówcześnie hurra czerwonej.

    Na obozie prowadziłem, ze Stefanem Wróblem, kwatermistrzostwo dla 8 podobozów męskich i jednego podobozu żeńskiego. Razem trzeba było wyżywić 270 osób i trzeba było dużo prowiantów przywozić z Prudnika. Stefanowi pomagała ładna harcerka z podobozu żeńskiego - Wanda, która prowadziła nam księgowość materiałową. Po tygodniu drużynowa Marysia zmieniła ładną Wandę, na szpetną Irkę, bo Wanda miała powiedzieć, że podoba jej się Stefan i ja, a Marysia tak jakby strzygła oczkami, do któregoś z nas. Na 270 osób potrzeba dużo jedzenia, więc do przewozu towarów wynająłem konia i wóz, a sam zabawiałem się w woźnicę.

    Harcerkom trzeba było rąbać drewno do ognia pod kotły, więc codziennie przychodzili dyżurni służbowi z męskich podobozów do tej czynności. Musiałem dla nich kupić drewno w klocach, bo nie dawały rady zebrać tyle gałęzi w lesie, żeby ugotować obiad. Ofermy. Komenda grupy obozów miała stołować się u dziewcząt, bo przypuszczaliśmy, że dziewczyny potrafią gotować, bo … no, bo są dziewczynami. Pierwszy obiad był przypalony. Drugi też i trzeci i czwarty. Od piątego przenieśliśmy się ze stołowaniem do jednego z podobozów męskich. Były na czas i nie bywały przypalone. Podczas czwartego przypalonego obiadu u harcerek, podały herbatę koloru zielonego i o brzydkim smaku. Hufcowy prychnął po pierwszym łyku i spytał co to jest, na co dziewczyny odpowiedziały, że zastosowały się do mojej porady i wsypały do herbaty sodę oczyszczaną z apteczki polowej. Otóż ja zażartowałem z gospodyni obozu żeńskiego, zapytawszy czy wie, co zrobić, żeby np. nie przypalić wody do herbaty, skoro wszystko przypalają. Harcerka - gospodyni obozu odpowiedziała, że nie wie. Żartem podpowiedziałem, że trzeba wsypać sodę oczyszczaną do wody, to nie przypali się woda, bo one wszystko przypalą nawet wodę. A ta duża już dziewczyna uwierzyła, bo ja miałem granatową[129] podkładkę pod krzyżem harcerskim, a ona była dopiero ze stopniem tropicielki. To przesądziło o stołowaniu – przenieśliśmy się do męskiego obozu.

    Obóz harcerski w 1949r pod Prudnikiem, był ostatnim obozem harcerskim jaki organizowany był przez ZHP, bo komuna likwidowała harcerstwo typu scauting, a na działalność pionierską nie miałem ochoty, podobnie jak wielu innych harcerzy i harcerek. Zachodziło słońce dla harcerstwa na wiele lat, a po okresie lodowcowej dla ZHP – nigdy nie odrodziło się do postaci jak przed wojną lub tuż po niej. Dawny mój drużynowy Zygmunt Sobota doradzał wstąpienie do nowej organizacji harcerskiej i dokonanie próby opanowania jej, co w praktyce nie powiodłoby się, gdyż wprowadzono masowo ZMPowców, którzy opanowali wszystkie szczeble. Byli od kilku lat przygotowywani do tego. Nieliczni dotychczasowi instruktorzy pozostali, bo bali się usunięcia z pracy itp. Dla mnie nie było do przyjęcia odrzucenie Zawiszy Czarnego i zastąpienie go bolszewickim zdrajcą Pawlikiem Mrozowem, który mając 10 lat, wydał własnego ojca w ręce Czeki jako kontrrewolucjonisty, następnie rozstrzelanego. Mojego Ojca też rozstrzelali następcy Czeki – sowieckie NKWD. Pioniersko-radzieckie harcerstwo nie było dla mnie do przyjęcia.

    *

     

    Powróciłem do harcerstwa po Zjeździe Łódzkim w 1956r, na którym zastanawiano się, czy przyjąć zasłużonego dla harcerstwa harcmistrza Aleksandra Kamińskiego. „Kamyk” z grupą starych instruktorów czekał na korytarzu na decyzję, czy zaproszą ich na salę obrad zjazdu. A tam prym prowadzili niszczyciele harcerstwa, z ultra komunistą Jackiem Kuroniem na czele. To, że Jacek Kuroń zapłacił później więzieniem za ujawnienie prawdy o komunizmie, w niczym nie zdejmuje jemu win, np. takich jak późniejsze spowodowanie usunięcia Aleksandra Kamińskiego z funkcji Naczelnika ZHP lub wprowadzenia pionierskich metod w 1962r w ledwo odradzającym się harcerstwie. Ja wtedy ponownie wystąpiłem z harcerstwa, przez Kuronia, który zapłacił srogo za błędy ultrakomunizmu - nawet nie zwolniono go z więzienia na pogrzeb ukochanej jego żony Gajki. Takie draństwo mogli tylko uczynić spadkobiercy sowieckiego NKWD – Ubecy i Esbecy działający w Polsce. Ale dzięki Kuroniowi i jego towarzyszom, późniejszym męczennikom - jakich z nich zrobiono, ale wcześniej będącym ultrakomunistami, a może lewicowymi komunistami - Polacy utracili harcerstwo, chyba nieodwracalnie.

    Moja działalność harcerska miała cztery okresy: zuchowy przed wojną, harcerski w latach 1945 – 1949, 1956 – 1962 i epizod w 1974r. Lusia w harcerstwie była od 1946 do 1950r. Danka została „długodystansowcem” przez dwa okresy: od 1945 do 1949r i od Zjazdu Łódzkiego w 1956r chyba aż do 2000r, przy czym wiele lat ze stopniem harcmistrzyni pracowała w „Nieprzetartym szlaku” z dziećmi ułomnymi, którymi opiekowali się zdrowi harcerze i harcerki. Jeździli razem na obozy harcerskie i miewali zbiórki z nimi w ciągu roku. Zawsze byłem z uznaniem dla niej za to – to była prawdziwa harcerka. Ja byłem przegrany w pewnym okresie życia, w stosunku do kolegów „cywili”, właśnie przez harcerstwo stawiające wysokie wymagania moralne, wprowadzone przez Eleusis i Towarzystwo Wstrzemięźliwości. Za to łatwiej było mi w wojsku i przybliżyłem się do Ojca charakterem i nieustępliwością odejścia od szlachetnych celów. My harcerze mieliśmy poprawić Świat, a co najmniej pozostawić go nieco lepszym, niż ten zastany. Młodzieńcze marzenia pozostały mitem, bo komuna niszczyła szlachetność, a wymarzona demokracja okazała się areną walki, o to co można wyrwać dla siebie. Jak Radziwiłł z „Ogniem i mieczem”, który mówił, że każdy może uciąć kawał sukna dla siebie, a Ojczyzna jest niczym bela sukna. A mój Ojciec walczył nie o kawał sukna, lecz o Polskę – Matkę dla wszystkich. Mój Boże !

     

    *

     

    Wracając do lat szkolnych, to we wrześniu 1945r rozpocząłem naukę w 1 klasie gimnazjum w Brwinowie. Moi szkolni koledzy bawili się z dziewczynkami „w dom” i kroili warzywa na mini zupki dla lalek. Ale szczeniaki! Któregoś dnia zrobiłem kopię hand-granatu bojowego i pokazałem zza pazuchy kolegom na przerwie. Przechodziła nauczycielka p. Piotrowska od matematyki i też zajrzała, co ja mam. Złapała mnie za ramię i zaprowadziła do dyrektorki. Kazały położyć to co mam na biurku. Sekretarka weszła pod stół, a one obydwie uciekły z pokoju. Nie dawało rady wytłumaczyć, że to kopia mojej roboty. Jedynym mężczyzną był ksiądz katecheta, którego panie wezwały. Ksiądz był partyzantem i od razu odkrył niedoróbki kopii granatu. Jakoś wyszedłem z tego kawału bez szwanku, ale gimnazjum było ewakuowane i młodzież rozeszła się do domów. Lekcje urwały się tego dnia. Przez parę dni byłem „bohaterem”, a że od jesieni do lata, a potem od lata do jesieni chodziłem w mundurze kanadyjskim z naszywkami „POLAND”, więc przyglądały mi się dziewczyny z 2 i 3 klasy gimnazjum, właściwie moje rówieśniczki, tyle, że nie szkolne. Jakie to wrażenie robi mundur na płci nadobnej – mówią dlatego, że „za mundurem – panny sznurem”. Właściwie to miałem dwa mundury, które dostałem z UNRy. Lubiłem te mundury, a gdy podniszczyły się, to samodzielnie przenicowałem na drugą stronę i w ten sposób starczyły mi nawet na okres studiów i pierwsze lata pracy, coś tak ze 12 lat je nosiłem.

    Klasę 2-gą zrobiłem w 1946r w Warszawie, w gimnazjum mechanicznym „Przyszłość” na ul. Śniadeckich, bo musiałem szykować się do zawodu. Właśnie odebrano mi rentę sierocą po Ojcu oficerze, za to, że był oficerem burżuazyjnego wojska i ludowa „ojczyzna” nie miała pieniędzy dla takich jak ja. Oprócz przedmiotów normalnie wykładanych w szkołach, miałem mechanikę, materiałoznawstwo, ślusarstwo na warsztacie, kuźnię, spawalnictwo. Koledzy w klasie byli też opóźnieni przez wojnę, a jeden był po obozie w Oświęcimiu. Ten 20-u latek miał zwyczaj wołania „Achtung”, gdy wchodził nauczyciel do klasy, a przy wyjściu ze szkoły wołał „Mützeap”, tak jak w obozie, żeby założyć czapki na głowę. W końcu roku szkolnego został aresztowany dyrektor p. Płosaj za „szkodliwą działalność dla Polski Ludowej, w gronie młodzieży szkolnej”, więc od 1947r przeniosłem się z Mietkiem Tomaszewskim (zmarł na stole operacyjnym mając ok. 20 lat – „operacja tarczycy udała się, ale chory zmarł”) do szkoły zawodowej na ul. Chmielnej 88, gdzie w ciągu roku przerobiłem 2 klasy, nadganiając opóźnienie i uzyskując małą maturę.

    *

    W 1948r rozpocząłem naukę w Państwowym Licem Komunikacyjnym przy ul. Chmielnej 88 (od wybudowania kolei warszawsko-wiedeńskiej, była to najstarsza średnia kolejowa szkoła zawodowa). Liceum miało 4 wydziały: elektryczny, drogowy, ruchowo-przewozowy i mechaniczny, na którym ja uczyłem się. Koledzy byli przerośnięci i na wywiadówkach moja Mama spotykała nawet ich żony. Nieraz do szkoły przychodziłem w mundurze harcerskim, gdy po szkole musiałem być wieczorem na odprawach harcerskich w hufcu Grodzisk Mazowiecki, gdzie byłem sekretarzem hufca. Z nowym hufcowym hm Jerzym Kowalczykiem, nigdy nie nawiązała się nic sympatii, chyba dlatego, że był niewierzącym pedagogiem, pracującym w kuratorium szkolnym. Instruktorem harcerskim był chyba przez przypadek, bo harcerstwo wyrosło na tradycjach najpiękniejszych chrześcijańskich idei, a on chyba nie podzielał tradycji chrześcijańskich. Były to lata, gdy na tematy wiary nie mówiło się w harcerstwie.

    Po początkach śpiewania w chórze szkolnym, rozpocząłem śpiewanie w chórze międzyszkolnym, którego siedziba mieściła się na ul. Nowogrodzkiej, w Romie, który to budynek zmieniał swoich lokatorów, ale głównie spełniał rolę sali koncertowo-teatralnej. Dyrektorem chóru był emerytowany śpiewak, którego nazwiska już nie pamiętam. Po roku, na przeszkodzie stanął program chóru, w którym znalazła się Kantata o Stalinie. Ja miałem wyśpiewywać o mordercy mojego Ojca? Tego było dla mnie za wiele i złożyłem rezygnację. Dyrektor namawiał mnie do pozostania. Chciał zająć się kształceniem mojego głosu i przewidywał karierę śpiewaczą basa o dużym zasobie powietrza w płucach, wyraźnej wymowie i łatwej zdolności nauki linii melodycznej, przy czym nie stanowiło mi trudu przechodzenie z głosu pierwszego basa na drugi, co było potrzebne czasami dla zastępowania nieobecnych. Byłem uniwersalnym młodym basem, o miłej barwie głosu, jak oceniał to dyrygent-dyrektor. Myślałem jednak tak: po pierwsze - nie będę śpiewał o bandycie Stalinie. Po drugie: a co będę robił, jak stracę pracę śpiewaka, tak jak odebrano mi rentę sierocą po Ojcu? Po trzecie: jak zostanę technikiem mechanikiem, to będę miał pracę nawet w prywatnym warsztacie, a może sam coś założę? Miałem wielkie plany produkcji zabawek z napędem elektrycznym lub nawet z napędem spalinowym. Kiedy przyszły dorosłe lata i możliwość założenia czegoś w rodzaju „Legolandu”, to towarzysze decydenci wyśmieli wspaniały pomysł i zalecili mi budować Polskę Ludową. Widywałem potem importowane elektryczne zabawki w Domu Harcerza - były drogie, a ja miałem projekty prostych segmentowych i dających się rozbudowywać tanio, ale komuna nie potrzebowała moich wynalazków na polu technicznego wychowania dzieci. Dzieci miały śpiewać masowe pieśni i maszerować w pochodach przed sekretarzami partii. Wystarczały drewniane zabawki do wychowania młodego pokolenia socjalistycznych roboli.

     

    *

    W PLK byłem w klasie jedynym uczniem, który nie był w ZMP. Do OMTUR PPSu nie chciano mnie przyjąć, jako syna burżuja, a ZWM śmierdział mi PPRem. Leciały lata nauki, a ja wyrastałem na „nie dopasowanego” do PRLu i nie tylko do PRLu. Ksiądz katecheta postawił mi dwójkę z religii, bo nie zgodziłem się z nim, że dowodem na istnienie Boga jest fakt, że wszystko we wszechświecie jest doskonale dopasowane. Ja twierdziłem, że to co było nie dopasowane, to pozderzało się, czego dowodem są kratery z upadku różnych bolidów na ziemię i księżyc.  Skoro pozderzało się, to i nie ma bolidów przygotowanych do zderzeń. Dlatego jest spokój, ale jeszcze na początku XX stulecia bolid tunguski powalił tysiące hektarów tajgi syberyjskiej. Gdyby tak trafił w miasto, to byłyby wielotysięczne straty w ludziach. Według mnie dowodem na istnienie Boga jest to, że wszystko zostało stworzone mocą tajemną Boga, a nie przy jakimś wielkim kosmosem spowodowanym wybuchu „Bang-bang”, który wystąpił ot tak sobie. Katecheta nazwał mnie wolnomyślicielem, z czym nie zgodziłem się, bo przecież byłem wierzącym w Boga. Od tego czasu katecheta złośliwie zapytywał, przy różnych kwestiach: „a co myśli o tym nasz znany wolnomyśliciel, pan Bocheński?” Nie skutkowało, gdy przypominałem, że nie jestem wolnomyślicielem, bo wierzę w Boga. Ale nie ja stawiałem stopnie, a księża nie zawsze są kulturalni i sprawiedliwi.

    Moja wypowiedź, że nie przyjmuję informacji „na pałę”, pogorszyła jedynie opinię o mnie i z prawej i z lewej strony. Ostatecznie miałem na świadectwach rocznych pozytywny stopień, ale co zakiełkowało w komunizowanych umysłach kolegów, z grupy homosowieticus, to zaplanowało później i miało przykre dla mnie skutki, o czym niżej. Kiedy usunięto ze szkoły modlitwę, to ja rozpoczynałem „prywatną” modlitwę do Ducha świętego, a koledzy przyłączali się – nawet ci z ZMP. Za to oportunistą zrobiono mnie natychmiast.

