POLSKI  

    ENGLISH
 * Strona początkowa
 
 * Lwowska gwara
 * Lwowskie melodie
 * Lwowska Fala
 * UPA - Polemika
 * Kresy w ciemności
 * Koś. Św. M. Magd.
 * W. Poliszczuk
 * Co z tą Polską ?
 * Szkoła im. MM - Lwów
 * Kresy dzisiaj - galeria
 * Obrona Lwowa 1918
 * Pamiętamy ...
 * Białoruś- Dni swobody
 * Krwawa Wigilia
 * Fala nienawiści
 * Zjazd Kresowian
 * Kwestia żydowska
 * Jak było ze zdjęciem
 * Umorzenie ???
 * Teki edukacyjne
 * Zabić po raz drugi
 * Kresowa Księga ...
 * Nauczyciele - Lwów
 * Księża z Wołynia ...
 * Stowarz. "Podkamień"
 * Na kolanach ...
 * Czcić bohaterów ...
 * Przedmowa do ...
 * Kresowa księga ...
 
 * Czytelnicy piszą ...
 * Poszukuję rodziny
 
 
 * Aktualności
 * Informacje
 * Polemiki
 * Polecamy
 
 * Ważne Adresy
 * Kontakt
 * Linki
 * Netreba
 * Wywiad S. Srokowski
 * Krwawe zapusty
 * Lwów, Ural, Komi
 * Sąsiedzi z Marcelówki
 * Pierwsze wspomnienia
 * W Mogilnie
 * Pamiętnik Bronisławy
 * Młyny w Horochowie
 * Stasia Stefaniak
 * Józefa Nowak
 * Śpię w ubraniu
 * Na Podolu
 * Huta Stara
 * Msza w Łodzi
 * Bołdury i Leszniów
 
 
 * woj. tarnopolskie A - J
 * woj. tarnopolskie K - P
 * woj. tarnopolskie R - Ż
 * woj. tarnopolskie dod.
 * woj. tarnop. dod. nr. 2
 * woj. tarnop. dod. nr. 3
 
 * woj. lwowskie A - J
 * woj. lwowskie K - P
 * woj. lwowskie R - Ż
 
 * woj. stanisław. A - J
 * woj. stanisław. K - P
 * woj. stanisław. R - Ż
 
 * woj. wołyńskie
 
 * Polegli w walce z UPA
 
 * Wykaz zm. zesłańców
 * Kołdyczewo (Litwa)
 * pow. nowogródzki
 * Baranowicze
 
 * Zgłoszenia Czytel.
 
 * dzieci - naz. A - B
 * dzieci - naz. C - D
 * dzieci - naz. E - G
 * dzieci - naz. H - J
 * dzieci - naz. K
 * dzieci - naz. L - Ł
 * dzieci - naz. M - O
 * dzieci - naz. P - R
 * dzieci - naz. S - Ś
 * dzieci - naz. T - W
 * dzieci - naz. Z - Ż
 
 * woj. tarnopolskie
 
 * woj. wołyńskie A - J
 * woj. wołyńskie K - M
 * woj. wołyńskie N - R
 * woj. wołyńskie S - Ż
 
 * Galicja wschodnia
 
 * woj. lwowskie
 ** pow. Bóbrka
 ** pow. Brzozów
 ** pow. Dobromil
 ** pow. Drohobycz
 ** pow. Gródek Jag.
 ** pow. Jarosław
 ** pow. Jaworów
 ** pow. Lesko
 ** pow. Lubaczów
 ** pow. Lwów
 ** pow. Mościska
 ** pow. Przemyśl
 ** pow. Rawa Ruska
 ** pow. Rudki
 ** pow. Sambor
 ** pow. Sanok
 ** pow. Sokal
 ** pow. Żółkiew
 
 * woj. stanisławowskie
 ** pow. Dolina
 ** pow. Horodeńka
 ** pow. Kałusz
 ** pow. Kołomyja
 ** pow. Kosów Huculski
 ** pow. Nadworna
 ** pow. Rohatyń
 ** pow. Śniatyń
 ** pow. Stanisławów
 ** pow. Stryj
 ** pow. Tłumacz
 ** pow. Turka
 ** pow. Żydaczów
 
