<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem "3"

  • Wspomnienia o Łukaszu Szczepańskim
  • Trochę historii, trochę legendy
  • Stanisław Drzewiecki ostatni komendant obwodu AK w Lipnie
  • Krótki rys historyczny powstania i działalności Uniwersytetu Powszechnego
  • Zjazd rodziny Serba
  • Garść wspomnień
  • Wspomnienia Franciszki Chałubińskiej

  •  
       
    WSPOMNIENIA O MOIM DZIADKU ZE STRONY OJCA ŁUKASZU SZCZEPAŃSKIM
     
    WSTĘP
     
    Napisałam już wspomnienia o moim dziadku ze strony mamy Alfredzie Hamburgerze, mieszkającym na Kresach i walczącym w Legionach Józefa Hallera.
    W tym samym roku 1876, w ubogiej wsi kieleckiej Radzice urodził się mój drugi dziadek, ojciec mojego taty, chłop” z krwi i kości”, z dziada, pradziada Łukasz Szczepański.
    Opisując jego dzieje opieram się na :
    - niepublikowanej pracy mojej siostry Zofii Strzybny p.t. „Historie Rodzinne”
    - wydrukowanej już  książce mojego ojca Jana Szczepańskiego p.t. „Moje szkoły”,
    - niepublikowanej książce ojca p.t. „Radzice”
    - własnych wspomnieniach i opowiadaniach ojca, gdyż w odróżnieniu od dziadka Hamburgera pamiętam dobrze dziadka Łukasza.
    Jego historia, to historia narodu polskiego pod zaborem rosyjskim i austriackim, historia wsi polskiej w okresie niepodległości międzywojennej, historia chłopów polskich w czasie drugiej wojny światowej.
     