    Z kolei dyskusje na materialistycznej lekcji „Nauki o Polsce i świecie współczesnym” zakończyły się relegowaniem mnie ze szkoły na trzy miesiące przed maturą, za zbiór wypowiedzi typu: „Nie matura lecz chęć szczera – zrobi z ciebie oficera”, ale „mimo dobrych chęci – z gówna gwiazdki nie ukręci” oraz po moim wykładzie, że „My eksportujemy do ZSRR węgiel, a ZSRR bierze sobie od nas za to żywność”. Tego komuchy nie mogli znieść i relegowali mnie z liceum, tuż przed maturą. Mama wypłakała oczy, żeby wyprosić cofnięcie relegowania i dopuszczenie mnie do matury. W drodze łaski warunkowo dopuszczono mnie do matury, ale musiałem podpisać zobowiązanie, że więcej nie będę ośmieszał władzy ludowej. A cóż to za władza, skoro bała się ucznia przed maturą? Jednak zacząłem zastanawiać się nad sensem walenia głową w mur propagandy sowieckiej, bo pierwsze starcie przegrałem.

    Drugie starcie też przegrałem, bo nie dopuszczono mnie do egzaminu na politechnikę warszawską. Przy takiej opinii jaką napisali mi ZMPowcy – nie miałem szansy dopuszczenia do egzaminów na studia. Opinia twierdziła, że jestem uspołeczniony, ale że jako na „syna przedwojennego oficera działają na mnie wpływy burżuazyjne”. Opinię podpisał Mietek, przewodniczący ZMP, który ściągał ode mnie na klasówkach z fizyki i matematyki. Był słabszym uczniem i nadrabiał to, młodzieżową pracą polityczną. Ja poszedłem do pracy na kolej w turnusy i potem do warsztatów, a on dostał pracę w Ministerstwie Komunikacji, jako urzędnik w białej koszuli i krawacie. Straciłem Ojca zamordowanego przez bolszewików w 1940r i nadal płaciłem daninę za pochodzenie i myślenie.

    Dopiero przed kilku laty, dowiedziałem się od Heńka Wróbla, że tą dyskryminującą opinię napisał mi najserdeczniejszy szkolny przyjaciel Czarek. Siedzieliśmy cztery lata w jednej ławce szkolnej. Dzieliliśmy się śniadaniami. Bywaliśmy na imieninach swoich, swoich dziewcząt i znajomych. Byliśmy na swoich ślubach. On podawał do chrztu mojego syna, a ja podawałem jego córkę. Razem byliśmy w wojsku, w jednym plutonie. Razem w końcu studiowaliśmy na wydziale elektrycznym Politechniki Warszawskiej i to w jednej grupie studenckiej – sieci elektrycznych. Razem przygotowywaliśmy się do egzaminów, u mnie lub w jego domu w Legionowie. Razem odrabialiśmy ćwiczenia w laboratoriach. Razem pracowaliśmy w Wojskowym Biurze Projektów i tam rozeszły się nasze drogi, ja po 10 latach urwałem się z wojska – on został. Ja nie mogłem nigdzie wyjechać do 1989r, bo odmawiano mi wydania paszportu – on wyjeżdżał nawet do Anglii, pomimo pracy w wojsku, co teoretycznie uniemożliwiało absolutnie wyjazdy na zachód. Jakby jakieś nieznane „coś” rozdzieliło nas w 1966r – może odezwało się jego katolicko – ZMPowskie sumienie? A może wisiało aku-aku jego opinii nad nami jak przekleństwo?

    Nie utrzymujemy żadnych kontaktów od 40 lat.

     

     

     

    1. Praca i studia

     

    W miesiącach letnich, od 1948 do 1951r, jeździłem parowozem, jako pomocnik maszynisty kolejowego p. Mariana Jarneckiego, nota bene ojca Lusi, a następnie od 1 sierpnia 1951r rozpocząłem pracę, jako technik mechanik, w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Pruszkowie, im. wietnamskiego prezydenta towarzysza komunisty Ho Szi Minha.

    Służba pomocnika maszynisty była ciężka, całą drogę trzeba było wyglądać przez otwarte okno parowozu z lewej strony (mechanik-maszynista siedział z prawej strony, też w oknie) i obserwować trasę. Przed przejazdem przez drewniane mosty trzeba było zamykać popielnik, żeby iskry nie zapaliły podkładów i mostu. Przed przejazdami i stacjami kolejowymi trzeba było uruchamiać parowy gwizdek. Na postojach wyskakiwało się i czyściło oraz smarowało korbowody i prowadnice z dwóch stron parowozu. Na węzłowych stacjach podjeżdżało się pod krany wodne i lało wodę do tendra oraz bunkrowało się węgiel. A podczas drogi mechanik stale dogadywał, że ma mało pary, bo źle sypię węgiel na palenisko. Łopata nabierała nawet 8 kilogramów węgla, była prawie taka szeroka jak drzwiczki do paleniska, stalowa podłoga podskakuje, a ja mam trafić węglem na ruszt długi jak pół parowozu. Najgorzej było narzucić węgiel w tylny lewy i prawy kąt paleniska – niby blisko, a trafić szuflą w drzwiczki i obrócić szuflę z półrzutem – cholernie trudno. Bolą ręce, boli grzbiet, a mechanik krzyczy „dawaj węgla, bo nie ma pary”. Co raz to dym i iskry obsypują twarz wychyloną z okna, pyłki węgla wpadają do oczu i tylko ręką nie pociągnąć po spoconej twarzy, bo będzie piec. No, jest już stacja, gdzie wymienia się parowozy i można zjechać na bocznicę, na parę godzin odpoczynku i powrót do Warszawy. Tylko jeszcze trzeba odwrócić parowóz na karuzeli, żeby wracać przodem, a nie tyłem parowozu, bo prędkości nie byłoby żadnej. W noclegowniach nie zawsze było można przespać się - bywały pluskwy. Dom wariatów. Gdy zacząłem jeździć z Kajetanem Środą na pospiesznych, to było lepiej, bo do węgla bywał trzeciak. Długo leczyłem ręce z bąbli.

     

    *

                W końcu maja 1951r zdałem maturę, będąc dopuszczonym do niej warunkowo, po zobowiązaniu, że nie będę więcej prowadził działań zmierzających do ośmieszania ustroju demokratycznego Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Zobowiązanie podpisałem, gdyż inaczej nie cofnięto by relegowania z liceum przed maturą, za wrogą działalność przeciw ustrojowi, bo tak określono moje szkolne wypowiedzi. A przecież władze same się ośmieszały, bo jak można było dodawać „Ludowej” do Polskiej Rzeczpospolitej, czyli do pojęcia demokracji. Przecież „demos” - to lud, a „kracja” - to rządy – czyli „demokracja” – to władza ludu. Komunistyczne głupki ukuły nazwę Polski na: PRL czyli Polska Rzeczpospolita Ludowa, co oznaczało: Polska rządzona przez lud ludowy. Czy nie miałem racji, twierdząc że „mimo szczerych chęci – z gówna gwiazdki nie ukręci”? Ale zobowiązanie podpisałem. Zamknąłem wreszcie pysk i przestałem: „mówić co myślę”, zastępując ten stan nowym, bardziej przemyślanym: „myśleć co mówię”. Inaczej będą same guzy od „Ludowego Państwa”.

    Nową taktykę zastosowałem ponadto dlatego, że w lipcu mógłbym zdawać na Politechnikę Warszawską, ale dzięki ZMPowskiej opinii „przyjaciela” Czarka z ZMP, nie zostałem zakwalifikowany do egzaminu. Nie było mnie na liście dopuszczonych do egzaminu i nie było na liście nie dopuszczonych. Po prostu „nie istniałem” jako kandydat na studenta. W pokoju „spraw studenckich” dostałem swoją teczkę od pracującej tam młodej blondynki.  „Za godzinę wychodzę z pracy i mogę ci powiedzieć, co napisałeś źle i jak trzeba pisać w przyszłości”- powiedziała. Nie miałem natchnienia na romans, w świetle odwalenia mnie z egzaminów. Nie miała warkoczy i może dlatego, chociaż powiedziała: „jutro też będę” – jutro nie przyszedłem, a dziewczyna była całkiem ładna i oddała mi dużą przysługę. Kiedy otworzyłem teczkę, to na samym wierzchu była fatalna opinia o mnie: „syn przedwojennego oficera, działa społecznie, ale jest pod burżuazyjnymi wpływami swojego środowiska”. Znaczyło to wyrok: koniec ze studiami kiedykolwiek w tym „ustroju sprawiedliwości ludowej”.

     

    *

    Od 1 sierpnia 1951r rozpocząłem pracę w dziale technicznym ZNTK Pruszków, a od 1 września zaczęła pracować w księgowości zgrabna i bardzo ładna panna Krystyna Aleksandra Sadecka.

    Po pracy, kolega przedstawił mnie pannie Krystynie Aleksandrze, która czekała na stacji kolejowej na pociąg do Piastowa, a ja miałem jechać w przeciwną stronę. Panna Krysia podała mi małą rączkę, a ja naturalnie pocałowałem ją w rączkę i … już nadjechał jej pociąg. A to pech.

     

    *

    Zapisałem się do związków zawodowych, co było obowiązkowym rytuałem związanym z rozpoczynania pracy zawodowej. Na pierwszym zebraniu poniosło mnie, jak obserwowałem ułożony odgórnie samosąd kolektywu związkowego nad koleżanką z pracy (Danka Surałówna). Wystąpiłem w jej obronie i rozgromiłem bolszewicka bandę. Na tym zebraniu wybrano mnie na „męża zaufania” w grupie techniczno-biurowej. Zacząłem następnie, z własnej inicjatywy, rozprowadzać bilety do teatrów. Zrobiłem wywieszki na wydziałach remontowych i produkcyjnych i w oznaczonych dniach i godzinach wydawałem je robotnikom na wydziałach, po zniżkowych cenach. Był to czas, gdy ludowe państwo dopłacało do teatrów, książek, wczasów i kolonii dziecięcych. Kupowałem miesięcznik „Teatr”, czytałem recenzje o sztukach i wyjaśniałem robotnikom, co chciał autor sztuki przekazać widzom. Razem z rodzinami robotniczymi jechaliśmy do teatru, razem spacerowaliśmy po foyer podczas przerw. Robotnicy byli zadowoleni, a przecież sami nie odważyliby się ruszyć do teatru – do którego trzeba było wcześniej pojechać po bilety, a kiedy to zrobić? Dyrekcja była zadowolona, związki zawodowe były zadowolone i ja byłem zadowolony – bo spełniałem obowiązek szlachecki przewodzenia grupie, wypełniałem przyrzeczenie harcerskie i zarabiałem na dobrą opinię na studia. Musiałem mieć dobrą opinię, bo każdy syn robotniczy i chłopski dostawał dodatkowe punkty za pochodzenie klasowe, a ja pochodzenie miałem przechlapane - byłem synem oficera. Zacząłem personalnie uchodzić za syna „pamieszczika”, co było już lepsze, ale punktów nie dawało.

     

    *

    W listopadzie skierowano mnie z pracy na kurs radiograficznej kontroli metali do Gliwic, ale prawda jest, że starałem się o wyjazd z powodu Krystyny. Krysia podobała mi się, ale miała inne plany i unikała mnie. Postanowiłem rozejrzeć się w „świecie” i oderwać od terenu, gdzie miłe mi dziewczęta wybierały innych, a chętne były te, które nie podobały mi się. Wyjechałem do Gliwic. Kurs ukończyłem pomyślnie i dostałem propozycję pracy w Instytucie Spawalnictwa w Gliwicach. Splot różnych przypadków spowodował mój powrót do Brwinowa. Spojrzałem na przeszłość i doszedłem do wniosku, że miałem życiowego pecha, znów byłem postawiony przed faktem, że dziewczyna Milka-Ślązaczka chciała zarządzać mną.

    Polski Kodeks Honorowy wg Boziewicza, wyłączył niewiasty z obowiązku stosowania rozwiązań honorowych[130]. Do tego kodeksu przywiązuję dużą wagę z uwagi na stosunek do niewiast szarmancki[131] i sarmacki[132], przejawiający się wykluczeniem ze społeczności ludzi honorowych w ramach Art. 8:

        p. 9. przyjmujących utrzymanie od kobiet nie

                będących jego najbliższymi krewnymi;

      p. 10. kompromitujących cześć kobiet niedyskrecją;

      p. 14. tego, kto nie broni kobiet pod jego opieką

                pozostawionych.

                Po powrocie do Brwinowa spotkałem Krystynę Aleksandrę, która szła do pracy w tych samych warsztatach kolejowych w Pruszkowie. Była chyba zainteresowana, a ja jak zawsze oczarowany Jej pięknem dziewczęcym. Zaczęło się.

    Daty swojego ślubu nie wyznaczyliśmy, bo przede mną była służba wojskowa i liczyłem na studia. Ledwo wyrobiłem się z egzaminem wstępnym na politechnikę. Jednak 22 sierpnia 1952r zawarliśmy ślub cywilny, gdyż Krysia dostała wezwanie do odbycia turnusu w Służbie Polsce, a mężatki zwalniano z tego obowiązku. Nie chciałem narazić ją na przebywanie z dziewczynami, które tylko czekały na wolność po za domem, w rodzaju „róbta, co chceta", a tak działający żeński hufiec pracy SP spotkałem, będąc na obozie harcerskim pod Prudnikiem. Dziewczyny w mundurkach SP zaczepiały chłopaków identycznie, jak to robią hołociarze. Pytały po prostu spotkanego w spodniach: „Chcesz bez forsy?” Nigdy tak nisko nie upadłem, żeby korzystać z tak oferowanych usług. Nie chciałem narażać mojej narzeczonej, na przymusowe przebywanie w podobnym towarzystwie i okolicznościach.

    Ojciec Krystyny nigdy nie uwierzył, że wezwanie na SP było prawdziwe – co zawdzięczamy jej „kochanej siostrze”. Teść powiedział: „dopiero po ślubie kościelnym weźmiesz moją córkę do swojego domu”. Nosiliśmy obrączki, Krysia zmieniła nazwisko z Sadecka na Bocheńska, ale żeby zabrać żonę do kina, teatru czy na imieniny, to musiałem prosić teścia o pozwolenie. Pozwalał, ale o 22,oo musiała być w domu swojego ojca. Takie warunki postawił jej ojciec. Nie było możliwości jakiejkolwiek dyskusji. A jej siostra kiedyś przyprowadziła mężczyznę do domu ojca i powiedziała: „to mój mąż. Wracamy właśnie z Urzędu Cywilnego, gdzie zawarliśmy małżeństwo”.

     

    *

    Od 1 października rozpocząłem studia, na które miałem polityczne poparcie, pomimo, że dyrekcja nie wyraziła zgody na urlopowanie mnie z nakazu pracy, jaki w tych czasach dostawało się po skończeniu liceum zawodowego lub uczelni. Zagrozili mi skierowaniem sprawy do prokuratora, z tytułu samowolnego porzucenia pracy. Byłem na audiencji u wiceministra komunikacji, z prośbą o pomoc i oświadczyłem, że jeżeli mnie zamkną, to i tak po wyjściu pójdę na politechnikę, a nie do pracy w Pruszkowie. Powiedziałem, że dostałem się na politechnikę, bo tym razem nie napisałem, że Ojciec był oficerem. Wiceminister powiedział: „Cicho z tymi informacjami na przyszłość, bo „oni” dopadną pana. Ja panu pomogę, bo widzę determinację”. Dostałem ministerialne odroczenie nakazu pracy na okres studiów.

