<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem "3"

  • Wspomnienia o Łukaszu Szczepańskim
  • Trochę historii, trochę legendy
  • Stanisław Drzewiecki ostatni komendant obwodu AK w Lipnie
  • Krótki rys historyczny powstania i działalności Uniwersytetu Powszechnego
  • Zjazd rodziny Serba
  • Garść wspomnień
  • Wspomnienia Franciszki Chałubińskiej


  •                                   
                                                  
          
    Garść wspomnień



     

      Przemijają lata. Odchodzą ludzie. W zapomnienie idzie ich ciche bohaterstwo z czasów wojny z okupantem hitlerowskim. Pozostają tylko wyblakłe fotografie, spłowiałe dokumenty i zawodna pamięć ludzka.
    Jest styczeń 1940 rok. Mroźna, gwiaździsta noc. Mój dziadek, Łukasz Szczepański, mieszkaniec wsi Radzice wiezie furmanką swojego syna Jana, jego żonę Marię oraz dwie córki: 8-mio letnią Wandę i 3-letnią Danutę do wsi Kruszewiec.
    Jan Szczepański – nauczyciel ma objąć w Kruszewcu  stanowisko kierownika jednoklasowej Szkoły Powszechnej.
    To moje pierwsze wspomnienie z tamtych lat.
    Jan Szczepański wyjechał ze Śląska 2 dni przed wybuchem II Wojny Światowej. Chciał ukryć przed Niemcami swoją rodzinę. Niestety nie zdążył już wrócić.
    Swoje pierwsze makabryczne spotkanie z Niemcami przeżył w listopadzie 1939 roku w Radzicach. Opisał je w książce: „Moje szkoły – wspomnienia”. Urywki jego wspomnień publikowane były na łamach „Tygodnika Opoczyńskiego” w 2014 r. We wspomnieniach nie opisał jednak okresu swojej pracy i walki z okupantem w Kruszewcu.
    Nie mógł na bieżąco przelewać na papier wydarzeń z tamtych lat w obawie przed dostaniem się zapisków w niemieckie ręce. Nie mógł również opisać ich w latach powojennych, gdyż działalność jego, jak i jego małżonki w ramach Batalionów Chłopskich, które współpracowały z Armią Krajową nie mogły być ujawnione komunistycznym władzom.
    Postanowiłam teraz, po latach odtworzyć fakty, które pozostały w mojej pamięci.
    Po przyjeździe do Kruszewca Ojciec poświęcił pierwsze chwile na zapoznanie się ze środowiskiem, zdobyciu zaufania wśród mieszkańców Kruszewca i okolicznych wsi oraz miasta Opoczna. Nie było to łatwe. Mieszkańcy odnosili się nieufnie do inteligencji, winiąc ją za dopuszczenie do stanu wojny.
    W zdobyciu przyjaciół pomógł ojcu zapewnie fakt, że pochodził ze wsi, jak również jego ciepłe usposobienie. Ojcu pomogło w życiu wiele osób, tak, że postanowił również pomagać innym.
    Najważniejsza w tamtym czasie była walka z okupantem. Musiał dotrzeć do odpowiednich ludzi. Udało się! Już wkrótce w szkole powstała skrzynka łączności Batalionów Chłopskich, zbrojnego ramienia Tajnego Stronnictwa Ludowego, do którego ojciec należał od dłuższego czasu. Pod płaszczykiem spotkań towarzyskich konspiratorzy spotykali się w szkole i opracowywali plan działań. Dysponuję fotografią z jednego z takich spotkań. Niestety nie potrafię rozpoznać znajdujących się na niej ludzi, poza moją mamą i małżeństwem Balińskich. Może ich potomkowie dokonają rozpoznania , biorąc do ręki Tygodnik Opoczyński. / zdjęcie nr 1/. Rodzice nawiązali wkrótce kontakt z kierowniczką szkoły w Libiszowie - Franciszką Chałubińską pseudonim „Teresa”. Na fotografii  zrobionej przez mojego ojca udało mi się przy pomocy córki pani Chałubińskiej dr Anny Chałubińskiej -  Szurczak dokonać rozeznania osób. Wszystkie osoby dorosłe na zdjęciu, to konspiratorzy/ zdjęcie nr 2/ Spotkanie nauczycieli Libiszów 1942 r. Od lewej stoją: pani Zosia – Bielowice, Wanda Szczepańska –  Kruszewiec /moja siostra/, pan Antoni, Franciszka Chałubińska, - Libiszów, Janina Granat, Ludka, Stefa Balonowa z Leszkiem. Siedzą – od lewej Maria Szczepańska – Kruszewiec, Marta Wójcik -  Trzebina, Zdzisława Ślązak, Anna Chałubińska – Libiszów, Zofia Kosowska.