    HISTORIA DZIADKA
     
      Łukasz Szczepański był synem chłopa pańszczyźnianego  Walentego urodzonego w 1838 r. i Marianny z Wrzosków. Była to druga żona Walentego. Pierwsza żona Rozalia ze Szczepaników zmarła w roku 1867 pozostawiając  mojego pradziadka z czworgiem dzieci: Mateuszem, Marianną, Agatą i Katarzyną. Walenty ożenił się po raz drugi z Marianną z Wrzosków. Z tego małżeństwa miał również czworo dzieci, z których najstarszym był syn Łukasz, mój dziadek i on odziedziczył dom i gospodarstwo. Oprócz przyrodniego rodzeństwa miał jeszcze trzech braci i siostrę: Jana, który zmarł dwa lata po urodzeniu , Andrzeja, Wawrzyńca i Mariannę.
    Pradziadek Walenty Szczepański ubierał się jak Kościuszko. Chodził  z długimi włosami, w sukmanie i w granatowej rogatywce, lub w kapeluszu o wysokim, ryjkowatym denku. Wyglądał jak racławicki kosynier. Był niepiśmienny, ale jak na ówczesne czasy bardzo postępowy. Zadbał o to, by każdy z jego  synów  nauczył się czytać i pisać. W domu utrzymywał tradycje narodowe.
    Był zamknięty w sobie, mrukliwy, czasem tylko w przystępie dobrego humoru opowiedział jakiś szczegół o sobie. Wiele wiedział o Tadeuszu Kościuszce nazywając go „Chłopskim królem”. Chwalił również cara Aleksandra II – go za zniesienie pańszczyzny i „oswobodzenie narodu chłopskiego od panów.”
    Gospodarstwo przekazał mojemu dziadkowi, ale i tak wtrącał się bez przerwy do spraw gospodarczych.
    Do późnej starości zachował czerstwość i zdrowie, a mając już ponad 80 lat często wyręczał dziadka w pracach gospodarczych.
    W czasach każdej Wigilii Bożego Narodzenia w tradycyjny sposób obstawiał izbę snopkami zboża, karmił bydło opłatkiem i resztkami ze stołu, a potem siadłszy sobie na murku przy piecu nucił swoją starodawną kolędę, której pierwsza zwrotka tak się zaczynała:
    „Hej nóm, hej!
    A przy ónej górze
    Złoty płużek orze
    Hej nóm, hej!”
     Zmarł rok po prababci. Żył ponad 80 lat.
    Druga żona była dużo młodsza od pradziadka. Pochodziła z Ossy, wsi leżącej niedaleko Radzic za lasem dokąd często zabierała mojego ojca udając się w odwiedziny do rodziny. W rodzinnej wiosce odżywały w niej wspomnienia , które potem opowiadała ojcu po drodze, ciągnącej się przez pola i leśne zagajniki.
    Była naocznym świadkiem bitwy powstańczej z Moskalami pod Ossą  w dniu 10.7.1863r.
    Znała wiele wątków historycznych, o których opowiadała mojemu ojcu. Ojciec dobrze je zapamiętał, a potem opisał w swoich wspomnieniach. W swojej książce p.t. Radzice pisze:.
    „ Dochodząc do Ossy , gdy las się już kończył, zawsze rzucał mi się najpierw w oczy wiatrak stojący na początku wsi na największym wzniesieniu. Nieco niżej w lewo, widoczna stawała się niewielka kępka drzew osikowych, która kryła zbiorowe, powstańcze mogiły. Leżą tam ofiary zaciętej bitwy z Moskalami, która rozegrała się we wsi latem 1863 r. już za babcinej młodości. Tradycje Powstania Styczniowego były wówczas jeszcze bardzo żywe i wiele się o tym nasłuchałem, to też gdy babcia pierwszy raz wskazała na ową kępkę drzew i objaśniała, co pod nią się kryje, nie dawałem jej już spokoju, aż pewnego razu zboczyła ze mną na ten cmentarz i z bliska mu się przyjrzałem. W cieniu drzew zobaczyłem wyraźnie zaznaczone dwie długie mogiły, pokryte gęsto zeschłą trawą i liśćmi z osiczyny. Przy jednej z nich babcia uklękła , zmówiła pacierz i wyszeptała ;”wieczny odpoczynek”. Tu leżał  jej wujek, który w tamtej bitwie zmieszał się razem z powstańcami.
    Odtąd cmentarz powstańczy w Ossie stał się dla mnie obiektem stałego zainteresowania, a powstańcy, których później spotykałem często w granatowych mundurach wzbudzali we mnie zawsze gorące uczucia czci i uwielbienia”.
    Wieś Radzice leży w niewielkiej dolinie nad rzeką Drzewiczką, wpływającą pod Nowym Miastem do pobliskiej Pilicy .Położona wzdłuż  po obu stronach rzeki i w środku połączona mostem składa się jakby z dwóch wsi, które dotychczas jeszcze zachowały swe odrębne nazwy: Radzice Duże i Radzice Małe.
    Przez wieś przebiegał główny trakt królewski, łączący  Mazowsze i Warszawę z południową częścią Polski.