    Teraz dzień wyglądał tak: raniutko jazda do Warszawy na politechnikę, obiad w stołówce studenckiej, dalsze zajęcia, pobyt w domu u żony w obecności całej jej rodziny i około północy wracałem do domu w Brwinowie. Kiedy uczyć się? Gdzie i kiedy pocałować się z żoną? W listopadzie Mama powiedziała tak: „Pojedziemy do ojca Krysi i ustalimy datę ślubu kościelnego, bo nie dasz rady żyć w takim tempie. Zamieszkamy razem”. Tak też stało się.

    26 grudnia 1952r zawarliśmy z Krystyną związek małżeński w kościele w Piastowie i dopiero wtedy dostałem Krysię, jako żonę do swojego domu.  Nawet na weselu jej siostra spowodowała nieporozumienie. Po latach niepowodzeń – miałem swoją kobietę. Mówią, że do trzech razy sztuka i okazało się to prawdą. Dziwne uczucie: wczoraj byłem sam, chociaż byłem żonaty papierkowo, a od jednego popołudnia mam kobietę na stałe. Mam kobietę nie jak wykroi się okazja, ale jest o parę centymetrów ode mnie, lub nawet bliżej i to całą noc. Taka cieplutka i bliska. Piękna była ta 19-sto latka, a ja miałem już ukończone 22 lata i byłem: żonatym mężczyzną. Byłem zakochany w niej, powyżej uszu i jeszcze o metr wyżej. Dotychczas uczyłem się życia po omacku i często na popełnianych błędach, bo nie miałem Ojca, z którym mógłbym omówić sprawy, w tym i męsko-damskie. Miałem w końcu tą dziewczynę, która podobała mi się, chociaż nie była pierwszą sympatią. Tak pokierował los, któremu wytykam sieroctwo i brak ojcowskiego ramienia. Nikt mi żony nie narzucił i nikt nie naraił. Nie było przymusu i konieczności ożenku, ale wróg czuwał i przynosił Krysi ploty, jakobym był widziany z inną kobietą, to tu, to tam. W końcu Krysia przepędziła swoją siostrę, której nie zabraniałem przyjmować w swoim mieszkaniu. Przekonała się sama, jaka jest z niej intrygantka. Mieliśmy względny spokój.

    Żyliśmy z pensji Mamy i Krysi oraz mojego stypendium. Pewnego dnia Żona szepnęła mi do ucha, że będę ojcem. Potem przytykała moją rękę i pokazywała, że już kopie. Dziewczynka czy chłopiec?

    Krysia 19 września 1953r urodziła Waldemara, nocnego krzykacza ponad miarę. Żebym mógł przespać się, to często lulała go w nocy. Doskonała matka i żona. Dwa razy dostaliśmy studenckie wczasy rodzinne w Pobierowie. Byłoby „fajnie”, gdyby nie telegram wzywający mnie w 1955r do nowej pracy w Muzeum Techniki, a właściwie na szkolenie do tej pracy, prowadzone przez prof. dr inż. Kożuchowskiego. Musiałem więc po tygodniu wyjechać z Pobierowa, a Krysia została z Waldkiem, który poprzedniego dnia powiedział samodzielnie pierwsze pełne zdanie: „tata pali paposia”. Kurs przeszedłem pomyślnie i rozpocząłem pracę przewodnika na wystawie Postęp Techniczny w Pałacu Kultury, która polegała na dyżurze dwa dni na terenie działu elektrycznego i oprowadzaniu wycieczek, wraz z demonstrowaniem ruchomych urządzeń. Kiedy trzeba było odrobić ćwiczenia na PW, to przepychało się zwiedzających do sali elektroniki, gdzie serwowano wycieczkom telewizję i wszyscy byli szczęśliwi. Kiedyś weszła grupa szkolna dolnego wieku i ja wymyśliłem sposób, żeby im wytłumaczyć poważne problemy na wesoło i na poziomie niskich klas, do których chodzili. Po wykładzie z pokazem działania systemów elektro-energetycznych podszedł do mnie prezesNOTu inż. Czarnocki i zapytał o nazwisko. Gratulował mi pomysłu, a ja powiedziałem, że potrafię pracować z dziećmi od czasów harcerskich. W kilka dni później zorganizowano masówkę i odczytano pochwałę dla mnie i bito brawo. Po następnych trzech miesiącach zorganizowano masówkę i zwolniono mnie z pracy, bo miałem złe pochodzenie nie gwarantujące proletariackiego przekazywania informacji że żarówkę zrobił Rosjanin Jabłoczkow, a nie Edison, który dorobił tylko gwint; że radio zbudował Rosjanin Popow, a nie Marconi, który tylko dorobił antenę z drutu; że silnik zbudował Rosjanin Dobrowolski, a nie Siemens; że parowóz zbudował w kuźni wiejskiej chłop pańszczyźniany Rosjanin Połzunow, a nie Trzeviczek w Czechach i nie Stevenson w Anglii. Koszmar, ale trzeba było żyć – miałem już synka.

     

    *

    W 1956 roku byliśmy ponownie w Pobierowie i znów było niepowodzenie, bo rozchorował się Walduś i pogotowie zabrało go do szpitala w Gryficach. Dojeżdżałem do Gryfic rowerem 30 kilometrów. Powrót bywał ciężki, bo był zbyt duży dystans. Ostatnie kilometry ledwie przejeżdżałem. Drugie nasze dziecko nie narodziło się, a mogło pociągnąć nawet i śmierć Krysi, gdyby doszło do zakażenia. Bóg był łaskaw dla niej i dla naszej rodziny. Uratował ją wybitny lekarz, ordynator kliniki na Lindleya – prof. dr Tadeusz Bulski. Ten sam, który ssał drugą pierś babci Zofii, gdy pierwszą karmiła moją Mamę, mając dużo pokarmu. Dorastając nieco podkochiwał się w Mamie, będąc już studentem medycyny. Mama miała jednak innego narzeczonego – mojego Ojca, starszego od niej o 5 lat – tak jak to jest uzasadnione biologicznie.

    *

    Krysia 29 maja 1958r urodziła Annę, która była od maleństwa dzieckiem cichutkim i byłaby mile wspominana, gdyby nie to, że dała nam do wiwatu, w czasach dorastania - przed wyjściem za mąż i tuż po nim. Dwa razy truła się i dwa razy uciekała z domu. Wpadła w tak złe towarzystwo, że milicja pytała mnie o jej znajomych. Wyrosła na piękną dziewczynę i kobietę, ale sprawdza się powiedzenie, że najpiękniejsze nie są dobre. Po wyjściu za mąż był przypadek, że uderzyła swoją matkę, a innym razem skierowała nawet do niej nóż. Nieszczęściu zapobiegł Waldemar. Po wyprowadzce, jej mąż bił ją na trzeźwo, a drań jest z niego nie tylko z tego powodu, że to damski bokser.

    Trafiła na oszusta i kombinatora. Musiał się żenić z Anną, chociaż chciał ją zostawić w ciąży. A wcześniej Anna miała przyzwoitych starających się o nią i to z wykształceniem, ale jej odpowiadali tylko kolesie i brutale. Nic i nigdy nie pomagały prośby. Byłem proszony w domu, żebym nie użył nigdy paska do własnej córki, a było za co. I efekt jest widoczny. Dała się mężowi całkowicie oderwać od nas rodziców, bo bił ją. Mam jej obdukcję lekarską, po jednym z takich bić. Los płaci jej za podłości nam czynione. Mając 77 rok – mogę powiedzieć, że życie miałem trudne i przez nią.

     

    *

    Studiując pracowałem na politechnice jako kreślarz w zakładzie sieci elektrycznych; jako ekspedient w sklepie z butami, kapeluszami i perfumami; byłem przewodnikiem w Muzeum Techniki w Pałacu Kultury w Warszawie; zarobkowałem wykonując zdjęcia fotograficzne dzieciom i obrabiając masówkę zdjęciową znajomym oraz z uroczystości i pochodów, jakie wtedy były modne; produkowałem komplety lampek choinkowych; robiłem lampki nocne; naprawiałem radioodbiorniki w czasach, gdy posiadały lampy radiowe. Robiłem wszystko, aby przeżyć i utrzymać rodzinę, m. in. własnoręcznie zelowałem wszystkim buty, męskie i damskie, z szyciem zelówek lub szpilkowaniem. Pomagała nam Mama, a na wszystkie święta jeździliśmy do Ojca Krysi – to też była pomoc. Krystyna podejmowała się różnych prac, gdy już nie mogła pracować zawodowo z racji obciążenia dziećmi. Ręce zerwała sobie na maszynie dziewiarskiej z „napędem demokratycznym czyli ręcznym” i zapłaciła za to 3 operacjami nadgarstków, jakie dokonano w Konstancinie.

     

    *

     

                Pewnego dnia, na wiosnę 1956 roku, zostałem wezwany z wykładów w auli 315 na Politechnice - do Dziekanatu. Jednak zamiast Dziekana, siedział w jego fotelu, nieznany mi podpułkownik, bez oznak rodzaju broni. Bez ceregieli zaproponował mi pracę dla Urzędu Bezpieczeństwa. Miraż roztoczony przez niego, był porażający - dobra płaca, mieszkanie, przydziały towarów niedostępnych na socjalistycznym rynku, częste wyjazdy za granicę i możliwość przywożenia do kraju, co dusza zapragnie. Miałem przejść kurs w krajowym nadmorskim ośrodku kształcącym szpiegów, gdzie nauczą mnie szyfrów, kamuflażu, angielskiego, francuskiego, niemieckiego, obsługi miniaturowych dyktafonów i radiostacji oraz aparatów fotograficznych umieszczonych w spinkach koszulowych lub w zapinkach do krawatów etc. Miałem, podczas wizyt zagranicznych, nosić teczkę za premierem Cyrankiewiczem lub

    innym dostojnikiem i podawać mu teksty przemówień. Takich "teczkowych" miało jeszcze być kilku - kilku, bo każdy miał być specjalistą z innej branży. Ubek tłumaczył tak: „widzicie - jedziecie np. z Cyrankiewiczem do Paryża, żrecie przy stole kapitalistyczne frykasy, a kiedy zorganizują spotkanie z robotnikami np. u Renaulta (wymówił dosłownie „Renaulta”, a nie „Reno”), to wy nie macie słuchać przemówień z kartki, tylko k…a macie przyglądać się jak jest wykonana elektryka i mechanika w ich fabryce i co można, to fotografować. Jak wrócicie z delegacji z delegacją partyjno-państwową, to jedziecie do tego naszego ośrodka i do obiadu rysujecie z kolegami z innych branż, projekty techniczne ich fabryki. W tym czasie nasi specjaliści wywołują wasze zdjęcia z mikrokamer i kapitaliści są wydojeni. Nie płacimy, a mamy projekt nowoczesnej fabryki. No, pomyślcie jak możecie sobie pożyć. Co przywieziecie w towarach - wasza sprawa. Diety w dolarach, a jak sobie, jaką d..ę ustrzelicie - nikt się o tym nie dowie. Za tydzień stawicie się w Dziekanacie z odpowiedzią. Zrozumiano?" Tydzień nie wieczność, ale spać nie mogłem spokojnie. Propozycja była od oficera w mundurze wojsk lądowych - pachniało wywiadem, ale nie wojskowym. Kurczę, co jest grane? Za tydzień znajomy oficer był w mundurze kapitana marynarki wojennej. Na kolejnym spotkaniu miał stalowy mundur lotnika w stopniu majora. Zaczynałem mieć dreszcze - to nie wywiad wojskowy interesował się mną, lecz bezpieka tworząca zagraniczne macki wywiadu gospodarczego. Robiło się niewesoło. Jeżeli na zachodzie złapią szpiega wojskowego, to aresztują jego i ogłoszą o tym. Potem wymienią na „zachodniego” - aresztowanego na terenie wspólnoty socjalistycznej. Dużo krzyku, wywiady prasowe, dobre jedzenie i propozycje przejścia na ich stronę. W końcu wymiana. Koniec kariery szpiega, ale żyję się - co najmniej przez pewien czas, tak jak szpieg Czechowicz, który działał na terenie „Wolnej Europy”. Przy szpiegostwie gospodarczym jest inny scenariusz - nikt nie wie, że złapali - dopóki ciała nie wyłowią z Tamizy lub innej Sekwany. Pomimo wszystkich PRLowskich sęków - miałem ochotę trochę pożyć - cholernie, bowiem lubię żyć. I danym było mi żyć najdłużej ze wszystkich sześciu męskich pokoleń Bocheńskich - Oni ginęli za Polskę w wieku ok. 40 lat - ja pisząc te słowa mam aż 77 rok. Niezbadane są wyroki Boże. Lecz wróćmy do tematu: proponowano mi pracę dla bolszewickiej Polski, a wcześniej zastrzelono Ojca w Katyniu - w 1940 roku. Wyznaczano mi rolę janczara XX wieku. Na kolejnych spotkaniach instruowano mnie, że to nic nie szkodzi, że brałem kościelny ślub, bo niektórzy towarzysze nawet z KC też biorą kościelne śluby - ale żeby nikt nie widział - to fatygują się aż do kościoła na Świętym Krzyżu w świętokrzyskim parku. To nic mówili, że mój Ojciec był sanacyjnym oficerem - zginął podczas wojny i szlus ze sprawą.

    Pętla na mojej szyi zaciskała się - powiedzieli, że będę wracał z wypraw zagranicznych, bo mam żonę i synka. Wiedzieli, że jestem przedwojennym harcerzem i że wiem, co inaczej czekałoby moją żonę i synka. Ciągnęło mnie wtedy „pod pociąg”, ale jak Krystyna da sobie radę z Waldusiem? Po wysiłkach mojej Mamy i kłopotach w swoim życiu, wiedziałem jak ciężko jest kobiecie samej. Koledzy ratunkowo załatwiali mi pracę w wojsku - wybawił mnie jednak tow. "Wiesław" - Władysław Gomułka – bowiem doszedł do władzy i najpierw rozwiązał UB. Kiedy połapali się, że palnęli głupotę – wtedy powołano SB, ale ja już pracowałem w wojsku. To była cena względnej wolności: 10 lat za psie pieniądze. Budowałem koszary, magazyny, tarczociągi i nawet kible, ale nie zwerbowano mnie. Miałem 6 rozmów, ale na liście Wildsteina jakoś nie odczytałem swojego imienia i nazwiska, może dlatego, że nic nie podpisałem i nic nie napisałem dla SB. Wielkimi krokami zbliżały się wydarzenia słynnego Października 1956 roku.

     

     

    11.  Dorosłe życie

     

    W maju 1956r ukończyłem wykłady na politechnice i zameldowałem się w ZNTK w Pruszkowie, ale tam nie było już dla mnie wolnego etatu. Nawet to lepiej, bo aby uniknąć przymuszania mnie do pracy w SB, koledzy załatwili mi pracę w wojsku. A gdybym pracował na kolei, to mogliby przypominać o sobie. W wojsku byłem bezpieczniejszy, bo nie mogłem już wyjeżdżać za granicę, a ich interesowało szpiegostwo gospodarcze na zachodzie. Do pracy spóźniłem się 5 dni, gdyż Walduś był w szpitalu w Gryficach. Początkowo wojskowe Okręgowe Biuro Projektów Budowlanych mieściło się na ul. Senatorskiej, tuż koło byłej pracy Mamy. Następnie przenieśliśmy się na ul. Mokotowską.