    Nauka w szkole odbywała się według  okrojonego programu. Nie wolno było nauczać m.in. historii, geografii, literatury.
    To też w 1942 r. powstała Tajna Organizacja Nauczycielska TON, w ramach której jej członkowie, w tym moi rodzice organizowali Komplety Tajnego Nauczania. Początkowo objęły one młodzież ze szkół podstawowych, a następnie i średnich.
    Jak mi wiadomo Przewodniczącym tej Organizacji na Powiat Opoczno  był mój ojciec. Praca w kompletach tajnego nauczania była w większości pracą społeczną.
    Ojciec pod pseudonimem „Szczęsny” pracował także w Organizacji Ruchu Oporu Chłopskiego „ROCH” w Opocznie.
    Trzeba było dużo determinacji , żeby zmobilizować młodzież do przychodzenia do szkoły. W marcu 1941 roku nauka w szkole została przerwana na 3 miesiące, gdyż szkołę zajęli na kwaterę Niemcy jadący na Wschód.
    Żołnierze Wermachtu różnili się od gestapowców, czy esesmanów. Przez trzymiesięczny okres pobytu nie zrobili krzywdy ani okolicznym mieszkańcom, ani naszej rodzinie. Traktowaliśmy ich jednak jako wrogów nie pozwalając sobie nawet na poczęstowanie się słodyczami, czy owocami.
    Po ich odjeździe nauka w szkole wróciła do normy. Jestem w posiadaniu fotografii uczniów z 1942 r. Dla wielu ludzi z Kruszewca i okolicznych wsi może to być cenna pamiątka. Pamiętam jedynie Marię i Zofię Wojciechowskie z Kruszewca, oraz Jankę Gąsiorowską, córkę rządcy z pobliskiego dworu. / zdjęcie nr 3/. Na zdjęciu jest również moja siostra Wanda i ja.
    Ojciec, jak i inni konspiratorzy nie spali w domach, a przeważnie w stodołach. Mój Ojciec sypiał głównie w stodole sąsiada Antoniego Nity. Zaznaczyć muszę, że jego dzieci i wnuki powinny być dumne ze swojego ojca i dziadka za jego odwagę.  Udzielając schronienia konspiratorom ludzie narażali się na  śmierć, lub wywóz do obozu.
    Sypiając w stodole ojciec nabawił się zapalenia płuc i opłucnej. Przyjaźni sąsiedzi zawieźli go do szpitala w Opocznie.
    Nie było w tamtych czasach antybiotyków i wyleczenie zapalenia płuc graniczyło z cudem.  Ojciec wyzdrowiał i wrócił do pracy i walki z okupantem. W swoich wspomnieniach Franciszka Chałubińska pisze, jak bardzo brakowało jej mojego ojca w czasie , gdy chorował.
     Dumni ze swojego ojca / dziadka / mogą być także potomkowie rodziny Ksytów z Buczku. Ich Ojciec / dziadek/ Marian Ksyta  świadczył różne formy pomocy w ramach walki z okupantem.
    Pamiętam wydarzenie, kiedy do tornistra mojej siostry Wandy włożone zostały ulotki, które miały zostać dostarczone do Opoczna. To właśnie Marian Ksyta podjechał furmanką pod naszą szkołę i zabrał siostrę do Opoczna pod pozorem zawiezienia jej do szkoły. Niestety pod samym miastem zatrzymali ich Niemcy i zrewidowali wóz. Przejrzeli również tornister, ale pobieżnie, nie znajdując ulotek. Był to jeden, jedyny raz, kiedy ojciec naraził swoją córkę na bezpośrednie niebezpieczeństwo. Jednak rodzina narażona była przez cały czas trwania okupacji. Znane są przypadki