 * woj. tarnopolskie
 ** pow. Borszów
 ** pow. Brody
 ** pow. Brzeżany
 ** pow. Buczacz
 ** pow. Czortków
 ** pow. Kamionka S.
 ** pow. Kopiczyńce
 ** pow. Podhajce
 ** pow. Przemyśl
 ** pow. Radziechów
 ** pow. Skałat
 ** pow. Tarnopol
 ** pow. Trembowla
 ** pow. Zaleszczyki
 ** pow. Zbaraż
 ** pow. Złoczów
 
 * woj. wołyńskie
 
 
 
 * Historia Kresów
 * Widoki Polski N. Orda
 * Drohobycz 1919-29
 * Kaźń Prof. lwowskich
 * Cm. Obrońców Lwowa
 * Cm.Obr.Lwowa-galeria
 * Cm. Łyczakowski
 * Cm. Łyczak.-galeria
 * Kamien. Pod. -galeria
 * XIII Zjazd Kresowian
 
 * Genealogia
 * Więźniowie Pawiaka
 * Więźniowie Dachau
 * Ravensbruck
 * Virtuti Militari
 
 
 * Katalog stron
 * Top Lista
 * Top List

TOP RODZINA Katalog i ranking

KRESY

 
 

 

 

Pierwsze wspomnienie

cz. 1



Napisał: Witold Burker

 

