<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem "3"

  • Wspomnienia o Łukaszu Szczepańskim
  • Trochę historii, trochę legendy
  • Stanisław Drzewiecki ostatni komendant obwodu AK w Lipnie
  • Krótki rys historyczny powstania i działalności Uniwersytetu Powszechnego
  • Zjazd rodziny Serba
  • Garść wspomnień
  • Wspomnienia Franciszki Chałubińskiej

  •    WSPOMNIENIA FRANCISZKI CHAŁUBIŃSKIEJ
      (PORUCZNIKA „TERESY” BATALIONÓW CHŁOPSKICH)
    Z  LAT 1939 -1945
         (Zapisane w 1968 r.)

       

     
    Nie wiem, czy po tylu latach potrafię odtworzyć swoje przeżycia z czasów wojny, losy nauczycielki powiatu opoczyńskiego. Najcięższym moim przeżyciom towarzyszyła wiara w  zwycięstwo nad faszyzmem i w niepodległość Polski, wiara w to, że ta Polska będzie suwerenna i naprawdę ludowa, że zapanuje w niej sprawiedliwość  społeczna.
     O takiej Polsce mówiło się w tej „chacie za wsią” – szkole na wsi opoczyńskiej. Wiele musiałam cierpieć, że tak myślałam, że taki obraz nosiłam w sercu. Byłam tylko społecznikiem na małą może miarę, a nie politykiem. Jako dziecko wsi czułam się związana ze Stronnictwem Ludowym, a ponieważ w swej tajnej pracy oświatowej zetknęłam się z ówczesnym kierownikiem oświaty, Czesławem Wycechem, ludowcem, swoją orientację polityczną związałam z osobą obecnego marszałka sejmu i po wojnie w roku 1946 wstąpiłam do PSL.
     W okresie wyborów w roku 1947 znalazłam się w szczególnej sytuacji: członek PSL, mąż w Armii Andersa nie wrócił jeszcze z Zachodu, brat w Ameryce,  drugi aresztowany za działalność w PSL.  Na domiar złego w czasie aresztowania brata zabrano przywieziony z moimi rzeczami zdemontowany aparat radiowy. W ślad za tym ukazało się w prasie oskarżenie, że brat mój jest na usługach wywiadu angielskiego, że znaleziono u niego stację nadawczo – odbiorczą, a za mną zamknęły się drzwi Urzędu Bezpieczeństwa w Kutnie, ponieważ brat zeznał, że aparat ten przywiózł jego syn z moimi rzeczami. Nie wiem, co by się stało ze mną, gdyby śledztwa nie przeprowadzał człowiek, który mnie znał z powiatu opoczyńskiego, który spowodował zbadanie aparatu i stwierdzenie, że  ten sprzęt, porzucony przez Niemców, był bezużyteczny, zniszczony. Dzięki temu zostałam uwolniona, a wkrótce również mój brat.
     Od tej pory jednak byłam ciągle na indeksie. Nie lepiej czuł się mój mąż, który w czerwcu 1948 roku wrócił z Zachodu i był uważany za obywatela drugiej  czy trzeciej kategorii.
     Gdybym wstąpiła do partii, może łatwiej byłoby mi odwrócić złą opinię, ale ja tego zrobić nie mogłam.
     Ciężkie to były nieraz chwile, ten brak zaufania, na które chciałam zasłużyć.
     Czułam swoją krzywdę moralną i za obecną sytuację, i za pracę w czasie wojny.
          *
     Wojna zastała mnie w jednej ze szkół opoczyńskich, w Libiszowie. Zdawałam sobie sprawę, że życie moje tam w czasie wojny będzie ciężkie. Przede wszystkim wpływało na to położenie  szkoły. Nie była to typowa chata wiejska. Był to budynek drewniany, pokryty białą blachą, położony 400 m od wsi i w takiej samej odległości od cmentarza. Usytuowany był za wsią ze względu na to, żeby dzieci z innych wsi (Sobawiny, Międzybórz) miały bliżej do szkoły. Stał na wzgórzu podwyższony o wysoki fundament. Nie był wygodny, bo pierwotnie nie służył celom szkolnym. Była to dawna stara  plebania uznana przez duchownych za nieodpowiednie mieszkanie dla jednej osoby, natomiast nadająca się na szkołę dla 240 dzieci i mieszkanie dla nauczycieli. Przeniesione na plac szkolny, źle zestawione drewniane ściany trzeszczały w czasie wichrów i burz. Te same wiatry hulały bezkarnie po całym budynku, strasząc jego mieszkańców.
     W jednej z dwóch sal szkolnych (trzecia znajdowała się we wsi) umieszczony został aparat radiowy. Jedyny na wsi, informował mieszkańców w ostatnich dniach sierpnia i pierwszych dniach września o przygotowaniach do wojny i jej wybuchu 1 września 1939 roku. Mój mąż, który pełnił obowiązki kierownika szkoły, uzupełniał te informacje. Z wiarą zapewniał, że Polska jest silna i odeprze atak wroga.
     Zmobilizowany w trzecim dniu wojny poszedł na dziewięcioletnią tułaczkę, nie wiedząc, że po klęsce wrześniowej przemierzy wiele krajów, przekroczy granice kontynentów, zatrzyma się dłuższy czas na pustyniach Afryki i Iraku, że będzie uczestnikiem walk o Monte Cassino.
       Zostałam sama w tej pustej chacie z małą córeczką i służącą, młodą dziewczyną .Dom był łatwo dostępny dla ludzi szukających dachu nad głową, rozmaitych przybłędów, jednym słowem różnych ludzi.
     W dzień i do późna w nocy ja z kolei pełniłam służbę przy aparacie. Słyszałam, że Warszawa się broni, słuchałam wiadomości o ostatnich rozpaczliwych walkach żołnierzy na Westerplatte.
      Gdyby nie poczucie obowiązku stania na posterunku, nic by mnie nie zatrzymało w tym domu tak oddalonym od ludzi, szczególnie nocą, bo dniem szkoła była pełna ludzi, którzy stali przy głośnikach i z zapartym tchem słuchali radia. Te ciągle zapowiadane alarmy: „Uwaga, uwaga, nadchodzi…” i te rozpaczliwe komunikaty z Westerplatte i te noce rozświetlone pożarami od wybuchających bomb to niezapomniane chwile. Nierealne się wydawało, że Niemcy posuwają się błyskawicznie naprzód, pomyłką to, że ludzie w popłochu zaczynają uciekać, że administracja i policja opuszcza stanowiska. Pamiętam jednego wieczoru, 5 czy 6 września ludzie z mojej wsi z goryczą powiedzieli: „Wszyscy nas opuszczają.” Wtedy  im powiedziałam, że ja ich nie opuszczę, że ja z nimi pozostanę. Nie przypuszczałam, że za kilka dni  zostanę osamotniona, że ci ludzie, z którymi tak się czułam związana, mnie opuszczą, że zostanę w tej szkole sama, darzona nieufnością, uznana odpowiedzialną za wszelkie zło.
    Niedługo wszystko umilkło, wokół widoczne były łuny pożarów, słychać było coraz bliższe walki na ziemi i w powietrzu. Z jednej strony straszna pustka w domu, z drugiej strony wycie syren i niezapomniany warkot samolotów, który wkręcał się we mnie bólem nie do zniesienia. Ogarnął mnie strach i wtedy, w środę szóstego września 1939 roku, opuściłam swój dom, bo nie mogłam zostać w tym polu sama z dzieckiem, nie miałam, co robić. Radio zamilkło, zjawiali się różni ludzie, nie było bezpiecznie. Przez kilka dni tułałam się po wsi. Zmieszałam się z mieszkańcami wsi, by z nimi przeżyć tragedię narodową, by widzieć oszalałe tłumy uciekinierów zmęczonych, idących bez żadnego celu i w niewiadomym kierunku oraz utrudzonych żołnierzy upadających z pragnienia, głodu, często rannych. We wsi było pełno wojska, co chwila nalot i wreszcie ósmego września wszystko ucichło.
     Niemcy. Nie, to nie do uwierzenia, my przecież tak wierzyliśmy w swoją potęgę, ja tak ludzi zapewniałam o zwycięstwie. Och, co za straszny kontrast! Ci nasi biedni żołnierze, zmęczeni, głodni i ta armia, która szła w szyku bojowym jak na bal. Wróciłam do szkoły złamana, chora, chociaż budynek ten mnie straszył. Spędziłam, nie wiem ile nocy bezsennych w tym budynku, trzymając dziecko w jednym ręku, a torebkę z dokumentami w drugiej.
     Mieszkając  za wsią, przy drodze z Opoczna, widziałam rozbitków naszej armii wracających z wojny i budziła się we mnie litość i równocześnie żal do nich, że tak łatwo opuścili szeregi Armii. Pamiętam, że gdyby wtedy wrócił mój mąż, nie mogłabym mu darować, że zrezygnował tak łatwo z walki, ale nie wrócił, byłam w dalszym ciągu sama. Ludzie z mojej wsi byli ogromnie przybici wypadkami, a najbardziej ich bolała świadomość, ze administracja państwowa opuściła ich w tej beznadziejnej sytuacji. Po ochłonięciu z pierwszych wrażeń zaczęli szukać winnych tego, co się stało i naturalnie odpowiedzialny za wszystko uczynili Rząd, ale przeciętny opoczyński człowiek uważał, że Rząd to ci, którzy byli w Warszawie,  tak samo starostwo, a na wsi nauczyciel. Wszyscy tamci byli daleko – pozostał nauczyciel – on ponosił całą odpowiedzialność – na niego złożyli całą nienawiść za to, co się stało bez względu nawet na to, jakie stosunki łączyły tego nauczyciela ze wsią. Mimo że nasze  stosunki ze wsią były dobre, też nie uniknęłam tej straszliwej niechęci. Mimo to jeszcze raz powiedziałam, że ich nie opuszczę i odtąd jeszcze bardziej niż dotąd czułam się związana z moim posterunkiem, którego nie wolno mi było opuścić. Zostałam osamotniona, wśród ludzi nastawionych niechętnie, a nawet wrogo do mnie. Pamiętam to i dotąd jeszcze czuję, jak bolało. I dotąd jeszcze czuję wdzięczność do jednego z gospodarzy, Franciszka Stolarczyka, który zaofiarował mi jakąś pomoc. A pomoc materialna była mi potrzebna. Miałam trochę żyta, ale nie miał mi kto go wymłócić ani zawieźć do młyna, a chleba nigdzie dostać nie było można. Zapasów nie miałam, bo przecież i ja zapewniałam, że nie należy ich robić, bo nie zajdzie potrzeba.
     Nie mogłam  pojąć, co się stało. Wiele nocy spędziłam bezsennie przygotowana na jakieś wypadki. Czasem łudziłam się, że to koszmarny sen i wszystko się zmieni. Niestety, miałam coraz więcej dowodów na to, że sytuacja jest beznadziejna. Położenie mojego domu sprzyjało temu, że stawali w moich drzwiach ludzie odarci z wiary, ludzie, którzy wyrwali się z piekła i opowiadali straszne rzeczy. Mimo takich dowodów miałam do  nich żal, że zrezygnowali z walki.
     Niestety, nie nastąpiła żadna zmiana, zaczęły się ciemne dni okupacji i systematycznie prowadzona niemiecka polityka wyniszczania narodu polskiego pod względem materialnym i moralnym. Wróg kolejno zajął się organizowaniem szkolnictwa. Bolesne to było dla nas, kiedy dwudziestego piątego września wezwani zostaliśmy przez władze niemieckie na pierwszą powiatową konferencję. Otrzymaliśmy polecenie otwarcia szkół bez prawa nauczania historii i geografii. Kazano nam również złożyć książki z biblioteki szkolnej w gminie. Naturalnie oddane zostały tylko książki bezwartościowe i zniszczone. To, co cenniejsze, służyło nadal młodzieży.
     Trzeba było rozpocząć pracę w tak strasznie zmienionych warunkach. Niełatwa to była sprawa. Nie było podręczników, a nauka języka polskiego była oparta na pisemku dla młodzieży bez żadnej wartości. Pracę w trzyklasowej szkole rozpoczęłam sama. Musiałam walczyć o frekwencję, gdyż jak zaznaczyłam wyżej, ludność miejscowa niechętnie odnosiła się do nauczyciela i szkoły. Nieprzysyłanie dziecka do szkoły uważali za najodpowiedniejszą formę do wyrażania tej niechęci. Drugą trudnością był brak opału. O wszystko musiała walczyć nauczycielka, nawet trzeba było zamiatać szkołę, bo któżby przyszedł wykonywać  pracę woźnego  do odległej szkoły za parę złotych, według  przedwojennej stawki. Nauczycielka spełniała tę posługę przy pomocy dzieci, byle tylko utrzymać placówkę.
     Pierwsza zima była szczególnie ciężka. Mróz i śnieg odcięły szkołę od wsi. Żeby się dostać do niej, trzeba było iść przez pola, bo droga położona niżej była zasypana na metr. Na szczęście powróciła do pracy koleżanka Janina Granat. Odtąd razem już pracowałyśmy aż do końca okupacji, razem też zamieszkałyśmy .Zapewniałam mieszkańców wsi, że ich nie opuszczę i trzymałam się tego, konsekwentnie odrzucając propozycję połączenia się na Węgrzech z Mężem, a jednak ludzie nas opuścili. Walka o frekwencję była trudna, bo w interesie wroga nie było podniesienie poziomu szkoły, zresztą nikt z nas nie oddałby opornych rodziców pod sąd okupanta. Płace nauczycieli były żadne, warunki materialne były bardzo ciężkie i często zaglądał do nich niedostatek i głód. Trzeba było się troszczyć o opał dla szkoły i często nauczyciel  kupował go za własne pieniądze. Palił w piecach, zamiatał  klasy, uczył  i przygotowywał uczniów do chwili, kiedy będzie wolna Polska, w co zawsze wierzył i wiarę tę wlewał w serca młodzieży i ich rodziców.
     Sytuacja polityczna była beznadziejna. Przerwano wszelkie działania wojenne. Straszna, beznadziejna cisza. Całą nadzieję wiązało się z garstką żołnierzy Hubala, resztką armii wrześniowej, przebywających w pobliskich lasach spalskich, którzy jak legendarne postacie zjawiali się czasem nocą we wsi.. Niestety, Niemcy, w maju 1940 roku, wykryli ich i strasznie zemścili się na mieszkańcach jednej wsi, która pomagała partyzantom. Mężczyzn wywieźli, a wieś spalili razem z kobietami i dziećmi. Hubala zabito. Był to ostatni epizod kampanii wrześniowej. Jedyna iskierka nadziei została stłumiona.
    Do tego dotknęły mnie własne niepowodzenia. Moją liczną rodzinę składającą się z siedmiu rodzin  zamieszkałych w powiecie gostynińskim i kutnowskim, Niemcy wysiedlili z ich zamożnych gospodarstw i wywieźli na tułaczkę po całej Generalnej Guberni.  Nie mogłam więc liczyć na pomoc rodziny, a odwrotnie, to ja musiałam Im pomóc. W 1940 roku zabrałam szesnastoletnią siostrzenicę Zosię, aby ustrzec Ją przed wywiezieniem do Niemiec. Ta dzielna dziewczyna nie była nam ciężarem, a odwrotnie stała się podporą, ona bowiem stworzyła mi warunki do później podjętego zadania pracy w Tajnej Komisji Oświatowej (TON) i na innych odcinkach życia konspiracyjnego. Koleżanka Janina Granat była moim duchowym przewodnikiem, filarem szkoły, chociaż to ja byłam jej kierownikiem. Ona również pomagała mi w wychowaniu mojego dziecka. Ona w większym stopniu niż ja prowadziła tajne nauczanie w naszym najbliższym środowisku. Ona w ciemne wieczory, bez światła, bo nie było nafty, opowiadała filmy barwnie  i tak dokładnie, że zdawało się nam, iż patrzymy na ekran, którego nie oglądałyśmy przez całą wojnę.
     Rósł terror faszystowski, a w miarę jak wzrastał terror, rosła solidarność, wzrastało zaufanie do nauczyciela. Jeszcze raz  w ciągu tego roku miałam możliwość wyjazdu z Libiszowa. Mąż mój był internowany na Węgrzech, przebywał niedaleko granicy i stosunkowo łatwo mogłam się tam dostać, ale nie miałam siły opuścić swojej placówki. Czułam, że jestem tu potrzebna, bo ludzie często, coraz częściej, zwracali się po radę i pomoc do nauczyciela.
     Nauczyciel opoczyński odegrał wielką rolę w spisach zasiewów dokonywanych raz do roku i spisach inwentarza, które odbywały się dwa razy do roku. Robił to najczęściej bezinteresownie, chroniąc rolników od nadmiernych kontyngentów. Jeśli spisywał nie nauczyciel, ludzie musieli płacić haracz w naturaliach, a i tak nie mieli równie dobrze obliczone, jakby to zrobił nauczyciel. Przeciętny chłop opoczyński nie zawsze zdawał sobie sprawę z tego, jaki areał ziemi przeznaczył na poszczególną uprawę i nawet często nie wiedział, ile tej ziemi posiada, nie znał się na hektarach i arach. Z zaufaniem odnosił się do nauczyciela, by zrobił mu  te obliczenia. Obsiewało się więc, naturalnie na papierze, areał ziemi, poświęcając znaczną część na paszę zieloną, na łubin i w ten sposób zmniejszało się ilość ziemi podległej kontyngentowi. Trzeba było własnoręcznym podpisem stwierdzić – wbrew prawdzie -fakt nieposiadania przez rolnika inwentarza. Krowy według takiego spisu dawały nie więcej jak 150 litrów mleka rocznie, a świń prawie z zasady nie było, a jeżeli  były, to rosły z tym samym kolczykiem kilka lat. Wszystko to miało na celu ochronę rolnika przed odebraniem mu reszty środków do życia, zawsze ubogiego, a w czasie okupacji doszczętnie materialnie wyniszczonego. Wtedy ludzi docenili nauczyciela, tym bardziej, że wszystko czynił bezinteresownie, przyjmując czasem za własną pracę, dobrowolny ekwiwalent: jedno jajko, trochę kaszy czy fasoli.
     Na pomoc materialną ze strony wsi nauczyciel nie mógł wiele liczyć, bo chłop opoczyński zawsze biedował, a w czasie wojny jeszcze bardziej. Miesięczne pobory nauczyciela doszły do wartości pół kilograma masła, przydziały dla nauczyciela na wsi były znikome. Koleżanki robiły więc swetry, gotowały mydło i za to otrzymywały mąkę, kaszę, fasolę, rzadko tłuszcz. Mimo że nauczyciel biedował, nie zdarzało się, aby poszedł na łatwy zarobek albo hańbiący. Nie zdarzało się prawie, żeby ktoś handlował alkoholem.
     W szkole jawnej, mimo zakazu uczenia historii i geografii, nauczyciel starał się  na języku polskim podawać wiadomości z zakresu wyrugowanych przedmiotów, czasem też przerabiał kurs szkoły średniej. W najrozmaitszy sposób chronił biblioteczkę szkolną od zniszczenia, otaczał szczególną opieką godło i napis  „Szkoła” na budynku szkolnym. Na wsi opoczyńskiej mało który nauczyciel otrzymywał równoważną zapłatę za dodatkowe tajne  nauczanie. Czasem zapłata ta była tylko symboliczna w postaci artykułów żywnościowych, najczęściej była to praca całkowicie bezinteresowna.
     Ważnym problemem dla wsi i nauczyciela byli wysiedleni. Zaraz w pierwszym roku przybyli wysiedleni z Poznańskiego, później z Kujaw, Łodzi  i Mazowsza. Chłopom nie mieściło się w głowie, że ci ludzie bez winy zostali wyrzuceni z domów i swoich majątków. Początkowo warunki tych wysiedlonych były ciężkie, później uległy zmianie na lepsze, szczególnie w mieście.
      Wielkim rozczarowaniem była dla nas wiosną 1940 roku klęska Francji, z którą jak i z Anglią Polacy wiązali tak wielkie nadzieje. Do Francji przybywali Polacy z Rumunii i Węgier. Tam też z Węgier podążył mój mąż. Kapitulacja Francji zastała go w drodze i zmusiła, tak jak innych, do skierowania się na Bliski Wschód. Od czasu do czasu otrzymywałam dowody jego istnienia różnymi drogami.
    Drugi rok szkolny rozpoczął się o tyle w lepszej atmosferze, że było większe zrozumienie potrzeby nauki. Jednak dzieci i w tym roku często nie przychodziły do szkoły, bo musiały ukrywać inwentarz przed Niemcami. W marcu 1941 roku nauka została przerwana na trzy miesiące, gdyż szkołę zajęli na kwatery Niemcy jadący na Wschód. Ja z koleżanką, córką i siostrzenicą wysiedloną z Kutnowskiego zajmowałyśmy jeden pokój; klasy oraz drugi pokój, a nawet kuchnię zajmowali Niemcy. Żołnierze Wehrmachtu byli inni od  gestapowców czy esesmanów. W czasie tych trzech miesięcy nie zrobili nam żadnej krzywdy, ale ani na chwilę nie zapomniałyśmy, że mamy do czynienia z wrogiem. Pamiętam, że moja sześcioletnia córka, chociaż była. spragniona słodyczy, nie wzięła od Niemca cukierków, ciastek czy też pomarańczy i leżały one nietknięte w miejscu, gdzie Niemiec je położył. Nie skorzystałyśmy z propozycji wysłuchania urządzonego w klasie koncertu. Zmusiłyśmy ich do poszanowania zostawionego nam jedynego pokoju, nawet jeden z podoficerów, wchodząc do nas zdjął buty. Pamiętam, że często prowadziłyśmy z Niemcami  śmiałe dyskusje na temat ich wiary w zwycięstwo Hitlera i równocześnie starałyśmy się o to, by wzbudzić szacunek do Polaków. Pamiętam wielkie rozczarowanie żołnierzy, kiedy 5 maja 1941 roku Hitler przez radio powiedział: „Bóg mi świadkiem, że nie jestem winien, że wojna się przedłuża.” W czasie kwaterowania Niemców z Wehrmachtu w naszej szkole przeżyłyśmy raz wielki strach. Nasze radio głośnikowe oddałyśmy  w roku 1940 dla żołnierzy Hubala do lasu, ale przy likwidacji aparatów na rozkaz Niemców przez gminę otrzymałyśmy dwa inne aparaty, które ukryłyśmy w drwalce pod drzewem. Niemcy upatrzyli sobie tę drwalkę na komorę gazową do ćwiczeń i przyszli nas zapytać, gdzie złożyć drzewo. Truchlałyśmy ze strachu, widziałyśmy się już w strasznych opresjach, no ale na szczęście Niemcy nie zauważyli zagłębienia, wyrównali ziemię i szczęśliwie uniknęłyśmy strasznych w takich wypadkach opresji.
    Wojna niemiecko- rosyjska, te wieści o zwycięstwach hitlerowców na wszystkich frontach, wzrastający terror, ciągłe aresztowania wokół budziły uczucia beznadziejności.  Wreszcie nastąpiła  odwilż, zaczęła się załamywać niemiecka potęga na Wschodzie. Sama widziałam w Koluszkach wracające transporty wojsk niemieckich, przemrożonych, brudnych żołnierzy. Zaczynała się budzić nadzieja, lasy spalskie i kieleckie zaroiły się od partyzantów. Z nadzieją wzrastała chęć czynu. Na wiosnę 1942 roku, dnia 1 maja, w moim domu, została zorganizowana Powiatowa Tajna Komisja Oświatowa (TON). W skład tej Komisji weszli: przewodniczący Stefan Szymański ze Studzianny (były nauczyciel z Częstochowy), kolega Jan Nowak, kierownik szkoły w  Modrzewiu, kolega Jan Szczepański z Kruszewca, Wincenty Ulanek, kierownik ze Sławna i ja. Mnie przypadła w udziale funkcja opieki nad rodzinami nauczycieli dotkniętymi skutkami wojny czy terroru hitlerowskiego.
    Od jesieni 1942 roku zaczęło się dla mnie życie bardzo pracowite. Do moich obowiązków w ramach Komisji należało odwiedzanie rodzin podopiecznych, udzielanie im pomocy materialnej, przeważnie w postaci zasiłków pieniężnych w miarę napływania ich bezpośrednio z Warszawy (najczęściej za pośrednictwem Stefana Szymańskiego pracującego wówczas koło Rawy Mazowieckiej), załatwianie wszelkich spraw Komisji na odwiedzanym terenie), a często również świadczenie pomocy moralnej.
     Niestety, po roku działania, Komisja utraciła jednego z członków, kolegę Nowaka. W dniu 3 czerwca aresztowano w powiecie 75 nauczycieli. Aresztowanie to poprzedził objazd terenu przez ówczesnego podinspektora połączonych powiatów, opoczyńskiego i rawskiego z siedzibą w Tomaszowie Mazowieckim, znanego szubrawca, którego dosięgnęła zasłużona kara śmierci w czerwcu 1944 roku po odbytej wizytacji w Rożenku.