wywożenia do Oświęcimia , czy innych obozów całych rodzin, za walkę jednego z nich. Ojciec miał wielu współpracowników, lecz nie pamiętam ich nazwisk. Pamiętam natomiast przyjaciela ojca ze Śląska. Nazywał się Kurt Szczudło. Wiadomo, że Ślązaków Niemcy zabierali bez pytania do wojska niemieckiego. Kurta Szczudłę wraz z rodziną przenieśli Niemcy do Opoczna i zatrudnili w Biurze Niemieckim. Miał on  dzięki temu dostęp do informacji związanej z nalotami Niemców na mieszkańców wsi  w celu zabierania młodych, zdrowych i silnych na roboty do Niemiec. Pewnego razu ojciec spotkał go na ulicy w Opocznie i nawiązali kontakt. Kurt zobowiązał się do informowania ojca o takich wyprawach, a ojciec ostrzegał mieszkańców przed wizytami Niemców. W wyniku tych informacji, Niemcy zastawali w domach tylko starców i dzieci. Młodzi ukrywali się w tym czasie w lesie. Niestety powyższy  proceder wyszedł na jaw, a Kurt Szczudło wywieziony został do obozu, którego nie przeżył. Ojciec sprowadził do Kruszewca jego żonę i dwóch synów i zaopiekował się nimi przez długie miesiące. Po wojnie wyjechali na Śląsk i utrzymywali kontakt z naszą rodziną aż do śmierci rodziców.
    Kolejną formą pomocy okolicznym mieszkańcom była pomoc przy spisach zasiewów dokonywanych raz w roku i spisach inwentarza, które odbywały się dwa razy do roku. Ojciec, jak i inni nauczyciele robili to tak, aby chronić rolników od nadmiernych kontyngentów, a tym samym  przed odebraniem im reszty środków do życia.
    Przyjacielem ojca był działacz ludowy Stefan Szymański. W pamięci pozostała mi jego straszna śmierć. W sierpniu 1943 r. Stefan Szymański wracając ze swoich podróży , między innymi z Częstochowy wstąpił do nas i podarował mi obrazek Matki  Boskiej Częstochowskiej zrobiony na metalu zawieszonym na łańcuszku. Mam go do dzisiaj . Wisi przez te wszystkie lata nad moim łóżkiem. Tej nocy nie poszedł spać do stodoły , tylko zmęczony po podróży pozostał w domu. Niestety!
    W tę noc Niemcy, podobno przy pomocy żandarmerii zrobili nalot na działaczy ludowych w miejscowości Poświętne. Jedni zostali aresztowani, inni rozstrzelani. Pan Stefan próbował uciekać przez okno. Zauważył go jednak Niemiec i oddał w jego stronę serię z karabinu maszynowego. Trafił go w brzuch na oczach żony i dzieci. Zmarł w niemieckim samochodzie.
    Znam dokładnie to zajście, gdyż opowiadała nam go jego żona, a mnie utkwiło w pamięci na całe życie.
    Było to dla nas okropnym przeżyciem. Przez całą okupację żyłyśmy w strachu o ojca i matkę, słysząc jakim torturom poddawani są nasi bohaterowie i jak kończą życie w niemieckich obozach.
    Rodzicom moim udało się przeżyć okupację. Ojciec miał wyjątkowe szczęście. Kiedy w Opocznie trafił na tak zwaną „łapankę uliczną” naprzeciwko niego stanął Ślązak w niemieckim mundurze i zaklął w gwarze śląskiej. Wówczas ojciec powiedział, że jest z Siemianowic. Tamten kazał mu uciekać, mówiąc, że będzie strzelał w powietrze. „ uciekej synek, a jo byda strzeloł, ino, że do luftu” , tak dokładnie według relacji ojca brzmiały jego słowa. Dzięki temu  ojciec ocalał. Pozostałych mieszkańców Opoczna i okolic zatrzymanych w „łapance’ Niemcy wsadzili na samochody, wywieźli do lasu i rozstrzelali. Był to odwet za zabicie w poprzednim dniu kilku Niemców.