    Ziemia we wsi Radzice, to głównie nieużytki, błota i piaski. Dziadek Łukasz odziedziczył cztero hektarowe gospodarstwo rolne, z czego 1/3 stanowiły nieużytki.
    Ożenił się z Marianną z Klimków i miał z nią  ośmioro dzieci, z których mój ojciec Jan urodzony w 1905 r. był najstarszy. Kolejno urodzili się :
    Zofia – 1907 rok, Antoni - 1909 r., Anna- 1911 r. Piotr – 1916 r. Wawrzyniec, Stanisława- 1920 r. Helena – 1922 r.
    W domu rządy sprawował dziadek Łukasz. Decydował o wszystkim. Liczył się tylko trochę ze zdaniem swojej matki, której uwagi przyjmował.
     Babcia Marianna ,  drobna, skromna i cicha, zawsze zagoniona z pokorą wypełniała obowiązki macierzyńskie i domowe. Zmarła w trakcie dziewiątego porodu, w lutym 1926 r.
    Dziadek Łukasz uczył się w czteroklasowej szkole gminnej w języku rosyjskim., gdzie czytania i pisania po Polsku uczono dodatkowo. Zdobytą wiedzę przekazywał dorosłym i dzieciom wiejskim, których nie było stać na szkołę.
    Cztery lata wojska w armii rosyjskiej wysłużył na Krymie. Był uczestnikiem wojny rosyjsko-chińskiej i na okręcie objechał prawie pół świata.
    Znajomość języka polskiego i rosyjskiego biegle w mowie i piśmie bardzo mu się w wojsku przydała, bo zarówno żołnierze, jak i oficerowie korzystali z jego usług.
    Wracając do swojej rodzinnej wioski trochę pieszo, trochę koleją przemierzył Chiny i niemal całą Syberię.
    Potrafił w domu zrobić wszystko. Znał się na ciesielce, stolarce, murarce, potrafił szyć , a nawet uszyć buty. W ten sposób dorabiał sobie, aby móc utrzymać tak liczną rodzinę.
    Był artystą! Wszystko, co wychodziło z jego rąk było zdobione jakąś „ swoistą rzeźbą lub malowidłem”.
    Najbardziej jednak kochał muzykę! Był znanym na całą okolicę śpiewakiem i wiejskim muzykantem.
    Miał w domu cały własny zestaw ówczesnej kapeli ludowej , jak:  skrzypce, basetlę i bęben z mosiężnymi blaszkami. Grywał na zabawach i wiejskich weselach nawet w odległych zakątkach „ za Pilicą”.
    Z wesel przywoził rodzinie tzw. gościniec, na który wszyscy domownicy łakomie się rzucali.
    Na wsi był taki zwyczaj, że w długie zimowe wieczory kolejno po chałupach zbierały się „prządki”, a mężczyźni schodzili się na tzw. „rozhowory”, na których omawiano wszelkie wioskowe sprawy.
    Dziadek, jak wszyscy ludzie na wsi był bardzo religijny. Mój Ojciec pisze, ze kościół przyciągał dziadka przede wszystkim do wyżycia się w pieśni i  w słuchaniu organów.
    Miejscowy organista zapraszał często dziadka do chóru i przewodzenia w śpiewie. Dziadek był z tego bardzo dumny i miał większe względy u proboszcza, który w tamtych odległych czasach miał na wsi ogromną władzę.
    Dziadek bardzo pragnął, aby jego pierworodny syn Jan został księdzem. Uczył ojca śpiewu, deklamowania wierszy, czym musiał się popisywać przed księdzem i organistą, kiedy przychodzili na wieś „po kolędzie”.
    Mimo zaradności dziadka , w miarę przyrostu dzieci do domu , zwłaszcza na przednówku zaglądała bieda. Najgorzej było z chlebem. Od Wielkanocy trzeba było go wydzielać, a przed żniwami zawsze go brakowało. Moja babcia znosiła dla dzieci pajdy chleba ze wsi, ale potem musiała przy żniwach ciężko je odpracowywać.
    „ A jaki smaczny był wówczas ten chleb razowy- pisze Ojciec- Jadło się go drobnymi szczyptami, mełło w ustach, powoli łykało, aby jak najdłużej można było się nim rozkoszować”.
    Kiedy zbliżały się żniwa i ciężka praca w polu polegająca na żęciu zboża sierpami, przy której nie dało się  wytrzymać bez chleba,  dziadek zaprzęgał konia i jechał do swojego przyrodniego brata mieszkającego pod Klwowem w „Świąteczne odwiedziny”. Zabierał na te odwiedziny mojego ojca. Zostawali zawsze solidnie „ po chłopsku” ugoszczeni i obdarowani na drogę. Ziemia tam była bardziej żyzna i lepiej się rodzinie na niej gospodarzyło.
    Marzeniem dziadka Łukasza było wykształcić swojego pierworodnego syna, toteż kiedy mój Tatuś poszedł do czterooddziałowej szkoły ludowej we wsi codziennie siadał przy nim i nie pozwolił się położyć „ dopóki wszystko po jego myśli nie było przygotowane”.