    Dnia 6 sierpnia tegoż roku, w czasie masowych aresztowań w Studziannie, został również aresztowany Stefan Szymański, który tego dnia powrócił z Warszawy z instrukcjami i nocował w domu. Kolega Stefan z obawy przed zabraniem mu tajnych papierów bronił się. Otrzymawszy całą  serię w brzuch powiedział: „Teraz możecie mnie zabrać” . W drodze do Tomaszowa umarł. W osobie kolegi Stefana straciliśmy duszę Komisji, baliśmy się również o to, że działalność Komisji jest pod obserwacją i przez dłuższy czas nikt z nas nie spał w domu.
    Kolejnym przewodniczącym został Władysław Baran, były podinspektor z Lidy mieszkający w czasie wojny w swojej rodzinnej wsi Ogonowice.
    Działalność Komisji (TON-u) szła w następujących kierunkach:I. Prowadzenie tajnego nauczania w zakresu pełnej szkoły podstawowej i w zakresie szkoły średniej, II. Przygotowanie szkoły do pracy w wolnej Polsce, III. Troska o ideową i moralną postawę nauczyciela, IV. Opieka nad rodzinami nauczycielskimi poszkodowanymi przez wojnę i terror.
    Nie posiadam dokumentów tajnego nauczania. Do większych ośrodków należały Białaczów i Bukowiec. Największym ośrodkiem tajnego nauczania były Lipiny.
     Zapamiętałam szczególnie  jedną taką wędrówkę po powiecie. Było to 1 i 2 listopada 1943 roku. W dniu 26 października tegoż roku uległy pacyfikacji trzy zachodnie gminy powiatu opoczyńskiego. Była to straszna pacyfikacja. Nie mam ścisłych danych, ile tam wtedy osób zginęło, ile zostało zaaresztowanych, ale był to naprawdę sądny dzień, brano z list i przypadku. Ludzie bronili się w heroiczny sposób. Nie wydali głosu zakopani w słomę, chociaż byli kłuci bagnetami Jeden mężczyzna, za którym gestapowcy wpadli do domu, uratował się w kominie, chociaż i tam zaglądano, ale nie zobaczyli go, bo dym zasłaniał, a on wędził się żywcem. Inny kolega, Edward Milas, leżał przez sześć godzin w rzece Czarnej. Wielu ludzi uciekło na tak zwaną Diablą Górę. Myśleli, że ocaleją, ale i tam Niemcy trafili. Otoczyli górę i część wybili, mała grupa uratowała się ucieczką, a część zabrano. Został wtedy aresztowany nasz kolega senior Franciszek Wojciechowski z Aleksandrowa. Miałam wtedy za zadanie dotrzeć do wielu punktów na spacyfikowanym terenie. W tamtą stronę udało mi się skorzystać z furmanki. Nocowałam w Mniszku, a stamtąd  udałam się do Błogiego, na noc dotarłam przez Dąbrowę do Aleksandrowa, do żony aresztowanego kolegi Wojciechowskiego. Drogi od wsi do wsi były zupełnie puste, ludzie po „krwawej niedzieli” byli tak przestraszeni, że nie wychylali się prawie z domów. Pani Wojciechowska przyjęła mnie bardzo gościnnie, ale  była zupełnie załamana, podobno ciężko odchorowała swoją tragedię i już nie odzyskała zdrowia psychicznego. W drodze powrotnej zahaczyłam jeszcze o kilka miejscowości, między innymi  w Wielkowoli ukrywał się kolega Sapieja z Drzewicy, który dopiero po rozpoznaniu, że to jest swój człowiek, wyszedł z ukrycia. Wróciłam do domu zgnębiona i jak gdyby zza świata.
    Tę trzydniową podróż odchorowałam, bo wymagała ona wiele wysiłku fizycznego, a ja  nie byłam silna, a przy tym droga ta wyczerpała mnie nerwowo.
    Opiekę nad wysiedlonymi i nad biednymi w Generalnej Guberni sprawowała legalna organizacja RGO (Rada Główna Opiekuńcza) . Komitety RGO znajdowały się również w gminach. Na terenie mojej gminy ja również należałam do gminnego komitetu i w związku z tym miałam trochę obowiązków przy rozdziale pomocy dla podopiecznych i badaniu ich warunków życia.
    Trzeba dodać i to, że zaopatrywanie mojego domu w żywność należało również do mnie, bo koleżanka, fizycznie słabsza jeszcze ode mnie, nie mogła tego robić,  a dwudziestoletnia siostrzenica, nie mając Ausweisu (karty pracy), nie mogła wychylać się poza obręb wsi. Za to w domu byłam zwolniona od wszelkich prac. Całe gospodarstwo prowadziła siostrzenica. Koleżanka zastępowała mnie w pracy szkolnej. Jak zaszła taka potrzeba, obie opiekowały się moją córką lepiej, niż ja bym to robiła. Koleżanka poza pracą szkolną prowadziła tajne komplety, w których ja również  brałam udział, ale moja praca nie mogła być systematyczna.
    Wzmagający się terror – w miarę ponoszonych przez Niemców porażek - powiększał liczbę ludzi bezdomnych.  Musieli się tułać, gdyż nie mogli u nikogo zamieszkać na stałe bez narażenia na niebezpieczeństwo. Mój dom stał się również przytułkiem dla ludzi „spalonych”. Zetknęłam się wtedy z patriotyzmem ludzi o odmiennych nawet przekonaniach. Wszystkich nas łączyło jedno, walka z wrogiem. Zdawało się wtedy, że nas, Polaków tak mało różni. Nie wiem nawet kiedy, mój dom stał się – do pewnego stopnia – ośrodkiem życia politycznego w powiecie. życia był ludowiec, Władysław Głobiński, chłop małorolny ze Studzianny, człowiek o dużym wyrobieniu społecznym. Głobiński, zanim został „spalony”, pracował w powiatowej Spółdzielni Handlowej w Opocznie. Tu pracował wydatnie na szkodę Niemców, pomagając wielu Polakom.
    Wielką pomocą służył w pracach Komisji Oświatowej Komisji Oświatowej kolega Władysław Wojtaszek z Kozenina i kolega Edward Milas, który pracował na krańcu powiatu, w Dąbrowie nad Czarną oraz Wincenty Klimek z Radzic. Pomagali oni w załatwianiu różnych spraw oświatowych na zachodnim krańcu powiatu. Współpracowali też z Komisją: Andrzej Chmal z Sobawin, chłop z mojego rejonu szkolnego, Stefan Kołodziejczyk oraz Sobczyk ze Studzianny. Ten ostatni oddawał się sprawie z całym poświęceniem i odznaczał się nadzwyczajnym rozumem i rozwagą. Za pośrednictwem tych osób docierały do ludzi nasze komunikaty, niektóre były nawet drukowane.
    Postrachem dla nas, nauczycieli, był podinspektor Schulratu  tomaszowskiego, Jakub Melnyk, przedwojenny nauczyciel  z naszego powiatu. Był on Ukraińcem wrogo nastawionym do Polski.  Inni koledzy narodowości ukraińskiej  wyjechali w roku 1940, on natomiast pozostał, angażując się na nasze nieszczęście na stanowisko podinspektora w Tomaszowie. Baliśmy się go strasznie, bo znał wszystkie kąty i ciągle „węszył”. On to naznaczył drogę gestapowcom w pamiętnym dniu aresztowania, trzeciego czerwca 1943 roku, odwiedzając prawie wszystkich aresztowanych trzy dni wcześniej. Był wtedy i u mnie, ale nie wiem, czemu przypisać swoje ocalenie, czy tylko dlatego, że byłam kobietą, bo wśród aresztowanych byłą tylko jedna koleżanka ze Studzianny, czy też dlatego, że miałam szczęście kiedyś zamieniać z nim placówkę Zychorzyn na Żelazowice, czy też dlatego, że powstrzymałam się od okazania pogardy, jaką czułam do tego nędznika. Odetchnęliśmy, kiedy na jakiś czas wyjechał na to samo, zdaje się, stanowisko w powiecie złoczowskim, ale pognany przez następujące wojska Armii Czerwonej wrócił już z bardzo rzadką miną. W roku 1944 w drodze po wizytacji dosięgnęła go jakaś sprawiedliwa ręka  za Wielkowolą i położyła kres jego marnemu życiu.
     Nie mogę w swoich wspomnieniach opuścić smutnego faktu, plamy na honorze nauczyciela opoczyńskiego. Już w roku 1940 jeden z naszych kolegów został w naszej obecności aresztowany w czasie jakiegoś przeglądu lekarskiego, któremu byliśmy poddani, nie wiem już, z jakiej  okazji. Co ten kolega przeżył w rękach oprawców hitlerowskich, tego nikt z nas się nie dowiedział. Uważaliśmy go już za straconego, gdy niespodziewanie wrócił i pracował do roku 1943. Należał do tajnego Stronnictwa Ludowego. Jesienią roku 1943 stwierdzono, że był szpiegiem działającym od chwili zwolnienia go z więzienia, czyli od przeszło trzech lat. Uratował się ucieczką od wykonania wyroku śmierci. Do swej działalności się podobno przyznał, ale nie przyznał się do tego, że komuś z nauczycieli szkodził i nikt mu tego nie dowiódł. Nie wymieniam nazwiska,  bo chcę wierzyć, że była to tylko straszna pomyłka. Przeżyłam ten wypadek bardzo mocno, gdyż sąd nad tym kolegą odbywał się w moim domu.
    W roku 1944 praca w Komisji stawała się bardzo ciężka. Kolega Szczepański zachorował na zapalenie płuc, kolega Baran coraz bardziej zapadał na płuca, ja czułam się również wyczerpana. Podział pracy na rejony gminne i wybór komisji gminnych usprawnił pracę, ale i tak trzeba często było dotrzeć do najdalszych krańców powiatu. Wśród przewodniczących komisji gminnych wyróżniał się kolega Marian Frankiewicz.
    Na północnym wschodzie powiatu prowadzona była piękna placówka oświatowa: Tajna Szkoła Podstawowa i Gimnazjum Ogólnokształcące w Lipinach. Dotąd jest dla mnie tajemnicą, w jaki sposób dokonywała cudów dyrektorka tej szkoły, koleżanka Helena Spoczyńska, była nauczycielka szkoły średniej w Chorzowie, aby stworzyć tę placówkę w małej położonej wśród lasów wiosczynie opoczyńskiej, liczącej zaledwie kilka domów. W tym samym budynku mieściła się szkoła podstawowa  prowadzona przez siostrę Heleny Spoczyńskiej.  Nie wiem, skąd czerpała fundusze na prowadzenie tej placówki. To pewne, że poborów, ani ona, ani jej siostra, która prowadziła szkołę podstawową, ani  ofiarny  personel nie otrzymywali, bo ewentualne wpłaty od uczniów szły na ich dożywianie, a środki pieniężne otrzymywane za moim pośrednictwem z funduszu Powiatowej Komisji  były naprawdę znikome. Szkoły te znajdowały się w rodzinnym domu dyrektorki, były też komplety w Brudzewicach, Studziannie i Odrzywole, które tworzyły całość organizacyjną. W szkole tej uczniowie zdawali maturę przed Komisją Egzaminacyjną. Tam też składała egzaminy młodzież ze wschodniej części powiatu, z innych ogniw tajnego nauczania.
     Pewnie musiała być pomoc ze strony społeczeństwa, ale trzeba znać warunki materialne powiatu opoczyńskiego, szczególnie trudne czasie wojny, aby ocenić ogrom pracy tej cichej bohaterki.
     Praca koleżanki Spoczyńskiej i jej zespołu miała dużą wartość wychowawczą. W młodzieży widziało się nie tylko ówczesnych bojowników o wolność, ale także przyszłych bojowników Polski Ludowej. Bardzo często uczniami byli partyzanci.
     Chociaż moja droga do tego sanktuarium wiedzy była daleka (około 30 km) i odbywana pieszo, szłam tam chętnie, przez lasy. Zabierałam w drogę trzy pary butów: jedną po mężu na niskim obcasie, ranne pantofle własnej produkcji i drewniaki „do gali”, które zakładałam wtedy, kiedy miałam wystąpić jako reprezentant Komisji Powiatowej.
    Często po drodze miewałam różne przygody, ale zawsze udawało mi się wrócić do swojej chaty. W czasie powstania warszawskiego szkoła w Lipinach cieszyła się dużym powodzeniem. Przybyło wielu nauczycieli z Warszawy.
     Jednym z ważnych zadań Komisji było podtrzymywanie na duchu nauczycieli, którzy w trudnych warunkach materialnych narażeni byli na ciągłe niebezpieczeństwo, a mimo to godnie wypełniali swoje obowiązki. Nie było prawie wypadku, żeby nauczyciel dal swym zachowaniem zły przykład. W dzień pracował w szkole, w nocy należał do podziemnej armii walczącej z wrogim.
     Większe ośrodki tajnej pracy znajdowały się w Białaczowie, Opocznie i Bukowcu. Po powstaniu wielu wysiedlonych ze stolicy nauczycieli zgłosiło się do pracy w szkolnictwie tajnym. Część z tych nauczycieli była objęta opieką Komisji.
     Stosunki koleżeńskie w tych czasach wśród nauczycielstwa były miłe i serdeczne. Nigdy w życiu nie byłam w tak serdecznych stosunkach z koleżankami jak wtedy. Przede wszystkim między mną a koleżanką Janiną Granat, z którą pracowałam i mieszkałam  razem przeszło pięć lat, wywiązała się głęboka przyjaźń, której nie przeszkadzała różnica poglądów na różne sprawy. Jeżeli jedna drugiej zrobiła mimowolnie jakąś przykrość, to tym się martwiła i starała się naprawić krzywdę. Janina była człowiekiem o niezwykłej osobowości i kulturze. Słabsza ode mnie fizycznie,  zastępowała mnie w domu i to pozwoliło mi oddawać się pracy społecznej. Drugą osobą mi bliską była siostrzenica Zofia Kosowska, młode pisklę wyrzucone z rodzinnego gniazda. Tęskniła za nim bardzo, marzyła, aby wrócić do rodzinnej wioski w powiecie kutnowskim, zmienić jej oblicze (była absolwentką szkoły rolniczej), zorganizować życie spółdzielcze na wsi. Do tej roli bezustannie się przygotowywała, kończąc w Libiszowie korespondencyjne kursy spółdzielcze. Przede wszystkim jednak prowadziła nasze wspólne gospodarstwo, pracowała z wielkim samozaparciem na przyszkolnej działce, żeby wyhodować ziemniaki i warzywa, robiła swetry, uzupełniając nasze wielkie braki w ubraniu. Obie moje serdeczne przyjaciółki miały tak dobry stosunek do mojej córki, że byłam spokojna o nią momencie, kiedy miałam opuścić dom. Moja rola wychowawcza polegała tylko na tym, żeby skorygować  stosunek córki do opiekunek, z czym nie miałam większego kłopotu. Moje współlokatorki tak starały się odsunąć ode mnie wszelkie drobne troski domowe, tak mi pomóc w wykonaniu mojego zadania, że ze wzruszeniem do dziś to wspominam. Zawsze kiedy wracałam, wychodził po mnie mądry pies Miś, a następnie zostawiał mnie, by zawiadomić o moim powrocie w domu i znowu powracał do mnie, by mi towarzyszyć w ostatnim etapie drogi. Zastawałam dom przygotowany na moje przybycie, najczęściej czekały na mnie zalewajka i kasza jaglana. 
    W zakres moich obowiązków wchodziła aprowizacja domu i sprawy niezwiązane z domem. Koleżanka bardzo się starała o to, aby mimo skromnych, wręcz niedostatecznych warunków materialnych, dom był na pewnym poziomie kulturalnym. Ona była pionem   w naszej szkole, chociaż ja byłam kierowniczką i pracowała z całym oddaniem, douczała młodzież, ona dała podstawy do dalszej nauki mojej córce. Siostrzenica  miała w swoich rękach sprawy gospodarcze, dolewała wody do zupy, kiedy zjawiali się goście, była niezmordowana, jeśli chodzi o wydawanie posiłków ludziom, którzy ich potrzebowali. Potrafiła ugotować coś z niczego. Była przy tym pogodna, umiała wszystkich rozweselić, chociaż sama głęboko przeżywała tragedię narodową i targała nią rozpacz o los najbliższych. Moje kochane współlokatorki stwarzały w domu taką atmosferę, że każdy czuł się tu bezpiecznie. Ludzie ze wsi z jakąś dziwną wiarą uciekali do nas w czasie łapanek młodzieży czy też z inwentarzem, chowali u nas  zboże   i wszystko, co mieli cennego. Jakoś się nigdy nie zawiedli. Nawet moja córka tak wyczuwała sytuację, że nigdy nie zdradziła tajemnic domu.
    Ze wzruszeniem wspominam moje koleżanki z sąsiednich szkół. Moją serdeczną przyjaciółką była koleżanka Marta Wójcik, nauczycielka z Trzebiny. Jej niepohamowana nienawiść do Niemców budziła w nas lęk o Jej bezpieczeństwo. Swą nienawiść wyrażała głośno, za co Ją gromiłyśmy. Umiała się też cenić w stosunkach z dworem, imponowała francuskimi kreacjami ( przed wojną pracowała sześć lat we Francji, była nauczycielką języka polskiego uczącą dzieci Polonii), którymi uzupełniała naszą garderobę. Krytykowała błędy dworu i potrafiła zmusić miejscowych ziemian do szanowania nas. Dzięki temu zmienił się stosunek dworu do nas i to raczej oni zabiegali o stosunki towarzyskie z nami, chętnie nas odwiedzali, a ich rezydenci równie chętnie uciekali od atmosfery życia dworskiego do atmosfery życia „demokratycznego”. Marta, najsprytniejsza z nas, gromadziła zapasy żywności  i dzieliła się nimi z nami jak również szykowała ją do paczek, które wysyłała do oflagów i stalagów. Uprawiała cebulę i czosnek., byla wyjątkowo  praktyczna i gospodarna, o czym może zaświadczyć obecny Marszałek Sejmu, Czesław Wycech, którego los, po powstaniu warszawskim, rzucił właśnie do Jej domu.
     Kochana, serdeczna koleżanka, w gromadzeniu zapasów myślała tylko o nas, wszystkim się z nami dzieliła, zapraszała nas do siebie i mówiła: „Jedzcie dziewczynki”. Gdy udało się Jej zdobyć ryby z Drzewiczki albo raz w roku kurę, przychodziła z tą zdobyczą do nas i robiła tak zwane chińskie przyjęcie, czyli przyjmowała nas u nas. Żadna ilustracja św. Mikołaja obładowanego darami dla grzecznych dzieci nie dorównywała obrazkowi, jaki ukazywał się nam w dzień Wigilii. Szła Marta, pięć kilometrów, często w czasie zawiei. Na lasce niosła paczkę z prezentami, w jednej ręce trzymała garnek z rybami (tradycyjny dar ze dworu Drużbackich w Zameczku), w drugim bańkę z zupą grzybową. Obok Niej kroczyła Zosia z Bielowic z kompotem i na przykład ciastem  (zawsze, chociaż owsiany, był), za Nią Ludka, bratanica Marty z resztą smakołyków i prezentów i ślicznymi bombkami na choinkę własnej produkcji z wydmuszek od jajek (istne arcydzieła).  
      Byłyśmy na oryginalnym weselu, gdzie pan młody był reprezentowany przez fotografię umieszczoną wśród biesiadników. Zosia wzięła ślub tu, a Jej Michał w oflagu, obozie jenieckim.
     Również Stefa Balonowa z Wygnanowa należała do grona moich bliskich. Była ona najmniej z nas odporna na działające huragany pożogi wojennej. Sama z dzieckiem w szkole, ponieważ Jej mąż przebywał w obozie w Murnau, koleżanka ta potrzebowała opieki moralnej i materialnej, którą w rozmaitej formie otrzymywała. Objęta była pomocą przez Komisję Oświatową. Pomagałyśmy Jej też w przygotowywaniu paczek dla męża. Jeżeli chodzi o pomoc dla jeńców, wciągałyśmy też do akcji zbierania świadczeń miejscowe społeczeństwo, a same robiłyśmy ciasto i piekłyśmy suchary. Takie paczki wysyłane były za pomocą Czerwonego Krzyża do obozów jenieckich.
     Z koleżanką Janiną Widomską z Januszewic łączyła mnie jedność przekonań na różne sprawy. Z Nią spotykałam się jednak tylko w gminie i Opocznie, gdyż odległość jak również brak czasu nie pozwalał nam na wzajemne odwiedzanie się. Widomska była dla mnie wzorem nauczycielki i prawego człowieka. Warunki domowe miała trudne: dwoje małych dzieci i prawie niewidomego męża, jednak to nie wpływało ujemnie na wypełnianie obowiązków nauczycielki. Koleżanka Widomska oburzała się zawsze na szerzące się pijaństwo administracji gminnych i lekkie traktowanie niektórych palących spraw. Nie wszystkie gminy miały tak lekkomyślny stosunek do spraw życiowych swego terenu, ale większość prowadziła beztroskie życie, chociaż nie mogę im zarzucić jakichś kontaktów z Niemcami, odwrotnie, mieli kontakt z walką zbrojną prowadzoną przez konspirację i odgrywali ważną rolę przy wyrabianiu dokumentów dla tak zwanych „spalonych”.
     Rok 1944 obfitował w wydarzenia następujące jedne po drugich. Nie było chwili wytchnienia. Należałam wtedy do Stronnictwa Ludowego, stąd ciągłe kontakty z ludźmi z organizacji. Dom mój był jakby stworzony do konspiracji. Często odbywały się w nim spotkania i narady. Coraz więcej przybywało ludzi „spalonych” i bezdomnych, których trzeba było przyjąć pod swój dach, podzielić się żywnością, której dla nas samych nie wystarczało. Koledzy, z którymi współpracowałam w Komisji, zapadli na zdrowiu. Kolega Baran zachorował na gruźlicę, kol. Szczepański na zapalenie płuc, na mnie więc złożono obowiązki przewodniczącej Komisji Oświatowej.
    Rodzina moja powiększyła się o jeszcze jedną osobę, Janka Kosowskiego, dwudziestoletniego siostrzeńca z powiatu kutnowskiego, z ziemi przyłączonej do Rzeszy, czyli Wartegau. Zbiegły z Rzeszy, uciekinier z pracy w fabryce w Głownie, z „lewymi” dokumentami, nie mógł iść do pracy. Niezatrudniony przez miejscowy Arbeitsamt, nie był bezpieczny u mnie, a poza tym – będąc już poprzednio w akcji podziemnej - rwał się do czynu. Trzeba było Go niejednokrotnie „tłumić”, by nie ściągnął na siebie i na nas nieszczęścia, tym bardziej, że nie znał terenu ani ludzi. Nie pracował więc, a jeść potrzebował.
      Nadszedł lipiec 1944 roku – ofensywa nad Wisłą.  Nastąpiła  odwilż w naszych uczuciach, budziła się nadzieja. Rozpoczęła się wędrówka ludów. Cywilni Niemcy przesuwali się na Zachód, zdawało się więc, że przyszedł odpowiedni moment do wyjścia z konspiracji i połączenia się z siłami, które łamią potęgę niemiecką. Zainstalowane w klasie na czas wakacji małe kryształkowe radio podawało wiadomości spod Warki. Niestety, pojawiły się jak fata morgana i ucichły. Wybuchło to straszne powstanie. Widoczne były dymy pożarów Warszawy, słyszeliśmy wieści z pierwszych dni powstania, a potem nadchodziły transporty powstańców i ludności cywilnej. Bezładne opowiadania o piekle przeżytym w stolicy zlewały się w jakąś okropną całość. Do mojej świadomości nie docierały już pojedyncze skargi ludzi, powstał jakiś niepojęty obraz piekła, a trzeba było z tego koszmaru obudzić się, ludzie wydarci śmierci chcieli jeść. Wyszli z domów w gorący sierpniowy dzień, bez ciepłych ubrań, często boso. Trzeba było rozmieścić ich, by mieli dach nad głową, jakieś miejsce do spania i jaki taki posiłek. Mnie znowu, z ramienia RGO, przypadł obowiązek zajęcia się - wspólnie z sołtysami – rozmieszczeniem tych ludzi. I od tej pory już czas nie należał do mnie. Codziennie, nieraz od piątej rano, zjawiali się ludzie, żeby się pożalić, poskarżyć, prosić o interwencję. Trzeba było rozwiązywać problemy i konflikty, trzeba  było tak postępować, by nie było krzywdy po żadnej stronie. Żale ze strony wysiedlonych były słuszne i niesłuszne. „Można cholery dostać od tego barszczu!” – skarżyła się niejedna. Cóż jednak innego mogła dać wysiedleńcom  wieś opoczyńska ponad barszcz i kaszę jaglaną? Dawałyśmy z domu wszystko, co dać było można: pierzynę, dywany, a nawet chodniki do przykrycia. Siostrzeniec sporządzał lampki i piecyki z puszek od konserw, ale ta pomoc byłą kroplą w morzu potrzeb tych ludzi,  A jesień po upalnym czasie powstania była tak przykra, tak mokra, że tonęło się w gliniastym błocie do łydek.