    Po wojnie ojciec szukał swojego wybawcy. Chodził ulicami Siemianowic Śląskich i okolicznych miast , zaglądał do obozów z jeńcami. Nie zapomina się przecież twarzy swojego wybawcy. Jednak nie spotkał go więcej. Historia podobna do przedstawionej w filmie Polańskiego „Pianista”.
    Pamiętam jeszcze jednego bohatera z czasów wojny, który często nas odwiedzał i współpracował z ojcem. Był to działacz ludowy Antoni Mizera. / zdjęcie nr 4 / Niestety wywieziony został do Oświęcimia wraz z rodziną i tam zginął. Na promocji książki ojca w Opocznie w 2015 r. spotkałam jego wnuczkę,  Józefinę Nitę, długoletnią mieszkankę Opoczna, autorkę wielu książek i poetkę.
    Znam jeszcze wiele wydarzeń z lat wojny pamiętanych oczami dziecka.
     Pamiętam jak Gestapo namawiało moją mamę, żeby podpisała niemieckie papiery, bo z jej nazwiskiem” Hamburger” jest albo Niemką, albo Żydówką. Na szczęście miała odpowiednie dokumenty stwierdzające, że jest rdzenną Polką.
     Gestapo odwiedzało nas jeszcze kilka razy próbując dowiedzieć się czegoś o partyzantach  w pobliskich lasach. Na szczęście odwiedziny nie kończyły się tragicznie.
     Pamiętam rodzinę żydowską z trójką dzieci, której trupy leżały na łące, prawdopodobnie zastrzeloną w czasie ucieczki. Pod osłoną nocy mieszkańcy wsi Kruszewiec razem z moim ojcem zakopali nieboszczyków.
     Rodzice w tajemnicy przed dziećmi przechowywali w komórce rannego partyzanta. Nie przyznawałyśmy się do tego, że odkryłyśmy ich tajemnicę.
     Ojciec pomagał Franciszce Chałubińskiej w zorganizowaniu słynnej Wigilii dla partyzantów Armii Krajowej z Oddziału Doliny, którzy szli na pomoc walczącej Warszawie.
    Schronienie w naszej szkole, jak i u wielu mieszkańców Kruszewca znaleźli wysiedleńcy z Warszawy po powstaniu Warszawskim. Zaprzyjaźnili się z nami i po wojnie pojechali razem z rodzicami na Śląsk.
    Moje ostatnie wspomnienie z czasów wojny to odgłosy wybuchających bomb, których słuchaliśmy schowani w piwnicy u sąsiada o nazwisku Rzeźnik. Te odgłosy słyszę do tej pory. Był styczeń 1945 r. Mroźny pogodny dzień. Zbliżał się front.
    Wcześniej przez wieś ciągnęli w grupach, lub pojedynczo wycieńczeni żołnierze niemieccy. Jakoś nie czułam nienawiści do tych przegranych ludzi. Często dochodziły nas odległe strzały, a potem chłopi donosili, że niemieccy żołnierze nie uszli daleko.  Zbliżał się front. Kiedy walki przeniosły się w stronę Opoczna słychać było nieustający grzmot.
    Podobno wtedy w Opocznie zginęło ponad 400 osób ludności cywilnej i kilka tysięcy żołnierzy niemieckich. Zdawało się, że z miasta pozostaną tylko gruzy, ale zniszczenia podobno były niewielkie.
    Przyszli Rosjanie. Przywitaliśmy ich radośnie, bo przepędzili Niemców i wyzwolili nas spod znienawidzonej okupacji.
    Stacjonowali w naszej szkole. Nie było żadnych gwałtów ani rozbojów, jak podobno w innych stronach Polski. Zachowywali się poprawnie. Nic nie zapowiadało rozpoczynającej się nowej niewoli, nowej okupacji, reżimu komunistycznego.
    Wróciliśmy na Śląsk, bo pragnęła tego moja mama, mimo, że Ojcu proponowano pracę i mieszkanie w Opocznie.
    Zaczęła się nowa era naszego życia.
     

        Danuta Makarewicz z domu Szczepańska.

     

              

    Grupa konspiratorów w Kruszewcu 1942 r.    Spotkanie nauczycieli w Libiszowie1942 r.

             

    Uczniowie Szkoły Powszechnej w Kruszewcu 1942 r.         Antoni Mizera i Jan Szczepański


    19 kwiecień 2016 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005