Pragnę podzielić się z Panią tym co zdołałem zapamiętać jako 10 letni chłopiec.
24 grudnia 1944 roku w naszym domu w Milowcach od samego rana trwała
krzątanina przygotowywania wieczerzy wigilijnej i Świąt Bożego Narodzenia.
Mama - Katarzyna Wernikowska, zajęta była
pieczeniem ciasta i innych potraw, natomiast Tato - Ignacy Wernikowski
jak co dziennie zajęty był w gospodarstwie.
Wczesnym popołudniem ktoś z przechodzących obok naszego
domu, powiedział, że do wsi przyjechali Rosjanie na kilku
furmankach, ale nie wiadomo w jakim celu. Tuż przed wieczorem pomocnik
sołtysa idąc przez wieś, dzwonił dzwonkiem i ogłaszał wiadomość o zebraniu
mieszkańców w Domu Wiejskim, gdzie wszyscy mieszkańcy powinni zgłosić się
niezwłocznie. Pamiętam, że w tym czasie Ojciec poił bydło. Usłyszawszy ten
komunikat, zostawił 2 wiadra z wodą na środku podwórka i mamie powiedział,
że idzie na zebranie i gdy załatwi co trzeba, szybko wróci do domu.
Kilka chwil po tym zjawiła się w naszym domu sąsiadka Ukrainka ( nie
wiem z którego domu ani jak się nazywa)
i powiedziała, żeby Mama zabierała dzieci i szybko uciekała z domu. Wtedy
mama w kożuch zawinęła 2 letnią moją siostrę Agnieszkę i mnie kazała bym poszedł razem z nimi. Powiedziała, że idziemy do sąsiada, (Ukraińca),którego ogród
graniczył z naszym ogrodem. Prawdopodobnie stosunki między moimi
rodzicami a tym sąsiadem były bardzo przyjazne gdyż sąsiad ten nie wykazał zdziwienia naszym przyjściem, kiedy mama powiedziała mu dlaczego uciekliśmy z domu.
W tym czasie z okna tego domu widać było bieganinę na drodze i odgłosy
strzelaniny dobiegającej z okolicy Domu Wiejskiego. Kilka chwil później, zobaczyliśmy palący się dom naszego sąsiada Pańkowskiego i następne palące się polskie domostwa widoczne z okien. Jak się później okazało był to początek akcji banderowskiej w mojej wsi Milowce skierowanej przeciwko Polakom.
Z opowiadań dorosłych osób wynikało, że banderowcy przebrani w mundury
rosyjskie, przed wejściem do gromadzkiego domu dokonywali swoistej selekcji, Ukraińców odsyłali do
domów a Polaków zatrzymali w świetlicy.
Mego Ojca i kilku innych Polaków (trzech lub czterech) wyprowadzono na
most rzeki Seret przepływającej przez naszą wieś i tam bestialsko
pomordowano przy pomocy siekier.
W tym czasie jak wzmagały sie pożary domów polskich rodzin, do drzwi
sąsiada gdzie schroniliśmy się zapukali
banderowcy. Pamiętam ze mama powiedziała do sąsiada "jesteśmy na waszym
sumieniu" a sąsiad nakazał nam by natychmiast schować się na piec. Na tym piecu suszyła się kukurydza spleciona w warkocze tworząc rodzaj zasłony i tam żeśmy się schowali. Do dziś tkwi we mnie tamto wrażenie, że chciałem jak najszybciej zasnąć i nie czuć
bólu jak będą mnie zabijali. Banderowcy robili wymówkę gospodarzowi, że
tak długo nie otwierał im drzwi a ten usprawiedliwiał się, że kaganek nie chciał się zapalić, bo niedobra
nafta. Na pytanie banderowców czy wie kto przechowuje Polaków, powiedział że nie wie i uczynił przysięgę na klęczkach.
Na następny dzień nic nie wiedzieliśmy co sie dzieje z ojcem, sąsiad
wyszedł na ogród i stwierdził, że całe nasze gospodarstwo jest spalone oprócz stajni.
W tym czasie drogą jeden z sąsiadów Polaków pospiesznie prowadził
konia, mama zapytała go gdzie on zmierza a on odpowiedział, że ucieka z
wioski i właśnie idzie po sanie.
Mama poprosiła go żeby nas też zabrał a on wyraził zgodę i razem z jego
rodziną pojechaliśmy do Jagielnicy.
Tam znaleźliśmy dach nad głową w żydowskim splądrowanym "
pustostanie". Po drodze napotkaliśmy wielu Polaków uciekinierów z różnych wsi, którzy tak jak my widzieli jedyny ratunek w Jagielnicy.
Po kilku dniach okazało się, że nie ma szans na przeżycie bo zapanował
głód, kawałek chleba i ziemniak to była duża wartość. W takiej sytuacji kobiety uradziły, że jedynym ratunkiem jest udanie się do wsi aby przywieźć ziemniaki, które uratowały się będąc pochowane w kopcach.
Kilka kobiet (cztery lub pięć) pojechało dwoma wozami do wsi w nadziei, że samotnym
kobietom nic nie grozi. Pozwolono im załadować do worków trochę
ziemniaków i opuścić wieś lecz za wsią oczekiwała na nich zasadzka. Jednej tylko kobiecie udało się zbiec, tej która prowadziła zaprzęgiem konnym, reszta kobiet idąca za wozami została
pomordowana w tym moja mama.
Mama została pochowana razem z innymi kobietami na cmentarzu w
Jagielnicy, tego cmentarza już od dawna nie ma.
Ciało ojca przez kilka tygodni widziane było na grobli położonej przed
wodnym młynem na Serecie w Milowcach i dalszy jego los jest nie znamy.
W Jagielnicy ksiądz porozdzielał sieroty w śród mieszkańców wsi, którzy
uszli z życiem a następnie razem z nimi wyjechaliśmy na Ziemie Zachodnie.
Mój starszy brat Wiktor ur. w 1929 roku, latem 1943 roku został wywieziony
przez brygadzistę hodowli koni wraz z ewakuowanym folwarkiem
niemieckim w okolice Tarnowa i tam przetrwał do zakończenia wojny. W ten
sposób rodzice wysyłając go do Tarnowa skorzystali z okazji, aby uchronić go przed zbrodniarzami
ukraińskimi, gdyż już wtedy były przypadki morderstw dzieci polskich. Przypadek sprawił, że organista naszej parafii będąc na poczcie w Jagielnicy dowiedział się, że na poczcie jest list od Wiktora Wernikowskiego do jego ojca. W liście tym Wiktor prosił rodziców o przysłanie
mu metryki urodzenia (było to w czerwcu 1945 roku) ponieważ on usiłował
wrócić do domu,ale na granicy w rejonie Przemyśla nie został przepuszczony bo nie miał dowodu tożsamości.Poinformowaliśmy go że ma czekać na wiadomość od nas
gdy już osiądziemy na Ziemiach Zachodnich. Osiedliliśmy się w Nasiedlu w
powiecie Głubczyckim.
Jarosław i Lucyna Wernikowscy