       Trasa tranzytowa w 1971 roku przez ówczesny ZSRR w drodze powrotnej z Bułgarii via Rumunia przebiegała  szlakiem Czerniowce, Zaleszczyki, Trembowla, Tarnopol, Lwów, Mościska. 48 godzin czasu na przejazd i ani godziny więcej. To pierwszy nasz kontakt z południowo-wschodnimi naszymi byłymi Kresami ze strony mamy, wujka, mojej i mojego kuzyna od 1944 roku. Mama i wujek są naszymi przewodnikami- bo ja i kuzyn mieliśmy po półtora roku kiedy rodzina nasza dostała „uprzejme zaproszenie” do opuszczenia rodzinnych domów. Wracamy w pierwszych dniach października i jesteśmy o tej porze roku, przed południem jedynymi osobami, które przekraczają granicę rumuńsko- radziecką. Samochód polecają wprowadzić na kanał gdzie zostaje poddany szczególnej procedurze oględzin od dołu. Wygląda to dość dziwacznie. Kilku pograniczników i celników otacza samochód i uważnie go penetruje. Wujek, znający dobrze ukraiński, podchodzi do jednego z nich, bierze go pod ramię i zaczyna z nim rozmowę. Słyszę urywki tej rozmowy. Wujek coś mówi, pokazując w stronę Rumunii, o swobodnej atmosferze po tamtej , czyli rumuńskiej stronie . Zawsze miał niewyparzony język. Widzę, że celnik/ nie wiadomo czy to Ukrainiec czy Rosjanin/ czerwienieje na twarzy i ukradkiem zerka w stronę swoich kolegów. Robi wrażenie jakby obawiał się tego, że za bardzo spoufala się z cudzoziemcem. Jest wyraźnie zdeprymowany. W jego oczach widać coś w rodzaju lęku. Odpowiada półsłówkami i widać, że chętnie porozmawiałby sobie gdyby nie obecność jego kolegów, którzy udają, że nic nie słyszą i milczą. Na dalszej trasie dwa charakterystyczne widoki: co pewien czas przejeżdżamy obok ogromniastych tablic z wizerunkami Lenina w kolorach czerwonawo- niebieskawych oraz posterunków milicji, chyba drogowej. W wieżyczce siedzi zawsze jeden funkcjonariusz i przygląda się przejeżdżającym samochodom. Szosa jest pustawa. Widok ten będzie nam towarzyszył aż do granicy z Polską. Wrażenie jest przygnębiające. Tak jak bylibyśmy w kraju, gdzie miejscowa ludność jest szczelnie izolowana od cudzoziemców, a te wieżyczki wartownicze kojarzą się nieodparcie z jakimś wielkim obozem pracy. Czegoś podobnego przecież nie widać w „naszym” PRL-u. Po drodze nadziewamy się na kolejny niespotykany u nas widok. Przy pracach drogowych widzimy ciężko pracującą fizycznie grupę kobiet w kombinezonach na których widać ślady asfaltu. Szukamy stacji benzynowej- oznakowania stosownego brak. Wreszcie pytamy przechodzącego mężczyznę gdzie jest stacja benzynowa. Pokazuje którędy jechać. Kiedy pada pytanie czemu brak stosownego znaku uśmiecha się i mówi nieco ironicznie: bo widzicie jak swój- to wie gdzie stacja. A jak przyjedzie ktoś obcy, to musi zapytać gdzie. Wtedy my go zapytamy a skąd jest i po co do nas przyjechał. Patrzy na nasz samochód z wyraźnym zainteresowaniem. Na pytanie jak się żyje nie udziela wyraźnej odpowiedzi tylko charakterystycznie macha z rezygnacją ręką i życzy szczęśliwej podróży. Gdzieś po drodze, chyba w okolicach Śniatynia, mijamy dawny kościół katolicki, pełniący teraz funkcję jakiegoś magazynu. Na zewnątrz wozy konne, jakieś sterty worków- widać jak je wynoszą przez otwarte drzwi kościoła. To tylko preludium do tego co zobaczyliśmy potem we Lwowie. Mijamy Touste, miejsce urodzenia matki i zatrzymujemy się w Tarnopolu. Domy rodziców mamy i wujka stoją. Stoi też gmach gimnazjum gdzie oboje zdawali maturę. Biegają prawie po bliskich im miejscach, spoglądają za ogrodzenia, na domy gdzie spędzili swoje młode lata.  Wszystko stoi na swoim miejscu, nietknięte i ocalałe od bombardowań jakie przechodził Tarnopol w czasie ofensywy rosyjskiej w 1944 roku. Na twarzach ich widać wyraźne wzruszenie. Po prawie 25 latach są znowu tutaj. Przed miejscową restauracją podchodzi do nas młody chłopak i pyta nas bardzo łamaną polszczyzną: z Polski? Przytakujemy. Moja babcia- mówi była Polką. Rozmawiamy chwilę o Tarnoplu. Chłopak rozmawia tylko chwilę i żegna się. Nie widać chęci do dłuższej rozmowy. Dlaczego? Dowiaduję się o rzeczywistych powodach takiej postawy dopiero za rok w innych okolicznościach w Złoczowie, gdy zatrzymaliśmy się kolegą na rynku w Złoczowie, pytając o drogę na cmentarz. Rozmawiamy po polsku z napotkanym mężczyzną. Mówi świetnie po polsku pewnie jest on miejscowym Polakiem. Pokazuje nam drogę na cmentarz. Podchodzi do nas miejscowy milicjant, który wcześniej przypatrywał się naszej trójce. Rozpoczyna od reprymenda pod adresem naszego rozmówcy. Objeżdża go za to , że rozmawia z cudzoziemcami i że udziela im jakichś informacji. Nam natomiast wrzaskliwie oznajmia, że należy natychmiast opuścić miasto i grozi zabraniem paszportów. Podejrzliwie patrzy na aparat fotograficzny kolegi zawieszony na jego ramieniu.