    Na ulicy Mokotowskiej odnalazłem szybko Polski Czerwony Krzyż i teraz ja podjąłem poszukiwania Ojca. Najpierw wypełniłem odpowiednie zgłoszenie, a potem co miesiąc dowiadywałem się osobiście. Miałem blisko, więc „wyskakiwałem” z biura na piętnaście minut. Po dwóch latach takich wizyt, urzędniczka powiedziała, że kierownik chciałby ze mną rozmawiać. Zaprowadziła mnie do niego, a on powiedział: „Wiem, że pan przychodzi do nas stale i będzie przychodził. My tu mamy setki takich, co przychodzą i pytają, ale nie możemy im dać na piśmie jakichkolwiek wiadomości, bo ich nie ma i nie będzie. Z tych miejsc nikt nie wrócił i nie wróci. Nic więcej panu nie mogę powiedzieć, bo chcę żyć. Może ambasada amerykańska mogłaby panu coś podać więcej, bo oni od 1944 r mają dokładne wiadomości”. Spojrzałem na niego jak na idiotę, bo przecież w 1943 r Niemcy podali, że sowieci zamordowali oficerów w Katyniu w ilości 14 500 osób, chociaż przyszłość pokazała, że w Katyniu rozstrzelano tylko około 4400 oficerów. Jest już parę lat po wojnie, czas na wyjaśnienie gdzie są pozostali. Ojca nie było na liście zamordowanych strzałem w tył głowy, więc może był wtedy w innym miejscu. Ale gdzie? Przy wielu numerach ofiar ekshumowanych nie było nazwiska, mógł być wśród nich. Więc był czy nie? I to chyba jest do wyjaśnienia. Ludowa Polska jest w objęciach Ojczyzny Proletariatu, więc chyba można by wyjaśnić „oszipkę[133]”, bo tak super-bandyta Stalin nazwał katyński mord.

    Musieliśmy nadal czekać do przyjazdu Jelcyna w 1991r z aktami rozstrzelanych po zbójecku. Musieliśmy czekać do 1981 r na książki z zachodu – książki o sowieckim mordzie w Katyniu. Mordercy milczeli, a ich pachołki kazały milczeć nam. Zresztą powtarzaliśmy w kółko, to co wiedzieliśmy od czasów okupacji – nic innego nie docierało do Polski. Alianci znali prawdę od czasu raportu pułkownika Malloya z 1942 r, a całość zbrodni rozpoznali i opracowali w komisji senackiej w 1952 r. W Polsce nie znaliśmy tych materiałów.

     

    *

    Pomiędzy przeprowadzką z Senatorskiej na Mokotowską wypadł Polski Październik 1956r. Najpierw bywałem codziennie w pracy, a po pracy na politechnice, na wiecach i spotkaniach studenckich. Wiwatowaliśmy, gdy odwiedził nas zbuntowany sekretarz FSO na Żeraniu, tow. Lechosław Goździk, który powiadomił nas o zwolnieniu z internowania ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Któregoś dnia tłum chciał iść na ambasadę radziecką, w której oknach  ustawione były karabiny maszynowe, widoczne od ulicy. Gdyby tłum wdarł się na teren ambasady, sowieci zaczęliby strzelać. Rozpoczęłaby się rzeź, jak na Węgrzech, o nieobliczalnych skutkach. Polacy przecież chwyciliby za broń, jak w powstaniach narodowych. Nie mielibyśmy szans na wygranie starcia z sowietami. Niedaleko Warszawy nasze jednostki zatrzymały już czołgi bolszewików. Tam rozpoczęto rokowania, a tu 3 kordony studentów i robotników siłowo odcinało tłum od ambasady sowieckiej. Byłem z nimi, a do domu przyjeżdżałem w nocy, w mokrym od potu ubraniu. Do rana suszyłem marynarkę wywróconą na druga stronę. Na drugi dzień to samo. Na trzeci też. I czwarty. Piąty. Do władzy doszedł wreszcie Władysław Gomułka, który na wiecu przed Pałacem Kultury, zobowiązał się prowadzić politykę niezależności. Słowa nie dotrzymał, ale nastroje stopniowo już opadały. Warszawa i cała Polska oddawała krew na potrzeby Węgrów, których sowieci mordowali tysiącami. Nam Polakom udało się tym razem. Może i ja miałem w tym zasługę poprzez nadstawianie pleców z jednej strony na uderzenia tłumu, a z drugiej – na wycelowane radzieckie karabiny maszynowe. Kto dzisiaj rozpatrzy sprawiedliwie sprawę? A może oskarży, że ochraniał „ruskich?”

    Pracę dyplomową zrobiłem podczas miesięcznego urlopu w pracy, bo w domu było małe dziecko. Uzyskałem stopień 5, a w 1958r złożyłem egzamin dyplomowy na 4 – średnia wyszła 4,5.

     

    *

    Od 1956r działałem ponownie w harcerstwie i uzyskałem stopień podharcmistrza. W 1960r byłem na obozie harcerskim nad jeziorem Bełdan, gdzie uratowałem harcerkę od utopienia się. Trzy dziewczyny wpadły z tratwy do głębokiej wody. Jedna uchwyciła się tratwy, a dwie poszły na dno. Heniek Janiszewski wyratował drugą, a ja trzecią, chociaż łapała mnie za ręce. Dostała pięścią między oczy i wtedy wypłynąłem z nią. Skoczyłem po nią w pełnym ubraniu, wszystkie dokumenty miałem zamazane rozpływającym się atramentem. Byłem na tym obozie z Krysią i dwojgiem moich małych dzieci. Krystyna nie była harcerką nigdy, a jednak potrafiła znaleźć się „na medal”.

    *

    Zapisałem się do spółdzielni mieszkaniowej, na mieszkanie z 3-ma pokojami, kuchnią, WC i łazienką. Mama miała mieć własny pokój – nie doczekała jednak – zabrakło 4-ech miesięcy życia. Siostry nie „zdążyły” odwiedzić Jej przez 9 miesięcy konania, a Ciocia „małpa” informowała znajomych, że ma takie wielkie kłopoty, bo jej wilczyca choruje i .. siostra też. Dorabiałem, gdzie było można, żeby zgromadzić pieniądze na mieszkanie. Pierwsza wpłata wynosiła 30 tysięcy złotych, a ja zarabiałem początkowo 900 złotych, następnie zarabiałem do 2000 złotych. Zgromadziliśmy w ciągu kilku lat 18 tysięcy, a na 12 tysięcy wziąłem pożyczkę w pracy, wraz z kolegą Bogusiem Plisieckim. Musiałem spłacać swoją pożyczkę i tą wziętą na niego. Było bardzo ciężko, ale wytrwaliśmy podpierając się razem. Krystyna była dzielną i lojalną towarzyszką życia.

    *

    Jeździłem do Stryja do Rembertowa, ale zawsze odczuwałem niechęć stryjenki Lizy do mnie. Miała pretensje, że jej córka umarła, syn zginął w walce z Niemcami, a ja żyję. Kiedy Stryj Wacław dostał wylewu, umieściłem go w szpitalu, bo stryjenka Liza nie była w stanie zapewnić mu opieki. Odwiedzałem w szpitalu i opłaciłem pogrzeb, za co dostałem od stryjenki zepsutą wiertarkę elektryczną, chociaż nie żądałem zwrotu kosztów pogrzebu. Wiertarkę sprzedałbym za 30% kosztów pogrzebu, ale ponieważ była zepsuta, więc dano mi tylko 10%. Stryjenka uważała, że i tak dała mi zbyt dużo chociaż o nic nie prosiłem i powiedziała, że gdybym chciał jej coś zabrać z domu lub dom, to ona wolałaby podpalić dom. Powiedziałem, że nic nie chcę, ale jak chce spalić dom, to zostawiam jej zapałki – paliłem wtedy papierosy i miałam zapałki przy sobie. Nigdy nie była dla mnie serdeczna, a Stryjowi uniemożliwiła, gdy chciał wychować mnie w zastępstwie brata. W kilka lat później wezwała mnie, bo była chora i leżała już tylko bez nadziei. Płaciła sąsiadce za opiekę nad nią, a wezwała mnie, bo potrzebowała pieniędzy na malowanie bramy i furtki wiosną – takie starcze wymysły, żeby wycisnąć pieniądze. Dałem pieniądze, ale wtedy okazało się, że potrzebuje ciepłe buty z filcem i to znowu będzie kosztować. Obiecałem przywieźć pieniądze, bo nie miałem więcej pieniędzy niż te, co dałem i na bilet kolejowy do domu. Poprosiłem w zamian o zdjęcia rodzinne z moim Ojcem. Albumy były w szafie, a jak szafę otworzyłem jej kluczem wyjętym przez nią z pod poduszki, to wyleciały 3 pary takich butów jak jeszcze chciała kupić, z dużej sterty ułożonych tam rzeczy. Zdjęć Ojca nie było. Następnym razem pojechałem na jej pogrzeb. Wtedy sąsiadka pokazała rejentalny zapis domu na siebie. Stryjenka wolała sąsiadów niż mnie. Strażnik więzienny Kostek Nesteruk, z którym Stryj „zaprzyjaźnił się” odsiadując w celach UB „wigilie” 11 Listopada, gdy go zgarniali – napuszczał mnie żeby testament obalić, bo był podpisany martwą już ręką Lizy, ale zaświadczyć o tym nie chciał. Takie ubeckie obyczaje. Zrezygnowałem z walenie głowa o mur, bo tak trzeba byłoby to nazwać.

     

    *

    W 1960r byłem oboźnym na brwinowskim obozie harcerskim w Kamieniu. Staliśmy na bindudze i tam w „zielony dzień” wyłowiłem tonącą harcerkę z jeziora Bełdan.W 1961r byłem komendantem grupy 3 obozów harcerskich i kolonii 2 drużyn zuchowych w Wojnowie koło Rucianego na Mazurach. Byłem na tym obozie też z Krysią i dwojgiem moich dzieci. Na kolonii zuchowej był przyrodni brat Krysi. Odwiedził nas teść. Mama mieszkała ten miesiąc z teściami w Piastowie, bo chorowała na Parkinsona i nie mogła już być sama. Pierwszego dnia przyjechał na obóz sekretarz partii i chciał mi wręczyć pistolet, żeby miejscowych trzymać za mordę, jak mówił. Bardzo był zdziwiony, gdy odmówiłem. Jednego dnia było „politycznie” gorąco, gdy przyszły wyrostki i zaczęły nas zaczepiać podnosząc rękę w hitlerowskim zwyczaju „Heil”. Baty dostali od starszych chłopców - bez pistoletów.

    Wojnowo na Mazurach, to wieś starowierów, którzy uchodząc przed prześladowaniami Piotra Wielkiego przywędrowali do nas z Rosji. Zebrałem zwyczaje starowierców, a są one dziwne: kobiety spinają czarne chusty pod brodą wielkimi agrafkami, żeby nie zawiązać sobie życia zawiązując chustę. Dadzą wędrowcowi jeść, ale łyżkę musi mieć swoją, żeby nie pozostawić zarazy na łyżce gospodarzy. Kubek wędrowiec też musi mieć swój. Kandydatkę na żonę brało się na próbę na 40 dni. Jak dziewczyna nie odpowiadała, to trzeba osobiście zwrócić ją do zagrody ojca. Ale zagroda jest pilnowana przez ten czas przez wszystkich mężczyzn z rodziny, żeby po oddaniu dziewczyny ubić tego, co zabrał jej cnotę. Dlatego dziewczyny brano na próbę w czasie zimowych śniegów, żeby zwracając tylko zepchnąć ją z sań za płot, podczas szaleńczej jazdy trojką pędząca jak wicher przez wieś. Niektórym udawało się zwrócić, niektórych ubito. Inni zostawiali sobie dziewczynę na 41 dzień i wyprawiano wtedy huczne wesele. W niewielkiej wsi żyją katolicy, prawosławni, starowiercy i protestanci – żenią się według wyznań, a kłócą z innymi w wierze. Ale cmentarz jest jeden, bo po śmierci wszyscy są równi – tak uważają. Byli nieufni do nas, ale w dzień „wielkiego harcerskiego sprzątania wsi” przyszli na wieczorne ognisko, jakie rozpaliliśmy na wiejskim placu. Piosenki śpiewaliśmy już razem z ich dziećmi, a oni przyłączali się nucąc melodie. Opowiadali jak byli rabowani przez szabrowników i „ludową władzę”, bo traktowano ich jako Niemców. Nadal chcieli wyjeżdżać do Niemiec Zachodnich, tak im przypieczono – ale paszportów nie dostawali, podobnie jak ja. Z tego obozu przywieźliśmy sporo listów do wysłania z Warszawy, bo miejscowa poczta niszczyła je, gdy były adresowane do Niemiec.

     

    *

    Zimą 1960r byłem na zimowisku w Ustroniu Śląskim pod Czantorią i Równicą, na którym prowadziliśmy kurs drużynowych dla nauczycieli. W tych latach usiłowano uharcerzyć nauczycieli, z marnymi skutkami. Najlepszymi drużynowymi byli studenci i kończący liceum, którzy w harcerstwie wychowali się. Harcerz drużynowy bywał dobrym nauczycielem, ale nauczyciel rzadko bywał dobrym drużynowym, chociaż zdarzały się przypadki, ale tylko przypadki. W tym czasie byłem zastępcą komendanta hufca w Pruszkowie – hm. Mieczysława Drewnowskiego, który został mianowany po usunięciu z „przyczyn politycznych” starych hufcowych: hm. Jana Sadowskiego z powiatu pruszkowskiego i hm. Franciszka Bajera z miasta Pruszkowa. Jeszcze wtedy harcerstwo istniało liczne, chociaż jakość bywała częstokroć słaba.

     

    *

    W 1961r zostałem komendantem hufca ZHP w Pruszkowie. Byłem ostatnim hufcowym na Mazowszu, który nie był na etacie polityczno-harcerskim. Trudne to były lata, bo bruździli zwolennicy byłej Organizacji Harcerskiej i ci, co wywracali harcerstwo razem z Jackiem Kuroniem na czele. Nie byłem na obozie hufca Pruszków, jaki był organizowany w Łebie, gdzie utonął harcerz w morzu. Śledztwo i badania wykazały, że harcerz miał zawał serca w wodzie i nie wyszedł na brzeg. Pozostał w wodzie tydzień, a ciało jego było identyfikowane przez jego ojca, na podstawie plombowanych zębów, bo tak miał obżartą twarz przez węgorze morskie, że nie dawał się rozpoznać. Spadły na mnie obowiązki kontaktu z ojcem jego i organizacją pogrzebu. Był jedynakiem starszego już inwalidy wojennego. Tragedia. Wyratowałem od prokuratora odpowiedzialnego za „kwaterkę” harcmistrza Kazimierza Piaseckiego z Pruszkowa, zwanego „Truskawa”. Ten zrewanżował mi się skandalicznie 13 lat później, rozpowszechniając niechętne opinie o obozie harcerskim w Harszu, na którym byłem kwatermistrzem setki osób. Prawdę powiedziawszy, to mało ludzi lubiło Piaseckiego, a ja dziwiłem się jak taki człowiek mógł być kiedykolwiek instruktorem harcerskim, ale był.

