W Radomiance
W Radomiance.
Dziś Ukraińcy są zajęci na sąsiedniej wsi i tam mordują.
W Radomiance mieszkali moi rodzice - Jan i Marianna Snopkowie i dwie ich córeczki - Kazimiera i Leontyna, a także brat Mamy Jan Jasiński z żoną Stanisławą i trzema córeczkami: Heleną, Genowefą i Kazimierą. Obie rodziny mieszkały po sąsiedzku obok siebie, a z drugiej strony nas, czyli Snopków mieszkali Ukraińcy o nazwisku Kapuściński. Początek roku 1943 był naznaczony masowymi mordami ludności polskiej przez nacjonalistów.
Co noc i dzień płonęły kolejne wsie, ludzie dowiadywali się, kogo znów wymordowali, odważniejsi szli oglądać. Jako jedne z pierwszych zostały zamordowane dwie kilkuletnie dziewczynki. Nazwisk nie znam. Były to siostry względem siebie. Moja siostra Kazimiera, która wtedy miała ok. 3 latek, była wraz z mamą i siostrą Lonią na tym pogrzebie. Obie leżały w jednej trumnie w białych sukieneczkach. Na szyjkach miały zaplątany drut kolczasty, a powyrywane języki leżały obok nich na poduszce. Kazia do dziś pamięta ten widok. Ludzie pilnowali się wzajemnie, ale strach i ogromne zmęczenie robiły spustoszenie w ludzkich organizmach. Nieprzespane noce zwalały ludzi z nóg, więc delegowano jedną osobę, żeby czuwała w drzwiach i gdy usłyszy chrzęst kroków lub sań na śniegu, to budzić domowników, żeby mogli wszyscy uciec na czas. Ale zmęczenie strażnika bywało tak wielkie, że zasypiał na stojąco i budził się wtedy, gdy banderowcy byli juz w jego domu i mordowali mu rodzinę. Czasem ginął przed wszystkimi, ale bywało, że osłoniwszy się od mrozu i wiatru drzwiami, zostawał niezauważony. Od początków marca uwaga ludzi jeszcze się wzmogła, bo akcje UPA bardzo przybrały na sile. Mama kładła dzieci spać w bucikach i płaszczykach.
W dzień piekła chleb i suszyła, pakowała w worki i zanosiła na wóz, który już stał załadowany najpotrzebniejszymi rzeczami w stodole, stale zaprzęgnięty. Koń spał na stojąco. Mieliśmy nowy dom, który ojciec wykańczał jeszcze po powrocie z kampanii wrześniowej. Teraz jego nie było, bo w październiku, gdy siostra Kazia miała miesiąc, ojca aresztowano na targu w Derażnem, gdy usiłował sprzedać kila par pończoch i parę metrów materiału, aby zakupić dla rodziny, co najpotrzebniejsze. Został za to wywieziony w głąb Rosji. Mama, więc była sam z drobnymi dziećmi. Pomagała jej Maria Gaweł lat. 17 z Kol. Tomaszów, krewna nasza. Rodzina Jasińskich była w komplecie. Być może Ukraince Kapuścińskiej spodobał się nasz dom, a może chciała użyć go jako pretekstu. Otóż Kapuścińska 25.03. 1943 Przyszła do mojej Mamy i powiada tak:
” Snopkowa Ty masz nowy dom. Jutro będzie napad na Radomiankę. Ja twój dom chcę zająć, bo mnie się podoba, ale nie chcę, żeby na podłodze była krew. Dziś Ukraińcy są zajęci na sąsiedniej wsi i tam mordują. Zabieraj się na wóz i uciekaj." Mama prędko powiadomiła sąsiadów, a ci następnych. Ludzie zebrali się prędko i wyjechali do Klewania. W tej akcji nie zginął nikt. Po jakimś czasie, gdy zabrakło żywności, kilku gospodarzy pojechało do domów po to, co tam zostawili, ale zostali koło Suska napadnięci na drodze i zginęło wtedy 12 osób, czyli wszyscy, którzy pojechali. Lista tych ofiar znajduje się u P. Siemaszko w książce "Ludobójstwo." Wieś została przez Ukraińców spalona w lipcu 1943, ale była juz opuszczona. Obojętnie, jakie motywy kierowały Kapuścińską, należy oddać jej sprawiedliwość, że uratowała od niechybnej śmierci mieszkańców Radomianki. Piszę o tym, dlatego, że zobaczyłam w internecie książkę o Ukraińcach, którzy ratowali Polaków. Nie wiem, czy motyw jej działania zostanie jej policzony na dobro, ponieważ powód donosu, jaki podała, był taki, jak już opisałam. Ukrainiec uratował także moją ciocię Otylię Furmanek lat 16 - 18, córkę opisywanego przez mnie Filipa Furmanka. W czasie napadu na Tomaszów gm. Derażne, była w Postójnem u znajomych Ukraińców wraz z córką Jana i Bronisławy Gawłów - Emilią. Dlatego ocalały. Poszły ich odwiedzić. Do domu nie miały po co wracać. Po kilku dniach Otylia została napadnięta przez banderowca i postrzelona w udo. Podszedł do niej, ażeby dobić, wówczas ona zaczęła modlić się po ukraińsku. Na to on spytał”, jeżeli tyś nie Ukrainka, dlaczego modlisz się po ukraińsku?" Miał widać wątpliwości, skoro nie dobił, zostawił i poszedł. Otylia wczołgała się w zboże, doczołgała się do Horynia, piła wodę z rzeki. Była głodna, spragniona i miała już gorączkę. Leżącą w trawie po kilku dniach znalazł Ukrainiec o nieznanym nazwisku, zabrał na wóz i odwiózł do szpitala, gdzie ją wyleczono. Doczekała starości. W ten sposób i ja chciałabym dołożyć swoje informacje zasłyszane od nieżyjącej obecnie Mamy Marii Snopkowej. Ja urodziłam się już po wojnie, lecz co z opowiadań zapamiętałam, podaję jako informację historyczną.
Janina Stefaniak