            Mowy nie ma o udaniu się do Kołodziejówki i Panasówki, gdzie została jeszcze dalsza rodzina dziadka Eugeniusza i dokąd dziadek przesyłał po wojnie jakieś paczki żywnościowe. Zboczenie z trasy tranzytowej kończyło się jednak w tamtych czasach źle. Karami administracyjnymi i po prostu wyrzuceniem z granic „gościnnego” państwa radzieckiego. Potem Złoczów. Trochę błądzimy ,ale dzięki znajomości ukraińskiego wujka ,odnajdujemy drogę na cmentarz gdzie spoczywa mój ojciec zamordowany w 1943 r. Bezimienny grobowiec, użyczony do pochówku przez miejscową polską rodzinę stoi. Nienaruszony. Wiele grobowców z polskimi napisami również jest zachowanych. Te cmentarze obrazują właściwą historię tych terenów . Nie widać tutaj aby je ktoś celowo demontował czy niszczył. Nie ma już czasu aby poszukiwać domu gdzie mieszkali rodzice. W drodze do Lwowa, a właściwie do Dublan, gdzie znajduje się camping panuje milczenie choć wszyscy wiemy o czym myślimy. O latach 43-44 , o utracie wielu osób z naszej rodziny i o ucieczce przed zagładą na Rzeszowszczyznę do Czudca gdzie przygarnęła nas i udzieliła schronienia miejscowa rodzina państwa Nowaków i skąd zaczęła się  moja pierwsza pamięć dziecinna. Jedynie wujek raz przerywa milczenie i wskazuje palcem na drogowskaz z napisem „Milatyn Nowy” mówiąc do kuzyna: o, tam się urodziłeś i dodaje- uśmiechając się aby rozładować atmosferę- wiesz ile aptecznego bimbru się polało przy  okazji, że urodził mi się syn! Rodzice i wujek byli lekarzami po studiach we Lwowie. Praktykowali w kilku miejscowościach pod Lwowem. Wzywali ich do siebie zarówno Polacy jak i Ukraińcy. Wujek i ojciec należeli do miejscowej AK. Wujek opowiadał w drodze, że jak otrzymywał wezwanie do rodziny ukraińskiej w nocy to zabierał ze sobą swojego „Visa” i granat. Nie miałem pewności- mówił- czy to rzeczywiste wezwanie, czy pułapka. Jak pułapka to wszyscy pójdą do nieba razem z mną. Miał szczęście. Nigdy nie wpadł  w żadną pułapkę- bo jak mawiał był dzieckiem w czepku urodzonym.

Potem już był nocleg w campingu w Dublanach w skromnych warunkach w oczekiwaniu na krótkie kilkugodzinne zwiedzenie Lwowa. Limit tranzytowego ,48-godzinnego czasu- nieubłaganie kończył się. Jeszcze tego samego dnia musieliśmy opuścić kraj „przyjaciół radzieckich”, którzy zazdrośnie strzegli swojego terytorium nawet przed swoimi „sojusznikami” z Polski, występującymi w roli turystów. Zanim jednak dotarliśmy do Dublan, pobłądziliśmy o zmierzchu na obwodnicy Lwowa. Pusto. Nie ma nawet kogo o drogę zapytać. Wreszcie widzimy przy szosie postać odzianą w wojskowy  mundur. Podjeżdżamy bliżej i zatrzymujemy się. Trafiamy na oficera armii radzieckiej z dystynkcjami chyba majora. Wujek pyta po ukraińsku o drogę na „Lviv”. Major uśmiecha i odpowiada pytaniem :kakoj Lviv? Lvov- dodaje z naciskiem po rosyjsku. Okazuje się być Rosjaninem osiedlonym we Lwowie. W przeciwieństwie do dotychczas spotkanych mieszkańców tego kraju, major jest rozmowny i na tkz.luzie. Nie ma żadnych zahamowań przed rozmową z nami i ten jego „Lvov” a nie „Lviv” ujawnia wyraźnie kompleks wyższości nad tubylcami. Mówi oczywiście po rosyjsku i bardzo uprzejmie udziela nam informacji. Pyta jeszcze jak było w Bułgarii i co słuchać w Polsce. Odczuwamy z jego strony coś w rodzaju skrywanej zazdrości, że możemy jeździć do Bułgarii a on nie za bardzo. Wkładki paszportowe Gierka okazują się być luksusem niespotykanym w innych krajach Bloku. Budzą zazdrość a potem omal nie doprowadziły do gospodarczego demontażu byłego NRD. Jedyny rozmówca, który nie sprawie wrażenia wystraszonego. Może dlatego jednak, że był sam. Do Dublan trafiamy już bez przeszkód.