     

    *

    Zimą 1961/62r byłem na poligonie na Mazurach i robiłem inwentaryzację linii elektrycznych średnich napięć. Po powrocie do domu nie zastałem Mamy. Pogotowie zabrało Ją w trakcie krwotoku i umieściło w szpitalu w Warszawie. Rozpoczęła się walka z rakiem, w tamtych czasach skazana na przegraną. Lekarz onkolog powiedział mi, że starsze kobiety umierają, bo nie kontrolują się u ginekologa, a młode chodzą jak do dentysty. Niestety Mama chodziła do lekarki ginekologa, tej co uratowałem jej córkę. Lekarka nawet nie zbadała Mamy, bo twierdziła, że tak bywa w okresie przekwitania. Na obóz nie wyjechałem, z uwagi na chorobę Mamy. Nie było dla Niej już ratunku, a ordynator proponował umieszczenie jej w hospicjum w Wyrozębach. Krysia była zdania, że Mama  powinna być w swoim domu. Miała żyć jeszcze 3 miesiące, ale Pan dał Jej jeszcze 9 miesięcy. Mieszkaliśmy z dziećmi w dużej kuchni, a Mama leżała w pokoju, gdzie był telewizor. Krysia karmiła Mamę, a ja po pracy wybierałem płyn, w którym leżała, myłem i przebierałem. Umarła cichutko 19 listopada 1982r. W cztery miesiące później otrzymaliśmy mieszkanie w spółdzielni mieszkaniowej, w którym miała mieć swój pokój. Nie doczekała powrotu do życia w mieszkaniu z wodą zimną i ciepłą, WC i CO. Nie wróciła do takiego mieszkania, jakie miała przed wojną. Przez 17 lat „Polski Ludowej”, nie udało nam się dojść do mieszkania takiego, na jakie Ojciec bez trudu zarobił w burżuazyjnej Polsce, nie mając wyższego wykształcenia, które ja „wykradłem Władzy Ludowej” - zmieniając życiorys. Inaczej pozostałbym technikiem na kolei.

     

    *

    W 1966r zmieniłem pracę na lepszą w Banku Inwestycyjnym, a w 1972r wróciłem do projektowania, tym razem w Biurze Projektów Przemysłu Ciągnikowego w Ursusie. Chciano tam „przewozić” na mnie t. zw. „kominy” powstające przy premiach. Kierownik inż. Szpinak był kombinatorem - odszedłem po roku, razem z dwoma innymi kolegami do Biura Projektów i Studiów Przemysłu Oświetleniowego „POLAM-PROJEKT” w Warszawie. Finansowo było dużo lepiej. Zacząłem trzeci raz zbierać na samochód i pierwszego Fiata 126P zaczęliśmy używać w 1976r. Zostałem kierownikiem pracowni elektrycznej, ale po zmianie dyrektora - szczególnej świni (zagraniczne projekty budowlane robili projektanci, on chemik je jako podpisywał jako projektant i brał dolary na budowie POLAMu w Kongo), dostałem w 1976r zawału serca i przestałem tam pracować w 1977r. Na przełomie 1976/77r przebywałem 4 miesiące w szpitalu w Skierniewicach i na rehabilitacji na Popiołach, na przedmieściach Łodzi. W pracy zostałem głównym projektantem, ale pozbawiono mnie kierowania pracownią elektryczną, bo nie chciałem wypłacać pieniędzy kuzynowi dyrektora biura projektów, jedynie za podpisywanie listy obecności, bo projektować kuzyn nie potrafił - był klasycznym przygłupem z dyplomem.

     

    *

    W tym czasie ożenił się Waldemar, niestety stadło nie mogło być trwałe z wielu powodów. Mieszkał u teściów, a właściwie u teściowej-dyrektor domu, gdzie mąż nie liczył się. Mieli pretensje do mnie, że nie byliśmy majętni, że Waldemar nie miał w własnego mieszkania i dobrej pracy, że udzielał się w Solidarności aż do aresztowania 13 grudnia 1981r, że nie był na stanowisku i bez wyższego wykształcenia. Milion pretensji za to, że ich córka, omal księżniczka spotkała Waldemara. Teściowa Irena zapytywała mnie, czy nie mam drzwi u siebie, bo zbyt głośno zamykam drzwi od ubikacji. Teść Ryszard częstując mnie kordialnie i protekcjonalnie winiakiem, zapytywał czy mam patent szlachecki i pokazywał mi pergamin podpisany przez cara rosyjskiego, na którym potwierdzano, że byli szlachtą. Nie trafiało do tego człowieka moje stwierdzenie, że taki pergamin nie powiesiłbym nawet w klozecie swoim, bo kompromituje rodzinę. Otóż trzeba było zawieźć tysiąc rubli w złocie do Petersburga, ażeby dostać takie potwierdzenie szlachectwa przez okupanta cara. Nim wydano pergamin, to dobrze sprawdzono, czy nikt z rodziny nie brał udziału w Powstaniu Styczniowym 1863r. Tchórzom - za ruble, wydawano pergamin. Oni płacili za to, żeby car miał środki na tępienie Bocheńskich i innych wiernych synów Narodu. A poległemu w powstaniu pradziadowi Bocheńskiemu spalili kozacy dwór i wypędzili wdowę z dziećmi. Na poniewierkę. A Ryszard chełpił się lizaniem nóg carowi przez przodka. Nie było w tym winy, że przodek był volksdeutschem tyle, że moskiewskim. Paliłem się ze wstydu, że muszę znosić takie koligacje. Synowa zapowiadała mi, że ona pokaże jak wychować dzieci, bo ja podobno słabo wychowałem swoje. Moje dzieci zrobiły matury – jej zostały wymeldowane z domu przez babunię – jedno bez matury. Mamusia cieszyła się, że jedno dziecię czytuje książki pod ławką, bo takie jest zdolne, że przerasta materiał. Ale świadectwa pomyślnego nie było. Ano, nie mamunia cierpi za takie jej wychowanie.

     

    *

    Mając wcześniejsze dobre przygotowanie z mechaniki, rozpocząłem pracę w warsztacie samochodowym brata ciotecznego Staszka. Wydawało się, że będzie biznes, ale on przepijał wszystko, co klienci wpłacili i musiałbym gdzie indziej dorabiać, żeby żyć i może łożyć na warsztat. Zachorowałem ponownie na chorobę wieńcową, jako nabytek po zawale mięśnia sercowego i przebywałem czasowo na rencie. Wykonywałem prace zlecone i jakoś żyliśmy, głównie z pensji Krysi i wykorzystując maksymalnie działkę, na której uprawiałem wszystko dla domu: pomidory, ogórki na kiszone i korniszony, koper, sałatę zwykłą i karbowaną, rzodkiew i rzodkiewki, buraki, marchew, pietruszkę, skorżonerę, fasolę niską i wysoką, brokuły, cukinię, dynię makaronową, patisony, bakłażany, kalarepę, groszek cukrowy, paprykę, jabłuszka, gruszki, wiśnie, śliwki, porzeczki, agrest, maliny, jeżyny i wspaniałą borówkę amerykańską. Z kwiatków Krysia robiła małe bukieciki i sprzedawała kwiaciarkom w Warszawie. Pomidory sprzedawaliśmy, bo mieliśmy do 360 kilogramów. Nie udały się na działce: malino-jeżyna, malina czarna i pomarańczowa, agresto-porzeczka, morela. Mając podstawę zaopatrzeniową w warzywa z działki, kupowaliśmy tylko ziemniaki, kalafiory i kapustę, z płodów rolnych. Od 1982 r zarobkowałem grawerując szable u płatnerza Waldka Stefaniaka, który miał warsztat początkowo w Brwinowie, a następnie w Ursusie. Wypłaty odbierałem w naturze, czyli dostawałem 1 szablę grawerowaną, za wygrawerowanie 20 szabel, a uzyskaną szablę sprzedawałem wśród znajomych oraz w Podkowie Leśnej na stoisku u św. Krzysztofa. Uzupełniałem zarobki pracując dla Cechu Rzemiosł Budowlanych w Warszawie przy opracowaniu ich cenników pt.: Katalog Wzorcowych Cen Jednostkowych (część elektryczna i dźwigi osobowe) oraz wykonując kosztorysy dla SEKOCENBUDU i zestawy cen materiałów, które w tych latach były strasznie płynne.

     

    *

    Od 1980r mamy działkę 300 m2 w Pracowniczych Ogrodach Działkowych w Brwinowie i spędzamy tam dużo czasu na świeżym powietrzu. Przez rok byłem tam wiceprezesem ds. technicznych i upraw, ale nie było tam nigdy klimatu do pracy. Zebrania przerywano, gdy panie wnosiły kanapki, a wyznaczeni panowie wyciągali wódkę z teczek. Następne butelki wódki wyłudzano od weselników przygotowujących od czwartku do soboty przyjęcie weselne, jakie zwykle bywały od wieczoru sobotniego do niedzieli.

    Rozpoczęło się „łatanie” pensji Krysi moimi pracami zleconymi, grawerką szabli u płatnerza, pracą na kawałku etatu jako inspektor samoobrony, kursami, uprawianiem 300 m2 działki w ogrodach pracowniczych. Kiedy zostałem prezesem zarządu spółdzielni mieszkaniowej w 1984 r, to trafił się drugi zawał serca i nastąpiła ponowna przerwa w pracy. Wiele lat byłem respondentem systemu cenowego SEKOCENBUD w Warszawie, robiłem kosztorysy i opinie techniczne.

    *

    W latach 1974 – 1981 byłem prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej w Brwinowie. Założyłem koło Auto-mobil-klubu i Klub Strzelecki w Brwinowie. W latach 1971/ 74 byłem Prezesem Rady Nadzorczej Spółdzielni Mieszkaniowej OSIEDLE. W następnych latach ponownie byłem przez kilka lat prezesem Rady lub Zarządu, aż do 1984r, gdy nastąpił drugi zawał serca.

    W 1980 i 81 roku współpracowałem z Solidarnością, rozprowadzając wydawnictwa, jakie zaczęły ukazywać się, w tym wiele wydawnictw Solidarności Ursusa, gdzie redaktorem naczelnym był syn Waldemar. Waldemar był aresztowany 13 grudnia 1981r, a właściwie na 40 minut przed północą i przed Stanem Wojennym. To aresztowanie miało zgubny początek trudności w jego życiu, od usunięcia ze studiów zaocznych na politechnice warszawskiej do uniemożliwienia napisania pracy dyplomowej, a miał już absolutorium i wyznaczony temat pracy. Działania Urszuli, matki Agnieszki, która jest córką Waldemara, uniemożliwiły „pokątne” zakończenie studiów i pracy dyplomowej na politechnice w Płocku, bo w końcu i tam dopadli go agenci generała Wojciecha Jaruzelskiego[134] – nieszczęśliwej dla mnie postaci, ze zmarłym swoim ojcem na zesłaniu na Syberii, a jednak bolszewickiego agenta. Od Stanu Wojennego, niektórzy znajomi zerwali ze mną znajomości ze strachu, np.  Wiesiek W. i inni.

     

    *

          W 1976r dostałem zawału serca i odbyłem kurację w szpitalu w Skierniewicach, u dr. Cybulskiej. Usprawnianie przeszedłem w Łodzi na Popiołach. Po moim powrocie ze szpitala w 1977r i po okresie rekonwalescencji, poznałem w Brwinowie ks. Jana Durkę, z którym zaprzyjaźniłem się. Składając mu wizytę jako prezes OSP, zgadaliśmy się, że mój Ojciec walczył z bolszewikami w 1920r i dostał Order Virtuti Militari jako sierżant w 36 pp Legii Akademickiej, a ksiądz był od 1938r zapasowym kapelanem w tym pułku. Wiele godzin przegadaliśmy u niego i u nas. O wielu sprawach rozmawialiśmy – od wspomnień wojennych i polityki, przez Pismo św. i hermetyczny kościół, do życia rodzinnego, wychowania dzieci, dawania przykładu  - aż do celibatu i komplikacji tym wywołanych. Ciężki żywot miał ks. Jan: a to pijaczyna mu się trafił na wikarego i musiał go zastępować nagle na nabożeństwie, bo tamten nie mógł na nogach się utrzymać; a to dwóch ożeniło się, przy czym jeden zbierając na małżeńskie życie – zapisywał pieniążki z kolędy tylko w 30%; inny zrobił 15-sto latce córeczkę i trzeba było podstawiać za pieniążki lipnego tatusia; a jeszcze inny był homoseksualistą i gorszył licealistów. Ks. Jan twierdził, że biskup personalny robił mu wszystko na złość.

    Ks. Jan był kapelanem 336 pp AK w Puszczy Kampinoskiej i uratował z chłopami parafialnymi ośmioro dzieci z Zamojszczyzny, jakie odkupił od banschutza na torach po za dworcem w Warszawie. Wcześniej pracował z chłopcami nygusami na Pradze i kupował im gołębie, żeby ich zjednać. Z Pragi po Powstaniu trafił pod Wiedeń do obozu koncentracyjnego dla księży, gdzie zaatakowała go gruźlica. Po wojnie, najpierw był prześladowany przez byłego ministranta, który został ubowcem i uszkodził[135] księdza podczas przesłuchań, a potem z dolarowego odszkodowania za obóz wybudował wielką plebanię z pięknym salonem, kilkoma mieszkaniami dla księży i wieloma izbami do nauki religii. Poddasze miały zamieszkać siostry obsługujące kościół i plebanię, ale względy „przyzwoitościowe” zamiar ten uniemożliwiły. Ks. Jan odnowił kościół i złocenia figur, sprawił żyrandole i organy, uruchomił centralne ogrzewanie, zorganizował stałe wakacje dla dzieci biedoty, przyjmował dysydentów i kombatantów, łożył na adwokatów internowanych.

     W 1981r, 11 Listopada uczestniczył w wielkiej gali na Rynku po uroczystej Mszy św., gdzie powołaliśmy komitet odbudowy Pomnika Niepodległości (zwany Pomnikiem Marszałka Piłsudskiego) – ja wtedy przemawiałem pod zniszczonym pomnikiem, co utrwalono na fotografiach w prasie solidarnościowej Ursusa. W wiele lat później napisano w lokalnej prasie, że komitet odbudowy pomnika powołany został przez Solidarność.

    Ks. Jan w 1982r ufundował Tablicę Katyńską w kościele, projektu inż. Zienkiewiczowej, z umieszczona ziemią z Katynia, którą przywiózł phm inż. Andrzej Jakubicz, syn Pani Toli z d. Gzyra. Andrzej też ma tam Ojca rozstrzelanego. Poświęcił tablicę biskup Stefan Miziołek, a kolejny proboszcz ks. dr Mieczysław R. ablicę „wypędził” do kruchty w roku 2005r. Dlaczego zdewastowano poświęconą tablicę i ziemię katyńską? No, R. - to wielki wróg Marszałka Piłsudskiego i wszystkiego, co z Polską Piłsudskiego jest związane. To człowieczek, ukształtowany w seminariach przez mizernych wykładowców i doktorat nic tu nie zmieni.

    Księdzem się bywa, a Człowiekiem jest się lub nie. Bolszewicy dokonali mordu oficerów i zacierali pamięć. W Brwinowie ksiądz rzymsko-katolicki kontynuuje zacieranie pamięci, bo jak nazwać wygonienie pięknej tablicy z filara przy ołtarzu, do ciemnej kruchty?

    Ks. Jan miał wielu przyjaciół, ale też i wrogów zawziętych. Niejaka Szmelowa podała go do sądu w okresie nagonki na księży, za to, że podobno ją kopnął na schodach plebanii. Ks. Jan był wielki, następcy Jego, to karzełki.

     

    *

    W 1986r rozpoczął się ciekawy okres mojej działalności w ruchu kultury chrześcijańskiej. Ks. Jan Durka powołał Komitet Kultury Chrześcijańskiej przy kościele, na wzór tworzonych wokół. Trzonem Ideowym był Komitet Pomocy Bliźniemu w Podkowie Leśnej, któremu przewodził niestrudzony dr. Bohdan Skaradziński (harcerz ze 101 MDH od dh. Zygmunta Soboty – już nieżyjącego), proboszcz ks. Leon Kantorski był tym co „ładował akumulatory” kazaniami niedzielnymi. I tak stworzyliśmy zespół nazwany Komitetem Kultury Chrześcijańskiej Zachodniego Mazowsza, w którym pełniłem rolę koordynatora przyjmując wszystkich w Brwinowie. Ks. Jan wszystkich witał, częstował herbatą i ciastem, zagajał i zostawiał nas na obrady. Mnie mianował swoim zastępcą i polecił zdawać relacje, co czynimy, żeby wiedzieć w razie czego o co może zahaczać bezpieka.