     Stosunek ludzi ze wsi do warszawiaków na pewno nie we wszystkich wypadkach był dobry, ale przynajmniej  połowa ludzi to byli tacy, którzy dawali wszystko to, co sami jedli, a nawet zdarzały się sytuacje, że dawali wysiedlonym lepiej jeść  niż sami jedli. Trudno ocenić, czy to robili z serca, czy dla pochwały. Były też naturalnie dość liczne przypadki złego stosunku do wysiedlonych. Trzeba było być Salomonem, aby zażegnać niejedną burzę, żeby jakoś wybrnąć z tej sytuacji, poprawić wzajemne stosunki.
     Ja przyjęłam do siebie żonę profesora Wyższej Szkoły Handlowej, panią Wandę Pikielową. W listopadzie odnalazł się Jej mąż i przebywali  u mnie do stycznia 1945 roku. Więcej osób przyjąć nie mogłam, bo ani warunki materialne, ani praca konspiracyjna na to nie pozwalały. I tak już było nas siedem osób. U koleżanki Marty było łącznie z Jej siostrzenicą i gospodynią dziewięć osób, w tym późniejszy marszałek sejmu, Czesław Wycech, wraz z córką i synem. Marszałka poznałam u Marty. Widziałam, jak sprawiedliwie rozdzielał chleb, krojąc na przemian, to z bochenka czarnego, to z białego i dzielił go pomiędzy domowników. Miałam też przyjemność gościć Marszałka u siebie w Libiszowie, gdzie nastąpiło przypadkowe spotkanie z Wojtaszkiem. Obaj przypominali sobie czasy przedwojenne, kiedy to w swojej pracy kulturalno – oświatowej i politycznej nie zgadzali się z linią rządu sanacyjnego i byli za to prześladowani. Już wtedy wiedziałam, że Wycech kierował pracą podziemną. Marszałek był w powiecie opoczyńskim tylko około miesiąca, poczym wyjechał do Krakowa na poszukiwanie żony.
     Jeżeli chodzi o stosunek do wysiedlonych, to trzeba przyznać, że lepiej spisywały się dwory niż okoliczni księża. Pewnie, że spośród ludzi przebywających na przykład  we dworze w Zameczku  znaleźli się  przede wszystkim ludzie związani z nimi jakimś pokrewieństwem, ale oprócz tych byli różni. Często, szczególnie po powstaniu, zasiadało u nich przy stole ze czterdzieści osób, a jeszcze oprócz tego dawano porcje żywności dla tych poza dworem. Wprawdzie przy stole dworskim, im dalej siedział ktoś od pierwszego miejsca, tym jego nadzieja na zjedzenie jakiegoś skwarka malała, to jakoś się jednak pożywił. Dwory naturalnie popierały bardziej NSZ niż AK i BCh, natomiast księża na ogół zachowywali się aspołecznie, odwracali się od udzielania pomocy ( zastrzegam się, że nie znałam pod tym względem księży z całego powiatu). Inna rzecz, że chłopcy z lasu regulowali te sprawy i nie dawali księżom opływać w dostatkach; oni także często cierpieli biedę.
     Zdawało się, że ogień powstania warszawskiego przeniósł się na całą, maleńką zresztą, Generalną Gubernię. Niemcy gorączkowo przystąpili do likwidacji oddziałów partyzanckich. Większe oddziały zostały rozproszone. Żołnierze armii podziemnej przeszli na „meliny”, wszędzie było pełno ludzi i czuło się strach o ich i swoje bezpieczeństwo. Na Pilicy Niemcy umacniali linię obrony i codziennie wywozili ludzi do tej akcji, a stamtąd często w nieznane. W takich warunkach zdrowie moje zaczęło szwankować.
      Atmosfera przy końcu roku 1944 stawała się bardzo ciężka. W przeludnionej Generalnej Guberni zaczęliśmy się formalnie dusić. O 10 kilometrów od mojej szkoły, przez Inowłódz, przebiegała linia obrony Niemców przed Armią Czerwoną. Czuło się dynamit pod nogami. Epilog powstania warszawskiego, łapanki, wywożenie młodzieży na okopy i w nieznane, rozbijanie po lasach całych oddziałów partyzanckich, to było życie, które w każdej minucie mogło się skończyć. Śmierć była codziennym druhem i była niestraszna, zdarzały się  gorsze rzeczy. Kiedyś szłam do kolegi Barana do Ogonowic i słyszę płacz ludzi. Podchodzę i dowiaduję się, że jechali własowcy i tak bez powodu strzelali sobie do ludzi. Ofiary leżały na drodze. Gdybym szła te 20 minut wcześniej, czy tam bym nie leżała? Moje siły fizyczne opadały zupełnie: anemia i wyczerpanie nerwowe złożyły mnie na cztery tygodnie do łóżka, ale i wtedy nie przestałam pracować. W tym czasie kolega Świetliczko, prezes okręgu łódzkiego, oddał w moje ręce pracę TON-u, a wkrótce kolega Baran zrzekł się przewodnictwa Komisji Oświatowej, bo czuł się coraz gorzej.
    Wigilię roku 1944 miałam zamiar spędzić w gronie rodzinnym, wspólnie z wysiedlonymi. Marta w tym roku miała nie przyjść, bo przecież i ona miała dla kogo urządzić te święta. W przeddzień wigilii postanowiłam obejść wszystkie domy na wsi i upewnić się, że wśród moich podopiecznych nie będzie człowieka, który nie miałby najskromniejszej chociaż wieczerzy. Niestety, nie było nam sądzone przeżycie w spokoju tej ostatniej wojennej wigilii.  Miałam ten wieczór spędzić ze swoimi domownikami w domu przy skromnym stole wigilijnym, przy tradycyjnej choince. Niestety, to było tylko marzenie. O godzinie piątej wieczorem miejscowa placówka oznajmiła mi przybycie partyzantów. Były to resztki oddziału Doliny  rozbitego w Kampinosie po powstaniu, dwudziestu kawalerzystów ze swoim dowódcą. Niedługo zjawił się oddział na koniach. Była to piękna i straszna noc spędzona wspólnie przy dość suto zastawionym stole wigilijnym. To dwór z Kraśnicy przysłał gotową wieczerzę, nie zapominając nawet o małej choineczce. W naszych sercach gościły dwa sprzeczne uczucia: radość z drogich nam gości połączona ze strachem przed ewentualnymi następstwami, z lękiem już nie o siebie, bo człowiek miał już czas oswoić się z niebezpieczeństwem, ale o bliskich i mieszkańców wsi. Sześć kilometrów od nas, w Opocznie, było gestapo. Zdawałyśmy sobie jasno sprawę z odpowiedzialności, jaka na nas ciążyła.  Przyjęcie lub nieprzyjęcie partyzantów na wigilię nie było od nas zależne, ale gdyby nawet tak było, czy miałby człowiek taką siłę, aby pokazać im drogę tam, skąd przyszli, do ciemnego, mroźnego lasu? Ci tułacze i nas siedmioro – odłamki czterech rodzin, jakież to było wzruszające. I ja, która zapomniałam modlitwy, modliłam się słowami pieśni śpiewanej przy maleńkiej choince umieszczonej na wigilijnym stole:
      O Boże, skrusz ten miecz, co siekł nasz kraj!
      Do wolnej Polski nam powrócić daj!
      By stał się twierdzą naszej siły
      Nasz dom, nasz kraj!
     Noc zeszła na opowiadaniach, na wspomnieniach i na recytacjach. Dzień wygnał naszych gości do lasu, gdzie byli ścigani przez Niemców. Nie wszyscy wrócili na przygotowaną następnego dnia kolację.
     Okres dzielący nas od świąt Bożego Narodzenia do rozpoczętej ostatniej ofensywy w dniu 12 stycznia 1945 roku był bardzo gorący. Nie było skrawka ziemi bezpiecznej, nikt nie wiedział, czy przeżyje następny dzień. Las przestał być schronieniem. Po świętach miałam za zadanie ugotowanie 150 kilogramów mydła i przygotowanie  do rozesłania go ludziom będących w trudnych warunkach materialnych, już nie tylko nauczycielom. Po wykonaniu tej pracy wyjechałam do Piotrkowa, bo jako przewodnicząca Komisji Powiatowej miałam się tam spotkać z okręgowymi władzami oświatowymi (Piotrków był siedzibą władz okręgowych, czyli tajnego kuratorium na województwo łódzkie) celem otrzymania instrukcji i nastawienia się do pracy w tym  okręgu. Wyjechałam w dniu 12 stycznia, czyli – jak się okazało - w dniu rozpoczęcia ofensywy na Wisłą. W Piotrkowie wszystko odbywało się starym trybem, jeszcze była w mieście łapanka. Konferencja trwała dwa dni, zetknęłam się wtedy z profesorem Julianem Żukowskim, który był przedstawicielem Departamentu Kultury i Oświaty na szczeblu wojewódzkim, z kolegą Nowakiem (?) i kolegą Janem Barteckim. Spotkałam tam po raz drugi Czesława Wycecha w jakże odmiennych niż poprzednio warunkach. Odwiedziłam wtedy koleżankę Skibową, która była pod opieką Komisji i przebywała wówczas w Piotrkowie. Po otrzymaniu instrukcji myślałam tylko o tym, żeby je po powrocie zrealizować.
     W niedzielę 14 stycznia wyjechałam z Piotrkowa do Skierniewic na tajną konferencję związkową. Podróż odbywałam razem z prof. Julianem Żukowskim i prezesem Okręgu ZNP, zasady  bezpieczeństwa nakazywały jednak zawsze przebywać  w pewnej od siebie odległości. Na konferencji był obecny kolega Czesław Wycech i prezes okręgu łódzkiego Stanisław Świetliczko. Zebranie odbywało się w budynku księgarni u kolegi Grunela. Referaty i dyskusje wyryły się głęboko w mojej pamięci i cementowały postanowienie pracy na moim odcinku. Nikt z obecnych nie zdawał sobie sprawy z sytuacji na froncie, nikt nie wiedział o rozpoczętej ofensywie.  Noclegu w Skierniewicach nigdy też nie zapomnę. Otrzymałam adres koleżanki emerytki. Poddasze, na którym mieszkała, mieściło się nad Wehrmachtem na ulicy Kolejowej 8. Nie byłam o tym uprzedzona i wiele przeżyłam, zanim się tam dostałam. Sprawiłam gospodarzom wiele kłopotu już po godzinie policyjnej i kiedy myślałam, że moje nieszczęście się skończyło, poprosiłam koleżankę, żeby – w razie , gdyby mnie ścigano – powiedziała, że jestem Jej kuzynką. Odpowiedziała mi, że ona codziennie chodzi do spowiedzi i kłamać nie może. Widząc, że mam do czynienia z chorą osobą, zdałam się na łaskę losu. Niewiele spałam tej nocy, bowiem w nocy koleżanka wstała i łatała koszulę, która już miała wiele łat, nitką wyciąganą z żółtego materiału. Przyjęła mnie  odciąganym mlekiem z wodą, ja miałam chleb. Za całe bogactwo miała ta koleżanka ładne futro i ono  właśnie zmyliło członków TON. Nie zdawali sobie sprawy z tego, że w ich zasięgu może być koleżanka w takiej sytuacji. A przecież ja miałam z sobą papiery i pieniądze, które kompromitowały mnie swoimi kolejnymi numerami. Nigdy chyba nie czekałam rana jak wtedy. Nazajutrz część uczestników wyjechała do Godzianowa na odprawę trójek gminnych powiatu łowickiego i skierniewickiego. Ja miałam zapoznać się z wysoko postawioną pracą w tych powiatach, by przenieść pozytywy do pracy w moim powiecie. Byłam olśniona tajną szkołą w Godzianowie, w której  nie zabrakło nawet  teatrzyku kukiełkowego.
     Nie dane mi było być do końca dwudniowej konferencji.15 stycznia wieczorem od przybyłych przedstawicieli kierownictwa  z Piotrkowa dowiedziałam się, że mam już drogę do domu odciętą przez front.
    Szesnastego stycznia rano próbowałam wsiąść do ostrzeliwanego pociągu na stacji w Płyćwi. Pod ostrzałem z karabinów maszynowych i artylerii ukryłam się w lasku i wtedy zdecydowałam się odbyć drogę do domu pieszo. Bezsenną noc spędziłam w Rogowie oświetlonym reflektorami bombardowanej Łodzi. Rankiem 17 stycznia próbowałam jeszcze raz w Słotwinach wsiąść do pociągu, ale trafiłam na moment dewastowania stacji i jej opuszczania przez Niemców. Postanowiłam omijać tory i weszłam na szosę, nie wiedząc, że i tam czyha na mnie niebezpieczeństwo. Szosa pełna lejów od bomb prowadziła do wsi Regny, w pobliżu której była podobno największa prochownia w Polsce. Znalazłam się tam w chwili, kiedy ludzie opuszczali swe domy, bo za pół godziny miały się rozlec pierwsze wybuchy wysadzanych w powietrze obiektów prochowni. Ludzie, jak mnie poinformowano w szkole, przewidywali możliwy rozwój wydarzeń  na podstawie tego, co działo się tu w 1939 roku. Nie było sensu tam pozostawać, ruszyłam znowu dalej, nie zwracając uwagi na dymy palonych właśnie przez Niemców  baraków zasłaniających drogę na skraju lasu i wybijanie przez nich szyb. Początek drogi przeszłam z dwoma robotnikami zwolnionymi z pracy w prochowni, ale ich droga prowadziła w lewo, a ja szłam dalej przed siebie przy akompaniamencie eksplozji wysadzanej w powietrze prochowni. Wreszcie puste pole i wieś Budziszewice. Jakież było moje przerażenie, kiedy ujrzałam sznur czołgów radzieckich. Na szczęście szkoła była tuż, tuż i tu znalazłam schronienie. Na budynku powiewała już flaga zwycięskiej armii, na ziemi leżały trupy żołnierzy radzieckich. Za chwilę był nalot. Kazano mi skryć się w piwnicy, która w moim  mniemaniu nie mogła być żadną ochroną, ale człowiek, kiedy tylko zakryje oczy, czuje się bezpieczniejszy. Była to jednak tylko chwila, poczym zdecydowałam się iść dalej z jedną z przekupek wracającą do domu z Koluszek czy Łodzi do jej domu. Szłyśmy naprzeciw pierwszym kolumnom zmotoryzowanych wojsk radzieckich. Gnali jak wichry. Kobieta podnosiła co chwilę ręce do góry, a ja korzystałam z tych Jej gestów, bo sama nie miałam siły, aby zdobyć się na podobną gimnastykę. Już o dobrym zmierzchu dotarłyśmy do celu podróży. Ludzie tu mieli do zaoferowania bardzo nędzny kapuśniak i legowisko na ziemi (podłogi nie było). Na drugi dzień opuściłam gościnny skrajnie biedny dom i próbowałam wracać do siebie. Marzyłam o tym, że dotrę po drodze do niektórych szkół w  powiecie, by załatwić sprawy związane z pracą w Komisji. Skoro świt ruszyłam w drogę ku domowi, ale znów na mojej drodze znalazły się czołgi. W lasach było pełno Niemców, którzy stawiali opór i znów teren był areną zawziętych walk, które zmusiły mnie do zatrzymania się w małej wiosce ( jej nazwy nie pamiętam). Tam mnie spotkało szczęście w nieszczęściu, a mianowicie towarzysza podróży do Opoczna, a w dodatku furmankę, bo był to zabłąkany podwodzianin. W piątek rano, 19 stycznia rozpoczęłam ostatni etap drogi, ale już furmanką. Droga prowadziła przez las. Coraz częściej napotykaliśmy trupy hitlerowskich żołdaków. Od Lubochni szła naprzeciw nas piechota radziecka, co chwila trzeba było zjeżdżać z drogi  i wsiadać w biegu. Co chwila któryś z żołnierzy chciał nam zabrać konia, inny, kierowany jakimś uczuciem, obronił nas.  Jechaliśmy przez spalone lotnisko Glinnik (obok Spały). Co chwila musieliśmy zbaczać z drogi w las, by zostawić wolną drogę nadjeżdżającym samochodom. A teren był zaminowany, wszak te miejsca nad Pilicą były ważnym punktem strategicznym uzbrojonym w bunkry i miny. Wjechaliśmy wreszcie do Inowłodza - miasta umarłych. Dużo domów było zniszczonych, trupy gęsto porozrzucane na ulicy i w podwórzach. Następnie kilka godzin  musieliśmy czekać na możliwość  przeprawy przez pontonowy most na Pilicy i jechać dalej po trupach dość gęsto usłanych na drodze żołnierzy zmarzniętych, sztywnych. Przed nami pozostał dziesięciokilometrowy odcinek drogi do mojej wsi. Jak straszny i przerażający widok przedstawiała ta droga. Zmarznięte, nagie trupy tej niezwyciężonej dotąd armii podnosiły się pod naciskiem kół wozu, budziły we mnie odrazę i coraz większy lęk o moich najbliższych, o moją chatę. Wreszcie pojawił się przed nami kres podróży – Libiszów. O ile dotąd może instynkt samozachowawczy kazał mi się bronić przed myślą o najbliższych, tak teraz pojawiła się trwoga, czy zastanę  wieś i ich. Piaszczysta droga prowadząca do wsi powiedziała mi wiele więcej niż przypuszczałam, zamieniona w asfalt pod ciężarem ciężkich pojazdów świadczyła o tym, że i tu przetoczyły się walki, że wieś znalazła się w samym centrum bitwy.
     Lęk o najbliższych spotęgował się jeszcze bardziej, gdy zobaczyłam na ostatnim zakręcie spalony dom. Z bijącym sercem szłam przez wieś. Zmrok już zapadał, ludzi nie było widać, a w dodatku bałam się zapytać i dowiedzieć się może tragicznej prawdy. Ostatni zakręt, kilka domów spalonych i jeszcze te ostatnie 400 metrów.
    Wreszcie jestem już blisko. Dom, czyli budynek szkoły stał nietknięty. Jeszcze kilka chwil  i wsunęłam się do mojego domu, szukając oczyma wszystkich moich bliskich. Wszystkich odnalazłam. Oni z kolei patrzyli na mnie, nie wierząc, że to rzeczywiście jestem ja. Zaczęły się wzajemne opowiadania. Dowiedziałam się, jakie koleje losu przeżyli w ciągu tego tygodnia.
     Domownicy moi przeżyli również niemało. Przez jedną noc (lub kilka dni) byli partyzanci ze znajomego oddziału Doliny, w drugą noc stacjonował sztab niemiecki, który właśnie wtedy otrzymał rozkaz ucieczki, następnego dnia pojawiły się wojska radzieckie, które pędziły za resztkami uciekającej armii niemieckiej. Padały często trupy żołnierzy niemieckich. Za chwilę po moim powrocie szkołę i część mieszkania zajęli żołnierze radzieccy. Większe bitwy i pojedyncze potyczki trwały jeszcze przez cały tydzień na terenie powiatu. Szczególnie ucierpiała część południowozachodnia. Okopy koło Opoczna stały się wspólnym grobem hitlerowców, na naszym cmentarzu w Libiszowie wyrosła zbiorowa mogiła z zabitych pojedynczych żołnierzy niezwyciężonej armii. Teraz szybko następowały ważne wydarzenia, moją chatę opuścili wszyscy, którzy znaleźli w niej schronienie. Wyjechali do swoich domów siostrzeniec Janek i siostrzenica Zosia. Państwo Pikielowie wyjechali jeszcze przed ofensywą. Zostałyśmy tylko obie z koleżanką i z moją córką. Trzeba jak najprędzej uruchomić szkołę, pełną, jawną szkołę w nowej, wolnej Ojczyźnie. Cóż, kiedy brakło sił do pracy. Ciężka choroba złożyła mnie w łóżku. Nie mogłam być na pierwszej powiatowej konferencji nauczycieli i nie mogłam tego przeboleć. Leżąc kilka tygodni w łóżku układałam w marzeniach to nowe życie w Polsce Ludowej,  pracę nowej szkoły.
       Pierwszy Zjazd Nauczycielski w Łodzi, którego byłam uczestnikiem, wiązał pracę szkoły podziemnej z nowymi zadaniami polskiej szkoły. Jednak nowe władze szkolne starały się to przemilczeć i chciały budować nową szkołę bez uwzględnienia  sił tkwiących w podziemnej pracy oświatowej. Owszem, komisje weryfikacyjne przystąpiły do pracy, ale czuło się, że materiał był martwy, że dało to jedynie nikłe efekty materialne, nie wykorzystano żywych ludzi do twórczej pracy oświatowej w Odrodzonej Polsce Ludowej
      Z dniem 1 września moja koleżanka, współpracowniczka, Janina Granat, odeszła, sprawy rodzinne zmusiły Ją do przeniesienia się do Ćmielowa. Straciłam przyjaciółkę, nie miałam zdrowia, córka kończyła sześć oddziałów. Wszystko to skłaniało mnie do przeniesienia się bliżej rodziny i szkoły średniej.  Z bólem serca żegnałam powiat, którego ścieżki tyle razy przedeptałam, który był mi już bliższy niż rodzinny.
      W listopadzie 1945 roku, wspólnie z kol. Wojtaszkiem, wystawiałam zaświadczenia z   podziemnej pracy oświatowej wszystkim kolegom i koleżankom i tym zamknęłam jeden okres mojego życia, a zaczęłam nowy, który również wcale nie był lekki.
      Wspomniałam już, że władze oświatowe nie otoczyły należytą opieką pracy podziemnej, ale czemu ludzie kierujący pracą nie włączyli się do rządzenia krajem, do prowadzenia wytyczonej przez siebie polityki oświatowej? Przecież działalność podziemna, a szczególnie praca oświatowa wymagała działań długofalowych, dopasowanych do warunków przejściowych w czasie okupacji, a następnie pracy w wolnej już ojczyżnie, której wizja nie znikała ani na chwilę. Jakie ja cięgi dostałam za to, że swoją orientację polityczna związaną z polityką Rządu Jedności Narodowej, z osobą ministra Wycecha i jego najbliższym otoczeniem. Byli  oni moimi przywódcami duchowymi aż do chwili, kiedy sformułowałam własny pogląd na sprawy. W pewnym momencie stanęłam na rozdrożu i nie wiedziałam, w którą stronę iść. Zadawałam sobie pytanie, czy chodziło tylko o zdobycie stanowisk i uważałam, że ludzie z podziemia zdrowi, pełni energii, z odpowiednim przygotowaniem powinni wejść do władz i zająć te stanowiska. Uniknęlibyśmy w ten sposób wielu błędów. Ja osobiście nie miałam żadnych ambicji. Byłam skołatana, chora, bez odpowiednich kwalifikacji. Jedyne moje kwalifikacje to pogarda śmierci i trochę odwagi, co było konieczne do organizowania  pracy podziemnej. Na zdobywanie kwalifikacji, co było dostępne, nie miałam zdrowia i możliwości życiowych.
     Miałam trochę dokumentów z tajnej pracy oświatowej w powiecie, ale trzymanie ich dotąd uważałabym za stwarzanie pewnego rodzaju stanu konspiracji, a ja takiego stosunku do Polski Ludowej mieć nie mogłam.
      Starałam się wszelkimi siłami zasłużyć na zaufanie władz i pracować dla dobra Polski Ludowej, zachowując równocześnie własną osobowość.
     Ale były chwile, że nie umiałam się ze wszystkim pogodzić, nie umiałam kłamać, godziłam się z tym, że tak jak wszyscy starsi, jesteśmy mierzwą, która istnieje po to, aby młodzi mogli wyciągnąć wszystkie soki ożywcze dla siebie, ale kiedy tę młodzież nastawiano przeciwko nam, kiedy kazali  spalać się im w imię wyższej idei, wstydzić się za patriotyzm rodziców idących trochę odmienną drogą do wolności, moja wizja demokratycznej Polski załamywała się. Trudno było się cieszyć, że moja córka, studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, musiała, aby uniknąć konsekwencji ze strony Związku Młodzieży Polskiej, ukrywać tak zwaną złą drogę do wolności jej Ojca, która wiodła szlakiem pustyni irackiej, pustyni afrykańskiej do  ona też to umiała ocenić, a przecież przy takim obciążeniu dziedzicznym mogła tego nie osiągnąć.
     Może nie oddałam obrazu walki z okupantem, życia codziennego społeczeństwa powiatu opoczyńskiego, a przynajmniej najbliższego otoczenia, nie opisałam łapanek, rewizji, aresztowań, walki o każdy kęs chleba dla siebie i innych. Odległość czasu  zamazuje ostrość obrazu.
     