      Skoro świt opuszczamy Dublany i wjeżdżamy do Lwowa. Wpierw na cmentarz Łyczakowski. Mama z wujkiem doskonale orientują się w mieście, pomimo zmienionych nazw ulic. Lwów ocalał jako kompleks architektoniczny. Wojna go oszczędziła. Na obrzeżach przedwojennego Lwowa widać jednak już nowe socjalistyczne blokowiska, szpecące okrutnie suburbia dawnego Lwowa. Pasują one do dawnej architektury Lwowa jak pięść do nosa. To tak, jakby centrum Wiednia otoczyć czymś podobnym. Cmentarz łyczakowski początkowo robi imponujące wrażenie. Historia miasta i Polski w stanie hibernacji. Wujek z mamą prowadzą nas w kierunku Cmentarza Orląt. Trafimy na jakieś niechlujne ogrodzenie z drutu kolczastego. Dalszej drogi nie ma. Z góry jednak widać cmentarz Orląt . Widok opłakany. Groby poniszczone- nawet z oddali widać powybijane tabliczki z nazwiskami. Część grobów pozasypywana, część dosłownie porozjeżdżana. Mauzoleum lotników alianckich zdewastowane. Wrażenie jednego wielkiego śmietniska i celowo wywołanego bałaganu. Któż mógł wówczas wierzyć, że coś się zmieni już za dwadzieścia lat?

     Wracamy do centrum Lwowa. Szukamy restauracji dziadków przy ul. Legionów. Jest. Stoi.

To tutaj bawiliśmy z twoją ciotką- mówi wujek- a kiedy działalność lokalu się kończyła, to twój dziadek Maks/Maksymilian/ często stawiał studentom i gdyby nie żelazna ręka twojej babki Rosy to pewnie „przehulałby” cały interes z gośćmi. Potem dom dziadków przy ulicy Lindego- ulica Akademicka- Opera. Jeszcze na przejściach dla pieszych widać złotawe lub posrebrzane kapsle z nazwiskami polskich właścicieli rozmaitych interesów przedwojennych Lwowa. Gdzie i ówdzie jeszcze napisy polskie, niedbale pozacierane. Hotel „George” a obok jedyny powiew czegoś z Zachodu: reklama jakiego filmu z Burt Lancasterem. Na budynku uniwersytetu lwowskiego widoczne ślady napisu- o ile pamiętam „Leopolis semper fidelis.” Cała Starówka- architektonicznie zachowana- pomalowana na jakiś buro-biały kolor. Stan wyniszczenia i upadku powodowanego zębem czasu. Za trzydzieści ponad lat już będzie inaczej ale wtedy wszystko przygnębia. Twarze ludzi wymęczone i szare. I te kościoły rozmaitych wyznań: pozamykane na cztery spusty, z powybijanymi oknami, witrażami. Tutaj magazyn- tam muzeum ateizmu. Jakby jakąkolwiek wiarę wymiotło z tego miasta. Ani śladu. Kościół Matki Boskiej Śnieżnej, gdzie rodzice brali ślub- to samo. Zamknięty. Jeszcze szybko jedziemy do jakiejś dzielnicy willowej aby dostarczyć książkę jaką przekazano z Bydgoszczy dla pewnego księgarza we Lwowie- zresztą Rosjanina o polsko brzmiącym nazwisku. Co to była za książka  nie wiem ale nie chodziło chyba o żadną „bibułę”. Krótka wizyta u niego i wychodzimy . Przy naszym samochodzie stoi kilku młodych ludzi. Podchodzimy bliżej. Odnoszę wrażenie, że są to albo studenci albo uczniowie jakichś wyższych klas. W pierwszej chwili sądziłem, że chodzi o jakiś handel. Dżinsy czy coś podobnego. Mówili łamaną polszczyzną. Pytali jednak tylko o jedno: czy mamy jakiekolwiek polskie gazety. Wymieniali nawet ówczesne tytuły. Jak pamiętam „Trybunę Ludu”, „Przekrój”, chyba „Forum”. Ten „Przekrój” tak mi utkwił w pamięci i „Trybuna Ludu”. Doskonale orientowali się w tytułach wydawanych w PRL. Byli bardzo rozczarowani, że nie mamy nic. Któż to wiedział, że będą nas tam o to pytać. Nie mieliśmy nawet starych polskich gazet. Nam też było przykro. Wszyscy rozłożyli bezradnie ręce i tak się rozstaliśmy. Po latach dopiero kiedy Jerzy Janicki mógł produkować reportaże z Kresów i samego Lwowa, które powinny znaleźć się w videotece każdego kresowiaka zorientowałem się o co chodziło tak naprawdę. Polska, nawet ta Ludowa, była dla nich swoistym oknem na świat. Dlatego uczono się języka polskiego, szukano ówczesnych polskich wydawnictw i polskiej prasy- z najweselszego baraku wspólnoty państw socjalistycznych. Utkwiła mi wypowiedź jednego z poetów ukraińskich młodszego pokolenia w jednym z takich reportaży z Kresów, który właśnie przygotowywał się do tłumaczenie poezji Herberta.  Świetnie mówił po polsku. Powiedział rzecz charakterystyczną- Lwów przypomina mi gmach z powybijanymi oknami. Czegoś mi tutaj brakuje. Brakuje mi w tym multikulturowym mieście Polaków. Przecież oni tutaj byli-. Więc jednak chyba trzeba liczyć na młode pokolenie- bez względu na przeszłość, o której wszakże zapominać nie wolno aby uniknąć „powtórek z historii.”