    W 1986r zorganizowaliśmy TYDZIEŃ KULTURY CHRZEŚCIJAŃSKIEJ w parafiach: Podkowa Leśna, Brwinów, Milanówek, Grodzisk Mazowiecki Łąki, Żuków, Pruszków Tworki, Błonie, Niepokalanów. Wydaliśmy wybór wierszy polskich poetów, serię pocztówek z kościołami, cegiełki na wsparcie akcji, wiele koncertów (m. in. bezdomnej Filharmonii im. Romualda Traugutta), odczytów (m. in. Adama Bienia, który jako jedyny przeżył w Moskwie proces „szesnastu” porwanych przez bolszewików w Pruszkowie). Ja też brałem udział w prelekcjach o Katyniu i n. t. Całunu Turyńskiego (w Katyniu, Podkowie Leśnej, Brwinowie, Błoniu, Grodzisku Mazowieckim Łąki, Milanówku, Lesznie, Kąkolewnicy). Gościliśmy co miesiąc aktorów polskich scen i śpiewaków, którzy odmówili „WRONie” występów w telewizji, Radio i na cenzurowanych scenach teatralnych. Sprzedawaliśmy książki przy kościele, pocztówki i inne przedmioty, a z zarobków wypłacaliśmy honoraria występującym. Byli u nas na występach m. in. Hanka Skarżanka z córką, i cała plejada polskich gwiazd, w tym Krystyna Kwasowska, Katarzyna Łaniewska, Piotr Szczepanik. Koncertował chopinista prof. Jerzy Gierżod. (odmówił honorarium przeznaczając je na nasze potrzeby). Przez prawie dwa lata działał Komitet w Brwinowie, ale po odejściu na emeryturę ks. Jana Durki, udało się komunie unicestwić jego działalność przy pomocy Zofii D., która dotąd świadomie lub nieświadomie ryła, aż następny proboszcz ks. Głuszcz zarządził nowe wybory w Komitecie dla zaspokojenia jej żądań i Komitet padł w 2 miesiące. Przychodził do mnie w tej sprawie ks. Głuszcz, ale odmówiłem pracy wśród opluwań kólka p. Zofii D. Chodziło o prywatne przechwycenie zysków z handlu prowadzonego w celu opłacania imprez solidarnościowych w kościele i prywata zwyciężyła. Ks. Głuszcz był już bardzo chory i nie potrafił opanować awanturników intonowaniem „Ojcze nasz…” Zabrakło stanowczego ks. Jana Durki, który przestrzegał nas przed p. D., ale postulował honorowanie jej przynależności, bo „największy grzesznik może poprawić się”. Zalecał mi uważanie, ale to było za mało – nie mogłem pozwolić na awantury p. Zofii D. na plebanii i jej brukowe inwektywy. Odsunąłem się i Komitet padł, chociaż handel uprawiano dalej - tyle, że dla prywaty.

     

    *

    Od 1996 do 2005r byłem dyrektorem zespołu rzeczoznawców budowlanych CUTOB - PZITB przy ZG w Warszawie, ale naukowcy ryli ile mogli, aż jednostkę rozwiązano w sposób kapturowy. Wykonane ekspertyzy jakie zastałem, to kompromitacja – musiałem dopiero postawić na jakość. Może wymagania były zbyt wysokie? Ale zawiść zwyciężyła ostatecznie jakość pracy, bo tam szczególnie „petunia non olet”.

     

     

    1. Jesień życia

     

    Będąc emerytem zmieniam samochody co 3 lata, a pracując wiele lat jako inżynier w Polsce Ludowej, doszedłem do małego samochodu mając 46 lat – i to gromadząc pieniądze na książeczce PKO, bo inaczej nie można było. Pierwszy raz założyłem książeczkę oszczędnościowa PKO gdzieś koło 1960 roku, ale zlikwidowałem ją, gdy Krystyna musiała jechać do sanatorium. Potem były jeszcze dwie inne książeczki – szczęśliwa była dopiero ta trzecia założona w 1972r.

    Po pierwszym popielatym samochodziku Fiat 126p – 600 kupionym w 1976r na raty, przyszedł po 14 latach ciemno-niebieski Fiat 126p - 650, a po 6 latach niebieskie Cinquecento 889 - na 3 lata, zielone Seicento 889 - na 3 lata i obecne jest drugi rok czerwone Seicento 1100.

    Jadam często chleb z masłem i szynką, a kiedyś Krysia smarowała masłem chleb tylko dla dzieci, a my jedliśmy z margaryną. Wtedy żeby kupić coś dodatkowo do domu lub dzieciom, to Krysia - żona inżyniera - szyła i robiła sweterki, garsonki itp., a ja po pracy przebierałem się w kombinezon i dorabiałem jako rzemieślnik konserwator instalacji elektrycznych, produkowałem lampki choinkowe, autotransformatory do telewizorów itp. Nie stać mnie było na zakup wiertarki elektrycznej, a dzisiaj mam ich pięć (żeby nie wymieniać wierteł, co i raz przy wykonywaniu 41 boazeryjnych drzwiczek).

    Mam wyrzynarkę, wkrętarki, strug elektryczny i szlifierki (oscylacyjne i taśmową). W PRLu pożyczałem od sąsiada kosiarkę domowej roboty, a dzisiaj mam własną profesjonalną i podkaszarkę do pomocy. Zakup 40 l chłodziarki dyfuzyjno-absorpcyjnej był wielkim wydarzeniem i wydatkiem, a dzisiaj mam już drugą 200 litrową i z dużym zamrażalnikiem, pobierającą energii tylko ok. 1,2 kWh/dobę dzięki temu, że ma silnik i sprężarkę, a ta PRLlowska pobierała aż 2,4 kWh i zamrażalnik miała tylko na kostki lodu. Pralka wirowa „Frania” była marzeniem, a dzisiaj mam już trzecią pralkę automatyczną. W kuchni działają elektryczne roboty, malaksery, maszynki do mięsa, ekspres do kawy – a kawę kupuje się jaką chcesz, ile chcesz i kiedy chcesz. W PRLu kawę „rzucano” do sklepów i trzeba było trafić na rzut, tak jak na rzut mięsa na kartki, cukru, alkoholu, pod koniec PRLu nawet na rzut papierosów.

    Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia, to na pomarańcze czekaliśmy do ostatniego dnia. Prasa pisała: „Już płyną cytrusy  do Gdyni”. Na ulicach przed świętami stały kolejki po pomarańcze, cytryny, banany, karpie, śledzie, kawę ziarnistą. Widziałem jak kilkuletni chłopiec usiłował ugryźć pomarańcz przez skórkę, bo pierwszy raz taki owoc dostał do ręki.

    Wystarczyło zmienić system władzy blisko-sowieckiej na polską, a w sklepach pojawiło się wszystko, co dusza zapragnie. A w okresie „stanu wojennego” stał tylko ocet na półkach. Jeździliśmy po wsiach i w sklepikach wiejskich kupowaliśmy ser żółty lub kiełbasę, gdy towar „rzucano” na rynek. Pierwsza wchodziła do sklepu Krysia ubrana byle jak, ja czekałem aż wejdą ze dwie osoby miejscowe i potem wchodziłem udając, że z Krysią nie znamy się. Chodziło o to żeby „sklepowa” nie odmówiła sprzedaży „obcym” i do tego robiącym podwójne zakupy sera czy kiełbasy, oleju itp. W kolejkach przed sklepami czekano na mięso na kartki żywnościowe, a 5-cio letnia wnuczka Gosia płakała prosząc o cukierka, którego nie można było kupić. Kiedy już studiowała i mieszkała samodzielnie, bo mamunia jej, usunęła ją wcześniej z domu, za mówienie prawdy w sądzie (że pracuje i nie uczy się już – chodziło mamusi o podwójne alimenty) - pomogłem jej finansowo, ale gdy Gosia „stanęła nas nogach” – to odmówiła mi przyjmowania pomocy finansowej . Powiedziała wtedy: „Dziadku, daję sobie radę. Dziękuję. Dziadku – ja jestem też szlachcianka”. Byłem zachwycony jej postawą. Kiedy po dyplomie licencjackim wyjechała z Polski do Anglii, do pracy – nie dostaję od dwóch lat nawet kartki pocztowej. Nie było ani jednego telefonu. Córka i inne wnuki też milczą. Nie proszę nikogo o nic, bo Gosia jest szlachcianką dlatego, żem ja szlachcic, więc nie proszę żeby nie poniżać się. Ale jest mi ciężko na duszy, bo nastały nie moje czasy. Jestem jak wymierający ród dinozaurów. Szlachcic, to przecież ludzki dinozaur, a dla nich nie ma miejsca w dzisiejszym świecie przez małe „ś”, bo na duże „Ś” ten ich świat nie zasługuje. Gorzej, bo i w sercach nie ma miejsca. Tylko czy serca dzisiaj istnieją?

     

    *

    W 2007r zapisaliśmy się z Waldemarem do Stowarzyszenia Weteranów Polskich Formacji Granicznych, w skrócie SWPFG – jakie to symptomatyczne – początek i koniec daje bliskie sercu mojemu „SG”. Krystyna też wstąpiła, bo jak powiedziała, to jest synową zamordowanego przez bolszewików oficera i odtąd dzielnie sobie poczyna na tym terenie. Waldemar chce napisać książkę o Zachodnio-Małopolskim Inspektoracie Straży Granicznej.

    A wszystko zaczęło się od tego, że Waldka i mnie zdenerwowały błędy w monumentalnych księgach: „Katyń - Księga cmentarna”[136] i „Kawalerowie Virtuti Militari w mogiłach katyńskich”[137]. Niestety tylko imię Ojca i nazwisko są dokładne – reszta to omal banialuki. Podano np:

    ·        Jakoby stopień wojskowy Ojca – podporucznik, choć miał 3 gwiazdki kapitana i jest mianowanie na porucznika,

    ·        stopień w SG – jakoby podkomisarz, a jest rozkaz mianujący Ojca na komisarza SG,

    ·        pełniona służba w SG od 1923r, gdy SG powstała dopiero w 1928r i jest zachowane podanie Ojca na przyjęcie do SG,  napisane w 1928r,

    ·        przypisano pobyt w Jaśle od 1923r (lub 1928r w drugiej księdze), gdy jeszcze w 1935r byliśmy w Krakowie, co potwierdzają rozkazy,

    ·        zamieszczona w księgach fotografia, jest obcięta z fotografii ślubnej z inną kobietą niż moja Matka, a ślub Ojciec brał tylko raz i to z moją Matką. Może to stryj Wacław i Liza? – bo na fotografii jest Liza.

     

    Zaczęliśmy dyskutować z Waldemarem i przemyśliwać, co możemy w tej sprawie i sytuacji zrobić. Waldemar wpadł na pomysł, żeby zwrócić się do Straży Granicznej, a w internecie okazało się, że przy Komendzie Głównej Straży Granicznej działa Stowarzyszenie Weteranów Polskich Formacji Granicznych, z którym nawiązaliśmy kontakt i zapisali się do niego. 1 września byliśmy w trójkę na Walnym Zebraniu SWPFG w Węgierskiej Górce, wsławionej zatrzymaniem na 3 dni dywizji niemieckiej –  dysponującej wielokrotną przewagą w sile żywej i ogniowej. Kilka betonowych bunkrów, z kilkoma armatami kalibru 37 mm i karabinami maszynowymi, wstrzymywało ataki ok. 3 – 4 tysięcy doskonale uzbrojonych Niemców posiadających ciężką artylerię i czołgi. To była wspaniała epopea – tak bronić ojczystej ziemi.

    Napisałem o błędach w zapisach książkowych do Sekretarza Rady OMPWiM p. Andrzeja Przewoźnika. Dostałem od niego serdeczny list i wyjasnienie, że zapisy biograficzne opracowali naukowcy historycy z CAW[138] z Rembertowa. Minister-Sekretarz stwierdził, że już doszli do tego, że zaniżyli stopień, bo Ojciec był podobno „porucznikiem”, a na przesłanym jemu zdjęciu jest w „mundurze kapitana SG” – ot curiosum za curiosum. A przecież w SG byli komisarze, a nie kapitanowie, którzy byli co prawda odpowiednikami dla siebie od 1938r, kiedy utworzono bataliony wzmocnienia i przydzielono je na odcinki- rejony Straży Granicznej.

    Wracając do sprawy Ojca: Niemcy w Katyniu w 1943r ekshumowali hauptmanna czyli kapitana, mającego w notatniku adres szwagra Szułczyńskiego w Poznaniu, gdzie tenże mieszkał przed wojną nim przeprowadził się do Warszawy, do nowo wybudowanej wili na warszawskich Bielanach. Jędrzej Tucholski w pierwszym monumentalnym dziele „Mord w Katyniu” podaje: „kapitan”. Mirosław Jan Rubas podaje w książce: „kapitan”. Tadeusz Kryska-Karski w książce „Straty korpusu oficerskiego 1939 – 1945” rozpoczyna błędne koło, bo podaje „podporucznik” wg rocznika z 1934r i dalej tłumaczy się, że żyjąc na emigracji nie miał dostępu do dokumentacji. W ten sposób „wpuścił szczura”, który dalej zaczął żyć swoim własnym życiem i smrodzić nam.

    A w ogóle to, co Ojcu po awansie pośmiertnym na majora i nadkomisarza SG? I czy trzeba było czekać aż 17 lat po odzyskaniu niepodległości i 15 lat po wyjściu bandyckiej Czerwonej Armii, która w pomocy Hitlerowi, wbiła nam nóż w plecy 17 września 1939r? Po prostu potrzebna była braciom Kaczyńskim polityczna zagrywka przed wyborami 21 października … Po zaszczuciu wszystkich i skłóceniu się ze wszystkimi…. Szczęściem Rodzina Katyńska i reżyser filmu „Katyń” Andrzej Wajda - zaprotestowali. Nie pozostało prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu nic innego, jak tylko przełożyć uroczystość pośmiertnych awansów na właściwszy termin – 11 Listopada (2007r) w dniu wielkiego święta państwowego. Ale najwłaściwszym terminem byłby Miesiąc Katyński czyli KWIECIEŃ. Przed wojną, żyjących jeszcze uczestników Powstania Styczniowego, awansowano wszystkich do stopnia podporucznika i to był sens. Przechadzali się ulicami wiekowi staruszkowie, w granatowych szamerowanych mundurach, a społeczeństwo oddawało im szacunek na każdym kroku. A który z zamordowanych Katyńczyków będzie gdziekolwiek przechadzać się? Czy nie słuszniejszym byłoby odznaczenie poległych-niezwyciężonych Orderami Wojennymi Virtuti Militari lub Krzyżami Walecznych np. z Mieczami? Rodziny powiesiłyby zaszczytne Krzyże na honorowych miejscach w swoich domach i uczyły wnuki patriotyzmu. W polskich domach zawisłyby niejako relikwie po BOHATERACH. Ale po co nauka historii - potrzebna była bliźniakom akcja z patosem, dla ratowania zszarganej awanturnictwem reputacji. Myśleli zapewne, że dostaną więcej głosów - dzięki spektaklowi? Cóż to bowiem za pomysł, żeby aktorzy odczytywali awanse – czy dzisiejsi oficerowie nie potrafią czytać? Nie mają dykcji? A jeśli nie mają, to czy nie mogliby poćwiczyć  z aktorami, logopedami itp.? Miejsce najzacniejszych nawet aktorów jest w teatrze. Pośmiertne awanse, to nie teatr. Pośmiertne awanse, to żołnierska sprawa, tak jak i żołnierską rzeczą jest śmierć z ręki wroga.