    .

        
     
    ŻYCIORYS FRANCISZKI CHAŁUBIŃSKIEJ

     Franciszka Chałubińska ( z domu Lewandowska)  urodziła się 18 maja 1906 w Smolentach, w powiecie gostynińskim, województwie warszawskim, w wielodzietnej rodzinie chłopskiej. Naukę rozpoczęła w roku 1915 w szkole w  Smolentach, która została zorganizowana w czasie pierwszej wojnie światowej w jej rodzinnym domu.  W  styczniu 1919 roku zdała egzamin do drugiej klasy czteroklasowego progimnazjum w Gąbinie. W roku szkolnym 1919/1920 złożyła egzamin do czwartej klasy ośmioklasowego  Państwowego Gimnazjum im.Narcyzy Żmichowskiej w Gostyninie.
     Po skończeniu szóstej klasy gimnazjum w styczniu 1925 roku  ( po śmierci ojca) rozpoczęła trzymiesięczny kurs metodyczno-pedagogiczny w Łowiczu i jeszcze w czasie jego trwania, w dniu 15 marca 1925 roku otrzymała nominację na nauczycielkę w Beźniku w gminie Skrzyńsko, w powiecie opoczyńskim. W tymże powiecie przepracowała łącznie 20 i pół roku w następujących kolejno miejscowościach w szkołach powszechnych: w Beźniku gm. Skrzyńsko  , w Zychorzynie gm. Goździków, w Straszowej Woli gm. Topolice  IX 1929 do IX 1945 w Libiszowie, gm. Bukowiec.
     Franciszka Chałubińska  uzupełniała swoje pedagogiczne wykształcenie. W roku 1926 złożyła drugi egzamin metodyczno-pedagogiczny w Radomiu, co dawało kwalifikacje do pełnienia obowiązków tymczasowego nauczyciela w wymiarze 30godzin tygodniowo. W roku 1930 zdała w swojej szkole egzamin praktyczny na nauczyciela publicznych szkół powszechnych i otrzymała dekret ustalenia zawodowego. W   1931 roku powierzono Jej obowiązki p. o. kierownika szkoły w Libiszowie. W styczniu 1934 roku Franciszka Lewandowska wyszła za mąż za Józefa Chałubińskiego, w październiku  tegoż roku urodziła córkę Annę Elizę, a kierownikiem szkoły w Libiszowie został Józef Chałubiński. 
     W maju 1938 roku otrzymała  od Kuratora Okręgu Krakowskiego  brązowy medal za długoletnią pracę.
     Od maja 1934 należała do Związku Nauczycielstwa Polskiego.
    W 1939 roku po mobilizacji Męża do wojska Franciszka Chałubińska znów objęła obowiązki kierownika szkoły. W czasie okupacji pracowała najpierw w tajnym, niezorganizowanym szkolnictwie, a od maja 1942 roku w Powiatowej Tajnej Komisji Oświatowej kierowanej przez TON (Tajna Organizacja Nauczycielska) podlegającej Delegaturze Rządu (londyńskiego) na Kraj, najpierw jako członek, później w 1944 i 1945 roku jako przewodnicząca. Pracowała również  dla PCK i w RGO (Radzie Głównej Opiekuńczej), zwłaszcza w czasie od października do grudnia 1944 roku, kiedy we wsi pojawili się uciekinierzy z Warszawy.
     W czasie wojny Franciszka Chałubińska (pseudonim „Teresa”) należała do AK, tajnego Stronnictwa Ludowego i Batalionów Chłopskich. Rozkazem Komendy Głównej Batalionów Chłopskich nr 5 Pers. z dnia 30 maja 1944 roku została awansowana do stopnia porucznika. Zachowało się zaświadczenie o tym fakcie podpisane w Warszawie w dn. 18 września przez Pełnomocnika Ruchu Ludowego, b. Szefa Sztabu KG BCh, Kazimierza Banacha i  Komendanta Głównego BCh., Franciszka Kamińskiego. W październiku 1945 roku ujawniła  się w Komisji Rejestracyjnej byłych członków BCh w Łodzi (nr rej. 103).
     1 lutego 1945 roku objęła obowiązki kierownika publicznej szkoły powszechnej w Libiszowie; mianowanie podpisał Inspektor Szkolny Obwodu Opoczyńskiego. 15 września 1945 roku Franciszka Chałubińska przeniosła się do Szkoły Podstawowej nr 2 w Żychlinie, pow. Kutno, a od roku 1949 do Szkoły Podstawowej nr 1. W tych szkołach uczyła matematyki, fizyki i chemii. W roku 1959 przeniosła się do jedenastoletniej Ogólnokształcącej Szkoły w Żychlinie, gdzie objęła opiekę nad biblioteką szkolną. Aby uzyskać potrzebne do tego kwalifikacje, ukończyła w 1965 roku półtoraroczny specjalistyczny kurs  w Łodzi zorganizowany przez Państwowy Ośrodek Kształcenia Korespondencyjnego Bibliotekarzy i zdała egzamin przed Państwową Komisją Egzaminacyjną powołaną przez Ministra Kultury i Sztuki. Wcześniej, w 1947 roku uczestniczyła w Centralnym Kursie Wakacyjnym dla nauczycieli wiedzy o Polsce i świecie współczesnym, a w1953 roku ukończyła Centralny Kurs Wakacyjny dla instruktorów matematyki w Lęborku. W 1951 i 1952 roku zdawała obowiązkowe wówczas kolokwia „z zakresu wiadomości objętych programem samokształcenia ideologicznego” przed Okręgową Komisją Kolokwialną ZNP.
     Po wojnie należała do PSL, a po jego likwidacji pozostała bezpartyjna. Od 1945 roku  pełniła różne funkcje w Zarządzie Ogniska Związku Nauczycielstwa Polskiego. Przez wiele lat była członkiem Zarządu Powiatowego ZNP w Kutnie. Była radną Miejskiej Rady Narodowej w Żychlinie. W styczniu 1957 roku została powołana w skład Komisji Rehabilitacyjnej przez Wydział Oświaty w Kutnie. Przez wiele lat była członkiem Rady Nadzorczej Spółdzielni Spożywców. W 1959 roku została wyróżniona Odznaką Działacza Ruchu Spółdzielczego. W marcu 1954 otrzymała medal Dziesięciolecia Polski Ludowej.
     !6 maja 1957 roku została powołana przez Sąd Powiatowy w Kutnie na stanowisko inspektora społecznego przy Sądzie Powiatowym w Kutnie (praca polegała na kontaktach z osieroconymi dziećmi oraz na badaniu warunków życia dzieci w rodzinach, którym ograniczono lub zabrano prawa rodzicielskie).
     W 1964 roku przeszła na emeryturę i pracowała dodatkowo na ½ etatu w Liceum Ogólnokształcącym w Żychlinie w charakterze bibliotekarki szkolnej.
      W listopadzie 1969 roku otrzymała w Belwederze Krzyż Kawalerski za swoją pracę nauczycielską i tajne nauczanie w czasie okupacji.
     Umarła w Klinice Wojskowej w Łodzi po nieudanej operacji mózgu w wieku 63 lat. Niecały miesiąc później umarł jej Mąż w Szpitalu w Kaliszu. Pochowani zostali na Cmentarzu Komunalnym w Żychlinie.