    Przekraczamy granicę w Mościskach. Po tamtej stronie znowu penetracja naszego samochodu. Za nami pojawia się samochód z zachodnio-niemiecką rejestracją. Niemcom też każą wysiąść z samochodu. Widzę na ich twarzach ironiczne uśmiechy kiedy radziecki celnik klęka przed ich samochodem i ogląda jego podwozie. Najwyraźniej Niemcy traktują całą sytuację jako wyjątkowy folklor, nieznany pod drugiej stronie żelaznej kurtyny. Przejeżdżamy na polską stronę. Podchodzi do nas oficer polskiej straży granicznej i pyta prosto z mostu:- no, jak się przejeżdżało państwu przez zamrożoną strefę?. I tak opuściliśmy nasze dawne Kresy. Na boku stoi jakiś samochód z polską rejestracją i widać, celnicy polscy bezlitośnie „trzepią” jego pasażerów i oglądają jakieś kożuchy. Pewnie z Bułgarii.

   Witold Burker

 

Kresy- wspomnienie wujka Alfreda



List wujka Alfreda z Niemiec właściwie powinien być przedstawiony, chronologicznie rzecz ujmując, w pierwszej kolejności, bo stanowił relację jego wrażeń z pobytu na naszych Kresach w lutym –marcu 1944 roku. Dotarł on jednak do mnie po 1990 roku kiedy, po szczególnych perypetiach poszukiwawczych ,odnalazłem go wreszcie w Bawarii. 
Lwów- miasto ściągające przybyszy z całej Europy- był miastem wielokulturowym, , stanowiącym prawzór w pigułce obecnej, zjednoczonej Europy. Polacy, Ukraińcy, Niemcy – na ogół austriaccy, Węgrzy, Czesi, Ormianie, Żydzi, Włosi, Francuzi, Słoweńcy, Chorwaci – nie potrafię ich wyliczyć , tych wszystkich nacji.
Zainteresowanych odsyłam do przewodnika po Lwowie z 1937 roku. 
Zauważę tylko, że funkcję Lwowa przejął obecnie z powodzeniem Wrocław. 
Dziadkowie od strony mojego Ojca niewątpliwie mieli proweniencję austriacką , a bratanek mojej babki Rosy, wujek Alfred urodził się w Saksonii po I Wojnie Światowej- i podobnie jak jego ojciec Anton był szlifierzem kryształów- z dziada , pradziada. Szlifierze kryształów wywędrowali w poszukiwaniu pracy z austriackiego Winterbergu/ obecnie Vimperk w Czechach/ do Weisswasser przez Szklarską Porębę .
Los zechciał po wybuchu II Wojny, że najbliżsi kuzynowie znaleźli się po przeciwnych stronach frontu. Wujka Alfreda zmobilizowano do Kriegsmarine, a Ojciec mój znalazł się w AK- wedle relacji drugiego z moich wujków od strony Mamy. Kiedy po zamordowaniu Ojca w 1943 roku, zbliżał się w 1944 roku front rosyjski do naszych Kresów babka Rosa- jako Austriaczka znalazła się w potrzasku.
I wtedy zwróciła się do wujka Alfreda z prośbą o pomoc ,aby mogła wyjechać do rodziny, do Saksonii. Straciła na Kresach męża i syna. Straciła wszystko. Mieszkała u znajomego profesora muzyki we Lwowie i jego dwóch córek. Na Morawach zmarła jej siostra Maritchell a wkrótce potem jej brat Anton , na pylicę płuc. Jej świat rozsypał się w gruzy. 
I wtedy pojawił się wujek Alfred u nas w Złoczowie. Dostał urlop z powodu śmierci swego ojca. Przybył aż z frontu w Grecji , gdzie stacjonował jego okręt pomocniczy. 