    Kiedyś Ojciec PRO PUBLICO BONO wykrył sprawę przemytu złomu stalowego do hitlerowskich Niemiec, do Kruppa – na armaty i bomby na Polskę, zamiast jako spłatę do Francji za budowę kontrtorpedowców Grom i Błyskawica oraz okrętów podwodnych Sęp i Orzeł, by wspomóc przestarzałe niszczyciele Wicher i Burza oraz okręty Wilk, Ryś i Żbik. Wykrył i o mało co, a byłby przegrał sprawę w sądzie, gdyby nie kolega, który z kasiarzami rozpruł sejfy sprzedajnego kapitanatu portu i rzucił dokumenty na sędziowski stół. Wtedy Ojciec był przeniesiony do Krakowa – byle dalej od sądu i sprawy, byle utrudnić, a potem wylądował w Polsce „B” na Podkarpaciu. W Jaśle. „Długie ręce” mieli i mają decydenci i różnej maści możni. Na awans w stopniu, Ojciec czekał 8 lat i tylko Virtuti Militari spowodowało, że tuż przed wojną dostał ten awans na komisarza SG[139] – ano szykowano się do wojny i dzielność na polu walki była znów potrzebna. Awansowano Kawalerów Orderu Wojennego Virtuti Militari, więc nie można było Ojca pominąć. W Trzecio-Czwartej Rzeczypospolitej potrzebny był bliźniakom polityczny akcent przedwyborczy. Więc znów miano Go awansować – na porucznika, bo wszędzie na tablicach był tylko podporucznikiem. Darmo waliłem głową w mur obojętności.

    Dla mnie i Waldemara nie było do przyjęcia „skaleczenie” Ojca i Dziadka degradacją poniżej kapitana. Gdyby był zamordowany nawet jako starszy strażnik SG – mielibyśmy Go za bohatera. Walczylibyśmy, gdyby chciano Go zdegradować do stopnia strażnika. Ale był kapitanem, więc wara politykierom i marnym historykom od degradacji Dziadka - bo takie miano  przyjąłem dla Ojca, idąc za nazewnictwem Waldemara, dla którego jest Dziadkiem.

    Z Waldemarem wykonaliśmy kwerendę w Archiwum Straży Granicznej w Szczecinie. Na kwerendę wydał zezwolenie Komendant Główny Straży Granicznej gen. Mirosław Kuśmierczak. W drugim wyjeździe towarzyszyła nam Krysia i dzielnie razem sprawdzała dokumenty archiwalne. Odnaleźliśmy autentyczne podania Ojca o przyjęcie do Straży Granicznej w 1928r; zaświadczenie lekarza z 1930r, że mam się urodzić w listopadzie; podania o pożyczkę, bo Rodzice chcą kupić mieszkanie. Ponadto odnaleźliśmy rozkazy z mianowaniem na porucznika i komisarza SG oraz rozkaz zrównania stopni wojskowych i Straży Granicznej.

    Dostałem wypis z akt Centralnego Archiwum Wojskowego w Rembertowie, które to archiwum odwiedziliśmy i które kierownictwo, na piśmie stwierdziło, że nic więcej nie mogą pomóc w odtwarzaniu biografii.

    Waldemar zebrał rozrzucone wiadomości, szczególnie z rozkazów, ale i podań oraz raportów służbowych. Uwzględnił zweryfikowane dane z różnych książek, których wskazanym tropem poszedł i opracował bogatą biografię Dziadka, w której dowodowo przedstawił fakty. A fakty obalały mamrotanie biografów-historyków. Szczególnie istotną była sprawa „trójtorowości” podległości SG i wynikających z tego kłopotów typu „kto był ważniejszy z ministrów”: z Ministerstwa Spraw Wojskowych, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych czy Ministerstwa Skarbu. Pikantnym szczegółem było dokonanie w 1938r wzmocnienia jednostek granicznych SG, poprzez ustanowienie batalionów wzmocnienia poprzez odkomenderowania z wojska zawodowych oficerów i podoficerów wraz z żołnierzami, dodanie mobilizowanych oficerów i podoficerów i  … zawisła sprawa dowodzenia. Kto miał być dowódcą – miejscowy oficer SG znający teren, czy dodany oficer, ale pochodzący z wojska? Zaczęły się kołomyje kompetencyjne i opracowana w Warszawie ustawa zawisła w powietrzu. Ustawa mogła zawisnąć, ale potrzeby nabrzmiewającego i nieodwołalnego konfliktu wymagały zdecydowanych posunięć. W wojsku i w SG wprowadzano więc po żołniersku postanowienia ustawy, bo nie można było czekać na rozwiązanie „urzędniczych” konfliktów kompetencyjnych. Do oficerów SG zaczęto meldować się po wojskowemu, czyli według stopni wojskowych, a temu służyło zrównanie szarż. Tak więc zauważyłem, że do nadkomisarza Zdzisława Rucińskiego meldowano się „panie majorze”, a do Ojca „panie kapitanie”.

    Te zmiany były dla mnie, 8-mio letniego chłopca, widoczne na pierwszy rzut oka, a właściwie „ucha”. Inaczej nie można było usunąć nieporozumień kto jest kto i kto kim dowodzi, co o podległości „kto komu” przewidywała zawieszona w powietrzu ustawa. Historia i potrzeby musiały ustanawiać prawa na poziomie wojennym – czyli samoczynnie i równolegle do powstających potrzeb, skoro ministrowie-urzędnicy deliberowali, który z nich jest ważniejszy. Zresztą w SG, jako funkcjonariusze,  nie znaleźli się przypadkowi cywile, lecz wzorem KOPu trafiali tam tylko wypróbowani w bojach wojennych i walkach powstańczych oficerowie i podoficerowie. Było to widoczne nawet po tym, że „szeregowym” strażnikiem SG bywał podoficer z wojska, a więc kapral, a starszym strażnikiem – plutonowy. Sierżant z wojska zostawał przodownikiem, a starszy sierżant – starszym przodownikiem. Aspirantem SG mógł zostać chorąży lub podporucznik, a podkomisarzem – porucznik i komisarzem – kapitan. Zatem trudności w zakresie podległości usuwała nabrzmiała sytuacja i konieczności narzucane zbliżającą się wojną. A te regulacje przewidywała opracowana ustawa. Resztę przypominało stosowanie nieszczęsnego dla Kraju t.zw. liberum veto.

    Tak więć Waldemar dowiódł racji - dowiódł dla Dziadka stopnia kapitana i komisarza SG.

    A nadkomisarza Zdzisława Rucińskiego mianowano po 68 latach ponownie majorem, chociaż od 1938r meldowano się do niego „panie majorze”, bo taki odpowiednik był i jest dla nadkomisarza SG. Awans powinien być na podpułkownika, ale kto miał o to walczyć - jego córka Dzidka-Dzidzia umarła kilka lat temu. Widać jak awanse robiono na łapu-capu. Wielu zamordowanych, znanych z nazwiska, nie umieszczono na listach awansowych, bo jakoby na przeszkodzie stoi brak miejsca mordu … Ale umieszczono na listach takich, co zamordowani zostali „na Ukrainie”, „na Białorusi” lub „w miejscu deportacji” – czyli też w nieznanych miejscach i nie byli oni nigdy jeszcze ekshumowani lub odszukani w rejestrach. Jaka więc logika i myśl przewodnia zadziałała? Potrzebny był możnym patos i aktorzy…  Ledwie Rodzinom Katyńskim i Andrzejowi Wajdzie udało się przeszkodzić politycznej potrzebie rozgłosu przed wyborami.

    Albo np. Kancelaria Prezydenta rozpuszcza na Świat wiadomości o nieporozumieniach pomiędzy prezydentem i premierem … Po co? Żeby sowieci uśmieli się jak Polacy potrafią się źreć między sobą, czy żeby utracić autorytet na zachodzie, do którego to nas dopuszczono z łaski aliantów, którzy zaprzedali nas w Teheranie, Jałcie i Poczdamie.

    Waldemar dowiódł prawdy, ale nikt nie był uprzejmy zastanowić się nad problemem Ojca i dużej liczby zamordowanych funkcjonariuszy Straży Granicznej. Nam ostatecznie udało się, ale brakoróbstwo objawione w trakcie łapu-capu opracowanej listy awansów pośmiertnych – pozostało utrwalone odczytaniem awansów z majora na majora (vide major nadkomisarz Zdzisław Ruciński) i podobnie na poziomie innych stopni. W Polsce można rozbić sobie głowę, działając w słusznej sprawie, a „ojcami sukcesów” i tak pozostaną miernoty, które wyskoczą w odpowiedniej chwili jak przysłowiowy „Filip z konopi”.

    Tak więc tuż przed 11 Listopada 2007r desperacko wykonałem omal „rzut na taśmę mety” - napisałem bowiem do Prezydenta Lecha Kaczyńskiego (jego opcja: Prawo i Sprawiedliwość), zmyślnie formułując prośbę i prosząc dla Ojca o „prawo i sprawiedliwość” po śmierci, a tenże przesłał moją skargę-sprawę do płk. Misztala kierującego sprawami awansów i nagle przed Grobem Nieznanego Żołnierza, na Placu Marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie, Ojciec  i Dziadek został odczytany jako awansowany do stopnia majora i nadkomisarza Straży Granicznej, a mógł przecież być zdegradowany pośmiertnym awansowaniem na porucznika – bo przecież nawet w Katyniu na tablicy obniżono Mu stopień do podporucznika. Podobnie na tablicy w Kościele Garnizonowym i monumentalnych Księgach Cmentarnych.

    Nie dałbym sam rady odkręcić błędy. Waldemar uparł się, poprowadził sprawę i uznano jego wywód i dowody o Dziadku kapitanie i komisarzu SG.

     

    I to byłoby wszystko.

     

    Sic transit gloria, sic transit vita, sic transit amor et omnia. Amen …





    [1] Przyrzeczenie harcerskie miało treść: „Mam szczerą wolę, całym życiem, pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym Prawu Harcerskiemu. Tak mi dopomóż Bóg” – złożyłem je na grobach rozstrzelanych żołnierzy Armii Krajowej na Dębaku w Podkowie Leśnej pod Warszawą w 1945 roku.

    [2] W harcerstwie wpajano nam miłość do Ojczyzny, potrzebę poświęcenia się dla Polski i najbliższych, odpowiedzialność za czyny, rzetelność, prawdomówność i dzielność. Przytaczano słowa Naczelnika Tadeusza Kościuszki: „Nie obcych wsparciem i łaską dochodzi Naród do szczęścia, cnoty i sławy, lecz własną pracą i usiłowaniem” oraz słowa Naczelnika Józefa Piłsudskiego: „Zwyciężyć i spocząć na laurach, to klęska. Być zwyciężonym i nie ulec – to zwycięstwo” jak też słowa Stefana Żeromskiego: „Miłość trzeba siać między ludźmi jak złote ziarno, a kąkol nienawiści wyrywać i deptać nogami”.

    [3] Saga – opowieść, niekiedy legendarna, głównie o postaciach i wydarzeniach epoki heroicznej – a za taką uznaje się w Polsce okres walki o istnienie wolnej Ojczyzny, polskiego Narodu, polskiej mowy, polskiej historii, polskich grobów – bo Ojczyzna to Ziemia i Groby. Współcześnie sagą nazywane są opowieści osnute wokół dziejów rodziny.

    [4] Zdolności do stosowania praw mimikry - dla przeżycia osobnika i gatunku, upodabnianie się w przyrodzie gatunków bezbronnych do gatunków zdolnych do obrony, niezagrożonych dzięki temu atakiem i zniszczeniem.

    [5] Atrybut – określony przedmiot o znaczeniu symbolicznym związany z życiem, działalnością lub męczeństwem przedstawianej postaci, będący jej znakiem rozpoznawczym.

    [6] Vide: „KATYŃ Księga Cmentarna Polskiego Cmentarza Wojennego” wyd. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Warszawa 2000r str. 42 oraz „Kawalerowie Orderu Virtuti Militari w mogiłach katyńskich” wyd. Kapituła Orderu Wojennego Virtuti Militari Warszawa 2000r, str. 32

    [7] Były oficer carski, który przeszedł na stronę bolszewików. Stłumił powstanie kronsztadzkie. Dowódca Frontu Zachodniego w 1920r. Okazał się strategiem, ale w 1937r został rozstrzelany po sfingowanym procesie o zdradę ZSRR. Sądził go dowódca 1 Konarmii z 1920r, Siemion Budionny, który nie wykonał rozkazu pójścia na pomoc Tuchaczewskiemu pod Warszawę (z inspiracji Józefa Stalina, wówczas komisarza politycznego Frontu Południowego pod komendą Jegorowa).

    [8] W 1939r nie chcieli walczyć za jakiś Gdańsk. W swoim otępieniu obudziliby się dopiero, gdyby zobaczyli na ulicach Paryża czołgi z czerwoną gwiazdą oraz puste półki.

    [9] Adam Asnyk *1838 + 1897, zmarł w nędzy jako uchodźca

    [10] Prezydent Rosji – generał KGB.

    [11] Towarzyszu Putin, to co, to było? Tylko omyłka? – (jak twierdził bandyta Stalin).

    [12] Herb – od „erbe” – dziedzictwo. Heraldyka: od herold, więc człek, umiejący wygłaszać herby i godła rycerzów, stających w turniejowych szrankach, więc i herbów znawca (Zbigniew Leszczyc)

    [13] „Wielki herbarz rodów polskich”- Andrzej Kulikowski – Warszawa 2005 – Świat Książki

    [14] „Polskie rody szlacheckie i ich herby”- Tadeusz Gajl – wyd. Benkowski

    [15] „Herbarz rodowy”- Alfred Znamierowski –Warszawa 2004 - Świat Książki

    [16] „Herby rodów polskich”- Mieczysław Paszkiewicz i Jerzy Kulczycki – London 1990 ORBIS BOOKS.

    [17] „Herby szlachty polskiej”- Zbigniew Leszczyc – Poznań

    [18] „Herby polskiej szlachty”- Wiktor Wieniawa-Brodzikowski – Warszawa 2003

    [19] Pawiński – Księgi sądowe ….

    [20] Obecnie dzielnica Wrocławia.

    [21] Wg Semkowicza

    [22] Obecnie wieś gminna w woj. Lubelskim nad Bugiem (granica z Ukrainą).

    [23] Wojewoda sandomierski i kasztelan krakowski

    [24] Książę sandomierski i krakowski, syn księcia sandomierskiego i krakowskiego oraz zwierzchniego Polski - Kazimierza II Sprawiedliwego (syna Bolesława III Krzywoustego), który to Kazimierz II uzależnił Jaćwingów (krewniaków Prusów i Litwinów) od Polski, ale haniebnie uznał zwierzchnictwo cesarza niemieckiego. Leszek Biały został zamordowany w Gąsawie w 1227r, co zakończyło okres pryncypatu w Polsce. Pryncypat – zasada sprawowania władzy przez księcia zwierzchniego, wprowadzony w 1138r na mocy testamentu Bolesława III Krzywoustego, który tragicznie osłabił Polskę i władzę w Polsce dzielnicowej.

    [25] KOP

    [26] SG

    [27] Przebieg służby w Legionach i w WP [1915 – 1922] oraz w  DOK I i Straży Granicznej [1921 – 1930] odtworzono na podstawie akt przechowywanych w zasobie archiwalnym Zbiór Akt Personalnych sygn. 416/246 str 1-78 Archiwum Straży Granicznej w Szczecinie.