     
    KOMENTARZ ANNY SZURCZAK, CÓRKI
     FRANCISZKI I JÓZEFA CHAŁUBIŃSKICH

     Mama napisała wspomnienia na moją prośbę około roku 1967. Nie zdążyłam tych wspomnień z Mamą przedyskutować, nie żyje nikt, kto mógłby je uzupełnić czy coś wyjaśnić.  Zachowało się pismo Franciszka Kuryłły, Przewodniczącego Rady Wychowania  Dzielnicowego Frontu jedności Narodowej w Łodzi, które zapraszało Mamę do przygotowania materiału o swojej pracy w tajnym nauczaniu z dnia 21 kwietnia 1967 roku. Referat miał być wygłoszony w lokalu zarządu Okręgu ZNP w Łodzi, nagrany na taśmę magnetofonową i umieszczony w muzeum  fonograficznym. Niestety, nic nie wiem o tej sprawie. Maszynopis mógł  zaginąć w czasie likwidacji mieszkania, następnego dnia po pogrzebie Ojca w styczniu 1970 roku. Zachowany fragment maszynopisu  jest obszernym rozwinięciem rękopisu  i świadczy o zamiarze publikacji.            
     Ojciec, także proszony przeze mnie o zapis swoich wspomnień, niestety ich nie zostawił, chociaż pisał znacznie częściej od Mamy, a więc nie sam trud pisania stał na przeszkodzie, ale – jak sądzę – niemożność opisania faktów, które nie były jeszcze uznane za cenzuralne. W tym czasie szczery zapis  losów i przeżyć żołnierza Brygady Karpackiej i „andersowca” był niemożliwy. Wiem, że Ojciec sporo opowiadał  o swoich losach młodzieży w Liceum w Żychlinie, gdzie był nauczycielem. Jego pogrzeb w styczniu 1970 roku był pogrzebem bohatera, „kawalera Gwiazdy Afryki” i „Gwiazdy Italii”, uczestnika wojny 1939 -1945, nauczyciela Liceum Ogólnokształcącego w Żychlinie, jak głosiły ręcznie napisane  wielkie nekrologi, rozwieszone w mieście, które powstały bez mojej wiedzy. Nie było mnie wówczas w Żychlinie, nie znałam uczniów ani oni mnie. Męska młodzież Liceum szła w kondukcie w niebieskich beretach i mimo wielkiego mrozu (-26) chłopcy  nieśli trumnę ponad kilometr z kościoła na cmentarz, a karawan jechał pusty.
     Sądzę, że Mama również stosowała autocenzurę ze względu na bezpieczeństwo swoje, nasze i ludzi, o których pisała. Około roku 1968 sytuacja polityczna była bardzo mroczna, rodzice żyli przez wiele lat, szczególnie do roku 1956, z perspektywą rewizji i aresztowania Wspomnienia Mamy są pełne bólu, goryczy, rozczarowania. Mama czuła się na indeksie, nie mogła być aktywna tak jak wcześniej, bo nie było takich możliwości i nikt tego od niej nie oczekiwał. Czasy się zmieniły. Rodzice byli „państwowcami” i trudno Im było – zwłaszcza Mamie- ograniczyć aprobatę dla państwa, zaufanie do władz i wycofać się na wewnętrzną emigrację, właśnie dlatego że Mama miała poglądy lewicowe, a  Polska Ludowa teoretycznie spełniała wiele postulatów przedwojennych ludowców. Nie wiem, na ile Mama  zdawała sobie  sprawę, w jakiej Polsce żyje. Może nawet nie wiedziała,  do jakiego stopnia  okupacyjne podziemie traktowane było nieufnie, odsuwane i prześladowane, jak prowadzono  bezpardonową, a nawet krwawą walkę zwłaszcza, z byłymi członkami AK i BCh, z PSL-em, do którego po wojnie należała ( współczesny PSL nie ma poza nazwą nic wspólnego z tym dawnym PSL-em, który był również partią lewicującej inteligencji, jedyną autentycznie opozycyjną siłą po wojnie). Nowe władze instruowane przez NKWD umiejętnie rozbijały jedność skonsolidowanych środowisk, rozsiewały niepokój i dezorientację. Najważniejsze fakty z okresu wojny były przemilczane, do 1956 roku enigmatycznie mówiono o „ruchu oporu”, wskazywano tylko pojedyncze przykłady walki z wrogiem AL i GL. AK, z którym BCh było skonfederowane, nazywano „zaplutym karłem reakcji”, konspiratorów i partyzantów więziono, katowano, skazywano na śmierć lub wysyłano do łagrów w Związku Radzieckim. Wtedy ludzie nie ogarniali intelektualnie sytuacji, nie wiedzieli, nie rozumieli, nie mieli informacji, to wszystko  stawało się. To dopiero teraz, po ponad czterdziestu latach, dowiadywaliśmy się powoli, jak było, i jakoś ogarniamy całość. Sądzę, że właśnie plakat z „zaplutym karłem reakcji” miał wielki wpływ na moją świadomość. Wiedziałam, że jest to kłamstwo i wielka krzywda wobec ludzi podziemia, których  w czasie wojny widziałam, dlatego też mimo pięknych, radosnych masowych pieśni, które wkrótce, płynąc z radia i ulicznych głośników, miały nawoływać do aprobaty nowego ustroju, byłam ostrożna i  nie angażowałam się zanadto w jego budowę.
     Wujek Janek Lewandowski, który pomógł Mamie w przeprowadzce z Libiszowa do Żychlina, był mocno rozpolitykowany, kandydował wówczas  na posła do sejmu.  W czasie referendum, kiedy to pojawiły się  napisy na murach i plakaty nawołujące do głosowania „Trzy razy tak”, Wujek mocno się angażował w opozycyjną akcję PSL-u „trzy razy nie”. Nawet ustawił mnie z ulotkami przed kościołem paulinów w Oporowie, z czego byłam bardzo niezadowolona, bo wstydziłam się ludziom wciskać te ulotki, a poza tym miałam już własne poglądy polityczne i logicznie uważałam, że powinno się odpowiadać przynajmniej dwa razy tak.  Rodzice i tak mieli wiele szczęścia. Ich i moje losy mogły się w Polsce Ludowej potoczyć dużo gorzej, nawet bardzo źle, choćby z powodu tej radiostacji, która rzeczywiście była przewieziona z Libiszowa do Jurkowa razem z naszymi rzeczami, bo wtedy wszystko było cenne. Dobrze ją pamiętam,  bawiłam się przy niej, bo miala czerwone druciki , bawiłam się też także łuskami od nabojów, innych zabawek nie miałam. Ciocia Natalia  postawiła sobie tę radiostację w pokoju, na niej położyła serwetkę, a na serwetce doniczkę. W czasie rewizji  to zobaczono. Zanosiło się na wielką szpiegowską aferę. Wszak UB czerpała rady i wzory od NKWD, które wszędzie dostrzegało szpiega, a tutaj znaleziono oczywisty rzeczowy dowód. Myślę, że sprawa ta przerosła kompetencje UB w Kutnie i chociaż informacja do gazet o rodzeństwie szpiegów już poszła, zapadła decyzja, aby sprawę uciąć. Ciekawe, czy gdzieś w aktach jest ślad tej historii.
    To, że Mama nie miała świadomości, co się tak naprawdę dzieje, jak podstępnie zdobywana jest władza, nie jest kwestią tylko Jej naiwności. Z powodu choroby i przeprowadzki, a następnie ciężkiej pracy i walki o fizyczne przetrwanie, straciła kontakt z ludźmi z konspiracji, którzy także musieli się obawiać uwięzienia, byli zastraszeni, wycieńczeni głodem i chorobami, spauperyzowani. Mama ujawniła swoją przynależność do BCh bardzo późno, w październiku 1945 roku, po lipcowej amnestii. Pewnie długo się wahała, co ma robić. Jej autorytet, Czesław Wycech, wojenny przywódca Tajnej Organizacji Nauczycielskiej i przedstawiciel przedwojennego Stronnictwa Ludowego, poddany ciśnieniu politycznemu i postawiony właściwie  w sytuacji bez wyjścia stawał się powoli kimś innym (minister oświaty w Rządzie Jedności Narodowej Mikołajczyka, prezes ZNP, długoletni marszałek sejmu, członek Rady Państwa został także z czasem długoletnim prezesem TPPR). Wiadomości z oficjalnych gazet i radia były krańcowo zakłamane i bałamutne, zwłaszcza po 1948 roku. Cała ideologia Nowej Wiary była pewnie dla Mamy niezrozumiałym absurdem. Zdobywanie  informacji z radia Madryt, Głosu Ameryki i potem Wolnej Europy wymagały niesłychanego poświęcenia, tak były zagłuszane. Tata systematycznie słuchał całe wieczory radia,  zagłuszarki ryczały, nic z tego nie rozumiałam, docierały do nas jakieś strzępy informacji. To nieprawda, że ludzie wtedy dzielili się na komunistów i antykomunistów, jak się teraz uważa i nawet jak napisał Jan Paweł II w ostatniej swojej książce „Pamięć i tożsamość”. Postawy ludzkie były znacznie  bardziej zróżnicowane. To zależało od biografii, regionu (inaczej władze zachowywały się na wschód od Wisły, gdzie AK-owców i nie tylko wywożono do łagrów, a inaczej w Polsce centralnej, gdzie aresztowano po cichu, a część – jak na przykład Mamę - zostawiano w mniejszym lub większym spokoju) osobistych lub rodzinnych doświadczeń. W tym czasie ludzie nie wiedzieli, czym jest manipulacja, indoktrynacja, populizm, nie wierzono, że można posługiwać się tak wielkim kłamstwem.  Często właśnie ci szlachetni dali się uwieść głoszonym hasłom, a cynicy, bezmyślni lub obojętni mieli rację. Lewicowcom (PPS, SL) trudniej było się odcinać od komunistycznych haseł. Pozornie chcieli tego samego. Mama chyba  intuicyjnie  miała niechętny stosunek do PPR i potem PZPR, ale Rodzice nie narzucali mi swoich poglądów.
     Wrzesień 1939 roku diametralnie zmienił sytuację naszej rodziny. Przed wojną mieszkaliśmy w  Libiszowie w relatywnie zamożnym domu, w którym było radio, książki, meble, huculskie kilimy, żyrandol z gazową lampą, porcelana, albumy z fotografiami.  Ksiądz wikary  Jan Malinowski wspomniany przez Melchiora Wańkowicza  w książce o bitwie pod Monte Cassino jako bohaterski kapelan przychodził do nas codziennie na preferansa. Rodzice często wyjeżdżali wolantem czy jakąś bryczką, którą przysyłano po Nich z dworu Drużbackich w Zameczku  oraz dworu w Kraśnicy, gdzie udzielali lekcji dzieciom, a potem zostawali na kolacji i znów byli odwożeni. Często bywali w Opocznie, nawet na jakichś balach w Domu Esterki. Ja pozostawałam  w domu pod opieką niańki Józi i służącej Maryśki. Nasz ogród wydawał mi się wręcz zaczarowany. Były w nim hodowane przez Ojca kwiaty, drzewa i krzewy.
     Moje pierwsze wspomnienia związane są z wybuchem wojny. Słoneczne wrześniowe  dni przeżyłam w sposób świadomy. Pamiętam, jak ukochany Tata, porucznik rezerwy, zmobilizowany rozkazem dowództwa, odchodził na wojnę. Nie miałam jeszcze pięciu lat, ale chyba dobrze rozumiałam, o co chodzi, bo nad nami latały już niemieckie samoloty, słychać było huk armat, „niebo waliło się z trzaskiem”. Pamiętam dokładnie tę chwilę i to miejsce naszego pożegnania, przed domem w Libiszowie. Tata odszedł z mojego życia na prawie dziewięć lat.
      W domu było pełno ludzi, a potem – tak jak cała Polska – uciekałyśmy z Mamą bez sensu razem z innymi  ludźmi przed siebie, w panice, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby nawet niebo było przeciw nam. Byliśmy za Międzyborzem, przed Zameczkiem, kiedy nadleciały myśliwce i bombowce. Ukryliśmy się pod malutkimi sosenkami, za małymi nawet dla mnie. Nadleciał myśliwiec i zniżył lot tak, że widziałam dokładnie  twarz pilota, a on jeszcze lepiej widział nas. Pokrążył nad nami  i odleciał w górę razem z bombowcami. Pewnie skonstatował, że nie jesteśmy polskimi żołnierzami. A ja w tym momencie dojrzałam, postarzałam  się przynajmniej o 10 lat. Wiedziałam, co on za chwilę nam zrobi. Ale nie zrobił. Tułaliśmy się do wieczora po okolicy. Pamiętam cudzą stodołę, ja sama między ludźmi w letniej sukience na klepisku bez niczego do przykrycia i niczego pod głową. Do tego, że Mama była nie tylko moja, ale opiekowała się wszystkimi, byłam przyzwyczajona. Było mi twardo, niewygodnie, źle, ale jakoś w końcu zasnęłam. Wprawdzie krótko, jednak  byłyśmy wrześniowymi uchodźcami. (Ten lęk przed hukiem i grzmotami można zrozumieć bardziej, gdy się uświadomi, że ludzie w tych latach bali się zwykłej burzy z piorunami tak bardzo, że ubierali się, pakowali i byli gotowi do ucieczki, także w nocy. Było to całkowicie uzasadnione. Pioruny wówczas zabijały, sieć straży pożarnej nie była rozwinięta, a w  Opoczyńskiem, gdzie były niewielkie złoża rudy żelaznej, pożary zdarzały się często. Nocą łuny płonących chat były dobrze widoczne, paliło się w kilku miejscach. Też ubierałyśmy się nocą w czasie burzy.
     Bliskie odgłosy wojny od strony Tomaszowa i Piotrkowa były echami walki odwodowej armii Prusy, która broniła dostępu do Warszawy.  Pamiętam polskich oficerów, w mundurach z dystynkcjami, którzy siedzą u nas w pokoju w promieniach zachodzącego słońca. Chyba byli to   żołnierze Hubala.  Może wtedy Mama oddała Im swoje radio? (W czasie, kiedy Mama spisywała swoje wspomnienia, jeszcze nie mówiło się o Hubalu jako o bohaterze, była to postać nieznana. Rodzice pewnie znali go sprzed wojny jako Stanisława Dobrzańskiego, bliskiego krewnego Drużbackich z pobliskiego Zameczku. Wieś, która uległa pacyfikacji za pomoc Hubalowi, o czym Mama wspomina,  to  Skłoby, Stefanów lub Gałki. Stanisław Dobrzański „Hubal” zginął w Anielinie koło Studzianny 30 kwietnia 1940 roku. Miał podobno wielkie wyrzuty sumienia za los ludzi ze spacyfikowanych wsi,  Przecież nie mógł przewidzieć, że wojna będzie tak okrutna i niecywilizowana. Do zlikwidowania  Hubala i jego trzystu ludzi  Niemcy użyli ośmiu tysięcy żołnierzy.  Oddział „Szalonego majora”  spotkał się z aprobatą miejscowej ludności. Pomagano mu w zaopatrzeniu, zbieraniu informacji, rozpoznaniu terenu.  Późniejsza działalność konspiracyjna w okolicy Studzianny miała niewątpliwie związek z aspiracjami niepodległościowymi rozbudzonymi przez oddział hubalczyków. Przez cała wojnę w naszym domu pojawiał się hubalczyk  i partyzant Józef Wyrwa, który dawniej był kierownikiem szkoły w Libiszowie, związany najpierw z NSZ, a potem z AK.
     Po jakimś czasie Ojciec, wzięty do niewoli niemieckiej pod Stanisławowem, znalazł się w obozie jenieckim w Jolsvie koło Miszkolca. Przysyłał nam stamtąd piękne kartki z nagłówkami „Najukochańsza Fredziu!”, „Najukochańsza Córeczko!”; niektóre z nich dochodziły. Ostatnia z Jolszvy  z 5 maja 1940 r. zapowiada możliwą przerwę w korespondencji. Dwie następne z 8 maja  są już z Budapesztu, gdzie Tata spotkał znajomych, między innymi wesołego księdza Jana  Malinowskiego. Tata  uciekł z obozu, co nie było takie proste, niektórzy w węgierskich oflagach przeżyli do roku 1945. Przez Jugosławię, GrecjęOjciec dotarł do Syrii, bo Francja, gdzie organizowało się polskie wojsko, w czerwcu 1940 roku skapitulowała przed Niemcami. W Syrii znalazł się  w Brygadzie Karpackiej generała Władysława Kopańskiego, następnie był w Palestynie, Egupcie, Iraku, Libanie, Włoszech i Anglii. My już o tym nic nie wiedziałyśmy. Dostałyśmy ze trzy paczki z rodzynkami i migdałami z Ankary od Tureckiego Półksiężyca. Był to znak, że Tata żyje.
     Nic mi nie wiadomo o możliwościach wyjazdu Mamy w czasie wojny do Ojca  na Węgry, gdzie był internowany. Owszem, taka możliwość pojawiła się w 1946 roku, kiedy Tata nawiązał z nami kontakt. Byłaby to wyprawa trudna, ryzykowna (przeprawa przez góry, a granica była już strzeżona). Mama była ciężko chora, a ja  nie chciałam. Kiedy zaczynała się wojna, miała 33 lata, a kiedy się  kończyła, niecałe 39. Ojciec musiał opuścić dom i kraj, mając 36 lat; wrócił w wieku lat 44.
     Często myślę, o tym, jak Mamie zawalił się świat we wrześniu  1939 roku. Zniknęło państwo, Mąż, poczucie bezpieczeństwa i materialne podstawy egzystencji. Z dnia na dzień właściwie, okazało się, że jest sama, odpowiedzialna, za mnie i  ludzi we wsi. Skończyły się przyzwoite warunki życiowe, nie było co jeść. Służąca  musiała odejść, wokół byli obcy lub niechętni ludzie i narodowa tragedia. To może tłumaczyć Jej wspomnienie, że w 1939 roku była pełna gniewu na polskich żołnierzy za bierną postawę wobec wroga. Pewnie ta reakcja była wyrazem szoku, jaki przeżyła i gorzkiego poczucia bezradności.
     Libiszów był dużą wsią położoną sześć kilometrów na północ od Opoczna w kierunku lasów spalskich ( Puszczy Pilickiej). Mieszkałyśmy tu w budynku szkolnym składającym się z dwóch klas i małego korytarzyka oraz naszego mieszkania: dwóch pokoi z kuchnią, sieni i ganku. Obok  podwórka było duże boisko szkolne i dopiero za nim studnia. Do szkoły należał hektar ziemi, na jej części  Ojciec założył duży sad i ogród, co było wówczas dużą rzadkością
     Wieś była bardzo uboga, ziemie tu były piaszczyste, nieurodzajne. Pola dzielono na tak wąskie zagony, że je z łatwością przeskakiwałam. Uprawiano żyto (wyrastało niskie, rzadkie), ziemniaki, proso, jęczmień i tatarkę oraz łubin i len. Trzeba pamiętać, że to były czasy, kiedy nie znano jeszcze nawozów sztucznych.  Poza kapustą i gruszkami ulęgałkami, które dziko rosły na  miedzach, ludzie nie znali żadnych warzyw ani owoców. Hodowano krowy i owce. Ubrania sporządzali sobie sami z własnego lnu i wełny. Sytuacja materialna wsi pogorszyła się drastycznie w czasie wojny z powodu kontyngentów, jakie chłopi musieli oddawać Niemcom. Na przednówku często głodowano, żywiono się zupą z lebiody. Dzieci pasły krowy na wspólnym pastwisku za wsią. Chaty zamykano tylko na drewniany skobel, zatyczkę łatwą do zdjęcia przez każdego. Przy studni był zawsze kubek, z którego każdy przechodzący mógł się napić wody. Domy były drewniane, niektóre pobielone wapnem z domieszką niebieskiej farbki. Stały bokiem do drogi. Była w nich izba świąteczna i niewielka kuchnia, gdzie koncentrowało się życie rodziny. W izbie świątecznej stało starannie zasłane duże łóżko z wielką wykrochmaloną poduszką na wierzchu. Pod oknem  na niewielkim stole, na którym przeważnie znajdowała się duża figura Matki Boskiej. Na ścianach wisiały święte obrazy.
     Mimo tej biedy rozwijała się kultura ludowa, a przejawiała się ona w kultywowaniu obrzędów i tradycji, w pięknych , ręcznie wykonywanych  na krosnach strojach („wełniaki” dla kobiet i sukmany dla mężczyzn), w zamiłowaniu do śpiewów, tańców i żartów. Jeszcze jako bardzo małe dziecko uczestniczyłam w zabawach ludowych, bo w czasie wyjazdów Rodziców do Opoczna na przyjęcia czy też bale Maryśka i Jóźka szły sobie na wieś, oczywiście bez wiedzy Mamy i Taty. One „hulały”, czyli tańczyły, a mnie podawano sobie z rąk do rąk.  Zachowałam zdjęcie chóru kościelnego w Libiszowie, na którym dziewczyny są w świątecznych wełniakach i  koszulach z wykrochmalonymi, haftowanymi rękawami, fartuchach i kunsztownie zawiązanych chustkach na głowie. Panna młoda przed ślubem musiała mieć w posagu cztery wełniaki: od wielkiego święta, na niedzielę, „na porywkę” i codzienny. W zimniejsze dni kobiety okrywały się zapaskami lub ciepłymi chustami. Wzory i kolory były tradycyjne, po nich poznawało się, z jakiej wsi pochodzi kobieta czy dziewczyna.  Ludzie mieli wewnętrzną potrzebę śpiewania i ciągle to czynili. Wielokrotnie widziałam, jak szła dziewczyna drogą i śpiewała, chłopak pędził drogą krowę i śpiewał na cały głos. Pamiętam, jak w kościele na nieszporach śpiewano godzinki. Rozpoczynały cienkim, nieco piskliwym głosem, „baby” zebrane po prawej stronie, czyli „po lewicy” księdza: „Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę Świętą, a chłopi z lewej basem dodawali: „Zacznijcie opowiadać cześć Jej niepojętą”. I znów baby podejmowały: „Jak było na początku i zawsze i ninie”, a chłopy: „Niech Duch Święty Jedyny na wiek wieków słynie”.  Na Wielkanoc chodzili chłopcy „po dyngusie”  i  zbierali dary w formie jajek czy innych świątecznych przysmaków   . Powstały później zespół „Mazowsze” opierał się głównie na folklorze opoczyńskim. Wychowałam się w dużym szacunku do ludzi ze wsi i bardzo długo byłam zafascynowana opoczyńską kulturą. Byłam dwujęzyczna, mówiłam także gwarą. Po studiach zamierzałam opisać opoczyński folklor, zapamiętane piosenki, obyczaje, np. weselne. Teraz już prawie wszystko zapomniałam.
     Jestem wdzięczna Rodzicom za to, że miałam piękne dzieciństwo, a w latach wojny nie zaznałam (lub nie czułam) głodu, poniewierki, strachu;  zawdzięczam to Mamie, „Cioci” Janinie Granat i mojej siostrze ciotecznej Zosi, które otoczyły mnie opieką, wychowywały, żywiły, a swym taktem i spokojem oraz otwarciem na innych ludzi, także zupełnie obcych, sprawiły, że rosłam w poczuciu bezpieczeństwa i zaufania do świata, w którym tylko Niemcy byli złymi ludźmi. Brakowało mi książek, a czytać nauczyłam się sama na początku wojny. Z czasem dostawałam  książki z biblioteki dworskiej w Zameczku u Drużbackich, a nawet mi je kupowano. Nie wolno było wydawać polskich książek i prasy, a jednak się one jakoś ukazywały. Rodzice mieli tylko literaturę fachową, dwudziestotomową encyklopedię Gutenberga, kilka tomów „Wielkiej geografii ilustrowanej” i „Wielkiej przyrody”. To wszystko razem z porcelaną zostało na pięć lat zakopane w ziemi pod czereśnią. Był to pomysł Cioci, która miała bogate doświadczenia życiowe, jako że rewolucję bolszewicką przeżyła, będąc dzieckiem, w Rosji. Ciocia znała biegle niemiecki i rosyjski, co się potem bardzo przydało. Mnie jednak uczyła tylko początków francuskiego, bo nie chciała uczyć „języków wroga”, oraz gry na skrzypcach.
     W 1940 roku, a więc gdy nie skończyłam jeszcze sześciu lat, sama podjęłam decyzję o pójściu do szkoły, co było bardzo proste. Spakowałam się, nacisnęłam klamkę i z naszego pokoju przeszłam do klasy. Pamiętam obowiązkowe  pisemko „Ster” wydawane oficjalnie w Generalnej Guberni, które miało zastąpić podręczniki chociaż było jednakowe dla wszystkich klas.  Uczyłam się także zakazanej geografii Polski. Pamiętam podział na Karpaty  Zachodnie i Karpaty Wschodnie: Bieszczady, Gorgany i Czarnohora, rzeki Prut, Czeremosz, Seret i Dniestr oraz wszystkie dopływy Wisły i wszystkie rzeki Europy: Gwadalkiwir, Gwadiana, Tag, Duero, Loara, Sekwana, Moza Ren, Wezera…” , i jest to dowód, że w jakimś stopniu  byłam objęta tajnym nauczaniem, bo przecież geografia była zakazana. To nauczanie nie było chyba u nas tak bardzo otoczone konspiracją. Myślę, że Mama i Ciocia nie obawiały się, że ktoś ze wsi może donieść o tym na gestapo. Uczyły więc na lekcjach,  tych lepszych uczniów osobno, w klasie lub w domu,  zależnie od sytuacji i temperatury pomieszczenia. Nie było szkolnej biblioteki, bo trzeba ją było oddać w 1939 roku władzom niemieckim. Mama oddała tylko bezwartościową część, a resztę  rozdała uczniom. Nie pamiętam żadnych podręczników, może coś było; ich znalezienie w czasie rewizji mogło grozić największymi represjami. Zachowały się w szkole  trzy mapy Polski, Europy i świata oraz poczet królów polskich. Lubiłam na nie patrzeć i wiele się chyba z tego nauczyłam. W domu był rocznik przedwojennego „Płomyka” poświęconego orlętom lwowskim, Piłsudskiemu, i pułkownikowi Kuli –Lisowi oraz śpiewnik piosenek legionowych. Moje wyobrażenia o ojczyźnie miały charakter mocno wschodni i potem ta nowa Polska po 1945 wydawała mi się obca. Ten „Płomyk”, tomy „Oświaty i Wychowania” i czasopisma  „Pion” oraz wiele książek znajdujących się w domu były starannie oprawione przez Ojca, który w Seminarium Nauczycielskim w Jędrzejowie nauczył się introligatorstwa. Chociaż do szkoły chodziłam teoretycznie pięć lat, to jednak mało z tego pamiętam i myślę, że  raczej byłam samoukiem. Do szkoły chodziłam rzadko, bo jesienią dzieci były zajęte pilnowaniem bydła, zimą mrozy sięgały -40 stopni oraz były wielkie śniegi, co łącznie z brakiem opału nie pozwalało na prowadzenie zajęć. W naszym mieszkaniu szyby w podwójnych oknach były gęsto pokryte mroźnymi wzorami.  Do studni prowadził śnieżny tunel. W 1941 roku przez trzy miesiące stacjonowali Niemcy, a w 1945 zaczęła się ofensywa, co automatycznie wykluczało możliwość prowadzenia zajęć. Siatka godzin była zmniejszona, zredukowana do połowy przedwojennego wymiaru.
     Ludzie ze wsi ciągle do nas przychodzili. Pamiętam, że Mama wydzielała dzieciom wiejskim i mnie po łyżce okropnego tranu, póki się nie skończył. Nie chodzono do lekarza czy dentysty, nie używano lekarstw. My też, nie było nas  na to stać.
     Jednego roku panowała w okolicy czerwonka, czyli krwawa dezynteria. Umarło wtedy wiele ludzi,  Codziennie przeciągał koło nas  kondukt pogrzebowy,  jeden lub dwa, dążąc na pobliski cmentarz. Zmarłych żegnało się w domu, leżeli w otwartej trumnie do samego pogrzebu. Pamiętam także pogrzeb partyzantów (to było już później, przy końcu wojny), w którym uczestniczyłam. Zostali pochowani uroczyście na poczesnym miejscu na libiszowskim cmentarzu.
     Niemcy bywali we wsi  rzadko. Bali się najpierw żołnierzy Hubala, a potem innych partyzantów. Opoczno i Końskie nazywali Banditenstadt. Dwa razy w roku pojawiali się w dużej liczbie, otaczali wieś i zabierali kontyngenty oraz szukali ukrytego bydła. W tym czasie za zabicie po kryjomu  świni groziła kara śmierci.  Pamiętam jednak również  żołnierzy Wehrmachtu, którzy  stacjonowali u nas przez trzy miesiące. Okazali się zwykłymi, dobrymi ludźmi. Nie zrobili nam żadnej krzywdy przez te trzy miesiące, gdy u nas stacjonowali. Śpiewali często i pewnie tęsknili za swoimi domami i rodzinami. Lubili mnie, zagadywali do mnie „Was machts du Hanetczka?”, zostawiali cukierki i pomarańcze na kredensie w kuchni, gdzie leżały długo, a ja tak  teoretycznie  Niemców nienawidziłam, że wcale nie miałam apetytu na te podarunki. Leżały więc długo, dopóki ich nie sprzątnęli.  Pamiętam dobrze odświętny wieczór, który niemieccy oficerowie zorganizowali w naszym pokoju, prosząc wcześniej o możliwość oddzielenia się od swoich zbiorowych pomieszczeń. Trzy kobiety były pewnie śmiertelnie przerażone, ale spokojnie na moich oczach umieszczały w różnych miejscach, a więc na szafie, za piecem siekierę, noże, itp. Jednak oficerowie zachowywali się wykwintnie, pili bardzo mało, grali na skrzypcach, rozmawiali, na wszelkie sposoby podkreślali swoją kulturę i dobre maniery.
     Pamiętam również ten dramatyczny moment, gdy wyrzucali drewno  z tak zwanej drwalki, co z przerażeniem obserwowałyśmy ukryte w swoim pokoju za firanką. Ja również orientowałam się, co nam grozi, jeżeli znajdą ukryte tam radio. Nie wiadomo, czy nie znaleźli,  czy nie chcieli znaleźć. Niemcy zostawili plakat z krwiożerczym bolszewikiem i w ten sposób dowiedziałam się o ich istnieniu, ale nie uwierzyłam, uznałam za niemiecką propagandę.
     Nie mówiło się u nas o bolszewikach, nie mówiło się też o losie Żydów, chociaż w Libiszowie były dwa domy żydowskie, blisko kościoła, za organistówką, (w Opocznie w 1940 roku powstało getto, wkrótce zlikwidowane; opoczyńskich Żydów deportowano do Treblinki). A jednak na wsi uratowano dziecko żydowskie, które wyrosło potem na biznesmena, który zakupił do kościoła nowe organy. Pamiętam te dwa puste domy z czarnego drewna, inne od bielonych na niebiesko chat chłopskich, które stopniowo się rozpadały. Mama wspominała, że przed wojną kupowała od Żydów, którzy do nas przychodzili, dużo mięsa ( żywiła  się nim cała rodzina służącej). Opowiadała też, że na dworcu w Opocznie czekali na przyjezdnych furmani żydowscy, którzy mówiąc specyficzną polszczyzną, głośno zachęcali: Do Studzianny!, Do Radzic!, Do Przysuchy!”
     Nie mam pojęcia, jaka była wiedza Mamy, Cioci i Zosi. Często słuchały radia, chyba Londynu, Mama była ciągle między ludźmi. Nie wiem jednak, czy wiedziały o obozach koncentracyjnych, o Katyniu, o zagładzie Żydów. Być może, na taką wiedzę nie czekano, przede wszystkim wypatrywano nadziei na jakieś pomyślniejsze wiadomości z frontu. Te straszne wiadomości były nie do uwierzenia, przecież dotąd  nigdy nic podobnego się nie zdarzyło.
     Była bieda, ale ja jej nie odczuwałam. Mroźne dni spędzałam pod pierzyną albo na dużej kuchni. Mama, Zosia i Ciocia siedziały przy karbidówce, która dawała o wiele lepsze światło od lampy naftowej, i robiły na drutach swetry, a Ciocia opowiadała filmy z Gretą Garbo, np. „Królowa Krystyna”. Chyba nie zaciemniało się okien i nie przestrzegało godziny policyjnej, Niemcy bali się i pojawiali rzadko, zawsze w dużej grupie. Żyłyśmy z pola, które dawało ziemniaki  i żyto. (Chleb piekło się w domu, w specjalnym chlebowym piecu)  oraz sadu i ogrodu, gdzie Zosia  uprawiała marchew, buraki, pietruszkę, fasolę i mak. Na szczęście było dużo owoców, które się jadło na surowo, gotowało  suszyło ( również warzywa) na zimę, czasem sprzedawało.  Jadło się zupę jarzynową, owocową oraz zalewajkę. Mięsa i jajek raczej nie było. Ja jako dziecko, które rosło, dostawałam do chleba pół łyżeczki smalcu. O mleko, masło i sery  też nie było łatwo, bo trudno było wykarmić krowę i kury, nie było czym. Na mleko hodowana była u nas koza, ale chyba dopiero w 1944 roku. Herbatę robiło się z suszonych obierek jabłek, na wsi po prostu pito wodę, wodą też częstowano. Pensja Mamy i Cioci szła na sól, zapałki, karbid, igły i nici i pewnie opał. Cukier był  na kartki, może pół kilo na pracującą osobę.  Poza tym niczego nie kupowało się, nie pamiętam żadnych pieniędzy ani rozmowy o pieniądzach. Musiało wystarczyć to, co zostało sprzed wojny. Kłopot był w późniejszych latach ze mną, bo rosłam. Miałam sukienki, a nawet palto robione na drutach z wełny, ale potrzebowałam czasem nowych butów i je miałam. Dostałam nawet śliczne „oficerki”, małe skrzypce i kilka książek. Oczywiście latem chodziłam tak jak wszystkie dzieci boso i boso szłam z ludźmi do Opoczna na odpust. Buty zakładało się tuż przed miastem. Nie postępowałam tak jednak z konieczności tylko dla towarzystwa. W pełni to doceniałam. Wiedziałam, że mam tak dobrze dzięki Mamie, Cioci i Zosi. Wiedziałam, że żyję w dużo lepszych warunkach niż dzieci ze wsi i miałam z tego powodu  wyrzuty sumienia. 