Na zabłoconej szlamem drodze trafił na pułkownika Wehrmachtu, który zapytał go obcesowo:- co robi tutaj Kriegsmarine, na froncie wschodnim ?
Papiery urlopowe miałem na szczęście w porządku - pisał wujek Alfred- a potem ze Lwowa pojechaliśmy z twoją babką na grób twego ojca, do Złoczowa i potem do ciebie, aby się pożegnać przed wyjazdem. Wyczułem lęk u twojej matki i twoich dziadków. Odnosiłem wrażenie, że obawiali się, że zamierzamy cię uprowadzić. Dziadek twój z laską chodził wokół domu i patrzył na mój mundur z wyraźną dezaprobatą. Pożegnanie było dramatyczne- nie pozwolono mi wziąć cię na ręce ! To była jedna ściana płaczu. I tak się z tobą rozstaliśmy.
Pisał dalej: - z babką twoją pojechaliśmy do Lwowa, do miejscowej placówki Gestapo w celu uzyskania pozwolenia na wyjazd do Weisswasser.
Zadano jej pytanie:- czy pani jest Niemką, czy Polką? Babka oświadczyła w dialekcie wiedeńskim : jestem Polką. Funkcjonariusz oświadczył jej:- ta jak pani jest Polką, to nie może pani wyjechać do Rzeszy!
Reakcja twojej babki - pisał wujek Alfred- była zaskakująca. Stałem blady jak ściana jak tego słuchałem. Uniosła głos i krzyczała:- zabiliście męża, zabiliście syna... czego jeszcze chcecie!
Nie wiedziałem co nas jeszcze tutaj spotka. Drżącymi rękoma pokazywałem im swoje papiery urlopowe i wytłumaczyłem, że rodzina twojej babki jest w Weisswasser. Urzędnik niemiecki zmiękł po tym ataku słownym w nieoczekiwany zupełnie sposób. Niemcy już mocno zmiękli wówczas. 

Myślałem, ze poginęliście tam na Wschodzie- pisał wujek. Babka twoja nie przeżyła wojny. Zmarła nagle w Karlsbadzie w kwietniu 1945 roku w drodze z Wiednia do Weisswasser. 
Już nie było zresztą dokąd uciekać.
Kiedy po latach odnalazłem, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, wujka Alfreda w Bawarii, jego żona powiedziała mi, ze był blady jak ściana kiedy otrzymał mój pierwszy list 
w 1991 roku.
Potem odpisał do mnie i czekał już tylko na mój przyjazd.
Miałem wtedy 49 lat i nie mógł już mnie, jak chciał onegdaj w Złoczowie , wziąć na ręce. Rozpoznaliśmy się na dworcu w Augsburgu bezbłędnie. Jakoś razem wyszliśmy, dzięki zrządzeniom Opatrzności, z tego trójkąta bermudzkiego- Lwów-Deutschbrod- Winterberg- Złoczów- Weisswasser- Augsburg.
Okaleczeni mocno, ale wyszliśmy. 
Grobu babki Rosy w Karlsbadzie/ Karlovych Varach/ nie ma. Jest zbiorowa mogiła uciekinierów ze wszystkich stron ówczesnej Rzeszy. Na starym cmentarzu spoczywają obok siebie zgodnie Czesi, Niemcy, Żydzi i Rosjanie ,a w perspektywie rzeki Ohre góruje różowy grobowiec syna Mozarta. 
Kresy nasze dla mnie kończą się właśnie tam. Są rozdarte dystansem pomiędzy Lwowem a Czechami.

                                                                                                     

 

 

 

 
Copyright ©2007 Janusz Stankiewicz