    [28] Kiedyś w Jaśle Mama wyciągnęła dwie rzeźby z Ojca półki z szafy i zapytała, skąd one są. Ojciec opowiedział historię ich powstania: otóż, kiedy byli internowani przez Austryjaków, to imali się różnych zajęć. Skakali np. przez żołnierzy siedzących w kucki i wygrywali papierosy, których było mało. Robili też wyścigi wszy, których było za to dużo. Wesz była dopingowana do marszu w przód, poprzez łachotanie jej włosem. Żeby dwie ścigające się wszy nie traciły kierunku do mety, to poruszały się to torach wyznaczonych rowkami, z których nie mogły wyjść – musiały drałować do przodu – inaczej były dźgane włosem od tyłu. Takie rowki były wyryte w rzeźbie odzwierciadlającej wężyki generalskie Austryjaków. To mówiło też o poszanowaniu jednego z trzech uczestników rozbioru Polski. Takie rzeźby robili internowani z desek, a narzędziami były ostrzone gwoździe, bo noży nie było wolno mieć. Na pamiątkę Ojciec zabrał „wyścigi generalskie” i drugą rzeźbę przedstawiającą legionowego orła z munduru.

    [29] Znajduje się w Archiwum Straży Granicznej w Szczecinie.

    [30] Pecunia non olet – pieniądz nie śmierdzi (właściwie: świnia nie śmierdzi).

    [31] Czyli w dzielnicy rozrywek

    [32] Autor: kpt Stefan Pomarański

    [33] W powtórzonym wydaniu dołączono fotografię Ojca.

    [34] Odznaczenia:

    Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militarii V kl. nr 3634 – 1921r,

                    Krzyż Walecznych dwukrotnie – 1921r,

                    Krzyż Niepodległości (14/4896 z 13. 04. 1932r, ogłoszenie w MP z 21. 04. 1932r),

                    Srebrny Krzyż Zasługi  RP (1929) „za zasługi na polu zwalczania przemytnictwa”,

                    Medal Pamiątkowy za Wojnę 1918 – 1921,

                    Medal X-cio lecia Odzyskania Niepodległości,

                    Medal za Długoletnią Służbę,

                    Gwiazda Górnośląska,

                    Odznaka Pamiątkowa Więźniów Ideowych z lat 1914 – 1921,

                    Państwowa Odznaka Sportowa,

                    Wpis na Złotą Listę Chwały 36 pp Legii Akademickiej,

                    Pochwała – rozkaz nr 70/29 pkt 1 Wlkp. I. O. S. G. Poznań.

    [35] Hydra – nieustępliwe, uparte, wciąż na nowo odradzające się zło, nieszczęście – gr. Hydra – wielogłowy zły wąż z Lerny (Argolida), któremu, w miejsce uciętej głowy, wyrastały dwie nowe głowy

    [36] uczesanie

    [37] Żona brata babci Zofii Lewandowskiej

    [38] Fiakier – dorożka. Określenie raczej z małopolski, ale używane i w Warszawie.

    [39] Zakrystianin – kościelny.

    [40] Popełnił samobójstwo w 1941r, będąc krzywdzony przez gen. Władysława Sikorskiego, Naczelnego Wodza i Premiera Rządu na Emigracji (z racji wiernej służby Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu - uznawanego przez Premiera za przeciwnika).

    [41] POS - Państwowa Odznaka Sportowa

    [42] Ks. Piotr Skarga: „Kto Ojczyźnie służy, ten sam sobie służy, bo w Niej wszelko dobro się zamyka” -

    [43] Oskarżył do Czeki (robotniczy organ terroru w ZSRR, przed NKWD) swojego ojca, który został rozstrzelany za spiskowanie przeciwko proletariatowi - za to, że „skumał się z kułakami”, za których uważano gospodarzy posiadających uprawną ziemię.

    [44] Szczura trzeba było złapać, wysmarować kupioną maścią i wypuścić. Całkowicie wysmarowany szczur nie ginął jakoby od maści, natomiast wracając do nory pocierał inne szczury i przekazywał nieco maści, od której rzekomo ginęły inne szczury. Typowe naciąganie.

    [45] Tak jak dzisiaj dodaje się darmo cos, co i tak powinno być dodane

    [46] Gdzie byliśmy dwukrotnie

    [47] GG - Generalna Gubernia

    [48] COP = Centralny Okręg Przemysłowy

    [49] Krempna, to nadgraniczna wieś rusińska (zamieszkała przez Łemków i Bojków). Tamże była strażnica Straży Granicznej, którą dowodził porucznik Dragan, pułkowy kolega Ojca. Żona jego była nauczycielką szkoły jednoizbowej, w której uczyły się dzieci rusińskie, podzielone na 4 klasy.

    [50] Kocia, to córka stryja Wacława i Jelizawiety. W 1940r umarła na anginę połączoną z dyfterytem – miała 11 lat.

    [51] Baba – tak mówili chłopi o swoich ślubnych lub innych zamężnych kobietach. O niezamężnych mówili: dziewka.

    [52] Zwana Dzidzią lub Dzidką

    [53] Galena spełniała rolę półprzewodnika (późniejszej diody), obcinającego dolna część amplitudy fali radiowej, co dawało w efekcie drgania membrany w słuchawkach i można było usłyszeć muzykę oraz mowę.

    [54] Miał wtedy 12 lat

    [55] Elektrolux – odkurzacz.

    [56] Chłodziarka – nazywana mylnie lodówką. Jeżeli jest w niej zamrażarka, to jest to chłodziarka z zamrażarką.

    [57] Subiekt – pracownik w sklepie podający towar.

    [58] Babcia Wanda Lewandowska – mama mojej Mamy.

    [59] Maca to takie płaskie placki pszeniczne, pieczone bez zakwasu, uznawanego przez żydów za nieczystość, podobnie jak i kobiety uznawali za istoty nieczyste. W łóżku kobiety nie były dla nich nieczyste, ale w bożnicach i domach modlitwy musiały stać na galeriach. Podobnie nie mogły dotknąć przygotowywanych pokarmów (nawet alkoholu), bo wtedy nie były one koszerne.

    [60] W jednym ze swoich listów do Marksa, Engels pisał, że więcej jest wart obojętnie, jaki żyd galicyjski od aryjczyka-Polaka.

    [61] Dzierżyński - twórca Czeki i GPU

    [62] Jagoda – następca Dzierżyńskiego. Stracony po pokazowym procesie, takim jakie sam robił

    [63] Mołotow – hrabia Wiaczesław M. Skriabin, współtwórca stalinowskich czystek. 23 sierpnia 1939 r podpisał Pakt Ribbentrop – Młotow, rozpoczynający IV rozbiór Polski i najkrwawszą z wojen – II Wojnę Światową.

    [64] Józef Stalin – Josif Wisarionowicz Dżugaszwili.

    [65] „Wilczki” to najmłodsi członkowie przedwojennego ZHP, dzisiaj zwą się „Zuchy”

    [66] FON – Fundusz Obrony Narodowej, a wcześniej FOM – Fundusz Obrony Morza.

    [67] „Goj” to tyle, co „zwierzę”

    [68] Nigdy nie zrozumiałem różnic pomiędzy ukraińskim i rusińskim, którym mówili Łemkowie, a może Bojkowie.

    [69] Naprawdę to nie pamiętam jak nazywał się ten polski żołnierz Żyd, bo już upłynęło  prawie 70 lat od tego zdarzenia. Miał na pewno hebrajskie imię i żydowskie nazwisko.

    [70] Nie pamiętam, czy nazywał się Czartoryski. Równie dobrze mógł to być Potocki lub Zamoyski. Pamiętam, że to było nazwisko arystokratycznego rodu i to tej rangi.

    [71] Józef Światło – szef bezpieki, gdzie znalazło się miejsce do działania specgrupy Żydów komunistów (Józef Światło, Luna Brystygierowa, Fejgin, Józef Różański i inni)

    [72] Bania – to drewniana łaźnia częściowo w ziemi umieszczona

    [73] Bierwiono – kłoda, belka

    [74] Ks. Józef Tiso : 1939 – 1945r prezydent Republiki Słowacji, zależnej od Niemców, stracony w Bratysławie w 1947r za kolaborację..

    [75] Obecnie nazywany kbks

    [76] Posiada dwie lufy i komory na naboje śrutowe i trzecią na kulę.

    [77] Dowolność chwytów siłowych i zręcznościowych, oraz niespodziewanych uderzeń rękami lub nogami.

    [78] Inkorporacja – włączenie do jakieś całości, przyłączenie. – łac. incorporatio – wcielenie.

    [79] Za służbę w legionach polskich i Wojnę z bolszewikami oraz wystrzelone płuco, miał prawo przejść na wcześniejszą emeryturę, dla wyrównania poniesionych ciężarów (zdrowie)

    [80] Do glinianej misy z rowkami, czyli makutry wsypywało się płatki kwiatów dzikiej róży i cukier. Ucierało się do postaci mazi, którą następnie wkładało się do słoiczków. Róża stanowiła nadzienie pączków oraz bywała podawana na malutkich spodeczkach i jadana malutkimi łyżeczkami. Drobinę konfitury należało rozciągnąć językiem po górnej powierzchni jamy ustnej, po czym zwyczaj nakazywał delektować się smakiem i zapachem, jaki docierał do nosa. Zjadanie konfitury bez tego rytuału, to tak jakby wypić nalany koniak jednym haustem, bez podgrzania dłonią i bez upajania się bukietem zapachowym oraz bez porcjowania szlachetnego trunku.

    [81] W sztuce Gabrieli Zapolskiej (Moralność pani Dulskiej), Felicjan tylko raz wygłosił samodzielną kwestię: „ A niech was wszyscy diabli”.

    [82] Przydatki – jajniki możliwe jest oberwanie ich przy rytmicznie powtarzanych wstrząsach.

    [83] Kibić – postać, figura – zwykle w odniesieniu do sylwetki dziewcząt; pojęcie stosowane dla podkreślenia piękna budowy niewieściego ciała, w zestawieniu do siłowej budowy mężczyzny, np. szczupła, wiotka kibić.

    [84] Etykieta – ustalony i obowiązujący sposób zachowania w pewnych środowiskach, formy towarzyskie, ceremoniał.

    [85] Mastiw – największy pies z rodziny dogów. Hodowany do polowania na zbiegłych murzyńskich niewolników.

    [86] Samuel Finley Breese Morse – w 1838r zbudował telegraf elektromagnetyczny i ułożył alfabet do jego obsługi, złożony z zestawu kropek i kresek.

    [87] gen. Józef Haller – * 1873 + 1960 – dowódca II Brygady Legionów Polskich i II Korpusu Polskiego w Rosji; 1918-19 naczelny dowódca Armii Polskiej we Francji; 1940-43 członek Rządu Polskiego na emigracji; po wojnie pozostał w Anglii; miał brata Stanisława, też generała - * 1872 + 1940 – współautora ofensywy kijowskiej 1920r; Szefa Sztabu Generalnego WP, po 1926r przeniesiony w stan spoczynku, gdyż był wierny prezydentowi St. Wojciechowskiemu; od 1939r jeniec obozu w Starobielsku; zamordowany w 1940r w Charkowie przez sowieckie NKWD.

    [88]Niemieckie Junkersy miały wmontowane syreny powietrzne w końcówki skrzydeł, do wywoływania paniki, która potęgowała straty, bo ludzie tracili głowę, a oszalałe konie wszystko tratowały.

    [89] Nemesis – mit. gr. Nemezys: uosobienie gniewu bogów i kary spadającej na ludzi; wraz z Eryniami strażniczka równowagi Świata.

    [90] Innostraniec – obywatel z innego państwa

    [91] Bieżeniec – podróżujący, przejezdny

    [92] Stulia - krzesło

    [93] Szkaf - szafa

    [94] Zierkało - lustro

    [95] „ciebie tutaj nie potrzeba”

    [96] „smaczna z cukrem”

    [97] mieszkanie

    [98] Dobra pani

    [99] Zdejmuj buty

    [100] Burżujskiego młodzieńca

    [101] Zakład naprawy burżujskiej młodzieży

    [102] Odpowiedzialny za głód na Ukrainie i wymarcie wielu wsi w 1936-37r, a wtedy zwłoki palono razem z chatami całej wsi – bo wymarli wszyscy w tej wsi, wcześniej ogołoceni z żywności, przez te same brygady robotnicze.

    [103] Gdzie jest ulica Królewska?

    [104] Nie rozumiem.

    [105] Dawny plac Saski, a przed wojną pl. Marszałka Józefa Piłsudskiego

    [106] Źródło: SZARE SZEREGI – HARCERZE 1939–1945; tom 3; wyd. PWN Warszawa 1988r str. 18: Bocheński Eugeniusz „Dubaniec” – podharcmistrz, lat 23, dowódca plutonu Grup Szturmowych (GS), i zastępca komendanta Roju (Hufca ZHP) Szarych Szeregów „Romb-Osa” (Rembertów) w Chorągwi Mazowieckiej. Poległ 4.03.1944r w Rembertowie w obronie radiostacji. Kapral podchorąży. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Walecznych.

    [107] Nie mówił „stryjenko” choć było to właściwe

    [108] Geburstag – urodziny.

    [109] „Kto ty jesteś – Polak mały – jaki znak twój – Orzeł Biały”

    [110] t. zn. „precz, szybko”.

    [111] Związek Bojowników o Wolność i Demokrację.

    [112] Czesne – miesięczna opłata w prywatnej szkole.

    [113] Podpisanie układu Sikorski - Majski

    [114] Lub podobnie – już dokładnie nie pamiętam.

    [115] Był uczulony na składnik soku z poziomek.

    [116] Gazety w Generalnej Guberni, do której należała Warszawa.

    [117] Głośniki rozwieszone na ulicach.

    [118] Najmłodsi członkowie Związku Harcerstwa Polskiego.

    [119] W 1612 i w 1812 roku.

    [120] Nagan – rewolwer z magazynkiem w obrotowym bębenku.

    [121] Patrol zwiadu ułanów zastał opuszczony tramwaj na końcowej pętli i pozostawiwszy konie z koniowodami – wjechał tramwajem do środka Kilowa, z którego uciekli bolszewicy.

    [122] Przeklęty wściekły pies polski.

    [123] Sądząc po azjatyckich twarzach.

    [124] „Teraz kobieta (pani) dziecko szybko”

    [125] Chodź tutaj

    [126] MDH – męska drużyna harcerzy

    [127] Perpetuum mobile – mechanizm poruszający się wiecznie (i samoczynnie) - niemożliwa

        do zbudowania maszyna, która wykonywałaby pracę nie pobierając z zewnątrz energii.

    [128] Fryzura kobieca wzorowana na męskiej

    [129] Pierwszy stopień instruktorski przewodnika u chłopców. Stopnie młodzieżowe u chłopców: młodzik, wywiadowca, ćwik. Starszoharcerskie: Harcerz Orli, Harcerz Rzeczpospolitej. Instruktorskie: przewodnik (inaczej drużynowy po próbie), działacz,  podharcmistrz, harcmistrz. Stopnie młodzieżowe u dziewcząt: ochotniczka, tropicielka, wędrowniczka, samarytanka, a instruktorskie jak u chłopców.

    [130] Polski  Kodeks Honorowy – Władysław Boziewicz – Rozdział I, Art. 1

    [131] Szarmacki tj. odznaczający się wyszukana grzecznością, szczególnie w stosunku do kobiet,

        pełen galanterii; elegancki, uprzejmy.

    [132] Sarmatyzm tj. staroświecki obyczaj szlachecki, gdzie obowiązywała prostota i uwzględnia

        na była krewkość.

    [133] Oszipka - pomyłka

    [134] Ze szlacheckiego rodu – herbu Ślepowron

    [135] Sadzał księdza odbytnicą na nodze odwróconego stołka.

    [136] Wydawnictwo Rady Ochrony Miejsc Pamięci Walk i Męczeństwa

    [137] Wydawnictwo Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari

    [138] Centralne Archiwum Wojskowe

    [139] Czyli stopień odpowiadający kapitanowi w wojsku



    25 styczeń 2008 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005