     Dla dorosłych kobiet, nieprzyzwyczajonych do pracy fizycznej, było to życie bardzo trudne. Nawet przygotowanie posiłków na kuchni z fajerkami, w której paliło się drewnem wymagało pracy, zręczności i stałego doglądania. Trzeba było do tego nosić z daleka wodę, prać w balii na tarce. Prasowało się żelazkiem „na węgle” wyjmowane z pieca lub też żelazkiem z „duszą”, kawałkiem żelaza, które pogrzebaczem wyjmowało się z rozżarzonego drewna i wkładało do środka. I węgle, i duszę, trzeba było często zmieniać.
    Mimo to, zwłaszcza latem, toczyło się u nas ożywione życie towarzyskie. Chodziłam razem z Mamą, zwaną przez bliskich Fredą, do Jej przyjaciółek: Marty w Trzebinie, Zosi w Bielowicach, pięknej Stefy Balonowej  w Wygnanowie, do państwa Szczepańskich w Kruszewcu. Pani Marta była ładną, zgrabną, elegancką, pełną życia kobietą, jednak szpeciły ją „dzioby” po przeżytej czarnej ospie; nie była przeciwko niej szczepiona. Byłam również raz w pięknym ogrodzie przy dworze w Kraśnicy, gdzie przyglądałam się nieznanym mi egzotycznym kwiatom  podczas gdy Mama załatwiała jakieś sprawy we dworze. Przyjeżdżały do nas na koniach  panny  Drużbackie z dworu w Zameczku ubrane w stosowne do jazdy końskiej  stroje. Pamiętam kolację w Zameczku we wrześniu 1944 roku, na którą mnie Mama zabrała. Przy  długim stole siedziało bardzo dużo ludzi, głównie uchodźcy z Warszawy, którzy zachowywali się bardzo wytwornie i ukrywali swój głód. Podano zsiadłe mleko  w pięknych miseczkach oraz ziemniaki z małą ilością skwarków ze słoniny. Zastawa była wytworna, sztućce srebrne.
     Bywałam jednak także w chłopskich chatach i widziałam, jak ludzie jedli barszcz ze wspólnej miski ustawionej na ławie. Obserwowałam także proces międlenia, a potem przędzenia lnu i wełny na kądzieli (wąska deszczułka, na której się siedziało, do niej wbity był pionowo kij, na którym umieszczało się zgremplowaną wełnę lub wyczesany len i kręciło zgrabnie nić,  nawijając ją na wrzeciono)  i na kołowrotkach, a potem tkania na domowych warsztatach. Podziwiałam uroczyste śluby i razem z innymi dziećmi biegałam za furą ze ślubną parą, która rzucała cukierki i kawałki placka z mąki pszennej, raczej bez jajek. Żyłam na skraju dwóch różnych światów i dwóch kultur i czułam się z tym dobrze. Na przykład z okazji Pierwszej Komunii Świętej, która była poprzedzona naukami w kościele, bardzo pilnie przeze mnie wysłuchiwanymi, miałam dwie białe sukienki, obie pożyczone, miejską i libiszowską z wełnianą zapaską. Z okazji tej uroczystości fotograf zrobił zbiorowe zdjęcia wszystkim dzieciom. Było nas sporo, 25 chłopców i 21 dziewczynek. Klasy musiały być więc liczne. Chłopcy mają jednakowe granatowe lub czarne marynarki - mundurki, białe koszule i ogolone na zero głowy, dziewczęta są w wełniakach, mają białe koszule  z szerokimi rękawami, mniejsze  zapaski zawiązane jak fartuszek,  na staniczkach zdobionych aksamitkami dwa, trzy sznurki korali, na głowie chustki zawiązane z tyłu. Na poczesnym miejscu siedzą  ksiądz Jan Nazarewicz i młody wikary. Po południu w moim domu było przyjęcie dla wszystkich znajomych. Zachowało się  sporo zdjęć z tej uroczystości ( jak się okazało wszyscy dorośli to byli konspiratorzy). Nasi znajomi, Mama, Ciocia i Ojciec zostali odnotowani  w Słowniku Nauczycieli tajnego nauczania – uczestników ruchu oporu  1939-1945 województwa kieleckiego”, wydanego w 2010 roku w Kielcach (suplement w 2011). Dopisałam biogramy Ojca i Cioci, a następnie razem z koleżanką Jadwigą Adamczak napisałam obszerną recenzję opublikowaną w trzech mutacjach czasopisma metodycznego Języka Polskiego w Liceum, Gimnazjum i Szkole Podstawowej. Nawiązałam też kontakt z redaktorem tego wydawnictwa ,  Stanisławem Ośką z Radomia, który przysłał mi opublikowaną wiarygodną informację, że Mama była członkiem AK ( łączniczką). 
     Pamiętam również koncert w naszym domu w wykonaniu Michała Lasowego, warszawskiego  śpiewaka operowego, brata pani Stefy Balonowej z Wygnanowa. Było to dla mnie wielkie przeżycie, zetknięcie z inną sztuką. Lasowy śpiewał arię Jontka z „Halki” Moniuszki: „Szumią jodły na gór szczycie, szumią sobie w dal…” Słuchanie muzyki było wówczas zakazane, ale za taką Niemcy nie uważali muzyki organowej w kościele i ludowej orkiestry na weselach i zabawach, które chyba się w dalszym ciągu odbywały.
     Wiedziałam, że Mama jest w konspiracji i jest to dla Niej niesłychanie ważna sprawa, którą wykonywała z pełnym poświęceniem i poczuciem misji. Bardzo często nie było Jej długo w domu. Wracała z dalekiej  przeważnie podróży, najczęściej polną dróżką od strony Bukowca. Często chodziła lasami. Jej powrót był radosnym przeżyciem sygnalizowanym przez psa Misia, który wybiegał jej naprzeciw i wracał, i znów wybiegał. Mama roznosiła pewnie wtedy te niewielkie pieniądze z dotacji Delegatury ( o czym nie wiedziałam). Miało to ogromne znaczenie praktyczne, ale i moralne, podnosiło ludzi na duchu, udowadniało , że nie są sami, że istnieje Państwo Podziemne. Mama opiekowała się rodzinami zamordowanych i uwięzionych nauczycieli i sądzę, że świetnie się w tej roli sprawdzała, jako osoba pełna entuzjazmu, empatii, poświęcenia.
    Starsi chłopcy ze wsi przychodzili  do nas na dodatkowe lekcje. Pamiętam Stasia Nitę, który potem został lekarzem wojskowym. Nie wiedziałam oczywiście, że Mama, Ciocia i pan Szczepański z Kruszewca oraz wielu innych znajomych pracują w TON, Tajnej Organizacji Nauczycielskiej, najliczniejszej po AK organizacji podziemnej skupiającej 55000 nauczycieli i obejmującej około miliona uczniów, utworzonej w 1939 roku przez Związek Nauczycielstwa Polskiego.  TON była doskonale zorganizowana; podlegała Departamentowi Oświaty i Kultury Delegatury Rządu Londyńskiego na Kraj, a więc działała w strukturze Polskiego Państwa Podziemnego, którego administracja pracowała w ramach osiemnastu departamentów, czyli ministerstw. TON objęła swoją działalnością cały kraj, była to również doskonale zorganizowana, konspiracyjna sieć oparta na pracy komisji okręgowych, powiatowych i gminnych. Prowadziła tajne nauczanie na wszystkich trzech  szczeblach oświaty: w szkołach powszechnych oraz na poziomie całkowicie zakazanego szkolnictwa średniego i wyższego. Współpracowali z TON-em wybitni uczeni uniwersyteccy tej miary co prof. prof. Stanisław Ossowski, Maurycy Handelsman, Julian Krzyżanowski, Tadeusz Kotarbiński, Bogdan Suchodolski. W jawnych szkołach powszechnych uczono zakazanych dziedzin wiedzy, a więc przede wszystkim historii, geografii i literatury polskiej. Opracowywano programy nauczania, podręczniki i wskazówki metodyczne. Przeciwstawiano się w ten sposób planom zniszczenia kultury polskiej i fizycznej eksterminacji  inteligencji. W instrukcji z października 1939 roku Generalny Gubernator, Hans Frank, zarządził: „Polakom należy stworzyć takie warunki, które będą wskazywać beznadziejność ich położenia.” Zlikwidowano wszystkie instytucje kulturalne, biblioteki, teatry, filharmonie, muzea  oraz szkoły średnie i wyższe, usunięto język polski  z życia publicznego. Za element najbardziej niebezpieczny uznano wszystkich, którzy mieli wyższe i średnie wykształcenie, a więc nauczycieli, księży, prawników, dziennikarzy, lekarzy, dentystów, weterynarzy, oficerów, ziemian, urzędników i kupców. Delegatura i TON były nastawione w swoich działaniach na teraźniejszość i przyszłość. Rejestrowano zbrodniczą działalność okupanta, chroniono ludzi i kulturę, ale również planowano reformy,  jakie powinny nastąpić po zakończeniu wojny.
     Dzięki subwencjom rządu londyńskiego TON pomagała ludziom zagrożonym aresztowaniem, ukrywającym się oraz rodzinom represjonowanych. Działało sześć okręgów: warszawski, radomski, krakowski, kielecki,  lubelski i podlaski,  potem lwowski i łódzki. W żadnym innym okupowanym kraju nie powstała podobna masowa organizacja  w dodatku współdziałająca ściśle z innymi ogniwami Państwa Podziemnego. Mimo powszechności akcji, wielkiej liczby nauczycieli, uczniów i rodziców wtajemniczonych w nią, nie było przypadków naruszenia zasad konspiracji, donosów  czy zdrady. Początkowo Niemcy nie zdawali się z  sprawy z rozmiarów tej działalności, dopiero w 1943 roku przechwycili kurierskie dokumenty i wówczas wszczęli akcję przeciw tajnemu nauczaniu. Za udział w nim groziło więzienie, obóz koncentracyjny, a nawet kara śmierci. W czasie wojny zginęło ponad 30%  nauczycieli. Wśród nich znaleźli się koledzy Mamy: Jan Nowak z Modrzewia (Auschwitz), Stefan Szymański ze Studzianny  i Franciszek Wojciechowski z Aleksandrowa. Nauczyciele byli rozstrzelani, aresztowani, zsyłani do obozów koncentracyjnych, ucierpieli także uczniowie i studenci. TON ujawniła się w lutym 1945 roku (decyzja o tym zapadła na zjeździe w Skierniewicach) i otrzymała zgodę na przekształcenie się w Związek Nauczycielstwa Polskiego za cenę poszerzenia kierownictwa o przedstawicieli PPR. W czerwcu odbył się Zjazd w Łodzi, na którym Mama była jedną z 550 delegatów. Po 1945 roku w niektórych oddziałach ZNP długo działały koła lub kluby TON-u, powstały izby pamiątkowe,   prowadzone były  różne akcje pod hasłem „ocalić od zapomnienia”. Z przyjemnością przeczytałam w internecie, że przewodniczącym powiatowej Komisji TON-u w Miechowie był mąż mojej chrzestnej, także nauczycielki, Stanisław Pogoda.
     Wielu delegatów Rządu reprezentujących Państwo Podziemne było nauczycielami związanymi ze Stronnictwem Ludowym. Nauczyciele, którzy z reguły byli oficerami rezerwy, mającymi duże umiejętności organizacyjne i właściwy kontakt z ludźmi,  z reguły wstępowali również do podziemnych organizacji wojskowych. Prawie połowę dowódców oddziałów partyzanckich Batalionów Chłopskich stanowili nauczyciele, podobnie działo się  w Drugim Korpusu generała Andersa, w którym  nauczycielami było 50% kadry oficerskiej.
     Mama bywała w Lipinach w niezwykłej konspiracyjnej szkole średniej ukrytej w lesie, w widłach Pilicy i Drzewiczki, która została stworzona w 1940 roku przez dr Helenę Spoczyńską (1896 – 1968).Starsi uczniowie byli jednocześnie partyzantami. Pamięć o tej placówce   przetrwała.  J. Jaźwiec napisał  książkę: „Lipiny – Helena Spoczyńska - Narodzona w konspiracji”, a Tadeusz  W. Nowacki „Życie pracowite Heleny Spoczyńskiej”.  Helena Spoczyńska założyła tę szkołę z inspiracji niezwykłego człowieka, księdza Ziei, legendarnego kapelana Szarych Szeregów, dobrze również znanego opozycji lat osiemdziesiątych (KOR). Ksiądz Zieja pochodził podobnie jak Helena Spoczyńska z Opoczyńskiego, urodził się we wsi Ossa w gminie Odrzywół. Obecnie Zespół Szkół Ekonomicznych w Lipinach uhonorował  Helenę Spoczyńską wyborem  na swoją patronkę. W informacjach o Helenie Spoczyńskiej napisano, że miała dwa pseudonimy: „Helena” i „Teresa oraz, że była przewodniczącą  Tajnej Komisji Oświatowej, czyli dodano jej dwa fakty z biografii mojej Mamy. Nie dziwi to, ponieważ w okresie powojennym garstka konspiratorów uległa rozproszeniu, Mama już się z nimi nie kontaktowała, bo przecież było to niebezpieczne, zapomniano więc, kto krył się pod pseudonimem „Teresa”.    
    Często bywali u nas konspiratorzy. Pamiętam ukrywającego się u nas pana Władysława Głobińskiego, który wychodził ze swojego pokoju tylko nocą. Siedział w jednym z dwóch naszych pokoi - jak mi się wydaje -bez światła. Jakiś czas mieszkała u nas energiczna pani o surowym wyglądzie, która rzekomo była naszą gosposią. Wiadomo, że na żadną gosposię nie było nas stać.
     A jednak ksiądz Nazarewicz, który nie angażował się w sprawy wsi i z nami nie utrzymywał żadnych kontaktów, (widywałam Go  tylko w czasie odprawiania nabożeństw) jako najbliższy nasz sąsiad coś zauważył. Pewnego razu gdy w księżym łubinie udawałam Sarenkę Modrooką, bohaterkę  powieści indiańskiej, nagle znalazł się przy mnie ksiądz i zapytał o pana, który u nas mieszka i o ludzi, którzy akurat odbywali u nas konspiracyjne spotkanie w klasie szkolnej. Nikt mi nie tłumaczył zasad konspiracji, ale ja dobrze wiedziałam, że mi nic nie wolno powiedzieć. Miałam jednak nieczyste sumienie z powodu pogniecionego łubinu, a  oszukiwanie księdza, przed którym się spowiadałam, wydało mi się grzechem śmiertelnym i nawet ogień piekielny mnie nie przerażał  tak jak określenie „grzech śmiertelny” w odróżnieniu od grzechów pospolitych. Znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Powiedziałam księdzu prawdę, a następnie pobiegłam do domu i z płaczem przyznałam się zebranym w dużej klasie ludziom, do tego, co zrobiłam. Nikt na mnie nie krzyczał, ale pośpiech, z jakim dyskretnie opuszczali naszą szkołę, mówił za wszystko. Nic się potem nie stało, ksiądz nie zdradził, ale dla mnie było to traumatyczne przeżycie. Nie wiedziałam dokładnie, ale domyślałam się, że  byli to ludzie  „spaleni”, poszukiwani przez Niemców, w dodatku ciągle prowadzący jakąś konspiracyjną działalność.
     Mama i Ciocia często wieczorem słuchały  radia, najczęściej po ciemku, w pustej wieczorem klasie.
    Działalność Hubala nie poszła na marne. W miejscowościach, gdzie przebywał, w Studziannie i Radzicach, ludowcy zaczęli się organizować. W Radzicach miały  miejsce zrzuty lotnicze. Ze Studzianny właśnie pochodził Władysław Głobiński, który się u nas ukrywał
     Jak się dopiero później dowiedziałam,  pan Głobiński  („Gruda”)  był od 1942 roku
     komendantem Batalionów Chłopskich na powiat opoczyński. Bataliony Chłopskie utworzono jesienią 1940 roku z inicjatywy Stronnictwa Ludowego „Roch”, w 1944 roku liczyły 140 tysięcy żołnierzy. Opoczyńskie Bataliony Chłopskie były najpierw w strukturze kieleckiej, później podlegały Łodzi. (Opoczno, położone na skraju Małopolski i Mazowsza podlegało różnym władzom, np. przed wojną znajdowało się na terenie kuratorium krakowskiego, po wojnie kieleckiego, w czasie okupacji był to dystrykt radomski, w TON-ie zaś okręg łódzki z siedzibą w Tomaszowie Maz.).  Głobiński był zwolennikiem scalenia BCh z AK, co częściowo nastąpiło latem 1943 roku. Zastępcą „Grudy” był Władysław Wojtaszek („Wiślicki”), delegat Rządu na Kraj w Opocznie, który zastąpił zabitego przez Niemców Stefana Szymańskiego).Bywał u nas często. Pamiętam także sympatycznego rosłego bruneta, pana Juszczyka ( to fałszywe nazwisko, pseudonim „Kruk”, który  przyjeżdżał do nas na rowerze z Idzikowic; był on – mając rangę kapitana – komendantem powiatowym opoczyńskiej Ludowej Straży Bezpieczeństwa BCh i Delegatury Rządu. Kierował  akcjami dywersyjnymi i partyzanckimi w ramach samoobrony wsi. (Prawdopodobnie był to Aleksander Stasiński).
     Pamiętam jeszcze jeden dziwny dzień uwieczniony nawet na  fotografii. Wśród gości znajdował się  także dobrze znany pan Antoni w wysokich butach, który w pewnym momencie wsiadł na rower i odjechał w kierunku Opoczna. Cały czas odczuwałam nastrój nieokreślonego niepokoju. Okazało się, że pan Antoni miał wykonać wyrok podziemnej organizacji na kimś z gestapo i rzeczywiście wówczas tego dokonał. Potem już nigdy się u nas nie pojawił. Zaczęło się powstanie warszawskie. Wkrótce w Libiszowie widać było wielką chmurę dymu, która przez wiele dni stała nad płonącą stolicą.  Gdy dym zaczął opadać,  we wsi pojawili się warszawiacy. Wreszcie miałam koleżankę Anię, która też lubiła czytać.(Po latach spotkałam ją na Uniwersytecie Warszawskim na wspólnych wykładach z logiki u prof. Lucyny Kotarbińskiej. Ania studiowała filologię romańską, ja polonistykę. W dalszym ciągu różniła nas sytuacja materialna, rodzice jej prowadzili jakieś interesy.) U nas zamieszkała pani Wanda Pikielowa, skromna, cicha, wrażliwa osoba. Później pojawił się jej mąż, pan profesor Wszechnicy,, niestety niesympatyczny, może dlatego, że był u nas pewnie ciągle głodny, niezadowolony z wodnistej zalewajki, z której przy cichej dezaprobacie żony zabierał dla siebie wszystkie skwarki ze słoniny (jeżeli w ogóle się takowe pojawiły).U nas nie narzekało się na głód, był to temat taktownie pomijany, zresztą jadło się coś tam trzy razy dziennie. Pamiętam tylko jeden dzień, kiedy to zabrakło czegokolwiek. Pewnie takich dni było więcej. Nie przypominam sobie ówczesnych pieniędzy,  żyło się prawie w stadium gospodarki naturalnej.
     Mama udzielała się również w RGO, Radzie Głównej Opiekuńczej, także współpracującej z Delegaturą, oficjalnej organizacji założonej w czasie I wojny światowej i reaktywowanej po 1939 roku przez hrabiego Adama Ronikera, który za cenę pewnej współpracy z Niemcami działał jawnie i udzielał materialnej pomocy najbardziej potrzebującym, Polakom wysiedlonym do GG z Wielkopolski, Pomorza , Zamojszczyzny i Wołynia. Działania te były szczególnie potrzebne  po upadku powstania warszawskiego, kiedy to trzeba było rozciągnąć opiekę nad tysiącami ludzi, którzy na ogół nie mieli niczego. Cenna była wtedy każda najskromniejsza zapomoga pieniężna czy też wsparcie w postaci odzieży, obuwia i żywności. (Środki na to uzyskiwano z pomocy zagranicznej, głównie z USA, ze szwajcarskiego Czerwonym Krzyżem i dotacji Rządu RP na uchodźstwie. W RGO pracowało społecznie 15 tysięcy osób, między innymi słynna hrabina Karolina Lanckorońska).
     Najpiękniejszym momentem w moim okupacyjnym życiu była Wigilia 1944 roku spędzona razem z oddziałem kawalerzystów Doliny (Adolfa Pilcha) i z Nim samym. Partyzanci w polskich mundurach wydawali mi się jak z bajki, rycerscy i piękni, a przecież piękni, a nawet czyści być nie mogli, skoro ukrywali się w lasach lub zajmowali jakąś wieś na jedną noc i cały czas czuwali. Spali nie rozbierając się, w każdej chwili gotowi do ucieczki lub do podjęcia walki  ( (mieli za sobą  bitwy i potyczki z Niemcami). Wigilia była bardzo udana, chociaż w klasie musiało się zmieścić dwudziestu partyzantów i siedmioro domowników.
    Ciocia powtarzała  mi: „Zapamiętaj dzisiejszy wieczór na całe życie!”. Nie potrzebowała, sama rozumiałam. Śpiewaliśmy partyzancką pieśń –modlitwę:
     O Panie, który jesteś w niebie,
     Wyciągnij sprawiedliwą dłoń.
     Dziś z puszczy wołamy do Ciebie
     O polski dach i polską broń.
      O Boże, skrusz ten miecz, co siekł nasz kraj,
      Do wolnej Polski nam powrócić daj!
      By stał się twierdzą naszej siły
      Nasz dom, nasz kraj!
     W poszumie drzew błogosław Panie,
     Błogosław nasz tułaczy śpiew
     Znad Wisły, Warty, Bugu,  Niemna
     Męczeńska do Cię woła krew
      O Boże….
     A także drugą, weselszą: „Wśród nocnej ciszy Dolina jedzie
                Oddział Bończego za sobą wiedzie…
               Tu są drzewa, a tam krzaki,
               Tu są Niemcy, tam Kozaki
               Tam pysk Mongoła…   
     Po  odejściu „doliniaków” zamiatałyśmy ich  ślady  (20 koni żywili i przechowali chłopi w Libiszowie; nikt  nie okazał się zdrajcą), zdając sobie sprawę, że było to śmieszne, ale coś trzeba było robić, żeby odwrócić niebezpieczeństwo od wsi, od nas i od Nich.
     Potem było wielkie gotowanie mydła  na jakieś konspiracyjne zlecenie według  krążącego wśród konspiratorów przepisu na odpowiednią proporcję kalafonii, sody kaustycznej i wołowego łoju, tym razem  z całej krowy, którą  przysłał dwór z Zameczku. Kuchnia i pokój były zastawione naczyniami, w których to mydło stygło, a następnie się je kroiło. Niewątpliwie to zajęcie (w tej ilości) przerastało  siły Mamy, Cioci i Zosi. Pewnie pomagał w tym Janek, który u nas mieszkał.
    Niedawno dowiedziałam się, że Dolina, czyli Adolf Pilch (1914 -2000), był naprawdę niezwykłym człowiekiem, legendarnym dowódcą partyzantów „trzech puszcz”. W czasie wojny przedostał się na Zachód do polskiego wojska. Jako jeden z ponad trzystu „cichociemnych”, wyszkolonych w Anglii, został przerzucony do kraju i  skierowany do oddziału partyzanckiego w Puszczy Nalibockiej w Nowogródzkiem, gdzie został dowódcą oddziału „Stołpce”. Sytuacja na tym terenie była bardzo skomplikowana. Oprócz Niemców i wspierających ich oddziałów białoruskich  działała tu również partyzantka sowiecka. Pilch, występujący w tym czasie pod pseudonimem „Góra”, był jednym z dowódców zaproszonych na wspólną naradę przez dowódców radzieckich,  podobnie jak nieco później generał Wilk – Krzyżanowski  i następnie generał Okulicki. Wyczuł jednak intuicyjnie niebezpieczną sytuację i wyprowadził swój liczący prawie 900 umundurowanych i dobrze uzbrojonych ludzi oddział na zachód. Partyzanci Doliny, idąc nocami, przekroczyli Niemen, Narew, Bug i Wisłę,  pokonali  500 km  i  cudem przedarli  się pod Warszawę. W dzień ukrywali się w lasach. Działając w rejonie Puszczy Kampinoskiej, wspomagali powstanie, wiążąc siły wroga, a nawet uczestniczyli w walkach w mieście o Dworzec Gdański. Dolina (zmienił swój pierwszy pseudonim) najpierw dowodził wszystkimi siłami AK  Grupy Kampinos (2700 żołnierzy), potem pułkiem Palmiry - Młociny. Brał udział w walce na przedmieściach Warszawy i oczyścił Puszczę z oddziałów niemieckich, dzięki czemu można było przyjmować zrzuty od żołnierzy alianckich. Największe starcie z siłami niemieckim, a konkretnie z brygadą SS „Rona” miało miejsce pod Truskawiem, gdzie padło z zaskoczenia wielu wrogów i gdzie zdobyto ogromną ilość broni. Po upadku powstania Niemcy skierowali wielkie siły (m.in. dwa pociągi pancerne i lotnictwo) przeciwko partyzantom z Kampinosu. W bitwie pod Jaktorowem większość oddziału poległa lub została wzięta do niewoli i rozstrzelana. Dolina przedarł się ze swoim oddziałem konnicy, dołączył do wkrótce rozwiązanego 25 pp AK na Ziemi Piotrkowsko –Opoczyńskiej i stoczył jeszcze 16 potyczek na szlaku„Hubala”, w tym  9 grudnia w Białaczowie, 10 stycznia w Modrzewiu, 17 stycznia w Modrzewku i Kraśnicy. Od czerwca 1943 roku do 17 stycznia stoczył 235 bitew i potyczek. 17 stycznia rozwiązał swój oddział i przez Czechosłowację udał się na emigrację do Anglii, resztę życia spędził w Londynie. Został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari i poczwórnym Krzyżem Walecznych, Krzyżem AK oraz King`s Medal for Courage. Napisał wspomnienia: wydane w Londynie w 1954 roku „Drogi cichociemnych” oraz „Partyzanci trzech puszcz” opublikowane w Warszawie w roku 1992,  Przy tej okazji po prawie pięćdziesięciu latach przyjechał do Polski.
     Dolina był bardzo dobrym, mądrym człowiekiem i niezwykłym dowódcą o wysokim morale, co także cechowało jego żołnierzy. Łączył odwagę, wiedzę, intuicję ze sprytem, fantazją i szczęściem. Bardzo dbał o swoich partyzantów, o ich uzbrojenie, umundurowanie i wyżywienie, traktował ich po partnersku. Był ukochanym dowódcą, Taki też pozostał w mojej pamięci.
     Najstraszniejsze dni przyszły w styczniu. Miałam już wtedy ogoloną całkiem głowę; wytłumaczono mi, że będą mi dzięki temu lepiej rosnąć włosy, ale to pewnie chodziło o wszy albo jeszcze o coś innego. Wstydziłam się i nie zdejmowałam czapki. Przyplątała się do nas pomylona staruszka, wyraźnie mająca kłopoty gastryczne ( Żydówka?), ale kręciła się przy kuchni i nawet ja miałam w związku z tym obawy o nasze zdrowie. Wspominam o tym dlatego, że u nas  znajdowali miejsce nie tylko krewni, konspiratorzy i partyzanci.
    Mama wyjechała na dłużej, co dla mnie nie było niczym niepokojącym. Tymczasem 16 stycznia znów pojawili się kawalerzyści Doliny (przed swoją ostatnia bitwą), następnego dnia, a były wtedy ogromne mrozy, dobrze powyżej -20 stopni) rozległy się bardzo silne eksplozje i wyleciały wszystkie szyby w domu. Zaczęło się, ruszyła ofensywa Armii Czerwonej, która została przerwana na początku sierpnia 1944 roku w czasie powstania warszawskiego. Pojawił się u nas sztab niemiecki. Nie zważając na mnie, Niemcy debatowali nerwowo i palili mapy sztabowe oraz inne dokumenty w kuchni. Kierował tym dowódca mający piękną arystokratyczną twarz. W nocy było zupełnie jasno, na niebie wisiały   choinki świetlne, tzw. flary. Ta nocna jasność podkreślała wyjątkowość sytuacji. Coraz bliżej było słychać artylerię oraz bojowe samoloty. Walki na tym terenie były szczególnie zacięte, bo Niemcy w okolicach Tomaszowa i Inowłodza  zbudowali ogromne umocnienia. Bunkry były tak olbrzymie, że mieścił się w nich pancerny pociąg. Boje toczyły się również tuż przy Libiszowie o most na Pilicy w Zameczku. Ubranaieplej, w palto, bo przecież okna były wybite, nawlekałam na nitkę koraliki i obserwowałam. Mamy nie było, nie wiedziałam, co się z Nią działo, ale  przecież przyzwyczaiłam się do jej nieobecności i powrotów. Wokół trwały walki. Rankiem Niemcy zniknęli z naszego domu i wsi, zostawiając we wsi i na drogach  samochody i czołgi oraz inny sprzęt bojowy,  a nawet samolot, który nagle zniknął. Odleciał nim jakiś Niemiec, który umiał go uruchomić, może ten inteligentny dowódca sztabu, który był u nas nocą. Pierwszy czerwonoarmista pojawił się w momencie, kiedy Janek próbował wstawić szybę. Janek umknął do piwnicy, a bojec z odbezpieczonym kałasznikowem wpadł do domu z okrzykiem „Giermaniec! Kuda Giermaniec?”. Moja subtelna, uduchowiona Ciocia jak zwykle zachowała się bardzo przytomnie, powiedziała coś po rosyjsku i wręczyła butelkę wódki czy bimbru (czego w naszym domu nigdy nie było). Czerwonarmista zapomniał o Giermańcu i zniknął, ale wkrótce przyszedł większy oddział. Przytoczyli  pod  okno naszego pokoju bez szyb armatę  i rozpoczęli ostrzeliwanie pobliskiego cmentarza, gdzie ukryło się dużo Niemców. Po jakimś czasie ci Niemcy, którzy jeszcze żyli, poddali się i zostali przyprowadzani pod nasze okno. Patrzyłyśmy na to, a mnie było żal Niemców jako ludzi. Po pobieżnej rewizji zaczęto dokonywać egzekucji. Zaczęłam krzyczeć, Ciocia po rosyjsku interweniowała, przenieśli się dwa metry dalej. Przez następne dni naokoło szkoły i wokół na ośnieżonych polach leżały trupy żołnierzy w mundurach o charakterystycznym odcieniu zielonego koloru (feldgrau). Obok tych leżących pod oknami, uprzednio zrewidowanych, walały się zdjęcia ich dzieci, żon i dziewczyn. Potem byłam we  wsi, widziałam porozbijane samochody, czołgi, mnóstwo żelastwa. Na wysokich stopniach kościoła leżał zamarznięty  trup Niemca pozbawionego butów. Ten widok był dla mnie najgorszy. Jeszcze pamiętam strzały pijanych żołnierzy rosyjskich do naszej szkoły, ale takie już na wiwat. Pamiętam, jak wpadali pojedynczy piechurzy z zapytaniem: ”Kuda na Bierlin?” Pokazywało się ręką kierunek Opoczna, a oni zmęczeni nieludzko, ale zadowoleni, pędzili dalej, sądząc, że „Bierlin” jest tuż. Niektórzy zatrzymywali się dłużej. Pamiętam ich dowódcę, wysokiego dobrego Rosjanina w białym ogromnym białym kożuchu, który zamieszkał w naszej kuchni, a żołnierze w klasach.  Przez wieś i okolicę przemieszczała się 33  Armia I Frontu Ukraińskiego. Nie miałyśmy złych przeżyć, wieś chyba także nie. Straciłam jakby przytomność (teraz to się nazywa „stres pourazowy”), chociaż nikt tego nie pamiętał,  nikt nie  zwracał na mnie uwagi. Gdy oprzytomniałam, dom był prawie pusty, została tylko Mama i Ciocia. Ze strachem wyjrzałam poza dom i na pola, a one już były zielone i czyste, czyli minęły ze dwa miesiące. Z samochodów i czołgów mało co zostało.  Wojna się skończyła. Mama i Ciocia walczyły z wszami pozostawionymi pewnie przez żołnierzy wszystkich trzech armii, a szczególnie tej trzeciej. Polewały sprzęty wrzątkiem i szorowały je. Skończyła się pewna epoka w historii i naszym życiu.„Austeria” przestała istnieć. Podobno Niemcy mieli w planach pacyfikację Libiszowa na początku lutego, posiadali do tego liczne powody. Ofensywa radziecka nas uratowała.
        *
    W listopadzie 1969 roku, na miesiąc przed swoją śmiercią po nieudanej operacji, Mama otrzymała w Belwederze Krzyż Kawalerski z rąk ministra oświaty, Czesława Wycecha, Krzyż Kawalerski za tajne nauczanie.
     
