Od paru dni siedzę przed komputerem i czytam, czytam...,
bo tyle ciekawych informacji , i czytam z nadzieją, że natknę się na informacje o
moim pradziadku Józefie Świetlickim, on i jego żona byli też ofiarami
ludobójstwa.
Moi rodzice i dziadkowie mieszkali w Horochowie, pradziadkowie w
Domanince (okolice Wyszogródka, Wiśniowca, Krzemieńca).
Mężczyźni w tej rodzinie byli młynarzami, pradziadek miał młyn wodny
w Domanince, dziadek kierował młynem Żyda Grossmana
w Horochowie, a ojciec przed wojną uczył się w technikum młynarskim
w Bydgoszczy, już w czasie wojny ożenił się z moją mamą,
zamieszkali w Błudowie i tam prowadził młyn.
Pradziadkowie wg. relacji mojego nieżyjacego już, niestety, ojca zginęli
w Wiśniowcu utopieni w studni.
Nie wiem skąd tato miał tę informację, bo wiem, że chyba po raz ostatni był w Domanince
w 1940r, potem nie było już możliwości.
Moi rodzice musieli uciekać najpierw z Błudowa (ostrzeżeni przez
Ukraińców) do Horochowa, a potem już cała rodzina ( babcia i
rodzeństwo mamy ) uciekali z Horochowa.
Wiem, że Niemcy zabezpieczali drogę do pociągu uciekinierom!
Przerażało mnie opowiadanie mojej mamy,
że jadąc furmanką do pociągu modliła się żeby córka umarła ( moja
najstarsza siostra urodziła się w Błudowie), żeby nie żyła gdy Ukraińcy
na nich napadną! Nie rozumiałam tego!
Moja babcia opowiadała o tych strasznych mordach, ale ja byłam za mała,
żeby wszystko zrozumieć, choć wiele z tych relacji pamiętam.
Dziś inaczej postrzegam losy mojej rodziny, lektura, rozmowy, teraz już tylko z mamą, pozwoliły mi zrozumieć i pamiętać!
Mama miała tak wielki uraz, że nigdy nie chciała
pojechać na Wołyń, tato przeciwnie - bardzo chciał, ale najpierw nie
było możliwości, a kiedy była tato był zbyt schorowany.
Już po Jego śmierci postanowiłam pojechać Ich śladami, dedykując wyprawę Ojcu.
Mamie powiedziałam o swoim zamiarze na tydzień przed wyjazdem i muszę
przyznać, że mama "ożyła" dzięki memu wyjazdowi.
Nigdy nie sądziłam, że ten wyjazd odbiorę tak bardzo emocjonalnie!
Zaczęłam od Horochowa, tam już nie ma Polaków! Ale spotkałam się z
wielką życzliwością Ukraińców, przypadkiem trafiłam, chodząc po ulicy,
gdzie mieszkali moi dziadkowie i mama się wychowała, do dwóch pań
(siostry, trochę starsze od mojej mamy), które mówiły piękną polszczyzną
(Ukrainki!), doskonale pamiętały moją rodzinę, dostałam od nich zdjęcie
mojej piętnastoletniej mamy - i płakałam, łzy same mi leciały!
Pokazały mi dom w którym mieszkała moja rodzina, wszystko obfotografowałam, żeby
pokazać mamie.
Miasteczko, które przed wojną było miastem powiatowym,
wygląda gorzej (opinia mamy) niż kiedyś. Zresztą wszystkie miejscowości
(poza Łuckiem) wyglądały tak jakby czas się zatrzymał.
Potem przez Beresteczko (skąd pochodził pradziadek ze str. mamy)
pojechałam do Krzemieńca. Po drodze spotkałam się znowu z życzliwością i
pomocą Ukraińców. Na mapie była droga, a w rzeczywistości nagle się
skończyła między polami, lasami... Znaleźli się życzliwi ludzie, którzy
nas pilotowali i pomogli znaleźć hotel (b. późnym wieczorem) w
Krzemieńcu. Nawet oferowali nocleg u siebie gdybyśmy mieli problemy!
Myślę, że mój Tata czuwał nade mną! Po zwiedzeniu Krzemieńca pojechałam
szukać mogiły pradziadków do Wiśniowca, nie znalazłam! Już po powrocie
znalazłam w internecie zdjęcie pomnika mogiły - studni w Starym
Wiśniowcu. Nikt z okolicznych mieszkańców nie potrafił mi powiedzieć
gdzie jest Domaninka! Przewodniczka, Polka z Krzemieńca, którą tam
poznałam, powiedziała mi, że być może ta wieś już nie istnieje!
Wracając do domu obiecałam sobie, że znowu tam pojadę, tak bardzo byłam
oczarowana tymi miejscami i tak bardzo chciałam dotrzeć choćby do
miejsca po Domanince i mogiły pradziadków.
Krótko po powrocie ciężko zachorowałam i nie wiem czy uda mi się ziścić moje zamierzenia.
Z wyrazami szacunku dla wszystkich którzy tworzą tę stronę
i zabiegają by nie zapomnieć o tych co odeszli .
Basia Guśpiel