    Nauka odbywała się po rosyjsku, ale przy pomocy ojca mój tatuś szybko opanował  wymagany materiał i pod koniec roku dobrze czytał i pisał w języku rosyjskim.
    Był rok 1914. Wybuchła wojna i na dłuższy okres ojciec musiał przerwać naukę.
    Dziadek, tak jak wszyscy rezerwiści do lat  czterdziestu zostali powołani do wojska.
    Wiosną 1915 r. dziadek powrócił do domu. Został zwolniony z wojska ze względu na przewlekłą chorobę żołądka. Z całej wsi, a nawet z odległych okolic przychodzili mieszkańcy dopytując się o swoich. Zycie w rodzinie ojca zaczęło układać się lepiej, gdyż dziadek łatwo dogadywał się z żołnierzami świadcząc im różne usługi, a oni za to znosili żywność , w tym różne wojskowe przysmaki.
    W roku 1915 wieś Radzice znalazła się pod okupacją austriacką, która przyniosła spontaniczny rozwój oświaty. Wsie otrzymały szkoły ludowe,      w większych miastach otwarte zostały gimnazja, w mniejszych czteroklasowe progimnazja.
    Dziadek był biedny i bezradny. Ojciec mój uczył się bardzo dobrze i był wychwalany przez nauczycielkę, która namawiała dziadka aby koniecznie wysłał syna do szkoły.
    Chodził więc dziadek zatroskany po radę do organisty, do proboszcza, a nawet do dziedzica w Drzewicy z nadzieją, że może udzielą pomocy. W końcu dziadek otrzymał obietnicę, że owszem pomogą, ale dopiero wtedy, gdy syn skończy progimnazjum i zgłosi się jako kandydat na księdza.
    Dziadek miał siostrę we wsi pod Iłżą, w którym otwarte zostało progimnazjum i zgodziła się ona zabrać ojca do siebie, aby mógł uczęszczać do tej szkoły.
    Dziadek postanowił zawieść syna własnym wozem. Była to długa i żmudna droga ale dziadek był tak szczęśliwy, że wiezie syna do szkoły, że żadne przeszkody go nie odstraszały. Podróż trwała od wczesnego ranka do późnego wieczora..
    Dziadek martwił się, że nie stać go na kupienie synowi mundurku szkolnego. Uczniowie nie znający strojów opoczyńskich wyśmiewali się z mojego ojca. Najbardziej śmieszyła ich sukmana, którą ojciec zmuszony był ubierać zimą. Przezywali przez to ojca Kościuszką.
    W październiku przypadały imieniny Łukasza. Wielkie przywiązanie mojego ojca do dziadka skłoniły ojca do wyznania swoich uczuć w wierszu..” Ludzie na wsi mają to do siebie - pisze ojciec- że nigdy sobie czułych słów nie mówią, wstydzą się tego i krępują, dopiero przy trumnie cały  potok ich ze łzami wylewają”. Trudził się ojciec przez kilka dni nad napisaniem własnego wiersza, który był czuły, szczery i smutny.
    Wiersz sprawił ogromną radość dziadkowi. Nosił go przy sobie, aż któregoś dnia skradziono mu go razem z pieniędzmi na pielgrzymce w Częstochowie. W zamian za miłe i czułe słowa syna pojechał go odwiedzić do Iłży na Wszystkich Świętych, mimo, że przyszła przedwczesna zima; mróz i śnieg.
    Mój ojciec tak bardzo kochał dziadka, że gotów był zrobić dla niego wszystko; jak pisze „nawet zostać księdzem”. Odprowadził ojca do lasu, a  w drodze powrotnej całował ślady jego stóp na śniegu.
    Dziadek zdawał sobie sprawę z tego, że jego syn narażony jest na kpiny ze względu na wiejski strój, dlatego starał się w różny sposób dorabiać, między innymi handlować końmi aby móc synowi sprawić szkolny mundurek. Na płaszcz zimowy niestety nie starczyło, ale dał przeszyć swój stary szynel wojskowy.
    Po ukończeniu przez ojca pierwszej klasy w Progimnazjum dziadek postanowił udać się z nim do Częstochowy na pielgrzymkę. Chciał podziękować Matce Boskiej za spełnione marzenia i udane kształcenie się syna. Przenocowali na prywatnej kwaterze, ale kiedy doszło do zapłaty za nocleg okazało się, że ukradziono dziadkowi pieniądze w niezmiernym tłoku, który panował na Jasnej Górze. Za nocleg trzeba było zapłacić drobnymi upominkami, które dziadek kupił swojej rodzinie. Nie chciał martwić żony i nigdy nie dowiedziała się dlaczego nie dostała prezentu z Częstochowy.
    W roku szkolnym 1920/21 Progimnazjum w Iłży zostało zamknięte, gdyż zarówno profesorowie, jak i starsza młodzież zaciągnęli się do wojska.