       WSPOMNIENIA O MOJEJ MAMIE
      Zostałyśmy zupełnie same w zdewastowanym domu. Po raz pierwszy ogród nie został skopany i wykorzystany. W domu było pusto. Nawet ja wyjechałam na miesiąc do Zleszyna. Przyjechał do nas Wujek Janek z Zosią, którzy wiedzieli, że Mamie jest potrzebna pomoc. Zabrali mnie, dzięki czemu wiem trochę, jak wyglądała  podróż w owym czasie, kiedy ludzie gwałtownie się przemieszczali z różnych powodów: Polska przenosiła się ze Wschodu na Zachód, ludzie wracali lub wyjeżdżali, koleje były zajęte przez wojsko oraz przewozy towarów. Jechało się, jak się dało i czym się dało. Wchodziło drzwiami lub oknem, zajmowało górne półki, te na bagaż i WC. Wracaliśmy towarowymi lorami. Czekaliśmy długo na pociąg w Łodzi, więc mnie jako dziesięcioletnie dziecko oddano do „lagru”, czyli do jakiegoś pomieszczenia z pryczami,  gdzie znów złapałam wszy.(Gęsty grzebień i stałe czesanie, przeszukiwanie  włosów było wówczas czymś zupełnie naturalnym i powszechnym.) Nie warto więc było korzystać z tych dobrodziejstw PCK, zwłaszcza, że nad ranem ruszyliśmy piechotą z Łodzi  Fabrycznej na Kaliską, aby dostać się na pociąg do Kutna. Z Kutna szliśmy na piechotę  18 km do Jurkowa, bo w Żychlinie pociągi się nie zatrzymywały. W Zleszynie, gdzie zagospodarowywano się dopiero po wysiedleniu, czułam się wspaniale, stałam się ponownie dzieckiem, bez opamiętania biegałam z dziećmi i dużo jadłam, przede wszystkim piłam  mleko. Gospodarstwo Cioci było chyba w dobrym stanie, w pracy pomagał Niemiec Hesler, który z córką Martą został w Polsce jeszcze przez rok. W tym czasie Mama była chora, przeżywała niebezpieczne czasy zamętu  i starała się o przeniesienie.  Dom i szkoła w Libiszowie były zdewastowane, czułyśmy się osamotnione i bezradne. Znalezienie nowego miejsca  nie było to łatwe, zwłaszcza, że oprócz pracy potrzebne było nam jakieś mieszkanie.  Wreszcie jesienią 1945 roku Mama otrzymała pracę w szkole powszechnej w Żychlinie, początkowo bez mieszkania. Nasz niewielki dobytek został przewieziony ciężarówką, którą załatwił nam Wujek Janek. Zatrzymałyśmy się u Cioci Hani w Jurkowie. Mama chodziła na piechotę do pracy w Żychlinie, ja jakiś czas nie chodziłam do szkoły, bo to było za daleko, ponad 10 km w obie strony, poza tym pewnie nie miałam w czym. Później Mama dostała  mały pokoik,  z kuchnią  na poddaszu w Żychlinie na ul. Pierackiego (dziś 1Maja), naprzeciwko  szkoły, do której zaczęłam chodzić chyba w grudniu  ( miałam więc prawie roczną przerwę w nauce). Początkowo żyłyśmy w wielkim ubóstwie. Nie miałam ubrań ani butów, Mama także, chociaż pracowała bardzo wiele, myślę, że ponad 40 godzin tygodniowo. Uczyła w dziennej szkole podstawowej i  w „wieczorówce”. Pomagała nam trochę rodzina, zwłaszcza Ciocia Ziuta, do której przychodziłyśmy (7 km) na niedzielę. Później Wujek Jakub zaczął przysyłać paczki ze starymi ubraniami  ze Stanów. Trochę żywności dostawaliśmy od UNRRY. Było to „horse meat” w puszkach, „kobasica”, czyli kiszka, oraz małe paczuszki z glukozą, wafelkami i dwoma kostkami czekolady. Mama zajmowała się rozdziałem tych amerykańskich darów, co oczywiście nie oznaczało, że miałyśmy dla siebie tego dużo. Ojciec odnalazł nas pod nowym adresem chyba dopiero w 1946 roku. Początkowo pojawiła się   koncepcja naszego wyjazdu na Zachód przez zieloną granicę, co zresztą było bardzo niebezpieczne i wcale nie musiało się skończyć powodzeniem. Skorzystała z tej szansy siostrzenica Mamy, Regina Madalińska,  z młodszą  ode mnie córką Elżbietą wyjechała do swojego męża, zawodowego oficera,  który przeżył obóz koncentracyjny. Najpierw zamieszkali w obozie „dipisów” w Niemczech Zachodnich, a potem wyjechali do amerykańskiej rodziny w Detroit. Ja nie chciałam opuszczać Polski i być może to zaważyło na decyzji Mamy. Mama była ciężko chora, miała niebezpieczne krwotoki. Wiele razy szła do szpitala w Kutnie lub Milanówku pod Warszawą, czasem zostawałam sama. Bardziej Mamie potrzebny był szpital niż wyjazd w nieznane i przekradanie się przez góry. Tata w Anglii sam wkrótce znalazłby się w trudnej sytuacji materialnej. Po likwidacji wojskowej kantyny , którą przez lata wojny prowadził, został  w 1947 roku zdemobilizowany i musiałby tam szukać ciężkiej fizycznej pracy jak słynni generałowie. Powrót też był niebezpieczny. Bardzo wielu andersowców aresztowano , zsyłano do łagrów lub też w różny sposób ich, a także ich rodziny represjonowano. Korespondencja między Rodzicami nie mogła być pisana „otwartym tekstem”, Rodzice przeżywali wielkie wahania. W czerwcu 1948 Ojciec powrócił z Anglii.  Przywiózł  trochę materiałów na ubrania, nylon ze spadochronu i skóry na buty, co bardzo podreperowało naszą sytuację życiową i samopoczucie.W czerwcu  1948 roku powitałyśmy Tatę na dworcu w Żychlinie. Nie wiem na pewno, ale chyba był w bateldresie (na pewno przywiózł go z sobą), czyli angielskim mundurze z naszywką na rękawie „Poland”.
     Mama była kobietą niezwykłą. Mimo słabego zdrowia była bardzo aktywna, energiczna i odpowiedzialna. Cieszyła się wielkim szacunkiem rodziny i obcych ludzi. Była człowiekiem bardzo prawym.(w pamiętniku napisała mi: „Recte via perge!”- Prostą drogą  krocz!). Wykazała wielki charakter, zdobywając jako jedyna z rodziny wykształcenie średnie, co w tamtych czasach było równoważne przynajmniej z dzisiejszym wyższym. Wyszła poza krąg rodzinny, mając 13 lat zdała egzamin do progimnazjum w Gąbinie, a mając 14, zamieszkała w Gostyninie, aby uczyć się w gimnazjum i to była Jej samodzielna decyzja.Zaczęła wtedy właściwie życie na własny rachunek. Utrzymywała się z korepetycji. Mając 19 lat, straciła ojca.
     Myślę, że te sześć lat po zamążpójściu spędzone w Libiszowie były dla Niej najlepszym okresem w życiu. Ówczesne pensje nauczycielskie były wysokie (Rodzice łącznie zarabiali około 400 zł), stać Ich było na utrzymanie służącej  i niańki do mnie.
     Mama nie stosowała wobec mnie żadnych dydaktycznych pouczeń, przyjmowałam Jej, a system wartości Rodziców, obserwując Ich zachowanie wobec ludzi, słuchając Ich rozważnych wypowiedzi. Mama miała wiele empatii. Rodzice znali się na ludziach,  dawali im olbrzymi kredyt zaufania, ale czasem pewna sekwencja faktów sprawiała, że wiedzieli już, że nie są to ludzie dobrzy. Mama bardzo przeżywała, gdy dochodziła do wniosku, że ktoś bliski zawiódł Ją lub kogoś. Nie mówiła źle o ludziach, nie plotkowało się w naszym domu. Rodzice traktowali wszystkich jednakowo z szacunkiem, niezależnie od tego, czy był to człowiek wykształcony i zamożny, czy też nie. Ludzie doceniali mądrość życiową Rodziców, przychodzili do Nich po radę lub pomoc, czasem pożyczkę. Jakimś cudem, mimo nieświetnej sytuacji finansowej, uważano nas za zamożnych i Rodzice często pomagali innym,  często powyżej swoich możliwości. Bardzo też przejmowali się swoją pracą. Wychodzili z domu  wcześnie, a po powrocie do domu ciągle rozmawiali o szkole, Mama sprawy szkolne bardzo przeżywała.
     Jeszcze teraz, w XXI wieku, ludzie, ponad  czterdzieści lat od Ich śmierci, w Żychlinie dobrze wspominają Rodziców,  (przeważnie ich uczniowie).
     Mama zawsze stawiała na moją samodzielność, szanowała, może nawet w zbyt dużym stopniu, moje decyzje, ale właśnie to uczyło mnie odpowiedzialności
    .
     Na cmentarzu Żychlinie jest skromny grób z piaskowca z napisami:
         Ś. P.
        JÓZEF CHAŁUBIŃSKI
         1903 – 1970
         nauczyciel
        uczestnik walk w Afryce i Włoszech  
         w latach 1939 -1945
        FRANCISZKA CHAŁUBIŃSKA
         1906 – 1969
         nauczycielka
        członek  AK i BCH  
        organizator tajnego nauczania
        NON OMNIS MORIAR

    Wspomnienia Mamy oraz swój komentarz skserowałam i rozesłałam  do Rodziny, znajomych oraz szkół w Libiszowie i Żychlinie oraz Muzeum w Opocznie. Spotkałam się z szerokim odzewem. Dostałam list od Ewy Bąkowskiej z poczesnego rodu Krasickich, która z Matką i bratem mieszkała w pobliskiej Kraśnicy. Jej Ojciec, porucznik rezerwy ( podobnie jak mój ) znalazł się w 1939 roku we Lwowie i dostał się do niewoli rosyjskiej. Zginął w Charkowie, o czym Ewa dowiedziała się dopiero w 1990 r.  Ewa, niewiele starsza ode mnie była łączniczką AK i dotąd utrzymuje związki żyjącymi jeszcze partyzantami. Jeździła także do Katynia. Pan  Bąkowski  przed wojną  prowadził  hodowlę koni arabskich. W czasie wojny u Pani Bąkowskiej funkcjonował szpital dla partyzantów. Rodzice nasi  znali się przed wojną i w czasie wojny panie miały ze sobą kontakt.  Wigilia partyzantów Doliny miała się właściwie odbyć w dworze w Kraśnicy, ale ponieważ tam  świętował dowódca pułku AK, w ostatniej chwili  skierowano ich do nas, do Libiszowa, a prowiant na wigilię dla dwudziestoosobowego oddziału przysłano ze dworu . Zaprzyjaźniłam się z Ewą, odwiedziłam ją dwa razy w Gdańsku, gdzie z Matką uciekły w 1945 roku z Kraśnicy (jako byłe ziemianki nie miały prawa przebywać  w promieniu 40 km od swego majątku). Ucieczka do Gdańska nie uchroniła ich przed więzieniem. Szesnastoletnią Ewę wzięto z lekcji  i trzymano w kolejnych więzieniach przez pół roku, jej matkę przez rok. Ewę przygarnęli sąsiedzi, bo  Jej mieszkanie było zaplombowane. Ich historię opisała w dwóch książkach Aleksandra Ziółkowska- Boehm, która wykorzystała  trochę wspomnienia mojej Mamy, co zaznaczyła w przypisie.
    Dostałam list od pana Ryszarda Bielańskiego, byłego partyzanta, który uczestniczył  w wigilii partyzanckiej w naszym domu. Przysłał mi swoją książkę o partyzantach Doliny. Utrzymywałam z Nim kontakt do roku 2016, czyli do Jego śmierci. Widziałam Go w Libiszowie  i Kraśnicy na wigilii w 2010 roku i z okazji nadania imienia „Doliniaków  szkole w Libiszowie oraz wmurowania pamiątkowej tablicy w roku 2015.
    Wspomnieniami  Mamy zainteresował się też regionalista , pan Włodzimierz Koperkiewicz, który napisał o Mamie w Tygodniku Opoczyńskim. W 2009  roku pojechałam do  Szkoły w Libiszowie na zaproszenie pani Dyrektor Marii Matusiak, gdzie spotkałam się z p. Koperkiewiczem i p. Lidią Świątek z Muzeum Okręgowego w Opocznie  oraz kolegą z klasy. W Szkole w Libiszowie, zostawiłam trochę pamiątek po Rodzicach, a  te cenniejsze zdeponowałam w Muzeum w Opocznie, przede wszystkim wojenne odznaczenia Ojca , kartki z Węgier i  listy ze Szkocji. Zostałam Przyjacielem Podstawowej Szkoły w Libiszowie. W 2010 roku  zaproszono mnie na uroczystą wigilię w Szkole w Libiszowie i Kraśnicy. Grupa rekonstrukcyjna przypomniała wówczas  szlak partyzantów Doliny z Kraśnicy do Libiszowa. Pan Ryszard Bielański pełnił obowiązki dowódcy oddziału. Wielkie wrażenie robili żołnierze na koniach oraz autentyczna broń wypożyczona z Muzeum w Opocznie.  Oddział pokonał drogę między  Kraśnicą  a Libiszowem. Wśród obserwatorów tego marszu był Tomasz Łuczkowski, dyrektor Muzeum w Opocznie. Było wtedy 17 stopni mrozu, a drzewa i pola pokryte były śniegiem tak, że sceneria przypominała tę sprzed lat W czasie wigilii dzieci i młodzież śpiewały kolędy i pieśń nie tylko  partyzancką „O Panie, który jesteś w niebie…”. Odczytano także wiersz napisany przez partyzanta z Nowogródczyzny  na imieniny panny Ewy Bąkowskiej. Libiszowskie  kontakty powiększyły grupę moich przyjaciół. Odzyskałam także dzięki nim Przyjaciółkę z dzieciństwa, Danusię Szczepańską Makarewicz, która wydała wspomnienia z młodości swego Ojca, dobrze mi znanego z dzieciństwa pana Jana Szczepańskiego p.t. „Moje szkoły” ( 2014). Z dużą satysfakcją  napisałam do niej posłowie.




    przekazała Danuta Makarewicz


     

    ​11 marzec 2017 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005