    Dziadek bardzo się martwił, bo synowi pozostała jeszcze jedna klasa do ukończenia Progimnazjum. Pojechali razem do pobliskiego Progimnazjum w Przysusze, które było z internatem, ale za drogie jak na biednego chłopa.
    Dla dziadka nie było jednak przeszkód, by zrealizować swoje marzenia i dokończyć kształcenie syna.
    Zrobił wszystko, co było w jego mocy, aby syn to progimnazjum ukończył. Po jego skończeniu zaplanował wspólnie z proboszczem z Drzewicy, że syn pójdzie do Liceum do Włocławka, prowadzonego przez Biskupa, które niewiele kosztowało, ale zobowiązywało uczniów do pójścia po jego ukończeniu do Seminarium Duchownego. I tu zaczął się wielki konflikt ojca z synem. Mój ojciec  w żadnym wypadku nie chciał zostać księdzem. Chciał być nauczycielem świeckim, ożenić się i mieć dzieci. Nie miał powołania do stanu kapłańskiego.
    Dziadek nie chciał o tym słyszeć. Atmosfera w domu w Czasie Świąt Wielkanocnych była nie do zniesienia. / Wtedy właśnie mój Tatuś napomknął o tym, że nie chce być księdzem/.
    Zwyciężyła jednak wzajemna miłość syna do Ojca i Ojca do syna. Najpierw ustąpił Dziadek, a potem syn , który widząc jak wielki ból zadaje ojcu swoją decyzją ugiął się i obiecał, że jednak pójdzie do szkoły do Włocławka i potem do Seminarium Duchownego.
    .
    Kiedy syn ukończył maturę i wybierał się do seminarium Duchownego do Krakowa dziadka spotkała tragedia. Spalił mu się dom i wszystkie zabudowania. Najgorsze, że nie mógł dać synowi żadnych pieniędzy na upragnione studia i życie w Krakowie.
    Po paru miesiącach pobytu w Seminarium Duchownym  mój Ojciec podjął jednak karkołomną decyzję.  Opuścił Seminarium i przeniósł się na Wydział Filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Musiał się teraz sam utrzymywać poprzez korepetycje i różne prace dorywcze. Na szczęście wyrozumiały Biskup z Częstochowy po rozmowie z ojcem anulował mu zadłużenia wynikające z pobytu w szkole i internacie we Włocławku.
    Ani na Święta Bożego Narodzenia, ani na wakacje mój Ojciec nie pojechał do rodzinnego domu. Miał ogromne poczucie winy i nie chciał widzieć się z Ojcem.
    Pojechał dopiero po ukończeniu nauki. Nie zdołał skończyć Uniwersytetu ze względów materialnych. Ukończył Roczny Kurs Nauczycielski dr. H. Rowida i rozpoczął pracę nauczyciela na Śląsku.
    Spotkanie z Ojcem wbrew obawom syna było normalne. Dziadek pogodził się z myślą, że nie będzie miał syna księdza i nie robił mu żadnych wymówek. Był mądrym człowiekiem i zrozumiał, że w życiu nie można robić nic „na siłę”. Najważniejsze, że jego ukochany, pierworodny  syn zdobył wykształcenie, o którym dziadek marzył całe życie.
    Odbudował dom mieszkalny i zabudowania, a w zakupie niezbędnego sprzętu pomógł mu mój ojciec ze swojej nauczycielskiej pensji.
    Kiedy wybuchła Druga Wojna Światowa dziadek przyjął całą rodzinę mojego ojca pod swój dach , a potem w czasie wojny wspierał syna w jego walce partyzanckiej w ramach Batalionów Chłopskich zapoczątkowanej pomocą dla Majora Dobrzańskiego / Hubala/.
    Po wojnie każde wakacje spędzaliśmy we wsi rodzinnej ojca w Radzicach, a nasze mieszkanie w Siemianowicach Śląskich pachniało sianem i jabłkami, które nam dziadek w sianku przesyłał.
    Zmarł  w 1947 roku. Pochowany jest na cmentarzu w Drzewicy.
    Mój ojciec z rozrzewnieniem wspominał często chwilę, kiedy żegnał się z dziadkiem po swoim  z nim spotkaniu po zmianie decyzji co do zostania księdzem, a on ukradkiem wycierał łzy rękawem. Nie wiadomo, jak ojciec pisze, „czy to były łzy żalu za niespełnionym marzeniem, czy łzy radości z odzyskania syna. Chyba jedno i drugie przeżywał biedny ojczysko”.
    Mówi się, że ludzie na wsi nie potrafią okazywać swoich uczuć. Rzadko słyszy się słowa miłości, ale przecież nie o słowa tu chodzi, tylko o czyny.
    Dziadek swoim postępowaniem nauczył nas jak kochać. Nasz ojciec przekazał  swoim córkom tę umiejętność.. Mam nadzieję, że potrafiłyśmy to również przekazać naszym dzieciom.

          
                                              Danuta Makarewicz z domu Szczepańska

     

    8 sierpień 2015 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005